Z całą pewnością to znacie - gdy tylko zaczynają się jakieś
kłopoty to nigdy nie są one pojedyncze - zawsze występują
stadami. To samo jest z wydatkami.
Normą jest (przynajmniej u mnie), że gdy już widzę
przysłowiowe światełko w tunelu, ten zaczyna się pomału
zawalać a wyjście z niego nie może nastąpić dość szybko.
Właśnie zaczęłam się głupawo cieszyć, że już remont się
szybciutko skończy a wraz z jego końcem przestaną mi
wypływać pieniądze z konta a tu bach - nowe, zupełnie nie
przewidziane wydatki i problemy.
Oczywiście padł mi komputer. I to w tak młodym wieku-
miał zaledwie pięć i pół roku. Fakt, że ostatnio był coraz
wolniejszy, no ale ponieważ nie gram w żadne gry, to jego
powolność właściwie w niczym mi nie przeszkadzała.
Ja też zbyt szybko ostatnio nie działam. Do tej powolności
dołączył się też nagle specyficzny dzwięk- tak jakby
intensywne skrobanie psich pazurków na parkiecie - wtedy
gdy pies chce wystartować a pazurki mu się ślizgają.
Ten odgłos "drapania" pochodził niestety z dysku.
Diagnoza - komputer chory nieuleczalnie- potrzebny nowy.
Nowy komputer = nowy wydatek.
Piątek - 7.06.
Dziś nastąpił koniec remontu. Trwała ta masakra niemal
7 tygodni - a dokładnie zabrakło do tej siódemki jednego
dnia.
Nie było mnie tu dość długo, bo wpierw musiałam kupić
nowy komputer, potem, w fazie końcowej remontu odłączyli
mnie od internetu, a do tego wszystkiego choruję - właściwie
uciekam przed szpitalem. A wszystko to po antybiotykach.
Po prostu zaatakowały mnie beztlenowce.
Mimo wszystko mam nadzieję,że nie dam się tam umieścić.
Grzecznie łykam to co muszę, odżywiam się waflami ryżowymi
a największą rozpustą jedzeniową jest gotowany kurczak
doprawiony nieco solą i kartofelki z wody. Fuj, już mam dość.
Piszę ten post już z własnego mieszkania, które teraz wygląda
jak cygański obóz- wszędzie stoją pudła.
Oczywiście czeka mnie jeszcze sprzątanie, bo w dobie
szalonego bezrobocia nie ma chętnych na taką fuchę.
Ale już dziś umyłam nieco okien, ostatnimi dniami niemal
ukradkiem myłam glazury, odkurzałam co się dało, więc
jakoś dam radę to ogarnąć.
Ale mam wreszcie nowe mebelki- bo nie są to meble. Są tak
mało pojemne, że zupełnie nie wiem jak ja się z moimi
gratami pomieszczę.
Niemniej przecudnej urody jest zwłaszcza garderoba w
przedpokoju i mój nowy stolik komputerowy.
Do szczęścia brakuje mi tylko dwóch duuużych oszklonych
wiszących gablot na książki. Ale już wiem gdzie je zamówić.
Gdy już się rozpakuję i nie zamkną mnie w szpitalu, to
postaram się trochę "obfocić" to i owo.
Nie jest to proste, bo brak mi perspektywy- mieszkanie
małe, więc ciężko to "zdjąć".
Dziękuję wszystkim za maile pełne niepokoju i komentarze
pod ostatnim postem.
Naprawdę jesteście kochani!!!
drewniana rzezba
piątek, 7 czerwca 2013
wtorek, 28 maja 2013
Rzęzi mi komputer
Coś się dzieje złego z moim kompem i obym nie musiała kupować
nowego, bo zwyczajnie już nie mam na to forsy.
Dziś wypróbuję swą nowiutką kabinę prysznicową - takie dostałam
polecenie od Mistrzu.
