W naszej, polskiej rzeczywistości, jest bardzo wiele wstydliwych tematów, ale dziś padło na starość - nie dziwcie się, spojrzałam na swój PESEL i omal nie padłam, aż policzyć trudno. Wszyscy, gdy tylko zaczerpniemy pierwszy nasz haust powietrza zaczynamy, niezależnie od swej woli, wędrować ku śmierci. Jednym ta wędrówka zajmuje wiele, wiele lat, niektórym znacznie mniej i często kończy się dość niespodziewanie. Tych często nazywają inni szczęściarzami- odchodzą nagle i niespodziewanie, często w pełni sił i omijają ich niedogodności wieku starczego. A tych, jak powszechnie wiadomo, jest multum. Komórki organizmu się starzeją, sił systematycznie ubywa, mięśnie okrężne, mięśnie poprzecznie prążkowane i gładkie wiotczeją i pomału wszystko zaczyna nawalać,łącznie z naszym wspaniałym komputerem, czyli mózgiem. Są na świecie kraje, w których o tych wszystkich problemach związanych ze starzeniem się organizmu rozmawia się normalnie, jak o pogodzie, zakupach, zdrowiu, chorobach, lub miłości. Oczywiście nie rozmawiają o tym dzieci i młodzież, ale ludzie w tzw. średnim wieku - każdy ma jakąś wizję swojej starości.
W większości krajów tak się dzieje, że młode pokolenie opuszcza dom rodzinny i często/gęsto mieszka dość daleko od rodziców, nie tylko w innej miejscowości ale i w innym kraju. Mieszkają po prostu tam , gdzie mają dobrą pracę i w swoim mniemaniu lepsze warunki życia. U nas taka sytuacja wszystkich przygnębia i tzw. "słoiki" są nazywani biedakami, bo pracują daleko od rodzinnego domu i raz na tydzień pokonują np. trasę Radom-Warszawa lub Łódz- Warszawa. W innych krajach Europy tacy ludzie noszą miano przedsiębiorczych, a często pokonują znacznie większą odległość, np. trasę Mediolan- Monachium. Rodzice zostają sami i sami muszą się mierzyć ze swymi problemami, których z każdym rokiem przybywa. Nadchodzi jednak chwila, gdy oboje, lub jedno z rodziców musi być w specjalistycznej placówce opiekuńczej, bo nikt z rodziny nie może im zapewnić 24-godzinnej fachowej opieki. Bo mycie, karmienie i inne zabiegi pielęgnacyjne z reguły przekraczają możliwości członków rodziny, choć z pozoru są proste. Ale opiekując się starym człowiekiem sama miłość do niego to nieco za mało by tę opiekę sprawować. Dobrze gdy nasz staruszek/staruszka jest wątłą chudzinką, ale nawet ważącą zaledwie 50 kg osobę nie jest łatwo wypąpać, gdy łazienka ma tylko wannę z dostępem z jednej strony. Europa starzeje się niemiłosiernie, przybywa ludzi starych, reprodukcja wszędzie nawala i młodych jest coraz mniej. Osobiście uważam, że to nie jest wielki powód do zmartwienia- chyba lepiej mieć społeczeństwo mniej liczne a za to "lepsze gatunkowo". Wszędzie w Europie opieka nad ludzmi starymi zaczyna być problemem z którym muszą się mierzyć władze. W jednych państwach jest ona zorganizowana lepiej, w innych gorzej. Nasz kraj wlecze się w ogonie tego problemu, bo tak naprawdę to nie ma u nas żadnego rozwiązania systemowego. A problem narasta, bo ludzi starych, niedołężnych wciąż przybywa. Nie łudzcie się - nawet w tak bogatym ( z naszego punktu widzenia) kraju jak Niemcy opieka nad ludzmi starymi kosztuje- z darmowej opieki może skorzystać jedynie osoba, która naprawdę jest pozbawiona pieniędzy i jakiejkolwiek rodziny. Jeśli opieka społeczna dotrze choć by do "skrawka" rodziny to skrupulatnie wyliczy ile "ten skrawek rodziny" musi zapłacić za opiekę nad staruszką/staruszkiem- jednym słowem rodzina musi ponieść część kosztów opieki. A rodzina to nie tylko dzieci ale również rodzeństwo i kuzyni, nawet typu "dziesiąta woda po kisielu". Poza tym to lekarz rodzinny decyduje w wielu przypadkach, że pacjent wymaga już całodobowego dozoru i daje skierowanie do placówki specjalistycznej. Oczywiście placówki opiekuńcze są różne- luksusowe i mniej luksusowe, często są to swego rodzaju "wioski", w których są blisko siebie usytuowane różnego rodzaju placówki - np. kompleks domków dla małżeństw , które jeszcze są w pewnym zakresie samowystarczalne, ale korzystają z dostarczanych posiłków i mają w razie potrzeby zapewnioną opiekę pielęgniarską i medyczną. Część to rodzaj pensjonatu, w którym z reguły są osoby już samotne i wreszcie część niemal szpitalna, gdzie są pacjenci, którzy prawie nie opuszczają łóżek. Generalnie wszystkie ośrodki są w rękach prywatnych.
