drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 5 sierpnia 2015

Coś dla odpoczynku od upału


A Wy, lubicie gdy jednocześnie świeci słońce i pada deszcz?
Ja tak, wtedy zawsze ukazuje się tęcza.
 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wstydliwy temat

W naszej, polskiej rzeczywistości, jest bardzo wiele wstydliwych tematów, ale dziś padło na starość - nie dziwcie się, spojrzałam na swój PESEL i omal nie
padłam, aż policzyć trudno.

Wszyscy, gdy tylko zaczerpniemy pierwszy nasz haust powietrza zaczynamy,
niezależnie od swej woli, wędrować ku śmierci. 
Jednym ta wędrówka zajmuje wiele, wiele lat, niektórym znacznie mniej i często kończy się dość niespodziewanie. 
Tych często nazywają inni szczęściarzami- odchodzą nagle i niespodziewanie, często w pełni sił i omijają ich  niedogodności wieku starczego. A tych, jak
powszechnie wiadomo, jest  multum. 
Komórki organizmu się  starzeją, sił systematycznie ubywa, mięśnie okrężne,
mięśnie poprzecznie prążkowane i gładkie wiotczeją i pomału wszystko zaczyna nawalać,łącznie z naszym wspaniałym komputerem, czyli mózgiem.
Są na świecie kraje, w których o tych wszystkich problemach związanych
ze starzeniem się organizmu rozmawia się normalnie, jak o pogodzie,
zakupach, zdrowiu, chorobach, lub miłości.
Oczywiście nie rozmawiają o tym dzieci i młodzież, ale ludzie w tzw. średnim wieku - każdy ma jakąś wizję  swojej starości.

W większości krajów tak się dzieje, że  młode pokolenie opuszcza dom
rodzinny i często/gęsto mieszka dość daleko od rodziców,  nie tylko 
w innej miejscowości ale i w innym kraju. Mieszkają po prostu tam , gdzie  mają dobrą pracę i w swoim mniemaniu lepsze warunki życia.
U nas taka sytuacja wszystkich przygnębia i tzw. "słoiki" są nazywani 
biedakami, bo pracują daleko od rodzinnego domu i raz na tydzień pokonują
np. trasę Radom-Warszawa lub Łódz- Warszawa. 
W innych krajach Europy tacy ludzie noszą miano przedsiębiorczych, a często
pokonują znacznie większą odległość, np. trasę Mediolan- Monachium.
Rodzice zostają sami i sami muszą się mierzyć ze swymi problemami, których
z każdym rokiem przybywa. Nadchodzi jednak chwila, gdy oboje, lub jedno
z rodziców musi być w specjalistycznej placówce opiekuńczej, bo nikt
z rodziny nie może im zapewnić 24-godzinnej fachowej opieki.
Bo mycie, karmienie i inne zabiegi pielęgnacyjne z reguły przekraczają
możliwości członków rodziny, choć z pozoru są proste.
Ale opiekując się starym człowiekiem sama miłość do niego to nieco za
mało by tę opiekę  sprawować. Dobrze gdy nasz staruszek/staruszka jest
wątłą chudzinką, ale  nawet ważącą zaledwie 50 kg osobę nie jest łatwo
wypąpać, gdy łazienka  ma tylko wannę z dostępem z jednej strony.