Trzeba po prostu sprawdzić, czy wszystko dobrze działa, czy jest
wszystko szczelne, bo jak powiedział Mistrzu "z wodą i kabiną
to nigdy nic nie wiadomo".
W tym momencie przypomniało mi się, że gdy pół roku temu
oglądałam gotowe kabiny prysznicowe - takie z hydromasażem,
radiem i innymi gadżetami, jeden z klientów podszedł i wskazując
na kabinę, którą się właśnie zachwycałam, powiedział:
"tylko niech pani nie kupuje tego badziewia! co odkręcę kran
leci woda z pięciu dysz, czy sobie tego życzę czy nie! właśnie
szukam normalnej kabiny, bez tych udziwnień! i w ogóle ciasno
w niej i duszno!"
A wierzcie mi - kabina wyglądała super i miała wielce atrakcyjną
cenę.
Ja za swoje drzwi wnękowe, składane i ściankę oraz brodzik z
wyposażeniem zapłaciłam dwa razy tyle co kosztowało tamto cudo
z brodzikiem, siedziskiem, pięcioma dyszami, deszczownicą, półkami,
radiem i wentylacją.
Wygląda na to, że będę po klatce schodowej krążyć w szlafroku:)))
P.S.
Jeśli mnie tu nie będzie dłużej to znaczy, że jestem pozbawiona kompa.
nowego, bo zwyczajnie już nie mam na to forsy.
Dziś wypróbuję swą nowiutką kabinę prysznicową - takie dostałam
polecenie od Mistrzu.
Trzeba po prostu sprawdzić, czy wszystko dobrze działa, czy jest
wszystko szczelne, bo jak powiedział Mistrzu "z wodą i kabiną
to nigdy nic nie wiadomo".
W tym momencie przypomniało mi się, że gdy pół roku temu
oglądałam gotowe kabiny prysznicowe - takie z hydromasażem,
radiem i innymi gadżetami, jeden z klientów podszedł i wskazując
na kabinę, którą się właśnie zachwycałam, powiedział:
"tylko niech pani nie kupuje tego badziewia! co odkręcę kran
leci woda z pięciu dysz, czy sobie tego życzę czy nie! właśnie
szukam normalnej kabiny, bez tych udziwnień! i w ogóle ciasno
w niej i duszno!"
A wierzcie mi - kabina wyglądała super i miała wielce atrakcyjną
cenę.
Ja za swoje drzwi wnękowe, składane i ściankę oraz brodzik z
wyposażeniem zapłaciłam dwa razy tyle co kosztowało tamto cudo
z brodzikiem, siedziskiem, pięcioma dyszami, deszczownicą, półkami,
radiem i wentylacją.
Wygląda na to, że będę po klatce schodowej krążyć w szlafroku:)))
P.S.
Jeśli mnie tu nie będzie dłużej to znaczy, że jestem pozbawiona kompa.
niedziela, 26 maja 2013
Wbrew pozorom...
...wciąż istnieję. Marna to co prawda egzystencja, ale widać na taką
zasłużyłam. Mam na myśli cały wachlarz prześladujących mnie
dolegliwości.
Remont idzie do przodu, ale jakby w żółwim tempie.
"Remontowo" jest ukończony mały pokój, już nawet stoją w nim meble.
Nie tylko męża (bo to jego pokój), stoi również tam pionowo moja
wersalka, leży rulon wykładziny, mój fotel i stół z drugiego pokoju.
Teoretycznie gotowa jest łazienka, a brak w niej tylko pralki wraz
z podłączeniem i drugiej , małej szafki wiszącej.
Kuchnia też na etapie "teoretycznej skończoności", bo meble kuchenne
są, ale w nadal w paczkach.
Przedpokój wymalowany, ale oczywiście brak mu wykładziny.
Gdy remontowcy zdarli w "dużym pokoju" tapety ze ścian, oczom naszym
ukazał się smutny widok - smutny głównie z tego powodu, że trzeba jeszcze
sporo pracy w to włożyć, by można ściany pomalować. Na razie Mistrzu
cała sobotę zasuwał jak dziki i ściany są już przygotowane do tapety
podkładowej, którą położą jutro.