A u nas - po pierwsze panuje przekonanie, że oddanie do specjalistycznej placówki matki lub ojca jest czynem wprost nieludzkim. I wierzcie mi - często barierą wcale nie są pieniądze, ale właśnie takie przekonanie. Do tego dochodzi jeszcze lęk "co ludzie powiedzą na to, że oddaję tatę lub mamę do domu opieki?!" I wiecie co - właśnie przez takie ogólnopolskie nastawienie problem ludzi starych i chorych, wymagających opieki, wciąż w Polsce nie może doczekać się rozwiązań systemowych. A tak naprawdę powinniśmy się domagać, by było jak najwięcej placówek opiekuńczych o zróżnicowanym standardzie (w sensie wyposażenia) ale z właściwym standardem opieki. Ale również całkiem niezłym rozwiązaniem jest powstawanie budynków z mieszkaniami dla ludzi starszych. I wtedy wszystkie mieszkania są projektowane bez barier architektonicznych, co stwarza możliwość poruszania się ludzi starych na wózku lub w specjalnym "chodziku". Poza tym w budynkach tych jest mini centrum pomocy medycznej i recepcja połączona "gorącą linią" ze wszystkimi mieszkaniami. Z dziesięć lat temu był projekt budowy takiego właśnie domu tuż pod Warszawą, ale niestety nic z tego nie wyszło. Brak było właśnie rozwiązania systemowego, bo u nas mało kogo stać na wykupienie nowego mieszkania bez sprzedaży dotychczasowego. Rzecz padła "w zarodku", skończyło się na pięknie wydanym folderze. Wiem z własnego doświadczenia jak iluzoryczna jest opieka w domu nad starym, mało kontaktowym już człowiekiem, gdy osoba opiekująca się musi codziennie chodzić do pracy, robić zakupy, gotować obiady oraz w nocy spać. Tak naprawdę to osoba podopieczna jest ok. 10 -12 godzin sama w domu, skazana na własne, nie zawsze najlepsze pomysły. Zawsze jest szansa, że wraca się do domu i na podłodze będzie leżała już od kilku godzin babcia, której zakręciło się w głowie, upadła i złamała szyjkę kości udowej więc nie ma sposobu by się podniosła. Poza tym średnia życia ludzi się wydłużyła i często jest tak, że matką- staruszką, dobiegającą 90 wiosny życia opiekuje się jej córka, młodsza zaledwie o lat dwadzieścia i posiadająca pełen wachlarz chorób i sama wymagająca opieki. I to nie jest wcale sytuacja wydumana a niestety z życia wzięta.
Powstaje u nas coraz więcej różnych komercyjnych domów opieki - są prowadzone między innymi przez różne zgrupowania zakonne i przez osoby fizyczne. Często ich właściciele sami pracowali w takiej placówce w którymś z krajów europejskich i dobrze wiedzą jak taki ośrodek powinien być prowadzony, by spełniał swoje zadanie. Jestem psychicznie przygotowana na to, że w pewnym momencie już nie dam sobie sama rady i będę musiała skorzystać z usług takiego ośrodka. Bo mimo wszystko nie wyobrażam sobie, bym mogła obciążyć swoje dziecko opieką nade mną w sensie fizycznym, by była świadkiem mej całkowitej degrendolady fizycznej i psychicznej. Fakt, że ja jej kiedyś zmieniałam pieluchy nie świadczy o tym, że ona powinna kiedyś zmieniać mi pampersy i wysłuchiwać bredni zdziecinniałego mózgu. A skąd na to wezmę środki - no cóż, sprzedam swoje mieszkanie, bo moja emerytura z całą pewnością nie wystarczy.