Europa starzeje się niemiłosiernie, przybywa ludzi starych, reprodukcja
wszędzie nawala i młodych jest coraz mniej. 
Osobiście uważam, że to nie jest wielki powód do zmartwienia- chyba lepiej mieć społeczeństwo mniej liczne a za to "lepsze gatunkowo".
Wszędzie w Europie opieka nad ludzmi starymi zaczyna być problemem
z którym muszą się mierzyć władze. 
W jednych państwach jest ona zorganizowana lepiej, w innych gorzej. Nasz
kraj wlecze się  w ogonie tego problemu, bo tak naprawdę to nie ma u nas
żadnego rozwiązania systemowego.
A problem narasta, bo ludzi starych, niedołężnych wciąż przybywa. 
Nie łudzcie się - nawet w tak bogatym ( z naszego punktu widzenia) kraju
jak Niemcy opieka nad ludzmi starymi kosztuje- z darmowej opieki może skorzystać jedynie osoba, która naprawdę jest pozbawiona pieniędzy i jakiejkolwiek rodziny. Jeśli  opieka społeczna dotrze choć by do "skrawka" rodziny to skrupulatnie wyliczy ile  "ten skrawek rodziny" musi zapłacić
za opiekę nad  staruszką/staruszkiem- jednym słowem rodzina  musi ponieść część kosztów opieki. A rodzina to nie tylko dzieci ale również rodzeństwo i
kuzyni, nawet typu "dziesiąta woda po kisielu".
Poza  tym to lekarz  rodzinny decyduje w  wielu przypadkach, że pacjent wymaga już całodobowego dozoru i daje skierowanie do placówki specjalistycznej.
Oczywiście placówki opiekuńcze są różne- luksusowe i mniej luksusowe,
często są to swego rodzaju "wioski", w których są blisko siebie
usytuowane różnego rodzaju placówki - np. kompleks domków dla
małżeństw , które jeszcze są w pewnym zakresie samowystarczalne, ale korzystają z dostarczanych posiłków i mają w razie potrzeby zapewnioną
opiekę pielęgniarską i medyczną.
Część to  rodzaj pensjonatu, w którym z reguły są osoby już samotne i
wreszcie część niemal szpitalna,  gdzie są pacjenci, którzy prawie nie
opuszczają łóżek. Generalnie wszystkie ośrodki są w rękach prywatnych.

 A u nas - po pierwsze panuje przekonanie, że oddanie do specjalistycznej
placówki matki lub ojca jest czynem wprost nieludzkim. I wierzcie mi -
często barierą wcale nie  są pieniądze, ale właśnie takie przekonanie.
Do tego dochodzi jeszcze lęk "co ludzie powiedzą na to, że oddaję tatę
lub mamę do domu opieki?!"
I wiecie co - właśnie przez takie ogólnopolskie nastawienie problem ludzi
starych i chorych, wymagających opieki, wciąż  w Polsce nie może
doczekać się rozwiązań systemowych.
A tak naprawdę powinniśmy się  domagać, by było jak najwięcej placówek
opiekuńczych o zróżnicowanym  standardzie (w sensie wyposażenia) ale
z właściwym standardem opieki.
Ale również całkiem niezłym rozwiązaniem jest powstawanie budynków z mieszkaniami dla ludzi starszych. I wtedy wszystkie mieszkania są projektowane bez barier architektonicznych, co stwarza możliwość 
poruszania się ludzi starych na wózku lub w specjalnym "chodziku". Poza 
tym w budynkach tych jest mini centrum pomocy medycznej i recepcja 
połączona "gorącą linią" ze wszystkimi mieszkaniami.
Z dziesięć lat temu był projekt budowy takiego właśnie domu tuż pod
Warszawą, ale niestety nic z tego nie wyszło.
Brak było właśnie rozwiązania systemowego, bo u nas mało kogo stać na
wykupienie nowego mieszkania bez sprzedaży dotychczasowego.
Rzecz padła "w zarodku", skończyło się na pięknie wydanym folderze.

Wiem z własnego doświadczenia jak iluzoryczna jest opieka w domu nad
 starym, mało kontaktowym już człowiekiem, gdy osoba opiekująca się
musi codziennie chodzić do pracy, robić zakupy, gotować obiady oraz
w nocy spać. Tak naprawdę to osoba podopieczna jest ok. 10 -12 godzin sama w domu, skazana na własne, nie zawsze najlepsze pomysły.
Zawsze jest szansa, że wraca się do domu i na podłodze będzie leżała
już od kilku godzin babcia, której zakręciło się w głowie, upadła i złamała
szyjkę kości udowej więc nie ma sposobu by się podniosła.
Poza tym średnia życia ludzi się wydłużyła i często jest tak, że matką-
staruszką, dobiegającą 90 wiosny życia opiekuje się jej córka, młodsza
zaledwie o lat dwadzieścia i posiadająca pełen wachlarz chorób i sama
wymagająca opieki. 
I to nie jest wcale sytuacja wydumana a niestety z życia wzięta.