A w piątek przyjeżdżają meble- złożone, nie w paczkach.
Ostatnie moje dni miały dziwny rozkład - pobudka, śniadanie, zejście
do Mistrzu, zebranie poleceń co należy jeszcze zakupić, jazda na
rehabilitację, wycieczka do....OBI.
Doszłam do etapu, w którym dzień bez OBI to dzień stracony.
Zastanawiam się, czy nie powinnam od kierownictwa tegoż marketu
dostac jakiejś prowizji za taką ilość zakupionego towaru. W każdym razie
obsługę kas już rozpoznaję z daleka.Oni mnie też.
Dziś mój mąż, który prowadzi wykaz wydatków, poinformował mnie
ile już pieniędzy nam wyciekło na wszelkie zakupy, ile jeszcze wydamy
na planowane zakupy i na robociznę.
Dobrze, że siedziałam w fotelu- ze stołka to bym pewnie spadła.
A teraz coś dla oka. Gdy spoglądam przez okno, mam takie widoki:
Na drugim zdjęciu od góry "moja brzoza"- mieszka tu z nami
od samego początku.
zasłużyłam. Mam na myśli cały wachlarz prześladujących mnie
dolegliwości.
Remont idzie do przodu, ale jakby w żółwim tempie.
"Remontowo" jest ukończony mały pokój, już nawet stoją w nim meble.
Nie tylko męża (bo to jego pokój), stoi również tam pionowo moja
wersalka, leży rulon wykładziny, mój fotel i stół z drugiego pokoju.
Teoretycznie gotowa jest łazienka, a brak w niej tylko pralki wraz
z podłączeniem i drugiej , małej szafki wiszącej.
Kuchnia też na etapie "teoretycznej skończoności", bo meble kuchenne
są, ale w nadal w paczkach.
Przedpokój wymalowany, ale oczywiście brak mu wykładziny.
Gdy remontowcy zdarli w "dużym pokoju" tapety ze ścian, oczom naszym
ukazał się smutny widok - smutny głównie z tego powodu, że trzeba jeszcze
sporo pracy w to włożyć, by można ściany pomalować. Na razie Mistrzu
cała sobotę zasuwał jak dziki i ściany są już przygotowane do tapety
podkładowej, którą położą jutro.
A w piątek przyjeżdżają meble- złożone, nie w paczkach.
Ostatnie moje dni miały dziwny rozkład - pobudka, śniadanie, zejście
do Mistrzu, zebranie poleceń co należy jeszcze zakupić, jazda na
rehabilitację, wycieczka do....OBI.
Doszłam do etapu, w którym dzień bez OBI to dzień stracony.
Zastanawiam się, czy nie powinnam od kierownictwa tegoż marketu
dostac jakiejś prowizji za taką ilość zakupionego towaru. W każdym razie
obsługę kas już rozpoznaję z daleka.Oni mnie też.
Dziś mój mąż, który prowadzi wykaz wydatków, poinformował mnie
ile już pieniędzy nam wyciekło na wszelkie zakupy, ile jeszcze wydamy
na planowane zakupy i na robociznę.
Dobrze, że siedziałam w fotelu- ze stołka to bym pewnie spadła.
A teraz coś dla oka. Gdy spoglądam przez okno, mam takie widoki:
Na drugim zdjęciu od góry "moja brzoza"- mieszka tu z nami
od samego początku.
sobota, 18 maja 2013
Kilka fotek
Wczoraj postanowiłam uwiecznić jak aktualnie wygląda nasze
"remontowisko". Jestem totalnie wpieniona, bo jeszcze nie skończyli
łazienki i kuchni a już rozwalili mniejszy pokój, który prezentuje się
tak:
"duży" pokój jest jeszcze ciągle przez nas opróżniany z naszych rzeczy,
stoją tam meble z małego pokoju , resztka moich, narzędzia i licho
wie co jeszcze. Ogólnie wygląda to tak:
Łazienka jest już wprawdzie okafelkowana, kabina już umocowana,
ale trzeba jeszcze zasilikonować naroża łazienki, uszczelnić z zewnątrz
brodzik, zamontować szafkę z umywalką i przyległościami, zrobić biały
montaż, że już nie wspomnę o pomalowaniu drzwi łazienkowych.