Błękitna glicynia (zdjęcie z sieci) Oto jedna z lamp stojących, zaprojektowana przez Tiffany'ego. Motyw kwiatu glicynii powracał w jego projektach wielokrotnie.
Niestety nie wiem, jak wygląda w naturze, ale na zdjęciu robi na mnie wrażenie jakby była zrobiona z kolorowej koronki. Jest wielce prawdopodobne, że do wytwarzania lamp witrażowych doszło nieco przypadkowo. W trakcie produkcji dużych witraży gromadziło się coraz więcej przeróżnych niedużych kawałków kolorowego szkła i można było albo je wyrzucić, albo - wykorzystać na jakieś mniejsze formy. Lampy witrażowe były bardzo drogie i w 1906r cena ich kształtowała się od 30 do 750 dolarów, zależnie od wielkości i stopnia złożoności wzoru. W tym czasie większość ludzi w USA zarabiała poniżej 1000 dolarów rocznie. Cały proces produkcyjny witrażowego klosza był ręczny. Postumenty do lamp również nie były produktem maszynowym. I tak pozostało do dnia dzisiejszego. A wygląda to tak: 1. pierwszym krokiem jest oczywiście namalowanie barwnego projektu klosza; 2.projekt zostaje rozrysowany na płaski karton a na każdy element wzoru trzeba nanieść numer koloru szkła, z którego zostanie wycięty; 3.teraz następuje dość żmudna praca wycinania wg projektu każdego kawałeczka szkła. Brzegi każdego kawałeczka szkła są dokładnie owijane wąskim paskiem miedzianej folii, która od strony dotykającej szkła jest powleczona woskiem, po zewnętrznej zaś - kwasem solnym, co ułatwia lutowanie ze sobą elementów. Gdy już wszystkie elementy są właściwie skrojone i ułożone, całość jest przenoszona do wnętrza klosza montażowego, który ma kształt i wielkość abażuru, który ma powstać z tych kawałków szkła. Gdy wszystko już jest ułożone i zgodne ze wzorem, następuje lutowanie ze sobą poszczególnych elementów.Jest to naprawdę precyzyjna praca, bo trzeba bardzo dbać o to, by elementy były dokładnie spasowane. Po zlutowaniu wszystkich części, wszystkie złaczenia metalowe abażura są powlekane preparatem patynującym. Postument lampy jest najczęściej odlewem, którego kształt powinien być tematycznie związany ze wzorem abażura. Do takich lamp najbardziej pasuje odlew z brązu. W wytwórni Tiffany'ego pracowało wiele kobiet ,to one były odpowiedzialne za dobranie odpowiedniego szkła do danego projektu. Znacznie lepiej niż mężczyzni potrafiły dobierać kolory. Mężczyzni za to przycinali te małe, kolorowe szkiełka i je lutowali. Przed 12 laty swojej córce kupiłam niedużą stojącą lampę witrażową ,cena nadawała się w sam raz na prezent ślubny.
