Oba krasnoludki uwielbiają jezdzić wszelakimi środkami lokomocji
miejskiej. Oczywiście atrakcją jest jazda autobusem piętrowym (zwykły,
"liniowy") i siedzenie koniecznie na górze, tuż za przednią szybą.
W związku z tym, jeden dzień spędziliśmy jeżdżąc po Berlinie
autobusami. Nawspinałam się na to pięterko tyle razy, że pod koniec
wyprawy miałam dość. Za każdym razem Starszy informował mnie
dokąd jedziemy i doskonale wiedział, w którym miejscu należy się
ruszyć z piętra, by zdążyć wysiąść. Wprawdzie już wyrosłam z
krasnoludkowych upodobań, ale bardzo mi się to podróżowanie
"piętrusem" podobało. Co ciekawe, to właściwie w całym centrum są
wydzielone pasy dla rowerzystów- albo jest specjalna rowerowa
ścieżka wygospodarowana z części chodnika, albo wyznaczony pas
jezdni dla rowerzystów a w nowszych częściach miasta są specjalne
rowerowe ścieżki. Siedzenie w "piętrusie" na tym przednim siedzeniu
dostarczyło mi sporo wrażeń- chwilami serce mi wskakiwało do gardła,
bo z góry wyglądało tak, jakby autobus miał "skosić" jadącego obok
rowerzystę.
W każdym razie Berlin z górnego pokładu autobusu bardzo mi się podobał.
A tak przy okazji - po Warszawie jezdzi znacznie więcej nowiutkich
samochodów luksusowych - tam jednak naród praktyczny i myślący i jakoś
nikt nie jezdzi po stolicy "bezpiecznymi terenówkami" i drogimi,wielkimi
limuzynami.
Byłam również w największym w Europie zachodniej domu towarowym
KaDeWe. Znajduje się w budynku, w którym w 1906 r powstał pierwszy
tak duży dom towarowy. Dziś na siedmiu kondygnacjach, na powierzchni
60 tys.m kw. znajduje się 380 tysięcy artykułów a zatrudnionych jest
2 tys. personelu. Przesnułyśmy się obok stoisk wszelakich znanych marek,
pozachwycałyśmy się wyrobami czekoladowymi i poszłyśmy obejrzeć co
serwują tamtejsze delikatesy - z poczucia obowiązku sprawozdawcy muszę
Wam powiedzieć, że zaopatrzenie aż dech zapiera, ale kupujących to jakoś
nigdzie nie widziałam - większość, tak jak my, przytuptała by popatrzeć.
Krasnoludkom bardzo podobały się różne świeże ryby - przyznam się, że
większości nie potrafiłam nazwać. Ale ośmiornicę rozpoznałam.
W jednej z przerw wynikającej ze zmiany linii autobusowej wybraliśmy się
na taras widokowy jednego z wieżowców. Popełniłam tam kilka zdjęć.
To jest pamiątkowy fragment Muru Berlińskiego
To "szare coś", na tle którego widać biało-czerwona flagę to
Monument poświęcony pamięci tych, co zginęli z powodu
holocaustu. Jest to labirynt zbudowany z betonowych bloków,
które miejscami mocno straciły na świeżości i są nieco
wyszczerbione.
Zwróćcie uwagę na dachy niektórych domów- na nich
rośnie prawdziwa trawa.
Na obu tych zdjęciach udało mi się uwiecznić Bramę Brandenburską.
Jest jeszcze coś, co zwróciło moją uwagę - w wielu miejscach są "kamienie,
o które każdy powinien się potknąć". Są to tabliczki (wielkości kostki
brukowej, wykonane z metalu) umieszczane w pobliżu bram domów,
w których mieszkali kiedyś Żydzi, którzy zostali zamordowani w obozach
zagłady. Na każdej takiej tabliczce jest imię i nazwisko, data wywiezienia
do obozu i informacja, że ta osoba zginęła w obozie.
Czy wiecie jak trudno jest wytłumaczyć czterolatkowi dlaczego są tutaj
te tabliczki i co to znaczy być wywiezionym do obozu i tam umrzeć?
Dla niego nawet samo pojęcie śmierci jest czymś wielce abstrakcyjnym.
Ale nasz Starszy Krasnoludek codziennie potyka się o trzy takie tabliczki,
które są przy bramie domu, w którym mieszka.
A propos tego budynku - budynek został zbudowany w 1906 roku i nadal
jest budynkiem mieszkalnym. Obecny jego właściciel przeprowadził
wszelkie konieczne remonty i choć stropy są drewniane budynek ma
wszelkie nowoczesne udogodnienia.
Bardzo mi się podoba to mieszkanie córki - pokoje są duże, wysokie (3,5 m),
a całość ma 168 m kw. A tak ogólnie biorąc z całą pewnością Berlin był
przed wojną pięknym miastem. Do dziś zachowało się wiele naprawdę
pięknych budynków.