Kabina prezentuje się tak:
Bystroty zamontowały uchwyt na ręcznik w środku kabiny, myślałam
że się posiusiam ze śmiechu.
A w kuchni króluje na ścianie samotna szafka - oczywiście nie ta, co
powinna, ale o tym pisałam już poprzednio.
I ta samotna szafka prezentuje się tak:
Niestety zdjęcie robiłam wieczorem, kolory przekłamane.
Szafka jest ewidentnie dla mańkutów.
W najbliższą środę przywożą nam już wykładziny do pokoi.
Ciekawa jestem gdzie będzie leżał rulon wielkości 4 na 5 metrów.
Pewnie go wrzucą tu, na "koczowisko", będzie leżał w charakterze
osobliwego łącznika pomiędzy dwoma pokojami.
Meble do mojego pokoju przyjdą za dwa tygodnie.
A ja znów mam nawrót zapalenia krtani - chyba się jednak zabiję
i wcale nie będę żałować!!!
"remontowisko". Jestem totalnie wpieniona, bo jeszcze nie skończyli
łazienki i kuchni a już rozwalili mniejszy pokój, który prezentuje się
tak:
"duży" pokój jest jeszcze ciągle przez nas opróżniany z naszych rzeczy,
stoją tam meble z małego pokoju , resztka moich, narzędzia i licho
wie co jeszcze. Ogólnie wygląda to tak:
Łazienka jest już wprawdzie okafelkowana, kabina już umocowana,
ale trzeba jeszcze zasilikonować naroża łazienki, uszczelnić z zewnątrz
brodzik, zamontować szafkę z umywalką i przyległościami, zrobić biały
montaż, że już nie wspomnę o pomalowaniu drzwi łazienkowych.
Kabina prezentuje się tak:
Bystroty zamontowały uchwyt na ręcznik w środku kabiny, myślałam
że się posiusiam ze śmiechu.
A w kuchni króluje na ścianie samotna szafka - oczywiście nie ta, co
powinna, ale o tym pisałam już poprzednio.
I ta samotna szafka prezentuje się tak:
Niestety zdjęcie robiłam wieczorem, kolory przekłamane.
Szafka jest ewidentnie dla mańkutów.
W najbliższą środę przywożą nam już wykładziny do pokoi.
Ciekawa jestem gdzie będzie leżał rulon wielkości 4 na 5 metrów.
Pewnie go wrzucą tu, na "koczowisko", będzie leżał w charakterze
osobliwego łącznika pomiędzy dwoma pokojami.
Meble do mojego pokoju przyjdą za dwa tygodnie.
A ja znów mam nawrót zapalenia krtani - chyba się jednak zabiję
i wcale nie będę żałować!!!
czwartek, 16 maja 2013
Wreszcie....
....usiadłam.Rano zdążyłam tylko odpowiedzieć na kilka komentarzy i trzeba
było jechać znowu po materiały. Potem miałam odłączony internet, bo ekipie
przeszkadzał wiszący luzem mój kabel internetowy. A potem zabawiłam się
w opróżnianie regałów. Przerzuciłam dziś zawartość ośmiu półek , każda
o dług.90cm,na każdej dwa rzędy książek, do pudeł. Jutro ekipa wyniesie to
do piwnicy.Są to książki mojej córy, więc tam poczekają, w pudłach, na
regale, aż je sobie zabierze.