Powstaje u nas coraz więcej różnych  komercyjnych domów opieki -
są prowadzone między innymi przez różne zgrupowania zakonne i przez
osoby fizyczne. Często ich właściciele sami pracowali w takiej placówce
w którymś z krajów europejskich i dobrze wiedzą jak taki ośrodek powinien
być prowadzony, by spełniał swoje zadanie.

Jestem psychicznie przygotowana na to, że w pewnym momencie już nie 
dam sobie sama rady i będę musiała skorzystać z usług takiego ośrodka.
Bo mimo wszystko nie wyobrażam sobie, bym mogła obciążyć swoje dziecko
opieką nade mną w sensie  fizycznym, by była świadkiem mej całkowitej
degrendolady fizycznej i psychicznej.
Fakt, że ja jej kiedyś zmieniałam pieluchy nie świadczy o tym, że ona 
powinna kiedyś zmieniać mi pampersy i wysłuchiwać bredni zdziecinniałego
mózgu.
A skąd na to wezmę środki - no cóż, sprzedam swoje mieszkanie, bo moja
emerytura z całą pewnością nie wystarczy.




sobota, 1 sierpnia 2015

Lampy w stylu Tiffany

                                                           Błękitna glicynia
                                      (zdjęcie z sieci) 
Oto jedna z lamp stojących, zaprojektowana przez Tiffany'ego. Motyw kwiatu
glicynii powracał w jego projektach wielokrotnie.


Niestety nie wiem, jak wygląda w  naturze, ale na zdjęciu robi na mnie
wrażenie jakby była zrobiona z  kolorowej koronki. 
Jest wielce prawdopodobne, że do wytwarzania  lamp witrażowych doszło nieco przypadkowo. W trakcie  produkcji dużych witraży gromadziło się
coraz więcej przeróżnych niedużych kawałków kolorowego szkła i można było
albo je wyrzucić, albo - wykorzystać  na jakieś mniejsze formy.
Lampy witrażowe były bardzo drogie i w 1906r cena ich  kształtowała się od
30 do 750 dolarów, zależnie od wielkości i stopnia złożoności wzoru. W tym czasie większość ludzi w USA zarabiała poniżej 1000 dolarów rocznie.
Cały proces produkcyjny witrażowego klosza był ręczny. 
Postumenty do lamp również nie były produktem maszynowym.
I tak pozostało do dnia  dzisiejszego. A wygląda to tak:
1. pierwszym krokiem jest oczywiście namalowanie barwnego projektu
klosza;
2.projekt zostaje rozrysowany na płaski karton a na każdy element wzoru
trzeba nanieść numer koloru szkła, z którego  zostanie wycięty;
3.teraz następuje dość żmudna praca wycinania wg projektu każdego
kawałeczka szkła. Brzegi każdego kawałeczka szkła są dokładnie owijane
 wąskim paskiem miedzianej folii, która od strony dotykającej szkła jest powleczona woskiem, po zewnętrznej zaś - kwasem solnym, co ułatwia lutowanie ze sobą elementów.
Gdy już wszystkie elementy są właściwie skrojone i ułożone, całość jest 
przenoszona do wnętrza klosza montażowego, który ma kształt i wielkość abażuru, który ma powstać z tych kawałków szkła.
Gdy wszystko już jest ułożone i zgodne ze wzorem, następuje lutowanie ze 
sobą poszczególnych elementów.Jest to naprawdę precyzyjna praca, bo
trzeba bardzo dbać o to, by elementy były dokładnie  spasowane.
Po zlutowaniu wszystkich części, wszystkie złaczenia metalowe abażura 
są powlekane preparatem patynującym.
Postument lampy jest najczęściej odlewem, którego kształt powinien być
tematycznie związany ze wzorem abażura. Do takich lamp najbardziej
pasuje odlew z brązu.