I jeszcze jedna berlińska ciekawostka - drzewa w parkach są....opatrzone
numerkami.
A w parku, który jest niedaleko domu Krasnoludków są ...dzikie króliki.
Są bardzo ładne i...odważne, nic sobie nie robią z krążących po parku ludzi.
Zamęczę Was tym Berlinem - mam jeszcze zdjęcia z Koepenick i Poczdamu.
drewniana rzezba
czwartek, 11 lipca 2013
środa, 10 lipca 2013
Uprzejmie donoszę......
.....że wróciłam z wojażu do krasnoludków.
Od maja moje krasnoludki mieszkają w Berlinie, więc mam do nich
zdecydowanie bliżej - niemal rzut beretem.
Zacznę może od podróży - podróż pociągiem InterCity była super
wygodna (przezornie wykupiliśmy bilety I klasy), wagon z "klimą",
od Poznania do Berlina jechaliśmy w przedziale sami.
Dworzec główny w Berlinie robi naprawdę wrażenie- perony są
aż na trzech poziomach, pomiędzy nimi kaskady schodów przeróżnych,
sklepików, kawiarenek, punktów gastronomicznych itp.
Z zewnątrz ów cud dworcowy wygląda tak:
Zdjęcie robiłam z przejażdżki statkiem po Sprewie
Generalnie Berlin przywitał nas wszechobecnym zapachem
kwitnących lip, których jest mnóstwo.
Dla mnie symbolem Berlina będą od teraz kwitnące lipy a nie miś.
A w ogóle to miasto, które ma najwięcej drzew spośród innych
stolic europejskich.
Byłam tu pierwszy raz i baaardzo mi się miasto spodobało.
I, choć nadal jest tu bardzo wiele miejsc rozkopanych, miasto jest
o wiele czyściejsze od naszej stolicy.
Ogromnie podoba mi się w nim to, że miasto nie stoi tyłem do rzeki
jak Warszawa. Sprewa jest dość wąską rzeką, mostów w Berlinie jest
bardzo dużo, ruch na rzece spory, bez przerwy płyną nią przeróżne
stateczki- większe, mniejsze, "dalekobieżne" i "krótkobieżne".
Oczywiście razem z krasnoludkami wybraliśmy się na taką
przejażdżkę.
Stateczek płynął całkiem szybko i dość trudno było robić zdjęcia.
Te trzy ostatnie zdjęcia to rzut oka na budynki rządowe.
Wzdłuż brzegów rzeki jest bardzo wiele miejsc, gdzie można
miło spędzić czas w ogródkach kawiarnianych lub po prostu
siedząc na trawnikach.
Niemal każda kawiarenka ma przygotowane porcje dla dzieci,
na specjalnych talerzykach są prawdziwe dzieła sztuki zrobione
z lodów.Poza tym dzieci dostają do obejrzenia menu i mogą pokazać
to co im się podoba. Nasz starszy krasnoludek przyprawił
kelnerkę o zdumienie, bo zamiast jak większość dzieci w jego
wieku pokazać paluchem co chce, przeczytał podpis pod zdjęciem.
Zięć wyraznie puchł z dumy, zwłaszcza gdy kelnerka nie za bardzo
chciała uwierzyć, że mały ma zaledwie 4 i pół roku.
Młodszy krasnoludek bystro obserwował, co wybiera starszy i
oczywiście chciał takie same lody.
Oczywiście lody znikają im z talerzyków niesamowicie szybko.
W ogóle to młodszy chce robić i jeść to samo co starszy, ale
jest wyraznie rozczarowany, gdy to, co wybierze starszy nie za
bardzo przypadnie mu do smaku.
Starszy jest na etapie wygłaszania "prawd objawionych", np.:
"każdemu potrzebna jest podłoga, żeby mógł po niej chodzić".
Chwilami skręca nas przez niego ze śmiechu.
Najmilszym zajęciem starszego jest studiowanie schematu linii
metra - ja się zupełnie nie mogłam w tym połapać, a on bez
zająknięcia potrafił mi powiedzieć gdzie trzeba wsiąść i na której
stacji się przesiąść by dojechać od nich np. na dworzec główny.
W metrze cały czas czyta na głos nazwy stacji, które są wyświetlane
na tablicy informacyjnej, zawsze mnie uprzedzał, że na następnej stacji
już musimy wysiąść.
Co jakiś czas wpada na pomysł, by jechać którąś z linii metra do końca;
wygłasza przy tym tekst: "bo ja tam nigdy jeszcze nie byłem".
Tym razem padło na Kopenick, a my dorzuciliśmy jeszcze Poczdam.
c.d.n.
Od maja moje krasnoludki mieszkają w Berlinie, więc mam do nich
zdecydowanie bliżej - niemal rzut beretem.