A tak niedawno cieszyłam się, że mam pustą piwnicę. Świetnym pomysłem
było wyłożenie całej podłogi piwnicznej gumowymi wycieraczkami.
Wreszcie nic się nie kurzy z betonowej podłogi.
Potem wynosiłam swoje skarby i ogólnie jestem piekielnie zmęczona.
Dziś wreszcie zamontowali mi brodzik. W łazience są już wszystkie ściany
i podłoga okafelkowane, pomalowane ściany ponad kafelkami, część już
zafugowana. Jutro dalsze fugowanie. Pojutrze montaż kabiny i armatury.
W kuchni już stoi lodówka i kuchenka. Chłopcy zmontowali jedną szafkę,
bo tylko jedna wisi na ścianie przylegającej do pokoju (ścianka cienka,
więc oczywiście ją przejechali na wylot). Musieli to zrobić dziś, bo jutro
zaczynają remontować mały pokój, więc dziś mogli bezkarnie robić
dziury w ścianie.
Gdy szafka już wisiała, mój się ocknął, że w tym miejscu nie ta szafka ma
wisieć a jakaś witrynka ozdobna. Drobiazg, bo tę się zdejmie a w to
miejsca powiesi witrynkę.
Na razie nic nie pstrykam, bo czekam aż wreszcie bez trudu będzie
można odróżnić kuchnię od łazienki. Jutro jeden będzie robił mały pokój,
drugi walczył z fugami. Starszy z nich miał dziś 48 urodziny. Ciekawam czy
jutro dotrą do nas.
Został mi jeszcze jeden regał do opróżnienia i witrynka z duperelkami
typu słonik, kotek, piesek, muszelki i moje wytworki przeróżne.
Mieszkanie emigracyjne zaczyna teraz przypominać dzikie koczowisko-
wszędzie pudła, torby,siatki. Ledwie się w tym poruszam.
No nic, jeszcze kilka tygodni i zacznie się znoszenie wszystkiego w dół.
Tych, co czekają na dalszy ciąg losów Lilki zapewniam, że jutro napiszę.
Dziś już nie mam siły.
było jechać znowu po materiały. Potem miałam odłączony internet, bo ekipie
przeszkadzał wiszący luzem mój kabel internetowy. A potem zabawiłam się
w opróżnianie regałów. Przerzuciłam dziś zawartość ośmiu półek , każda
o dług.90cm,na każdej dwa rzędy książek, do pudeł. Jutro ekipa wyniesie to
do piwnicy.Są to książki mojej córy, więc tam poczekają, w pudłach, na
regale, aż je sobie zabierze.
A tak niedawno cieszyłam się, że mam pustą piwnicę. Świetnym pomysłem
było wyłożenie całej podłogi piwnicznej gumowymi wycieraczkami.
Wreszcie nic się nie kurzy z betonowej podłogi.
Potem wynosiłam swoje skarby i ogólnie jestem piekielnie zmęczona.
Dziś wreszcie zamontowali mi brodzik. W łazience są już wszystkie ściany
i podłoga okafelkowane, pomalowane ściany ponad kafelkami, część już
zafugowana. Jutro dalsze fugowanie. Pojutrze montaż kabiny i armatury.
W kuchni już stoi lodówka i kuchenka. Chłopcy zmontowali jedną szafkę,
bo tylko jedna wisi na ścianie przylegającej do pokoju (ścianka cienka,
więc oczywiście ją przejechali na wylot). Musieli to zrobić dziś, bo jutro
zaczynają remontować mały pokój, więc dziś mogli bezkarnie robić
dziury w ścianie.
Gdy szafka już wisiała, mój się ocknął, że w tym miejscu nie ta szafka ma
wisieć a jakaś witrynka ozdobna. Drobiazg, bo tę się zdejmie a w to
miejsca powiesi witrynkę.
Na razie nic nie pstrykam, bo czekam aż wreszcie bez trudu będzie
można odróżnić kuchnię od łazienki. Jutro jeden będzie robił mały pokój,
drugi walczył z fugami. Starszy z nich miał dziś 48 urodziny. Ciekawam czy
jutro dotrą do nas.