W wytwórni Tiffany'ego pracowało wiele kobiet ,to one były odpowiedzialne 
za dobranie odpowiedniego szkła do danego projektu. 
Znacznie lepiej niż mężczyzni potrafiły dobierać kolory. Mężczyzni za to
przycinali te małe, kolorowe szkiełka i je lutowali.

Przed 12 laty swojej córce kupiłam niedużą stojącą lampę witrażową ,cena nadawała się w sam raz na prezent ślubny.



czwartek, 30 lipca 2015

Nie łatwo.....

...napisać krótko o Louisie  Tiffany'm, ponieważ żył 85 lat i całe życie
był nieprawdopodobnie pracowitym, twórczym człowiekiem, który na emeryturę przeszedł w wieku .....71 lat.
Urodził się 18 lutego 1848 w Ameryce. 
Jego ojciec, Charles Lewis Tiffany był bardzo zamożnym kupcem i
współwłaścicielem firmy produkującej biżuterię i różne wyroby ze
srebra. Firma była ceniona z uwagi na wspaniałe wzornictwo i
bardzo dobry gust właściciela. Jego sklep "Tiffany& Co." przy Piątej
Alei w Nowym Jorku był synonimem dobrego smaku i przyciągał
klientelę z zamożnych, wyższych warstw społeczeństwa.
Charles Lewis Tiffany przekazał swemu synowi swoje zamiłowanie
do piękna i  dobry gust  a dobra sytuacja materialna rodziny
zapewniła dziecku dobry start życiowy. 
I nie ma co ukrywać - młody Louis dobrze to wszystko wykorzystał.
W wieku 14 lat został wysłany przez rodziców do Akademii Wojskowej
w Eagleswood w New Jersey.
Zdaniem rodziców Akademia miała nieco utemperować nazbyt żywego
i nieco krnąbrnego syna,a poza tym prowadzono tam również zajęcia
ze sztuki, co mogło się dobrze przysłużyć dziecku, które już zdradzało
talent twórczy.
Szkoła zupełnie nie przypadła młodemu Tiffany'emu do gustu i zaledwie
po trzech latach nauki  z ulgą ją opuścił.
W domu obwieścił, że nie zamierza przejmować ojcowskiego biznesu, 
ale chce studiować sztuki piękne i pragnie odbyć podróż do Europy.
W 1865 r wyruszył w swą pierwszą podróż- był w Anglii, Irlandii,
Francji i we Włoszech, zwiedzając muzea i galerie, fotografując i
szkicując to wszystko, co oglądał.
Po powrocie do Ameryki rozpoczął studia w National Academy of Design.
W tym samym czasie poznał malarza George'a Innessa, który miał
duży wpływ na jego dalszy rozwój artystyczny. 
Tiffany został jego nieformalnym uczniem. Sposób malowania Innessa,
kolorystyka i przekonanie malarza, że dzieło sztuki ma budzić  wśród
odbiorców emocje a nie przemawiać do ich intelektu, były zgodne
z odczuciami Tiffany'ego. 
W roku 1867 Tiffany pokazał swe pierwsze prace na wystawie
w National Academy of Design- miał wtedy 19 lat.
Wkrótce wyruszył w kolejną podróż  do Europy, w trakcie której przez
krótki czas studiował pod okiem malarza Leona-Charles'a- Adriena
Bailly'ego a potem u malarza - orientalisty, Belly'ego. Obaj malarze
zainspirowali młodego człowieka do poszukiwania nowej palety barw.
Po powrocie do NY w 1870r, Tiffany poznał malarza Samuela Colmana.
Panowie bardzo się zaprzyjaznili, a w następnym roku razem podróżowali 
po Hiszpanii i Afryce Północnej.
W czasie podróży obaj  dokumentowali otaczającą ich rzeczywistość
malując niewielkie  akwarele lub oleje oraz wszystko fotografując.
Po powrocie do Stanów Tiffany na poważnie zajął się malarstwem, 
a w latach 70.XIX wieku jego obrazy przyniosły mu sławę i uznanie.
W 1870r. Tiffany został najmłodszym kandydatem na członka Century
Club- nowojorskiego prywatnego klubu dla ludzi interesów i zawodowych
artystów, w następnym roku został członkiem  korespondentem National
Academy of Design oraz przyjęto go do Amerykańskiego Stowarzyszenia
Akwarelistów.
W 1872 roku, 25 maja, Tiffany ożenił się z Mary Woodbrigde Goddard,
która podzielała jego miłość do piękna i  przyrody. Rok pózniej na świat
przyszła ich córka Maria , w kolejnym roku syn Charles, który żył
zaledwie trzy tygodnie.Cztery lata pózniej urodził się kolejny syn, który
odziedziczył imię po zmarłym bracie, a w 1879 r urodziła się druga córka,
Hilda. 
W 1884 r. Maria zmarła na gruzlicę, z którą zmagała się od wielu lat.
W dwa lata pózniej L.C.Tiffany ożenił się powtórnie. Jego drugą żoną 
została Louise Wakeman Knox, z którą miał czworo dzieci: blizniaczki 
Louise Comfort oraz Julię. 
Trzecia córka zmarła w dzieciństwie a ostatnim dzieckiem była Dorothy Trumble, urodzona w 1891 roku.
W 1904 roku zmarła również druga żona Tiffany'ego. 
W sześć lat pózniej związał się Sarah Hanley, która pozostała  z nim do 
końca jego życia.
O prywatnym życiu Tiffany'ego niewiele jest informacji- w każdym razie
z jego nazwiskiem nie łączyły się żadne towarzyskie skandale.
To był człowiek czynu, nie miał czasu na głupstwa.