Zacznę może od podróży - podróż pociągiem InterCity była super
wygodna (przezornie wykupiliśmy bilety I klasy), wagon z "klimą",
od Poznania do Berlina jechaliśmy w przedziale sami.
Dworzec główny w Berlinie robi naprawdę wrażenie- perony są
aż na trzech poziomach, pomiędzy nimi kaskady schodów przeróżnych,
sklepików, kawiarenek, punktów gastronomicznych itp.
Z zewnątrz ów cud dworcowy wygląda tak:
Zdjęcie robiłam z przejażdżki statkiem po Sprewie
Generalnie Berlin przywitał nas wszechobecnym zapachem
kwitnących lip, których jest mnóstwo.
Dla mnie symbolem Berlina będą od teraz kwitnące lipy a nie miś.
A w ogóle to miasto, które ma najwięcej drzew spośród innych
stolic europejskich.
Byłam tu pierwszy raz i baaardzo mi się miasto spodobało.
I, choć nadal jest tu bardzo wiele miejsc rozkopanych, miasto jest
o wiele czyściejsze od naszej stolicy.
Ogromnie podoba mi się w nim to, że miasto nie stoi tyłem do rzeki
jak Warszawa. Sprewa jest dość wąską rzeką, mostów w Berlinie jest
bardzo dużo, ruch na rzece spory, bez przerwy płyną nią przeróżne
stateczki- większe, mniejsze, "dalekobieżne" i "krótkobieżne".
Oczywiście razem z krasnoludkami wybraliśmy się na taką
przejażdżkę.
Stateczek płynął całkiem szybko i dość trudno było robić zdjęcia.
Te trzy ostatnie zdjęcia to rzut oka na budynki rządowe.
Wzdłuż brzegów rzeki jest bardzo wiele miejsc, gdzie można
miło spędzić czas w ogródkach kawiarnianych lub po prostu
siedząc na trawnikach.
Niemal każda kawiarenka ma przygotowane porcje dla dzieci,
na specjalnych talerzykach są prawdziwe dzieła sztuki zrobione
z lodów.Poza tym dzieci dostają do obejrzenia menu i mogą pokazać
to co im się podoba. Nasz starszy krasnoludek przyprawił
kelnerkę o zdumienie, bo zamiast jak większość dzieci w jego
wieku pokazać paluchem co chce, przeczytał podpis pod zdjęciem.
Zięć wyraznie puchł z dumy, zwłaszcza gdy kelnerka nie za bardzo
chciała uwierzyć, że mały ma zaledwie 4 i pół roku.
Młodszy krasnoludek bystro obserwował, co wybiera starszy i
oczywiście chciał takie same lody.
Oczywiście lody znikają im z talerzyków niesamowicie szybko.
W ogóle to młodszy chce robić i jeść to samo co starszy, ale
jest wyraznie rozczarowany, gdy to, co wybierze starszy nie za
bardzo przypadnie mu do smaku.
Starszy jest na etapie wygłaszania "prawd objawionych", np.:
"każdemu potrzebna jest podłoga, żeby mógł po niej chodzić".
Chwilami skręca nas przez niego ze śmiechu.
Najmilszym zajęciem starszego jest studiowanie schematu linii
metra - ja się zupełnie nie mogłam w tym połapać, a on bez
zająknięcia potrafił mi powiedzieć gdzie trzeba wsiąść i na której
stacji się przesiąść by dojechać od nich np. na dworzec główny.
W metrze cały czas czyta na głos nazwy stacji, które są wyświetlane
na tablicy informacyjnej, zawsze mnie uprzedzał, że na następnej stacji
już musimy wysiąść.
Co jakiś czas wpada na pomysł, by jechać którąś z linii metra do końca;
wygłasza przy tym tekst: "bo ja tam nigdy jeszcze nie byłem".
Tym razem padło na Kopenick, a my dorzuciliśmy jeszcze Poczdam.
c.d.n.
czwartek, 27 czerwca 2013
Mix
Usiłuję dziś rano przejrzeć na swe cudne oczy i nagle słyszę:
"nie mam letniej kurtki - ta biała jakaś za obszerna, granatowa
ma pewnie ze sto lat i jest zniszczona, a w tej szaro-niebieskiej
można umrzeć z gorąca- nie przepuszcza powietrza-słyszysz?"
Jasne, że słyszałam, ale ze zdziwienia mnie zatkało - mój mąż
nagle nie ma co na siebie włożyć. Od lat było tak, że musiałam
go namawiać na zakup jakiegoś ciucha, który uważałam za
niezbędny w jego garderobie, a on się bronił- a teraz, nagle
sam zauważył, że trzeba jednak kupić nowy ciuch.