...napisać krótko o Louisie Tiffany'm, ponieważ żył 85 lat i całe życie był nieprawdopodobnie pracowitym, twórczym człowiekiem, który na emeryturę przeszedł w wieku .....71 lat. Urodził się 18 lutego 1848 w Ameryce. Jego ojciec, Charles Lewis Tiffany był bardzo zamożnym kupcem i współwłaścicielem firmy produkującej biżuterię i różne wyroby ze srebra. Firma była ceniona z uwagi na wspaniałe wzornictwo i bardzo dobry gust właściciela. Jego sklep "Tiffany& Co." przy Piątej Alei w Nowym Jorku był synonimem dobrego smaku i przyciągał klientelę z zamożnych, wyższych warstw społeczeństwa. Charles Lewis Tiffany przekazał swemu synowi swoje zamiłowanie do piękna i dobry gust a dobra sytuacja materialna rodziny zapewniła dziecku dobry start życiowy. I nie ma co ukrywać - młody Louis dobrze to wszystko wykorzystał. W wieku 14 lat został wysłany przez rodziców do Akademii Wojskowej w Eagleswood w New Jersey. Zdaniem rodziców Akademia miała nieco utemperować nazbyt żywego i nieco krnąbrnego syna,a poza tym prowadzono tam również zajęcia ze sztuki, co mogło się dobrze przysłużyć dziecku, które już zdradzało talent twórczy. Szkoła zupełnie nie przypadła młodemu Tiffany'emu do gustu i zaledwie po trzech latach nauki z ulgą ją opuścił. W domu obwieścił, że nie zamierza przejmować ojcowskiego biznesu, ale chce studiować sztuki piękne i pragnie odbyć podróż do Europy. W 1865 r wyruszył w swą pierwszą podróż- był w Anglii, Irlandii, Francji i we Włoszech, zwiedzając muzea i galerie, fotografując i szkicując to wszystko, co oglądał. Po powrocie do Ameryki rozpoczął studia w National Academy of Design. W tym samym czasie poznał malarza George'a Innessa, który miał duży wpływ na jego dalszy rozwój artystyczny. Tiffany został jego nieformalnym uczniem. Sposób malowania Innessa, kolorystyka i przekonanie malarza, że dzieło sztuki ma budzić wśród odbiorców emocje a nie przemawiać do ich intelektu, były zgodne z odczuciami Tiffany'ego. W roku 1867 Tiffany pokazał swe pierwsze prace na wystawie w National Academy of Design- miał wtedy 19 lat. Wkrótce wyruszył w kolejną podróż do Europy, w trakcie której przez krótki czas studiował pod okiem malarza Leona-Charles'a- Adriena Bailly'ego a potem u malarza - orientalisty, Belly'ego. Obaj malarze zainspirowali młodego człowieka do poszukiwania nowej palety barw. Po powrocie do NY w 1870r, Tiffany poznał malarza Samuela Colmana. Panowie bardzo się zaprzyjaznili, a w następnym roku razem podróżowali po Hiszpanii i Afryce Północnej. W czasie podróży obaj dokumentowali otaczającą ich rzeczywistość malując niewielkie akwarele lub oleje oraz wszystko fotografując. Po powrocie do Stanów Tiffany na poważnie zajął się malarstwem, a w latach 70.XIX wieku jego obrazy przyniosły mu sławę i uznanie. W 1870r. Tiffany został najmłodszym kandydatem na członka Century Club- nowojorskiego prywatnego klubu dla ludzi interesów i zawodowych artystów, w następnym roku został członkiem korespondentem National Academy of Design oraz przyjęto go do Amerykańskiego Stowarzyszenia Akwarelistów. W 1872 roku, 25 maja, Tiffany ożenił się z Mary Woodbrigde Goddard, która podzielała jego miłość do piękna i przyrody. Rok pózniej na świat przyszła ich córka Maria , w kolejnym roku syn Charles, który żył zaledwie trzy tygodnie.Cztery lata pózniej urodził się kolejny syn, który odziedziczył imię po zmarłym bracie, a w 1879 r urodziła się druga córka, Hilda. W 1884 r. Maria zmarła na gruzlicę, z którą zmagała się od wielu lat. W dwa lata pózniej L.C.Tiffany ożenił się powtórnie. Jego drugą żoną została Louise Wakeman Knox, z którą miał czworo dzieci: blizniaczki Louise Comfort oraz Julię. Trzecia córka zmarła w dzieciństwie a ostatnim dzieckiem była Dorothy Trumble, urodzona w 1891 roku. W 1904 roku zmarła również druga żona Tiffany'ego. W sześć lat pózniej związał się Sarah Hanley, która pozostała z nim do końca jego życia. O prywatnym życiu Tiffany'ego niewiele jest informacji- w