drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 1 października 2012

Przyczepiło się do mnie

Musiałam utrwalić wczoraj zdobyte umiejętności. Powędrowałam
więc po koraliki, zakupiłam, wróciłam do domu i...zrobiłam:



To są koraliki drewniane, więc naszyjnik jest bardzo lekki, zrobiony tak,
jak ten wczorajszy.Jeszcze tylko zapięcie i będzie  skończony.


A ten już całkiem skończony i gdy teraz to piszę, to mam go
na sobie. Też leciutki a poza tym zakrywa moją paskudną
pooperacyjną bliznę, wiec  z pewnością  zostanie w domu.

niedziela, 30 września 2012

Eksperyment

W nocy odgapiłam na  necie bransoletkę zrobioną tzw. splotem tureckim,
z użyciem szydełka. Oczywiście wypróbowałam "od ręki" na kilkunastu
koralikach. Ale już nie zapisałam kto był autorem tego tutorialu na YouTube -
była już 2 w nocy i oczy mi się same zamykały.
Dziś  "zrobiłam na czysto" i jak dla mnie - rewelka. Naszyjnik zrobiłam w 45
minut, bransoletkę w pół godziny. Wszystko razem z nawlekaniem wpierw
koralików na kordonek. Poszło szybko, bo koraliki duże, czyli toho nr 3,
szydełko 1,75.
A wszystko razem wygląda tak:
Bardzo ładnie się układa na szyi, a to ważne bo to tzw.obróżka, na ręce
też dobrze leży.

Mix

Nie wiem co dziś  było  na stołecznych jezdniach, ale mam wrażenie, że
jezdzili głównie "niedzielni kierowcy". Nie da się ukryć, że gdy ktoś jezdzi raz
na tydzień, to ruch wielkomiejski go z lekka paraliżuje i o różnych przepisach
nie pamięta.
Dziś natrafialiśmy głównie na takich kierowców co  bardzo oszczędzają
kierunkowskazy, bo przecież oni wiedzą dokąd jadą, a inni uczestnicy
ruchu nie muszą przecież tego wiedzieć.
Poza tym pełno było amatorów halsowania po jezdni. A mnie dziś dopiekło
jeżdżenie nowymi estakadami, obudowanymi nieprzezroczystymi
ekranami. Wrażenie paskudne, bo jedzie się niczym w tunelu.
I na dodatek projektanci spaskudzili mi pewien fragment miasta-
olbrzymim budynkiem (kolejny biurowiec) zamknęli perspektywę ulicy
Puławskiej. Dopóki nie wznieśli tego gmaszyska, jadąc Puławską w stronę
śródmieścia otwierał się widok na Plac Unii Lubelskiej.A teraz- plac zaginął
zasłonięty olbrzymim gmaszyskiem wątpliwej, jak na razie, urody.
                                        ****

Rozbawiła mnie do łez moja rozmowa z koleżanką.Zadzwoniłam  do niej
na komórkę, odebrała , a ja słyszę w tle chlupot wody, więc  się
pytam: "może  ci plecy umyć, skoro się kąpiesz?"
Alę zatkało, a po chwili pyta - "jak to, przecież nie wysyłałam zdjęcia, więc
jak mnie zobaczyłaś? Na  Skype mnie widzisz, przez kamerkę?"
Wymiękłam- cały dowcip polega na tym, że Ala nie posiada wcale kompa, a
w komórce nie ma internetu.
No cóż, Ala jest z natury blondynką, choć ostatnio z natury srebrną.
I zażyczyła sobie u mnie krzyżyk, o taki:
Nie umiem robić krzyżyków, ale uparła się, że ma być koniecznie
w kolorze szafirowym, więc zrobiłam go z kryształków w tym
pożądanym przez Nią kolorze.
                                       ****

Jestem mocno zaniepokojona - znów byliśmy dziś wybierać różności
do remontu.Dziś padło na płytki do łazienki i jestem załamana
kompletnie - to wszystko co chciałabym  mieć na ścianie kosztuje tak
nieco ponad 100 zł za m kwadratowy. Oczywiście mój ślubny zaraz
mi to wytknął. Ale los jest sprawiedliwy - chwilę pózniej jemu spodobały
się płytki podłogowe w bardzo podobnej cenie.
Poza tym były prześliczne decory, 6 płyt jako całość, cena z kosmosu.
I dziś powstała nowa koncepcja łazienki, z inną kabiną prysznicową niż
ta, która dotąd braliśmy pod uwagę.
Zaczynam mieć alergię już na samo słowo  REMONT.