No i po śniadaniu wyruszyliśmy na poszukiwanie letniej
kurtki. To trochę jak szukanie igły w stogu siana, bo wg mego
męża kurtka musi spełniać wiele warunków - ma być lekka,
najlepiej w spokojnym kolorze ( w tym wypadku w grę
wchodzą zaledwie trzy kolory), bez kaptura, z dużą ilością
kieszeni, musi koniecznie posiadać również przynajmniej
jedną kieszeń wewnętrzną, zapinana na suwak i bez ściągaczy
u dołu i w mankietach.
Z przykrością zauważyłam , że w większości sklepów z męską
odzieżą królują kurtki typu "sztormiak"w dwóch rodzajach-
sztormiak na cienkim polarze lub sztormiak na poliestrowej
podszewce. Niewątpliwie mają jedną zaletę - są nieprzemakalne
a po zdjęciu nie trzeba nigdzie ich wieszać - same stoją na
podłodze. Kolory to właściwie brak koloru - przeważa bury
granat. I w ogóle znów nasze kolory są "brudne".
Przez moment myślałam, że uda mi się namówić męża na
kurtkę, która była w kolorze ciemno ceglastym. Rozmiar był
właściwy, chłopu było w nim nawet do twarzy, miała od
groma kieszeni, była całkiem dobrze uszyta - ale kolor był
dla mego męża nie do strawienia. Ponieważ był tylko jeden
egzemplarz w jego rozmiarze poprosiłam o odłożenie jej na
2 godziny bo zanosiło się, że może jednak tę kupimy.
Po 3 godzinach krążenia po różnych sklepach udało nam się
kupić kurtkę spełniającą niemal wszystkie wymagania
mojego marudy. Wygląda w niej jakby była szyta na niego-
wg męża ma jeden feler - jest czarna. Ponieważ zaczął
wybrzydzać, że "czarna, na lato?" pokazałam mu, że letnie
damskie bluzki też są czarne, kostiumy kąpielowe również,
a potem to już pojechałam po bandzie wskazując cenę -
w porównaniu do sztormiaków była atrakcyjna i to bardzo.
A tak przy okazji wędrówki po sklepach zauważyłam,że
jest znacznie więcej sklepów z damskimi ciuchami, choć
tak naprawdę na niewielu rzeczach można oko zawiesić.
W 99% sklepów nie ma właściwie kupujących - obsługa
ziewa z nudów. W kilku galeriach handlowych już jest
przecena letniej odzieży a i tak klientów raczej brak.
*****
Jak wiecie nie mogę jeszcze jeść surowizny, a tu
truskawki moje ulubione jak malowane, więc zrobiłam
truskawkową "frużelinę".
Przepis na nią wzięłam stąd, ale zamiast zwykłego cukru
dałam cukier trzcinowy Demerera i to znacznie mniej
niż autorka przepisu.
Najwięcej czasu zajęło mi odszypułkowanie truskawek,
a potem czekanie, by frużelina ostygła. Była naprawdę
pyszna, zupełnie taka, jaką kupowałam u sąsiadów za
Odrą.
*****
Wybieram się do córki, więc nieco ode mnie odpoczniecie,
bo wrócę dopiero w połowie lipca.
Ciekawa jestem jak się teraz prezentują i sprawują moje
"krasnoludki". Podobno młodszy bardzo urósł a starszy
zadziwia panie w księgarni, gdy wybiera sobie książkę do
czytania, czytając na głos jej tytuł. W styczniu skończył
4 lata, a po wakacjach już idzie do szkoły. I nikt tam
nie robi tragedii z faktu, że 5-cio latki idą do szkoły.
Teraz obaj są w przedszkolu prowadzonym systemem
Montessori, a młodszy ( w styczniu skończył 2 lata) jest
najmłodszym dzieckiem w całym przedszkolu. Mały jest tak
zafascynowany tym nowym miejscem, że przestał sypiać
w dzień, więc wieczorem pada bardzo wcześnie.
Szkoła, do której idzie starszy też pracuje systemem
Montessori.
*****
Życzę wszystkim dobrej pogody, a tym co jadą na urlop -
dobrego wypoczynku.
Do poczytania Kochani!
"nie mam letniej kurtki - ta biała jakaś za obszerna, granatowa
ma pewnie ze sto lat i jest zniszczona, a w tej szaro-niebieskiej
można umrzeć z gorąca- nie przepuszcza powietrza-słyszysz?"
Jasne, że słyszałam, ale ze zdziwienia mnie zatkało - mój mąż
nagle nie ma co na siebie włożyć. Od lat było tak, że musiałam
go namawiać na zakup jakiegoś ciucha, który uważałam za
niezbędny w jego garderobie, a on się bronił- a teraz, nagle
sam zauważył, że trzeba jednak kupić nowy ciuch.
