.... bo od trzech dni "latam", choć nie mam skrzydeł.
Nadchodzący tydzień też zapowiada się "latająco" Zarobiona jestem po uszy
a jednocześnie mam wrażenie, że stoję w miejscu, bo wciąż tyle samo spraw
przede mną jak i za mną. W trakcie tego zalatania muszę też wpaść do Ogrodu
Botanicznego, bo w piątek było wielkie otwarcie pawilonu z tą amazońską
olbrzymią lilią wodną. Ponoć sam burmistrz otwierał pawilon.
Tylko nie wiem kiedy ja tam dotrę. Wolałabym nim przekwitnie.
Dziś dowlekając się do domu przez Volks Park ze zdumieniem zobaczyłam,że
w tzw. międzyczasie "ktoś" posadził kwiatki i doceniając ów trud, cyknęłam
kilka fotek:
Jak widać, ostatnie bardzo słoneczne
i upalne dni dały się we znaki parkowym
trawnikom
To ostatnie zdjęcie to wyraznie
przygotowania do jakichś urodzin
małolata.
A w ogóle to masa ludzi polegiwała
dziś na trawie.
Trochę mnie nie będzie w tym tygodniu,
ale nadrobię zaległości w czytaniu
gdy mi nieco czasu przybędzie.
Miłego tygodnia dla Was;)
drewniana rzezba
niedziela, 17 czerwca 2018
wtorek, 12 czerwca 2018
O niczym
Zauważyłam, że ostatnio najwięcej piszę "o niczym".
Wcale mnie to nie dziwi, bo odkąd pamiętam zawsze uwielbiałam robić "nic
pożytecznego", "nic ważnego", "nic potrzebnego"- ogólnie osiągnęłam moim
zdaniem mistrzostwo w "niczym".
Dziś, jak w każdy wtorek tego roku szkolnego, zawiozłam starszego do klubu
na basen, czyli od godz.16,00 do 17,45 musiałam gdzieś wytracić czas, by
go potem zabrać do domu.
Basen jest na terenie dużego, pięknie zadrzewionego kompleksu sportowego.
Kompleks ma pełno wymiarowe boisko do piłki nożnej, gdzie na co dzień
ćwiczą przyszli zdobywcy pucharów. Jest też stadion "dwa w jednym", czyli
zimą jest tor łyżwiarski, a latem tor do łyżworolek. Środek służy jako hipodrom.
Niedaleko jest też dobrze wyposażony stadion lekkoatletyczny. To wszystko
jest tuż obok basenu, ale nieco dalej są i inne obiekty sportowe.
Co ciekawe, to wszystkie te obiekty najzwyczajniej w świecie żyją. Na płycie
stadionu lekkoatletycznego oraz na boisku piłkarskim trenują dzieciaki "piłkę
kopaną". Dziś obserwowałam najmłodsze dzieciaki, właściwie jeszcze
przedszkolaki.
Te maluchy były naprawdę wielce przejęte i bardzo zabawnie wyglądał pan
trener uwijający się pośród tej malizny.
To był zupełnie regularny trening, z rozgrzewką, biegiem dookoła stadionu,
ćwiczeniem przewrotek no i musowo prowadzeniem piłki nogą, podczas
biegu. Gdy tak wlepiałam oczy w te maluchy, na płytę stadionu wyszła kolejna
grupka- wszyscy w "korkach" i podkolanówkach z ochraniaczami. Na oko
siedmio - ośmiolatki.
Moją uwagę zwrócił pan trener, który nieco kulał. Pomyślałam ,że pewnie
doznał jakiejś kontuzji. A potem dopiero zobaczyłam, że ten młody człowiek
ma po prostu jedną nogę nieco krótszą i niewykształcone prawidłowo ręce-
brakowało części przedramion.
Ale trening prowadził świetnie i przyglądałam mu się z zaciekawieniem
i zazdrością- widać było, że dzieci za nim przepadają, że doskonale zna się
na na tym jak trenować dzieciaki, a wykop miał taki, że z połowy boiska
piłka leciała w trybuny.
I widziałam, że ta praca z dziećmi daje mu radość i satysfakcję.
No a zazdrość to stąd, że w Polsce większości osób z wadami rozwojowymi
po prostu nie widać. Nie widać ich, bo mają problemy z wyjściem z domu,
ze zdobyciem wykształcenia, ze znalezieniem w końcu pracy.