środa, 26 września 2012

Coś radosnego....

.....w szarości codzienności.
W poniedziałek, gdy powróciłam nieco przymulona zakupami, mąż
 powitał mnie słowami:  "coś dostałaś" i wręczył mi pękatą kopertę.
Spojrzałam na adres nadawcy - Judyta B. - i czym prędzej wydobyłam
z koperty jej zawartość.
A oto co było w środku:
Prześliczne kameruńskie korale, które będą mi rozweselać
wszystkie  jesienne dni.
Przyznajcie sami, , że trudno nie uśmiechnąć się radośnie
na widok tylu barw.
A oprócz tych koralików dostałam taką świetną torbę, w sam raz na letnie
dni. Jest bardzo pojemna, leciutka, w środku ma dodatkową sporą kieszeń,
 u góry zapinana na suwak.
Świetna na plażę i letnie wędrówki. W naturze ma jeszcze bardziej
wyraziste kolory, ale dość marnie świeciło jesienne słońce i na tym
zdjęciu jest znacznie jaśniejsza niz w naturze. I już zaczynam oczekiwać
na letni sezon.
A oba prezenty są nagrodą za niewygrany przeze mnie konkurs na blogu
Judith - moja odpowiedz tak rozbawiła Judytę , że dostałam nagrodę.
Wniosek - czasem opłaca się czegoś  nie wiedzieć!
A jeżeli ktoś z Was nie zna jeszcze  bloga Judith to proszę, by kliknął tutaj.
Judyto, zrobiłaś mi niesamowitą radość i bardzo, bardzo Ci
dziękuję!!!

poniedziałek, 24 września 2012

Mix

Sadząc po moim minorowym nastroju to idzie jesień.
Oczywiście wszystkiemu winna moja "japońska choroba", na którą
się nie umiera, ale żyć się przez nią często odechciewa.
Śmiejemy się czasem z moją kochaną bratową, może lepiej jest
chorować na "japońską chorobę" niż na "francuską", choć na tę drugą
to chociaż są leki, a nasza jest nieuleczalna. Ale wstyd mniejszy,
jak mówi bratowa.

                                      ****
Jestem wciąż na etapie przygotowawczo- rozpoznawczym do
generalnego remontu mieszkania. Rosną mi stosy pisemek
fachowych, katalogów, prospektów i różnych zapisków, czynionych
w trakcie wędrówek po rozmaitych marketach budowlanych.
Zaczynamy również prowadzić rozmowy z ewentualnymi
wykonawcami. A do zrobienia jest sporo: nowy wystrój łazienki,
łącznie z rurami,  nowe WC z podwieszaną muszlą  i podtynkowym
rezerwuarem i oczywiście z nowymi rurami. Kuchnia też dostąpi
zaszczytu zmiany, doczeka się wreszcie nowej podłogi, nowych rur
i mebli. Oczywiście pokoje też wołają o remont. Poza tym w całym
mieszkaniu trzeba położyć nową instalację elektryczną i wymienić
okna. Na razie robię remanenty, klnąc sama siebie,  że tyle dóbr
wszelakich zgromadziłam.

                                     ****
Rozmowy z fachowcami dołują mnie kompletnie, bo moja
wizja remontu jakoś dziwnie się różni od ich wizji.
Ja szukam najtańszych, ale dobrych rozwiązań, oni zaś tych
najdroższych.
W sobotę wnerwił mnie pewien fachman, który ma zamiar
wyrównać moje ściany zaopatrując je 10 mm warstwą tynku.
Na moje dictum, że mnie wystarczy obłożenie ścian płytą
gipsowo-kartonową, bo nie mam zamiaru czekać dwa tygodnie aż
mi ta masa tynku wyschnie a do tego płacić za to majątek, pan
oświadczył, że on czegoś takiego nie zrobi, bo to nie fachowe.
No cóż, poszukam następnego.
Na razie wymienię okna. Taki mały krok do przodu.