No i po śniadaniu wyruszyliśmy na poszukiwanie letniej
kurtki. To trochę jak szukanie igły w stogu siana, bo wg mego
męża kurtka musi spełniać wiele warunków - ma być lekka,
najlepiej w spokojnym kolorze ( w tym wypadku w grę
wchodzą zaledwie trzy kolory), bez kaptura, z dużą ilością
kieszeni, musi koniecznie posiadać również przynajmniej
jedną kieszeń wewnętrzną, zapinana na suwak i bez ściągaczy
u dołu i w mankietach.
Z przykrością zauważyłam , że w większości sklepów z męską
odzieżą królują kurtki typu "sztormiak"w dwóch rodzajach-
sztormiak na cienkim polarze lub sztormiak na poliestrowej
podszewce. Niewątpliwie mają jedną zaletę - są nieprzemakalne
a po zdjęciu nie trzeba nigdzie ich wieszać - same stoją na
podłodze. Kolory to właściwie brak koloru - przeważa bury
granat. I w ogóle znów nasze kolory są "brudne".
Przez moment myślałam, że uda mi się namówić męża na
kurtkę, która była w kolorze ciemno ceglastym. Rozmiar był
właściwy, chłopu było w nim nawet do twarzy, miała od
groma kieszeni, była całkiem dobrze uszyta - ale kolor był
dla mego męża nie do strawienia. Ponieważ był tylko jeden
egzemplarz w jego rozmiarze poprosiłam o odłożenie jej na
2 godziny bo zanosiło się, że może jednak tę kupimy.
Po 3 godzinach krążenia po różnych sklepach udało nam się
kupić kurtkę spełniającą niemal wszystkie wymagania
mojego marudy. Wygląda w niej jakby była szyta na niego-
wg męża ma jeden feler - jest czarna. Ponieważ zaczął
wybrzydzać, że "czarna, na lato?" pokazałam mu, że letnie
damskie bluzki też są czarne, kostiumy kąpielowe również,
a potem to już pojechałam po bandzie wskazując cenę -
w porównaniu do sztormiaków była atrakcyjna i to bardzo.
A tak przy okazji wędrówki po sklepach zauważyłam,że
jest znacznie więcej sklepów z damskimi ciuchami, choć
tak naprawdę na niewielu rzeczach można oko zawiesić.
W 99% sklepów nie ma właściwie kupujących - obsługa
ziewa z nudów. W kilku galeriach handlowych już jest
przecena letniej odzieży a i tak klientów raczej brak.
*****
Jak wiecie nie mogę jeszcze jeść surowizny, a tu
truskawki moje ulubione jak malowane, więc zrobiłam
truskawkową "frużelinę".
Przepis na nią wzięłam stąd, ale zamiast zwykłego cukru
dałam cukier trzcinowy Demerera i to znacznie mniej
niż autorka przepisu.
Najwięcej czasu zajęło mi odszypułkowanie truskawek,
a potem czekanie, by frużelina ostygła. Była naprawdę
pyszna, zupełnie taka, jaką kupowałam u sąsiadów za
Odrą.
*****
Wybieram się do córki, więc nieco ode mnie odpoczniecie,
bo wrócę dopiero w połowie lipca.
Ciekawa jestem jak się teraz prezentują i sprawują moje
"krasnoludki". Podobno młodszy bardzo urósł a starszy
zadziwia panie w księgarni, gdy wybiera sobie książkę do
czytania, czytając na głos jej tytuł. W styczniu skończył
4 lata, a po wakacjach już idzie do szkoły. I nikt tam
nie robi tragedii z faktu, że 5-cio latki idą do szkoły.
Teraz obaj są w przedszkolu prowadzonym systemem
Montessori, a młodszy ( w styczniu skończył 2 lata) jest
najmłodszym dzieckiem w całym przedszkolu. Mały jest tak
zafascynowany tym nowym miejscem, że przestał sypiać
w dzień, więc wieczorem pada bardzo wcześnie.
Szkoła, do której idzie starszy też pracuje systemem
Montessori.
*****
Życzę wszystkim dobrej pogody, a tym co jadą na urlop -
dobrego wypoczynku.
Do poczytania Kochani!
sobota, 22 czerwca 2013
Mix upalny
Wiem, wiem, nie u mnie jednej upał. Wczoraj było wyjątkowo
paskudnie - nie dość, że gorąco to do tego powietrze pełne
wilgoci i nie było czym oddychać.
Po południu zaplątała się jakaś burza, nawet deszcz padał, ale
zapowiadanego gradobicia nie było.
*****
W trakcie porządkowania znalazłam taki chiński haft na
jedwabiu:
Dostałam to w prezencie od pewnego Hindusa, gdy byliśmy
w Singapurze. Ta nitka to jest prawdziwe złoto.
Ciekawa jest technika tego haftu - wzór jest układany ze złotej
nitki na jedwabiu i potem każda nitka jest przytrzymywana
maleńkimi jedwabnymi ściegami.
Muszę chyba to wreszcie oprawić i zawiezć córce.