Dopóki są dziećmi to jeśli rodzice są bardzo zdeterminowani dziecko ma
zapewnioną rehabilitację, choć niekoniecznie w pełnym wymiarze z NFZ.
Jakoś rodzice dostarczają ich do szkoły-integracyjnej lub specjalnej, ale
w chwili gdy dziecko ukończy 18 lat, państwo umywa ręce - radz sobie sam
człowieku, wszak jesteś dorosły.
Sadzę, że każdy nawet średnio inteligentny człowiek rozumie, że z chwilą
dojścia do pełnoletności wada rozwojowa nie spada z człowieka niczym
czapka z głowy.
Wszyscy oni nadal potrzebują rehabilitacji i to ciągłej, a NFZ im tego nie
zapewnia.
Przy odrobinie szczęścia i bliskości dużego miasta - może się trafi raz na 6
miesięcy kompleksowa rehabilitacja przez 3 tygodnie. I koniec. Resztę
należy sobie organizować samemu.
Tu regularnie widuję np. grupki nastolatków z zespołem Downa - pięć lub
sześć osób z tym zespołem, dwóch opiekunów.
Są w parku, czasem w jakimś markecie, jeżdżą na koncerty- w ten sposób są
uczeni zwykłego życia, które nawet nam, zdrowym, czasami sprawia trudność.
Nie siedzą uziemieni w domach i nikt tutaj nie odsuwa się od nich w środkach
miejskiej komunikacji ani ich nie ogląda jak dziwne okazy wyciągnięte ze
słoja z formaliną.
A ponieważ jestem fanką "nic nie robienia" często wędruję bez celu i patrzę-
na ludzi, których mijam, na domy, na upaćkane jak mój samochody i moja
wewnętrzna kamera utrwala mijane obrazy- przedszkolaków w odblaskowych
jednakowych kamizelkach wśród których na każdą trójkę dzieciaków jedno jest
o innym kolorze skóry, ale wszystkie tak samo zgodnie się śmieją i tuptają,
starsze i bardzo stare osoby często wyposażone w "'balkoniki" dzięki którym
czują się na ulicy pewniej. I gdy moja wewnętrzna kamera to zapisuje zaczynam
się zastanawiać dlaczego tam, skąd przyjechałam nie ma tylu mocno starych
osób.
Tak naprawdę to one są, ale w większości uwięzione w domach, bo jak wyjść
z domu gdy się mieszka na którymś piętrze a windy brak? I jak zrobić zakupy gdy
wszystko takie ciężkie? To kolejna grupa ludzi w Polsce w jakimś sensie
wykluczonych, podobnie jak wszyscy "sprawni inaczej".
Idę dalej i odnotowuję -tu nie ma na ulicy i podwórkach kotów! Ani pół kota nie
widziałam od chwili przyjazdu! Są psy, bardzo dużo wielorasowych ale
wszystkie na smyczy a poza tym miłe, grzeczne i każdy właściciel sprząta po
swoim psie.No i tych czworonogów jest niewiele. I jakieś ciche, rzadko można
usłyszeć psie szczekanie. Jak zwykle nałogowo wypatruję jamników i to
koniecznie szorstkowłosych. Na razie widziałam tylko dwa okazy.
Przechodzę obok kościoła- jest niedziela, ale żadnych tłumów obok kościoła,
żadnego hałasu i dzwonienia. Żaden dzwon nie usiłuje zburzyć pobliskch
domów nachalnym i głośnym dzwonieniem.Raz dziennie, tuż przed godz.12,00
słychać dość ciche dzwonienie przez mniej niż pół minuty.
Idę dalej, a kamera zapisuje- przed sklepem trzy stoliki, kilka osób pije kawę
i ...zajadają przeogromne porcje ciasta .Zastanawiam się czy będą w stanie
wstać od stolików.
Widzę z daleka znajomą twarz - tak naprawdę się nie znamy, ale zawsze się
witamy głośnym "halo" i uśmiechamy się do siebie- mieszkamy w sąsiadujących
ze sobą kamienicach.
Koniec "nicnierobienia" - muszę wrócić do domu i ugotować obiad. Co prawda
nie zajmie mi to więcej niż 20 minut, no ale "nicnierobienie" mus skończyć.