Został mi jeszcze jeden regał do opróżnienia i witrynka z duperelkami
typu słonik, kotek, piesek, muszelki i moje wytworki przeróżne.
Mieszkanie emigracyjne zaczyna teraz przypominać dzikie koczowisko-
wszędzie pudła, torby,siatki. Ledwie się w tym poruszam.
No nic, jeszcze kilka tygodni i zacznie się znoszenie wszystkiego w dół.
Tych, co czekają na dalszy ciąg losów Lilki zapewniam, że jutro napiszę.
Dziś już nie mam siły.
środa, 15 maja 2013
Cierpię, ale....
...tym razem raczej psychicznie.
Ci, co do mnie zaglądają wiedzą doskonale, że cierpię na dwa schorzenia,
na które oficjalna medycyna nie zna lekarstwa- jedno to "Miecio", drugie
to "Przydasie". Opanowana przez te dwie uzupełniające się dolegliwości
zagraciłam sobie dokumentnie wszelkie szafy i szafeczki.
Wiekszośc pań zna tę dolegliwość - wchodzisz do sklepu, wędrujesz
wzdłuż sklepowych półek, spoglądasz na towar i w pewnej chwili wzrok
pada na coś, co budzi śpiącego dotąd spokojnie za uchem "Miecia".
"Miecio" przeciąga się radośnie i zaczyna szeptać - "no, podejdz bliżej,
obejrzyj, przecież to nic nie kosztuje! ". A ty, jak to bezwolne ciele
słuchasz go i zaczynasz to, co przyciągnęło Twoją uwagę , oglądać.
I choć doskonale wiesz, że nie powinnaś w tym miesiącu wydawać
pieniędzy na głupstwa, że juz niemal identyczną rzecz posiadasz, że tak
naprawdę nie jest ci to do szczęścia potrzebne - ulegasz "Mieciowi"
i kupujesz: kolejną włóczkę, kordonek, nowy wzór do haftu, super
nawlekacz do igieł, ten śliczny papier do decoupage,szydełko 0,75,
choć wydaje ci się, że już takie masz, paczkę serwetek, pędzelek
i 100 innych dupereli do swojego hobby. A w chwili, gdy już, już
jesteś bliska by nie ulec tym szeptom "musisz to mieć", Miecio,
czując się zagrożony, włącza swą ulubioną płytę z piosenką złożoną
z dwóch zaledwie słów: "przyda się, przyda się, przyda się".
I tym sposobem, trapiona tymi dwiema dolegliwościami nagromadziłam
niesamowite ilości wszelakiego dobra. Oczywiście, wszystko się
przydawało, ale zupełnie nie wiem dlaczego mam tyle nieskończonych
sweterków, bluzek, serwet, haftów. Do tego dochodzą pierwsze
wypociny dekupażowe, hafty i cała masa różnych innych rzeczy.
A cierpię, bo muszę się teraz z wieloma rzeczami rozstać.
Wczoraj rozpoczęłam proces rozstawania się z przywiezionymi
z różnych wojaży dziwadełkami. Wyrzucam, bo nowe meble nie
pomieszczą tych wszystkich dupereli i nieskończonych moich prac.
Poza tym wolę to zrobić sama, niż doczekać się chwili, gdy ktoś to
za mnie zrobi.
O remoncie dziś nic nie napiszę - jestem dostatecznie zgnębiona.
W trakcie wypatroszania regałów znalazłam książkę, której jeszcze
nie czytałam. To Macieja Kuczyńskiego "Czciciele węża. Biochemiczne
niebo dawnych Meksykanów".
Przeczytam - sprawozdam.
Miłego dla Was!