*****
Chcąc pokonać upalny marazm zdecydowałam się na
wyciągnięcie koralików. Jak wiecie mam słabość do stylu Art
Deco.
W sklepie Unikatart kupiłam mosiężną wytłoczkę - głowę kobiety
przedstawioną właśnie w tym stylu.
Oprawiłam ją w czarne koraliki, teraz muszę tylko
upleść pasujący do tego sznur. Oprawiony wisior tak wygląda:
Będzie prezentem urodzinowym dla córki.
*****
Poza tym poczytałam o ostatnich odkryciach naukowców-
oczywiście nie naszych.
Szwedzcy naukowcy z Instytutu Karolinska w Sztokholmie
ogłosili, że zabieg cesarskiego cięcia może zmienić strukturę
DNA dziecka.
Zmianę tę zaobserwowano w białych ciałkach krwi pobranej
z pępowiny noworodków.
Zdaniem uczonych każdy poród w drodze cesarskiego cięcia
powinien być tylko wtedy przeprowadzony, gdy poród
siłami natury grozi śmiercią matce lub dziecku.
Przy okazji okazuje się, że wiele "mądrości" naszych babek
i prababek wcale nie było bzdurami, choć wcale nie było
wtedy USG, badań prenatalnych i mikroskopów elektronowych.
Zawsze radzono ciężarnym kobietom by spały na lewym boku,
a nie na wznak lub na prawym boku.
Dziś juz wiadomo, że spanie na lewym boku pomaga w
przepływie krwi do dziecka, ponieważ w tej pozycji główne
żyły nie są blokowane przez ciężką macicę.
A pamiętacie zalecenia naszych prababek by w czasie ciąży
oglądać obrazy z wyobrażeniami pięknych twarzy?
Zawsze uważałam te opowieści za bzdury, ale szereg
przeprowadzonych eksperymentów pokazało, że nasza mowa,
myśli i wyobraznia emitują kwanty energii które przeobrażają
słowa i myśli w energię.
Wkrótce nastąpi przełom w badaniach prenatalnych - nie
będzie potrzeby badania płynu owodniowego co jest wielce
inwazyjnym i niebezpiecznym badaniem. Naukowcy ze
Standfort University School of Medicine wykonali
sekwencję całego genomu płodu z próbki krwi matki, a swoje
odkrycie opublikowali w czasopiśmie Nature.
Miłej niedzieli wszystkim życzę - słońca i odświeżającego
powiewu letniego wiatru.
paskudnie - nie dość, że gorąco to do tego powietrze pełne
wilgoci i nie było czym oddychać.
Po południu zaplątała się jakaś burza, nawet deszcz padał, ale
zapowiadanego gradobicia nie było.
*****
W trakcie porządkowania znalazłam taki chiński haft na
jedwabiu:
Dostałam to w prezencie od pewnego Hindusa, gdy byliśmy
w Singapurze. Ta nitka to jest prawdziwe złoto.
Ciekawa jest technika tego haftu - wzór jest układany ze złotej
nitki na jedwabiu i potem każda nitka jest przytrzymywana
maleńkimi jedwabnymi ściegami.
Muszę chyba to wreszcie oprawić i zawiezć córce.
*****
Chcąc pokonać upalny marazm zdecydowałam się na
wyciągnięcie koralików. Jak wiecie mam słabość do stylu Art
Deco.
W sklepie Unikatart kupiłam mosiężną wytłoczkę - głowę kobiety
przedstawioną właśnie w tym stylu.
Oprawiłam ją w czarne koraliki, teraz muszę tylko
upleść pasujący do tego sznur. Oprawiony wisior tak wygląda:
Będzie prezentem urodzinowym dla córki.
*****
Poza tym poczytałam o ostatnich odkryciach naukowców-
oczywiście nie naszych.
Szwedzcy naukowcy z Instytutu Karolinska w Sztokholmie
ogłosili, że zabieg cesarskiego cięcia może zmienić strukturę
DNA dziecka.
Zmianę tę zaobserwowano w białych ciałkach krwi pobranej
z pępowiny noworodków.
Zdaniem uczonych każdy poród w drodze cesarskiego cięcia
powinien być tylko wtedy przeprowadzony, gdy poród
siłami natury grozi śmiercią matce lub dziecku.
Przy okazji okazuje się, że wiele "mądrości" naszych babek
i prababek wcale nie było bzdurami, choć wcale nie było
wtedy USG, badań prenatalnych i mikroskopów elektronowych.
Zawsze radzono ciężarnym kobietom by spały na lewym boku,
a nie na wznak lub na prawym boku.
Dziś juz wiadomo, że spanie na lewym boku pomaga w
przepływie krwi do dziecka, ponieważ w tej pozycji główne
żyły nie są blokowane przez ciężką macicę.
A pamiętacie zalecenia naszych prababek by w czasie ciąży
oglądać obrazy z wyobrażeniami pięknych twarzy?