Wcale mnie to nie dziwi, bo odkąd pamiętam zawsze uwielbiałam robić "nic
pożytecznego", "nic ważnego", "nic potrzebnego"- ogólnie osiągnęłam moim
zdaniem mistrzostwo w "niczym".
Dziś, jak w każdy wtorek tego roku szkolnego, zawiozłam starszego do klubu
na basen, czyli od godz.16,00 do 17,45 musiałam gdzieś wytracić czas, by
go potem zabrać do domu.
Basen jest na terenie dużego, pięknie zadrzewionego kompleksu sportowego.
Kompleks ma pełno wymiarowe boisko do piłki nożnej, gdzie na co dzień
ćwiczą przyszli zdobywcy pucharów. Jest też stadion "dwa w jednym", czyli
zimą jest tor łyżwiarski, a latem tor do łyżworolek. Środek służy jako hipodrom.
Niedaleko jest też dobrze wyposażony stadion lekkoatletyczny. To wszystko
jest tuż obok basenu, ale nieco dalej są i inne obiekty sportowe.
Co ciekawe, to wszystkie te obiekty najzwyczajniej w świecie żyją. Na płycie
stadionu lekkoatletycznego oraz na boisku piłkarskim trenują dzieciaki "piłkę
kopaną". Dziś obserwowałam najmłodsze dzieciaki, właściwie jeszcze
przedszkolaki.
Te maluchy były naprawdę wielce przejęte i bardzo zabawnie wyglądał pan
trener uwijający się pośród tej malizny.
To był zupełnie regularny trening, z rozgrzewką, biegiem dookoła stadionu,
ćwiczeniem przewrotek no i musowo prowadzeniem piłki nogą, podczas
biegu. Gdy tak wlepiałam oczy w te maluchy, na płytę stadionu wyszła kolejna
grupka- wszyscy w "korkach" i podkolanówkach z ochraniaczami. Na oko
siedmio - ośmiolatki.
Moją uwagę zwrócił pan trener, który nieco kulał. Pomyślałam ,że pewnie
doznał jakiejś kontuzji. A potem dopiero zobaczyłam, że ten młody człowiek
ma po prostu jedną nogę nieco krótszą i niewykształcone prawidłowo ręce-
brakowało części przedramion.
Ale trening prowadził świetnie i przyglądałam mu się z zaciekawieniem
i zazdrością- widać było, że dzieci za nim przepadają, że doskonale zna się
na na tym jak trenować dzieciaki, a wykop miał taki, że z połowy boiska
piłka leciała w trybuny.
I widziałam, że ta praca z dziećmi daje mu radość i satysfakcję.
No a zazdrość to stąd, że w Polsce większości osób z wadami rozwojowymi
po prostu nie widać. Nie widać ich, bo mają problemy z wyjściem z domu,
ze zdobyciem wykształcenia, ze znalezieniem w końcu pracy.
Dopóki są dziećmi to jeśli rodzice są bardzo zdeterminowani dziecko ma
zapewnioną rehabilitację, choć niekoniecznie w pełnym wymiarze z NFZ.
Jakoś rodzice dostarczają ich do szkoły-integracyjnej lub specjalnej, ale
w chwili gdy dziecko ukończy 18 lat, państwo umywa ręce - radz sobie sam
człowieku, wszak jesteś dorosły.
Sadzę, że każdy nawet średnio inteligentny człowiek rozumie, że z chwilą
dojścia do pełnoletności wada rozwojowa nie spada z człowieka niczym
czapka z głowy.
Wszyscy oni nadal potrzebują rehabilitacji i to ciągłej, a NFZ im tego nie
zapewnia.
Przy odrobinie szczęścia i bliskości dużego miasta - może się trafi raz na 6
miesięcy kompleksowa rehabilitacja przez 3 tygodnie. I koniec. Resztę
należy sobie organizować samemu.
Tu regularnie widuję np. grupki nastolatków z zespołem Downa - pięć lub
sześć osób z tym zespołem, dwóch opiekunów.
Są w parku, czasem w jakimś markecie, jeżdżą na koncerty- w ten sposób są
uczeni zwykłego życia, które nawet nam, zdrowym, czasami sprawia trudność.
Nie siedzą uziemieni w domach i nikt tutaj nie odsuwa się od nich w środkach
miejskiej komunikacji ani ich nie ogląda jak dziwne okazy wyciągnięte ze
słoja z formaliną.