Ci, co do mnie zaglądają wiedzą doskonale, że cierpię na dwa schorzenia,
na które oficjalna medycyna nie zna lekarstwa- jedno to "Miecio", drugie
to "Przydasie". Opanowana przez te dwie uzupełniające się dolegliwości
zagraciłam sobie dokumentnie wszelkie szafy i szafeczki.
Wiekszośc pań zna tę dolegliwość - wchodzisz do sklepu, wędrujesz
wzdłuż sklepowych półek, spoglądasz na towar i w pewnej chwili wzrok
pada na coś, co budzi śpiącego dotąd spokojnie za uchem "Miecia".
"Miecio" przeciąga się radośnie i zaczyna szeptać - "no, podejdz bliżej,
obejrzyj, przecież to nic nie kosztuje! ". A ty, jak to bezwolne ciele
słuchasz go i zaczynasz to, co przyciągnęło Twoją uwagę , oglądać.
I choć doskonale wiesz, że nie powinnaś w tym miesiącu wydawać
pieniędzy na głupstwa, że juz niemal identyczną rzecz posiadasz, że tak
naprawdę nie jest ci to do szczęścia potrzebne - ulegasz "Mieciowi"
i kupujesz: kolejną włóczkę, kordonek, nowy wzór do haftu, super
nawlekacz do igieł, ten śliczny papier do decoupage,szydełko 0,75,
choć wydaje ci się, że już takie masz, paczkę serwetek, pędzelek
i 100 innych dupereli do swojego hobby. A w chwili, gdy już, już
jesteś bliska by nie ulec tym szeptom "musisz to mieć", Miecio,
czując się zagrożony, włącza swą ulubioną płytę z piosenką złożoną
z dwóch zaledwie słów: "przyda się, przyda się, przyda się".
I tym sposobem, trapiona tymi dwiema dolegliwościami nagromadziłam
niesamowite ilości wszelakiego dobra. Oczywiście, wszystko się
przydawało, ale zupełnie nie wiem dlaczego mam tyle nieskończonych
sweterków, bluzek, serwet, haftów. Do tego dochodzą pierwsze
wypociny dekupażowe, hafty i cała masa różnych innych rzeczy.
A cierpię, bo muszę się teraz z wieloma rzeczami rozstać.
Wczoraj rozpoczęłam proces rozstawania się z przywiezionymi
z różnych wojaży dziwadełkami. Wyrzucam, bo nowe meble nie
pomieszczą tych wszystkich dupereli i nieskończonych moich prac.
Poza tym wolę to zrobić sama, niż doczekać się chwili, gdy ktoś to
za mnie zrobi.
O remoncie dziś nic nie napiszę - jestem dostatecznie zgnębiona.
W trakcie wypatroszania regałów znalazłam książkę, której jeszcze
nie czytałam. To Macieja Kuczyńskiego "Czciciele węża. Biochemiczne
niebo dawnych Meksykanów".
Przeczytam - sprawozdam.
Miłego dla Was!
poniedziałek, 13 maja 2013
Chyba zabawne....
....bo nie mam o czym pisać. Remont idzie w tempie ślimaczym.
Bo to jednak remont generalny, a więc w wielu miejscach trzeba dać
nowe zaprawy, a taka zaprawa musi dobrze wyschnąć. I nie da się stać nad
nią z suszarką do włosów i suszyć - to nie decoupage.
Moje zdrowie - też wszystko utknęło w martwym punkcie.Zaczęłam
kolejną porcję antybiotyku, nadal boli mnie z lewej strony gardło.
Muszę wybrać się prywatnie do laryngologa gdy już zjem to ostatnie
opakowanie antybiotyku.
W piątek dotarły nowe meble kuchenne. I mój uparł się, żeby zmontować
choć jedną szafkę. Padło na jedną z dwóch kontenerowych, małą.
Nawet dała się zmontować, śrubek starczyło, a on odniósł tylko jedną ranę.
No i fajnie, ale dopiero dziś będzie fugowanie płytek wszelakich w kuchni,
więc montaż mebli dopiero za kilka dni. A ta zmontowana "sierotka"
stoi mi w przedpokoju "emigracyjnym" i miejsce tylko zajmuje.