 Lata 70. i 80. XIX wieku to okres, w którym Ameryka przeżywała boom
gospodarczy, a wzrost ekonomiczny utrzymywał się  aż do czasu 
Wielkiego Kryzysu.
Młody Tiffany, wychowany jakby nie było w rodzinie  przedsiębiorcy,
doszedł do wniosku, że można połączyć własny talent artystyczny i
biznes. 
Uwagę jego przyciągnęła nowa wówczas dziedzina, projektowanie
wnętrz.
Majątek ojca umożliwił mu otwarcie własnej  firmy a nazwisko było
gwarancją dobrego smaku. Nawiązał współpracę z projektantką tkanin
Candance Wheeler, pózniej z Lockwoodem de Forestem i Samuelem
Colmanem. Powstała firma L.C.Tiffany and Associated Artists, która 
przez cztery lata prosperowała świetnie.
Klientami firmy byli ludzie  bardzo bogaci, jak: Vanderbilt, Rockefeler,
Carnegie, Ford, oraz sławni, jak Mark Twain i Charles Dudley Warner i
nawet prezydent  USA, Chester Alan Arthur.
Gdy tak świetnie szły interesy dekoratorskie, Tiffany całkiem oddał się
swojej największej pasji, którą było szkło .
Eksperymentował z różnymi sposobami otrzymywania szkła kolorowego, takiego by nie trzeba było używać przy tworzeniu witraży farb.
Tiffany opatentował trzy nowe techniki produkcji szkła- jedna z nich to wytwarzanie małych kostek lub płytek z iryzującego szkła, druga -
nakładanie warstwowo płytek ze szkła witrażowego dające efekt 
opalizacji a trzecia -uzyskiwanie efektu iryzacji szkła okiennego za 
pomocą tlenków metali. 
Zgłębianie procesów chemicznych i liczne eksperymenty pozwoliły 
Tiffany'emu na wyprodukowanie szkła,  które "samo w sobie", bez 
jakiejkolwiek obróbki powierzchniowej jak malowanie farbami, trawienie
lub wypalanie, miało pożądany kolor.
Dla Tiffany'ego niezwykle ważnym elementem jego projektów było szkło
opalizujące, które było nieprzezroczyste a jednocześnie skrzące się. 
Efekt opalizacji uzyskuje się pozwalając ciekłemu szkłu zastygnąć, by 
potem ponownie je rozgrzać.
Kolejnym jego patentem była technika łączenia ze sobą kawałków
szkła. Zamiast ramek ołowianych stosował wąskie paski miedzi, które
były lżejsze i łatwiej  było je ze sobą zespawać.