A ponieważ jestem fanką "nic nie robienia" często wędruję bez celu i patrzę-
na ludzi, których mijam, na domy, na upaćkane jak mój samochody i moja
wewnętrzna kamera utrwala mijane obrazy- przedszkolaków w odblaskowych
jednakowych kamizelkach wśród których na każdą trójkę dzieciaków jedno jest
o innym kolorze skóry, ale wszystkie tak samo zgodnie się śmieją i tuptają,
starsze i bardzo stare osoby często wyposażone w "'balkoniki" dzięki którym
czują się na ulicy pewniej. I gdy moja wewnętrzna kamera to zapisuje zaczynam
się zastanawiać dlaczego tam, skąd przyjechałam nie ma tylu mocno starych
osób.
Tak naprawdę to one są, ale w większości uwięzione w domach, bo jak wyjść
z domu gdy się mieszka na którymś piętrze a windy brak? I jak zrobić zakupy gdy
wszystko takie ciężkie? To kolejna grupa ludzi w Polsce w jakimś sensie
wykluczonych, podobnie jak wszyscy "sprawni inaczej".
Idę dalej i odnotowuję -tu nie ma na ulicy i podwórkach kotów! Ani pół kota nie
widziałam od chwili przyjazdu! Są psy, bardzo dużo wielorasowych ale
wszystkie na smyczy a poza tym miłe, grzeczne i każdy właściciel sprząta po
swoim psie.No i tych czworonogów jest niewiele. I jakieś ciche, rzadko można
usłyszeć psie szczekanie. Jak zwykle nałogowo wypatruję jamników i to
koniecznie szorstkowłosych. Na razie widziałam tylko dwa okazy.
Przechodzę obok kościoła- jest niedziela, ale żadnych tłumów obok kościoła,
żadnego hałasu i dzwonienia. Żaden dzwon nie usiłuje zburzyć pobliskch
domów nachalnym i głośnym dzwonieniem.Raz dziennie, tuż przed godz.12,00
słychać dość ciche dzwonienie przez mniej niż pół minuty.
Idę dalej, a kamera zapisuje- przed sklepem trzy stoliki, kilka osób pije kawę
i ...zajadają przeogromne porcje ciasta .Zastanawiam się czy będą w stanie
wstać od stolików.
Widzę z daleka znajomą twarz - tak naprawdę się nie znamy, ale zawsze się
witamy głośnym "halo" i uśmiechamy się do siebie- mieszkamy w sąsiadujących
ze sobą kamienicach.
Koniec "nicnierobienia" - muszę wrócić do domu i ugotować obiad. Co prawda
nie zajmie mi to więcej niż 20 minut, no ale "nicnierobienie" mus skończyć.
niedziela, 10 czerwca 2018
Ale za to niedziela,...
......ale za to niedziela, niedziela- będzie dla nas;)))
Prawdę mówiąc ta niedziela była, a raczej jeszcze jest, dla starszego Krasnala.
Bo dziś starszy miał dodatkowe zajęcia z klubem pływackim i były one na
tzw. "łonie natury".
Owe łono natury to jedno z niedużych jeziorek w dzielnicy Grunwald. Jest
niezbyt głębokie więc i woda była "ciepła", czyli miała aż 23 stopnie wg
pana Celsjusza.
Brzegi jeziorka są porośnięte lasem , w jednym miejscu, mało cywilizowanym,
jest "dzika plaża", czyli zejście do owego jeziorka, na górze tegoż zejścia leżą
dwa ścięte i okorowane bardzo duże drzewa (zamiast ławek) więc miałam na
czym odwłok złożyć.
Jeziorko jest kąpieliskiem strzeżonym, jest chyba ze trzech ratowników, a na
jego środku jest kwadratowy pomost, co ułatwia trenerom pracę - jest gdzie
ćwiczyć skoki z brzegu do wody.
Pani trenerka, a jest nią od wielu lat, doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że
pływanie w basenie a na otwartym akwenie to dwie różne bajki i często ci,
korzy świetnie radzą sobie na basenie, niezbyt mogą się odnależć w morzu lub
jeziorze i zdarza się, że zwyczajnie się topią.
I jest skłonna przez całe lato organizować dla swoich podopiecznych takie
pływanie w naturalnym akwenie. Ciekawostka - robi to z własnej inicjatywy,
społecznie.
Bo całe lato basen klubowy będzie jak co roku w remoncie i nie będzie zajęć.