                                    ****
Jedyna pociecha, że na rynku mnóstwo wszelakiego wyposażenia.
W sobotę polecę obejrzeć płytki- ścienne i podłogowe.

czwartek, 20 września 2012

Prościutkie

Obiecałam pewnej miłej osobie, że zrobię dla  niej coś prostego i nie
będzie to wisior, oprawiony lub nie.
Myślałam całe dwa dni i wymyśliłam taki komplet.

Kolor jest może nieco przekłamany, ale "persian turkus" jest
bardziej zielony niż niebieski.
Mam nadzieję, że to jest dość proste. W każdym razie  nie było
skomplikowane w wykonaniu.
                                       ****
Pokazywałam tu już dwukrotnie wisior-  kamea na muszli.
Jeden powędrował  do mojej córki, drugi zrobiłam dla siebie, ale
już go nie mam. Tak bardzo się komuś spodobał,  że nie miałam
sumienia odmówić i go oddałam.
Do trzech razy sztuka - znów kupiłam taką kameę na muszli i
tym razem mam zamiar zrobić naszyjnik techniką haftu koralikowego.
Może gdy się narobię jak niemądra, to tak łatwo się go nie pozbędę.

P.S.
Znów zaczęłam się znęcać nad klawiaturą. Kto ciekawy, niech
zrobi    klik

poniedziałek, 17 września 2012

Czas na chutney'e

Chutney to słodko-ostro-lekko kwaśny dodatek do....niemal
wszystkiego. Jest wspaniałym dodatkiem do wszelkich mięs na
gorąco i zimno, do wędlin i serów, a ja mogę go jeść go ze świeżutką,
chrupiącą bagietką i wtedy mi nawet wędlina nie jest potrzebna.
Chutney to kompozycja warzyw i owoców razem duszonych, do
których dodaje się różne przyprawy.
Najczęściej  robię chutney na zasadzie - włóż do gara co masz pod ręką,
dodaj cukier ( ja używam brązowego), dodaj cynamon, gozdziki,
łagodne curry,  nieco ziela angielskiego, ok. 50 ml octu balsamicznego i
duś wszystko razem z niewielką ilością wody, po 40 minutach duszenia
sprawdz smak, w razie potrzeby dodaj tego, co twoim zdaniem  brakuje.
A tak wyglądają moje zestawy chutney'owe:
I.
śliwki , jabłka, gruszki, pomidory,cebula cukrowa, przyprawy
II
jabłka, cebula cukrowa, gotowy przecier pomidorowy, marchew
utarta na grubej tarce , przyprawy
III
jabłka, mango, cebula cukrowa,pomidory lub przecier, rodzynki,
przyprawy.
Nie jestem w stanie podać dokładnej ilości cukru, bo ilość  zależy
od upodobania, ale przeciętnie jest to od 200- 300 gram na około
2 do 2,5 kg składników
W przepisach wszyscy używają octu winnego lub jabłkowego, ja
daję balsamiczny, od 50 do 150 ml.
Często dodaję sok z cytryny, bo podkreśla smak.
Obowiązkowo dodaję łagodne curry, od pół do półtorej łyżeczki.
Dodaję też nieco imbiru mielonego, ale z umiarem , najwyżej 1/4
łyżeczki.
Gozdziki i ziele angielskie też musi być stosowane z umiarem, najczęściej
wystarczają 2 ziarna ziela, 2 gozdziki.
Cynamon to na ogół od  pół do 2 łyżeczek.
Wody daję najczęściej 1/2 szklanki i pierwsze 40 minut duszę
wszystko razem pod przykryciem, w garnku z grubym dnem.
Po tym czasie odkrywam, próbuję smak, ewentualnie koryguję,
podduszam odkryte, mieszając, by odparować nadmiar płynu.
Śliwki należy odpestkować, jabłka i gruszki obrać, pokroić w grube
kawałki, pomidory pozbawić skóry i pestek, cebulę pokroić w kostkę,
marchew obrać, zetrzeć na tarce z dużymi oczkami.
Gorący chutney nakładamy do umytych i wyparzonych słoików,
zakręcamy, stawiamy je do góry dnem, by się dobrze zamknęły i
zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Wg Brytyjczyków chutney powinien odstać pół roku, ale u mnie
nie ma biedak takich szans.
Zdarzyło mi się, że tak namiętnie próbowałyśmy z koleżanką czy
dobry, że nie za bardzo było co wekować .
Miłego eksperymentowania z chutney'em wszystkim życzę.