Zawsze uważałam te opowieści za bzdury, ale szereg
przeprowadzonych eksperymentów pokazało, że nasza mowa,
myśli i wyobraznia emitują kwanty energii które przeobrażają
słowa i myśli w energię.
Wkrótce nastąpi przełom w badaniach prenatalnych - nie
będzie potrzeby badania płynu owodniowego co jest wielce
inwazyjnym i niebezpiecznym badaniem. Naukowcy ze
Standfort University School of Medicine wykonali
sekwencję całego genomu płodu z próbki krwi matki, a swoje
odkrycie opublikowali w czasopiśmie Nature.
Miłej niedzieli wszystkim życzę - słońca i odświeżającego
powiewu letniego wiatru.
czwartek, 20 czerwca 2013
A wygląda tak.....
Dziś "na tapecie" kuchnia i łazienka po remoncie.
Niestety talentu fotograficznego mi brak, więc zdjęcia są
takie sobie.
tak się prezentują górne szafki po prawej stronie
a tak dół
tak się przedstawia "zagospodarowanie" lewej strony
tu fragment łazienki z kabiną
a tu umywalka z lustrem, w którym odbija się kawałek
drugiej ściany i kuchni
to mój ukochany od pierwszego wejrzenia stolik komputerowy
zaraz po zmontowaniu
a tu wieszak przedpokojowy, zwany szumnie przez producenta
"garderobą do przedpokoju". Za lustrem są półki.
Reszty mebli jeszcze nie pokazuję, bo wciąż mam w pokoju
stertę pudeł, które są jakoś mało fotogeniczne.
Może w ciągu tygodnia uda mi się upchnąć ich zawartość
do komódek.
Na razie ciągle czegoś szukam a w kuchni już piąty raz
zmieniam zawartość półek w szafkach. Sama jestem
ciekawa kiedy wszystko będzie "na swoim miejscu".
Niestety talentu fotograficznego mi brak, więc zdjęcia są
takie sobie.
tak się prezentują górne szafki po prawej stronie
a tak dół
tak się przedstawia "zagospodarowanie" lewej strony
tu fragment łazienki z kabiną
a tu umywalka z lustrem, w którym odbija się kawałek
drugiej ściany i kuchni
to mój ukochany od pierwszego wejrzenia stolik komputerowy
zaraz po zmontowaniu
a tu wieszak przedpokojowy, zwany szumnie przez producenta
"garderobą do przedpokoju". Za lustrem są półki.
Reszty mebli jeszcze nie pokazuję, bo wciąż mam w pokoju
stertę pudeł, które są jakoś mało fotogeniczne.
Może w ciągu tygodnia uda mi się upchnąć ich zawartość
do komódek.
Na razie ciągle czegoś szukam a w kuchni już piąty raz
zmieniam zawartość półek w szafkach. Sama jestem
ciekawa kiedy wszystko będzie "na swoim miejscu".
sobota, 15 czerwca 2013
Mix
przygarnie. Sunia ma chyba 8 miesięcy i cud, że wyżyła,
bo tak zle była traktowana. Więcej szczegółów na tym blogu
A ja dziś pojechałam do Konika Nowego na cmentarz
małych zwierząt domowych. Bardzo się rozrósł ale nadal
nie robi przygnębiającego wrażenia.
Zresztą popatrzcie sami:
To zdjęcia robione w sierpniu 2010 roku - dziś jest tu sporo
nowych kwater, ale nadal wszystko migoce radosnymi barwami.
I jak w każdą sobotę i niedzielę jest sporo odwiedzających.
Przyjeżdżają uporządkować ostatnie legowisko swego psiaka
lub kota, dekorują kwiatami, wiatraczkami, niektórzy zapalają
znicze. Sporo osób już się zna, tworzą się grupki snujące
wspomnienia. Jest też jedna pani, która obok mogiłki swej suni
postawiła ławeczkę i ilekroć przyjedzie spędza tu kilka godzin.
Osobiście postawiłam na prostotę - ramka z granitu, w środku
gres i duży polny kamień z imieniem i rokiem odejścia.
Gdy tu przyjeżdżamy wstawiamy zawsze nowy wiatraczek i
zapalamy dwa małe znicze.
Nadal tęsknie za swoim psem.A przecież w sierpniu będą już
3 lata gdy powędrował przez tęczowy most.
Wczoraj przeżyłam w domu mały potop - w łazience. Po raz
pierwszy po remoncie chciałam uruchomić pralkę. Ponieważ
teraz pod umywalką jest kilka kranów, zapytałam się męża,
który należy odkręcić i w którą stronę. Mój wszechwiedzący
mąż sięgnął pod umywalkę, wskazał jeden z kranów i go
przekręcił.
Załadowałam pralkę, włączyłam ją i ......woda nie leci.