każdym razie z jego nazwiskiem nie łączyły się żadne towarzyskie skandale. To był człowiek czynu, nie miał czasu na głupstwa. Lata 70. i 80. XIX wieku to okres, w którym Ameryka przeżywała boom gospodarczy, a wzrost ekonomiczny utrzymywał się aż do czasu Wielkiego Kryzysu. Młody Tiffany, wychowany jakby nie było w rodzinie przedsiębiorcy, doszedł do wniosku, że można połączyć własny talent artystyczny i biznes. Uwagę jego przyciągnęła nowa wówczas dziedzina, projektowanie wnętrz. Majątek ojca umożliwił mu otwarcie własnej firmy a nazwisko było gwarancją dobrego smaku. Nawiązał współpracę z projektantką tkanin Candance Wheeler, pózniej z Lockwoodem de Forestem i Samuelem Colmanem. Powstała firma L.C.Tiffany and Associated Artists, która przez cztery lata prosperowała świetnie. Klientami firmy byli ludzie bardzo bogaci, jak: Vanderbilt, Rockefeler, Carnegie, Ford, oraz sławni, jak Mark Twain i Charles Dudley Warner i nawet prezydent USA, Chester Alan Arthur. Gdy tak świetnie szły interesy dekoratorskie, Tiffany całkiem oddał się swojej największej pasji, którą było szkło . Eksperymentował z różnymi sposobami otrzymywania szkła kolorowego, takiego by nie trzeba było używać przy tworzeniu witraży farb. Tiffany opatentował trzy nowe techniki produkcji szkła- jedna z nich to wytwarzanie małych kostek lub płytek z iryzującego szkła, druga - nakładanie warstwowo płytek ze szkła witrażowego dające efekt opalizacji a trzecia -uzyskiwanie efektu iryzacji szkła okiennego za pomocą tlenków metali. Zgłębianie procesów chemicznych i liczne eksperymenty pozwoliły Tiffany'emu na wyprodukowanie szkła, które "samo w sobie", bez jakiejkolwiek obróbki powierzchniowej jak malowanie farbami, trawienie lub wypalanie, miało pożądany kolor. Dla Tiffany'ego niezwykle ważnym elementem jego projektów było szkło opalizujące, które było nieprzezroczyste a jednocześnie skrzące się. Efekt opalizacji uzyskuje się pozwalając ciekłemu szkłu zastygnąć, by potem ponownie je rozgrzać. Kolejnym jego patentem była technika łączenia ze sobą kawałków szkła. Zamiast ramek ołowianych stosował wąskie paski miedzi, które były lżejsze i łatwiej było je ze sobą zespawać. Jeżeli sobie życzycie, to mogą być jeszcze ze dwa posty o tym co Tiffany tworzył - to naprawdę był niesamowity człowiek! Poza tym mogę coś naklawiaturować o tym, jak powstaje lampa w stylu Tiffany'ego - widziałam na własne oczęta.
..... bo właściwie to nic ciekawego się u mnie nie dzieje. Pomału dochodzę do równowagi po śmierci mojej wieloletniej przyjaciółki. Poznałyśmy się w 1966 roku, a od 1974r mieszkałyśmy w sąsiednich budynkach. Wprawdzie nigdy nie mogła mi wybaczyć, że w pewnej chwili nabyłam psa, a Ona panicznie bała się wszystkich psów, ale gdy 5 lat temu pies odszedł, płakałyśmy razem. Wiele spraw przeżywałyśmy razem - miłości naszych córek, ich śluby, narodziny wnucząt, choroby naszych mężów i śmierć Jej męża, a nawet nasze, czasem bardzo dziwne, sny. I właściwie gdy wydawało się, że Ona już pozbierała się i zaczęła wracać do codzienności - niespodziewanie podążyła za swym mężem. Miesiąc walczyła z zatorem-zator ustąpił, jego miejsce zajęło zapalenie płuc i niestety organizm nie wytrzymał. Odeszła na początku marca. Nie da się ukryć, że mi Jej brak.
Wczoraj z racji imienin, których nie obchodzę (wszak to imieniny nie moje a mojej Patronki) dostałam od swego ślubnego przepiękny album o twórczości Louisa Comforta Tiffany'ego. Wiem, że większość osób kojarzy tę postać z bardzo drogim sklepem z prześliczną biżuterią lub filmem "Śniadanie u Tiffany'ego". O ile skojarzenie z biżuterią jest poniekąd słuszne, to ten film nie ma nic do rzeczy z życiem tego artysty. Osobiście wciąż jestem zachwycona jego witrażami. Na tyle mnie zachwyciły,że kilka lat temu zrobiłam kilka obrazków haftem krzyżykowym, opartych na tych witrażach. A to właśnie te obrazki.Tak naprawdę mam ochotę wyhaftować je na nowo - wyszłyby o niebo lepiej, bo te były pierwsze.