Zdjęć z pływania Krasnala w owym jeziorze nie mam, bo obowiązują teraz
nowe przepisy o ochronie danych.
Gdy tam przyjechaliśmy było jeszcze bardzo mało osób, ale tak mniej więcej
po 20 minutach poczułam, tak do głębi, że na pewno nie jestem w Polsce.
Wprawdzie poziom wystroju i wyposażenie kąpieliska ogromnie mi się
kojarzył z takimi podobnymi miejscami w Polsce, ale wkrótce owe skojarzenia
się skończyły, bo zaczęli napływać amatorzy pływania i plażowania.
Gdy przed oczami przesnuła mi się mocno zwiędła plażowiczka w toplesie
pomyślałam, że część górna kostiumu typu bikini to raczej nie grzeje, za to
z całą pewnością podnosi estetykę sylwetki, bo szlachetny zwis biustu raczej
nie dodaje nikomu urody.
W chwilę potem znów naruszono moje poczucie estetyki, bo chęci na kąpiel
nabrało kilku mężczyzn mocno zatłuszczonych (lustrzyca), starszych i
młodszych (przerost mięśnia piwnego). I wcale to nie była jakaś zaprzyjazniona
grupa, np. nudystów czy też naturystów.
Niestety nie doczekałam się młodych, zgrabnych gołych pań i panów.
Wszyscy, którzy byli młodzi i zgrabni kąpali się w strojach kąpielowych, im
jakoś owe niewielkie skrawki materiałów użyte na stroje kąpielowe zupełnie
nie przeszkadzały.
Jak mnie zapewniła córka takie widoki są na porządku dziennym na każdym
takim kąpielisku.
Wracając do domu zastanawiałam się cały czas, dlaczego ci wszyscy młodzi,
zgrabni, płci obojga byli "tekstylni" a posiadacze mocno zwiędłych ciał
paradowali nago. Macie jakąś teorię w tej materii???
Pozazdrościłam Stokrotce posiadania własnego trzmiela i dziś usiłowałam
rano obfocić swojego trzmiela, który co dzień tu przylatuje na begonie.
Niestety nie dał się podejść zbyt blisko i słabo go widać.
Żeby go pokazać musiałam jednak powiększyć zdjęcie- siedzi na najniższym
kwiatku.
Prawdę mówiąc ta niedziela była, a raczej jeszcze jest, dla starszego Krasnala.
Bo dziś starszy miał dodatkowe zajęcia z klubem pływackim i były one na
tzw. "łonie natury".
Owe łono natury to jedno z niedużych jeziorek w dzielnicy Grunwald. Jest
niezbyt głębokie więc i woda była "ciepła", czyli miała aż 23 stopnie wg
pana Celsjusza.
Brzegi jeziorka są porośnięte lasem , w jednym miejscu, mało cywilizowanym,
jest "dzika plaża", czyli zejście do owego jeziorka, na górze tegoż zejścia leżą
dwa ścięte i okorowane bardzo duże drzewa (zamiast ławek) więc miałam na
czym odwłok złożyć.
Jeziorko jest kąpieliskiem strzeżonym, jest chyba ze trzech ratowników, a na
jego środku jest kwadratowy pomost, co ułatwia trenerom pracę - jest gdzie
ćwiczyć skoki z brzegu do wody.
Pani trenerka, a jest nią od wielu lat, doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, że
pływanie w basenie a na otwartym akwenie to dwie różne bajki i często ci,
korzy świetnie radzą sobie na basenie, niezbyt mogą się odnależć w morzu lub
jeziorze i zdarza się, że zwyczajnie się topią.
I jest skłonna przez całe lato organizować dla swoich podopiecznych takie
pływanie w naturalnym akwenie. Ciekawostka - robi to z własnej inicjatywy,
społecznie.
Bo całe lato basen klubowy będzie jak co roku w remoncie i nie będzie zajęć.
Zdjęć z pływania Krasnala w owym jeziorze nie mam, bo obowiązują teraz
nowe przepisy o ochronie danych.
Gdy tam przyjechaliśmy było jeszcze bardzo mało osób, ale tak mniej więcej
po 20 minutach poczułam, tak do głębi, że na pewno nie jestem w Polsce.
Wprawdzie poziom wystroju i wyposażenie kąpieliska ogromnie mi się
kojarzył z takimi podobnymi miejscami w Polsce, ale wkrótce owe skojarzenia
się skończyły, bo zaczęli napływać amatorzy pływania i plażowania.