Nadal muszę usunąć (czyli przenieść na emigrację) zawartość wszystkich
naszych mebli - z pokoju męża właściwie juz wszystko przeniesione,
oczywiście pozostał mój pokój, czyli ocean rzeczy do przeniesienia.
A moje meble wylecą, nowe już kupione, czekają w magazynie na
wyremontowanie pokoju.
W sobotę wpadłam w stan lekkiej euforii, bo okazało się, że "normalna"
fabryka mebli zrobi mi na wymiar stolik komputerowy narożny oraz tzw.
garderobę do przedpokoju, czyli: wysoką, wąską szafę z długim lustrem i
szufladką pod nim (w szafce za lustrem są półki), wieszak, a pod nim
skrzynia na buty, na której można przy okazji tyłek złożyć.
A co najważniejsze - zrobi to w okładzinie, która mi pasuje kolorem do
reszty mebli. Dopłata z racji zmiany okładzin oraz docięcia płyt do
pożądanego wymiaru wyniesie raptem 50 zł.
A podsumowując - każdy taki kapitalny remont jest karą za wszystkie
grzechy - te popełnione, bieżące i przyszłe.
I chcąc komuś życzyć coś niemiłego wystarczy powiedzieć - "oby
cię spotkał remont kapitalny mieszkania".
P.S.
coś mi się pisze na procontra-anabell
Bo to jednak remont generalny, a więc w wielu miejscach trzeba dać
nowe zaprawy, a taka zaprawa musi dobrze wyschnąć. I nie da się stać nad
nią z suszarką do włosów i suszyć - to nie decoupage.
Moje zdrowie - też wszystko utknęło w martwym punkcie.Zaczęłam
kolejną porcję antybiotyku, nadal boli mnie z lewej strony gardło.
Muszę wybrać się prywatnie do laryngologa gdy już zjem to ostatnie
opakowanie antybiotyku.
W piątek dotarły nowe meble kuchenne. I mój uparł się, żeby zmontować
choć jedną szafkę. Padło na jedną z dwóch kontenerowych, małą.
Nawet dała się zmontować, śrubek starczyło, a on odniósł tylko jedną ranę.
No i fajnie, ale dopiero dziś będzie fugowanie płytek wszelakich w kuchni,
więc montaż mebli dopiero za kilka dni. A ta zmontowana "sierotka"
stoi mi w przedpokoju "emigracyjnym" i miejsce tylko zajmuje.
Nadal muszę usunąć (czyli przenieść na emigrację) zawartość wszystkich
naszych mebli - z pokoju męża właściwie juz wszystko przeniesione,
oczywiście pozostał mój pokój, czyli ocean rzeczy do przeniesienia.
A moje meble wylecą, nowe już kupione, czekają w magazynie na
wyremontowanie pokoju.
W sobotę wpadłam w stan lekkiej euforii, bo okazało się, że "normalna"
fabryka mebli zrobi mi na wymiar stolik komputerowy narożny oraz tzw.
garderobę do przedpokoju, czyli: wysoką, wąską szafę z długim lustrem i
szufladką pod nim (w szafce za lustrem są półki), wieszak, a pod nim
skrzynia na buty, na której można przy okazji tyłek złożyć.
A co najważniejsze - zrobi to w okładzinie, która mi pasuje kolorem do
reszty mebli. Dopłata z racji zmiany okładzin oraz docięcia płyt do
pożądanego wymiaru wyniesie raptem 50 zł.
A podsumowując - każdy taki kapitalny remont jest karą za wszystkie
grzechy - te popełnione, bieżące i przyszłe.
I chcąc komuś życzyć coś niemiłego wystarczy powiedzieć - "oby
cię spotkał remont kapitalny mieszkania".
P.S.
coś mi się pisze na procontra-anabell
Subskrybuj:
Posty (Atom)