Na to mąż zrobił mądrą minę i orzekł, że nie leci, bo Mistrzu
uznał, że było za duże ciśnienie więc je obniżył, ale mój
mąż wszystko potrafiący wie jak to zmienić .
I zmienił - wykręcił śrubę z tego kurka doprowadzającego
wodę do pralki. I popłynęła woda- szkoda tylko, że nie do
pralki a na łazienkę.
No cóż....... nie wyrobiłam nerwowo, darłam się chyba na
cały blok, że jak dorwę Mistrzu to go męskości pozbawię.
Ale to nie była wina Mistrzu - to mojemu domowemu
geniuszowi zdarzyły się dwie pomyłki, bo: Mistrzu zostawił
odkręcony kran doprowadzający wodę do pralki, a mój go
skwapliwie zakręcił i dlatego woda nie leciała gdy włączyłam
pralkę.
A potem pomyliło mu się co powinien rozkręcić i rozkręcił
ten kran doprowadzający wodę do pralki, zamiast
przekręcić inny o jeden skok ( a nie wykręcić z niego śrubę.
Wodę zbierałam niedługo, chyba z kwadrans, bo ciśnienie
było spore i mąż nim zakręcił wodę w pionie, to się jej nieco
wylało.
Taaaa....ten remont odebrał mi wszelką cierpliwość i dystans
do życia, a tyle lat nad tym pracowałam!
Zdjęcia porobię gdy skończę wreszcie upychanie dobytku.
Na mój gust to jeszcze kilka dni potrwa, bo jakoś mi to
opornie idzie.
Chyba muszę pomedytować, może mi jasność myślenia
wróci.
W piątek wzięłam ostatni metronidazol - teraz dwa tygodnie
oczekiwania czy mi to leczenie pomogło. Oby!!!
piątek, 14 czerwca 2013
Uśmiech na weekend
Nie wiem ja Wy, ale ja lubię co jakiś czas poczytać co
zabawniejsze fragmenty dziecięcych wypracowań. Tym razem
znalazłam "kwiatki" z wypracowań dot. historii, oto one:
Grecką boginią piękności była Hermafrodyta.
Pięta Achillesa to miejsce, które jest wrażliwe na śmierć.
Cesarz Klaudiusz był nieśmiały, więc nie odważył się zabić
swojej żony.
Egipcjanie balsamowali ludzi, żeby się człowiek nie
rozchorował w trumnie.
Joanna d'Arc była jedyną dziewicą we Francji, za co też
poniosła karę.
Joanna d'Arc nosiła białą zbroję i czarnego konia.
Chrobry złożył do papieża podanie o koronę.
Korsarze wyjeżdżali na bezludne wyspy i łapali niewolników.
Król nosił na głowie czapkę zwaną przez niektórych koroną.
Królowa Kinga została świętą, bo Bolesław był wstydliwy.
Królowa Bona sprowadziła do Polski seler, kalafiory
i makaroniarzy.
Królów w dawnej Polsce wybierano na zasadzie wolnej
erekcji.
Kościuszko wyciągnął i powiedział, że nie schowa.
Edward III nie mógł zostać królem Francji, bo jego
matka nie była mężczyzną.
Komisja Edukacji narodowej obejmowała wszystkie
dziewczęta.
Ten wybór myśli zacytowałam za miesięcznikiem
Nieznany Świat,nr 6/2013.
Miłego wypoczynku i słonka wszystkim życzę,:)))
zabawniejsze fragmenty dziecięcych wypracowań. Tym razem
znalazłam "kwiatki" z wypracowań dot. historii, oto one:
Grecką boginią piękności była Hermafrodyta.
Pięta Achillesa to miejsce, które jest wrażliwe na śmierć.
Cesarz Klaudiusz był nieśmiały, więc nie odważył się zabić
swojej żony.
Egipcjanie balsamowali ludzi, żeby się człowiek nie
rozchorował w trumnie.
Joanna d'Arc była jedyną dziewicą we Francji, za co też
poniosła karę.
Joanna d'Arc nosiła białą zbroję i czarnego konia.
Chrobry złożył do papieża podanie o koronę.
Korsarze wyjeżdżali na bezludne wyspy i łapali niewolników.
Król nosił na głowie czapkę zwaną przez niektórych koroną.
Królowa Kinga została świętą, bo Bolesław był wstydliwy.
Królowa Bona sprowadziła do Polski seler, kalafiory
i makaroniarzy.
Królów w dawnej Polsce wybierano na zasadzie wolnej
erekcji.
Kościuszko wyciągnął i powiedział, że nie schowa.
Edward III nie mógł zostać królem Francji, bo jego
matka nie była mężczyzną.
Komisja Edukacji narodowej obejmowała wszystkie
dziewczęta.
Ten wybór myśli zacytowałam za miesięcznikiem
Nieznany Świat,nr 6/2013.
Miłego wypoczynku i słonka wszystkim życzę,:)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)