Wiosenne magnolie
Lato
Jesień
Zima Louis Tiffany był jednym z nielicznych artystów, którzy pochodząc z bogatej rodziny potrafili z tego faktu w umiejętny sposób korzystać. Jeżeli będziecie zainteresowani by się dowiedziec więcej o tej niebanalnej postaci napiszę na ten temat osobny post, gdy już do końca przeczytam książkę. Na razie wciąż oglądam zdjęcia prac i tkwię w zachwycie.
Poza tym coś mi się w kompie "spsowało" - nie dość, że mi się zminimalizowały literki na stronie pulpitu nawigacyjnego to ani Picasa ani specjalny program Panasonica dołączony do mego foto-aparatu nie rozpoznają karty z mego aparatu i nie mogę wgrać nowych zdjęć. Jak jeszcze coś padnie to wtedy wezwę fachmana.
Muszę się dziś zabrać za zrobienie biżuterii na czas żałoby. Koleżance zmarła matka, a ona twierdzi, że musi coś na szyi nosić, bo inaczej czuje się nieubrana. Niby proste, ale...... nie do końca. "I to byłoby na tyle " - jak mawiał klasyk.
Siedziałam dziś rano półżywa z duchoty i podsłuchałam pewien dialog. Jak wiecie mieszkam na parterze, a rozmowa toczyła się pod samym moim oknem, które oczywiście było szeroko otwarte. Jednym z dyskutujących był pewien oprych , który kiedyś mieszkał w bloku po drugiej stronie uliczki, drugi - to jakiś jego znajomek, też mieszkniec osiedla, który aktualnie zastępuje naszego pana dozorcę, będącego na urlopie wypoczynkowym. Oprych, który o ile pamiętam ma na imię Jaś jest ze dwa lata starszy od mojej córki, ale od dziecka miał niebywałe wprost zdolności lingwistyczne - już w pierwszej klasie podstawówki bez problemu bluzgał dorożkarską łaciną- zarówno do rówieśników jak i do dorosłych. Wierzcie mi - to niesamowite wrażenie, gdy chłopaczek, który aktualnie gubi mleczaki i ma nawet ładną buzię, klnie przeokropnie. Dyrekcja naszej osiedlowej szkoły z utęsknieniem czekała na dzień, w którym Jaś ukończy 16 lat i zgodnie z prawem będzie się go można pozbyć ze szkoły. Bo Jaś nie uczył się a studiował - każdą niemal klasę powtarzał a jego zachowanie było skandaliczne. Jaś, który właśnie chyba dobiega czterdziestki nie rozwinął jednak swego słownictwa- tyle tylko, że teraz tylko co trzecie słowo jest przerywnikiem na "k", kiedyś było tego więcej. A dialog wyglądał tak : J(Jaś) - a co ty tak grabisz [k], jakby ci za to płacili? Z.(zastępca pana dozorcy) - odpracowuję czynsz, bo już zalegam ze 3 miesiące. Robotę straciłem i jestem na bezrobociu. J. - głupiś [k]. A wyglądasz z tymi grabiami kretyńsko.Mógłbyś się jakimś handelkiem zająć, z tego jest [k] forsa. Z. - no a potem siedziałbym tak jak ty.To nie dla mnie, mam żonę i dziecko, muszę zaczekać na pracę, a póki co - to robię. J. - jesteś głupi,[k] żeś się ożenił. Ja Maryśki dziecko tylko uznałem, że moje, alimentów nigdy[k] nie płaciłem bo roboty nie miałem i fajnie. Z. - spotkałem kiedyś Maryśkę - powiedziała, że jesteś świnia, bo gdy ona wyszła za mąż i jej mąż chciał adoptować waszą córkę, to ty się nie zgodziłeś. Dlaczego nie chciałeś? J.- bo ja brachu [k] myślę i dlatego się nie zgodziłem. Gaba to moje[k] zabezpieczenie na starość. Bo wg prawa dziecko ma obowiązek alimentować starego, chorego rodzica. Jak będę stary to ona [k] będzie musiała mnie utrzymywać. Z. - nawet jeśli ty nigdy nie płaciłeś alimentów? Coś chyba ci się popiprztoliło we łbie. J. -jak na razie to takie mamy prawo.I wiesz, moja stara też mi musi pomagać, bo ona ma emeryturę a ja[k] jestem bezrobotny. Potem zaległa cisza, bo Jaś pożeglował gdzieś dalej, a zastępca pana dozorcy przeszedł na następny trawnik.