Jeżeli sobie życzycie, to mogą być jeszcze ze dwa posty  o tym co
Tiffany tworzył - to naprawdę był niesamowity człowiek! 
Poza tym mogę  coś naklawiaturować o tym, jak powstaje lampa
w stylu Tiffany'ego - widziałam na własne oczęta.

środa, 29 lipca 2015

Dla Was

A to ode mnie, że jeszcze jakoś z moimi jękami wytrzymujecie
 
 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Dawno nie miksowałam......

..... bo właściwie to nic ciekawego się u mnie nie dzieje. 
Pomału dochodzę do równowagi po śmierci mojej wieloletniej przyjaciółki. 
Poznałyśmy się w 1966 roku, a od 1974r mieszkałyśmy w  sąsiednich budynkach.
Wprawdzie nigdy nie mogła mi wybaczyć, że w pewnej chwili nabyłam
psa, a Ona panicznie bała się wszystkich psów, ale gdy 5 lat temu
pies odszedł, płakałyśmy razem.
Wiele spraw przeżywałyśmy razem - miłości naszych córek, ich śluby,
narodziny wnucząt, choroby naszych mężów i śmierć Jej męża, a 
nawet nasze, czasem bardzo dziwne,  sny.
I właściwie gdy wydawało się, że Ona już pozbierała się i zaczęła wracać 
do codzienności - niespodziewanie podążyła za swym mężem.
Miesiąc walczyła z zatorem-zator ustąpił, jego miejsce zajęło zapalenie
płuc i niestety organizm nie wytrzymał. Odeszła na początku marca.
Nie  da się ukryć, że mi Jej brak. 

Wczoraj z racji imienin, których nie obchodzę (wszak to imieniny nie
moje a mojej Patronki) dostałam od swego ślubnego przepiękny album o twórczości Louisa Comforta Tiffany'ego.
Wiem, że większość osób kojarzy tę postać z bardzo drogim sklepem 
z prześliczną biżuterią lub filmem "Śniadanie u Tiffany'ego".
O ile skojarzenie z biżuterią jest poniekąd słuszne, to ten film nie ma
nic do rzeczy z życiem tego artysty.
Osobiście wciąż jestem zachwycona jego witrażami. 
Na tyle mnie zachwyciły,że kilka lat temu zrobiłam kilka obrazków
haftem krzyżykowym, opartych na tych witrażach.
A to właśnie te obrazki.Tak naprawdę mam ochotę wyhaftować
je na nowo - wyszłyby o niebo lepiej, bo te były pierwsze.
                                                                Wiosenne  magnolie
                                                                                Lato
                                                                             Jesień
                                                                                  Zima
Louis Tiffany był jednym z nielicznych artystów, którzy pochodząc
z bogatej rodziny potrafili z tego faktu w umiejętny sposób  
korzystać.
Jeżeli  będziecie zainteresowani by się dowiedziec więcej o tej
niebanalnej postaci napiszę na ten temat osobny post, gdy już
do końca przeczytam książkę. 
Na razie wciąż oglądam zdjęcia prac i tkwię w zachwycie. 

Poza tym coś mi się w kompie "spsowało" - nie dość, że mi się
zminimalizowały literki na stronie pulpitu nawigacyjnego to ani Picasa
ani specjalny program Panasonica dołączony do mego  foto-aparatu 
nie  rozpoznają karty z mego aparatu i nie mogę wgrać nowych zdjęć.
Jak jeszcze coś padnie to wtedy wezwę  fachmana. 


Muszę się dziś zabrać za zrobienie biżuterii na czas  żałoby. Koleżance  
zmarła matka, a ona twierdzi, że musi coś na szyi nosić, bo inaczej
czuje się nieubrana.
Niby proste, ale...... nie do końca.
"I to byłoby na tyle " - jak mawiał klasyk.


czwartek, 23 lipca 2015

Tatuś

Siedziałam dziś rano półżywa z duchoty i podsłuchałam pewien
dialog.
Jak wiecie mieszkam na parterze, a rozmowa toczyła się  pod
samym moim oknem, które oczywiście było szeroko otwarte.
Jednym z dyskutujących był pewien oprych , który kiedyś
mieszkał w bloku  po drugiej stronie  uliczki, drugi - to jakiś jego
znajomek, też mieszkniec osiedla, który aktualnie zastępuje naszego
pana  dozorcę, będącego na urlopie wypoczynkowym.
Oprych, który o ile pamiętam ma na imię  Jaś jest ze dwa lata
starszy od mojej córki, ale od dziecka miał niebywałe wprost
zdolności lingwistyczne - już w pierwszej klasie podstawówki  bez
problemu bluzgał dorożkarską łaciną- zarówno do rówieśników jak 
i do dorosłych.
Wierzcie mi - to niesamowite wrażenie, gdy chłopaczek, który
aktualnie gubi mleczaki i ma nawet ładną buzię, klnie przeokropnie.
Dyrekcja naszej osiedlowej szkoły z utęsknieniem czekała na dzień,
w którym Jaś ukończy 16 lat i zgodnie z prawem będzie się go
można pozbyć ze szkoły. Bo Jaś nie uczył się a studiował - każdą 
niemal klasę powtarzał a jego zachowanie było skandaliczne.
Jaś, który właśnie chyba dobiega czterdziestki nie rozwinął jednak
swego słownictwa- tyle tylko, że teraz tylko co trzecie słowo jest
przerywnikiem na "k", kiedyś było tego więcej.
A dialog wyglądał tak :
J(Jaś) -  a co ty tak grabisz [k], jakby ci za to płacili?
Z.(zastępca pana dozorcy) - odpracowuję czynsz, bo już zalegam
ze 3 miesiące. Robotę straciłem i jestem na bezrobociu.
J. -   głupiś [k]. A wyglądasz z tymi grabiami kretyńsko.Mógłbyś się
jakimś  handelkiem zająć, z tego jest [k] forsa.
Z. - no a potem siedziałbym tak jak ty.To nie dla mnie, mam żonę i 
dziecko, muszę zaczekać na pracę, a póki co -  to robię. 
J. - jesteś głupi,[k] żeś się ożenił. Ja Maryśki dziecko tylko uznałem, 
że moje, alimentów nigdy[k] nie płaciłem bo roboty nie miałem i fajnie.
Z. - spotkałem kiedyś  Maryśkę - powiedziała, że jesteś świnia, bo
gdy ona wyszła za mąż i jej mąż chciał adoptować waszą córkę, to
ty się nie zgodziłeś. Dlaczego nie chciałeś?
J.- bo ja brachu [k] myślę i dlatego się nie zgodziłem. Gaba to moje[k]
zabezpieczenie na starość. Bo wg prawa dziecko ma obowiązek 
alimentować starego, chorego rodzica. Jak będę stary to ona [k] będzie
musiała  mnie utrzymywać.
Z. - nawet jeśli ty nigdy nie płaciłeś alimentów? Coś chyba ci się
popiprztoliło we łbie.
J. -jak na razie to takie mamy prawo.I wiesz, moja stara też mi
musi pomagać, bo ona ma emeryturę a ja[k] jestem bezrobotny. 
Potem zaległa cisza, bo Jaś pożeglował gdzieś dalej, a zastępca pana
dozorcy przeszedł na następny trawnik.