Gdy przed oczami przesnuła mi się mocno zwiędła plażowiczka w toplesie
pomyślałam, że część górna kostiumu typu bikini to raczej nie grzeje, za to
z całą pewnością podnosi estetykę sylwetki, bo szlachetny zwis biustu raczej
nie dodaje nikomu urody.
W chwilę potem znów naruszono moje poczucie estetyki, bo chęci na kąpiel
nabrało kilku mężczyzn mocno zatłuszczonych (lustrzyca), starszych i
młodszych (przerost mięśnia piwnego). I wcale to nie była jakaś zaprzyjazniona
grupa, np. nudystów czy też naturystów.
Niestety nie doczekałam się młodych, zgrabnych gołych pań i panów.
Wszyscy, którzy byli młodzi i zgrabni kąpali się w strojach kąpielowych, im
jakoś owe niewielkie skrawki materiałów użyte na stroje kąpielowe zupełnie
nie przeszkadzały.
Jak mnie zapewniła córka takie widoki są na porządku dziennym na każdym
takim kąpielisku.
Wracając do domu zastanawiałam się cały czas, dlaczego ci wszyscy młodzi,
zgrabni, płci obojga byli "tekstylni" a posiadacze mocno zwiędłych ciał
paradowali nago. Macie jakąś teorię w tej materii???
Pozazdrościłam Stokrotce posiadania własnego trzmiela i dziś usiłowałam
rano obfocić swojego trzmiela, który co dzień tu przylatuje na begonie.
Niestety nie dał się podejść zbyt blisko i słabo go widać.
Żeby go pokazać musiałam jednak powiększyć zdjęcie- siedzi na najniższym
kwiatku.
piątek, 8 czerwca 2018
Poczdamska Biosfera
Zdjęcia powiększamy "kliknięciem".
Dziś w Parku Biosfera było znacznie
przyjemniej niż na zewnątrz.
Te cztery zdjęcia to widok części parku z górnego piętra
Na tym górnym piętrze znajduje się również
kawiarnia nad sadzawką, w której pływają
rybki Koji.
Właściwie słowo "rybki" jest zupełnie
nie adekwatne do wielkości tych ryb,
z których każda waży zapewne bardzo dużo.
Przyznacie, że posiedzenie w kawiarni wśród takiej roślinności, nad wodą, w lekkim przewiewie, to sama
przyjemność.
W całym budynku słychać świergot ptaków,
bo niektóre latają swobodnie. Jeśli się dobrze
wpatrzycie w zdjęcie po prawej stronie to
zapewne dostrzeżecie dwa z tych ptaszków.
Niestety nigdzie nie znalazłam o nich
jakiejkolwiek informacji
Gdy szliśmy oglądać kameleony to na spotkanie wyszedł nam z zarośli najprawdziwszy bażant i aby wyeksponować
swe wdzięki wskoczył na murek
Wpadliśmy też na kilka minut do motylarium - było tam
niemiłosiernie gorąco, bo to tropikalne motyle.
To jedyny okaz , który był łaskaw na moment przysiąść
i zaprezentować nam swe skrzydełka
Tu niestety zdjęcie "takie sobie", bo motyle trzepotały
skrzydełkami
Po prawej też motylek, gdy wystartował do lotu to właściwie był wielkości wróbla
Przypatrzcie się uważnie, naprawdę tam jest. Jego rozłożone skrzydełka są ciemno błękitne, spójrzcie na zdjęcie powyżej
A tu roślinka- pułapka.
Sam środek jest kolczasty,
zanurzony częściowo w słodkim soku, a te dwa
maleńkie kwiatuszki udają oczka.
Tę roślinę można znależć i w naszych mieszkaniach, tyle tylko, że ma mniejsze liście.
To diffenbachia, której liście są trujące, więc nie powinna
być hodowana w domu gdzie są małe dzieci i zwierzaki.
Po prawej mini las - bambusowy
A na zakończenie zdjęcie guzmanii, którą
dość często można spotkać w kwiaciarniach,
choć wydaje mi się, że straciła ostatnio na
popularności.
Wiadomość dla tych co chcieli by odwiedzić Park Biosfera- bilety drogie jak piorun:
dziecię do lat 13 płaci za bilet 7,80€, osoba dorosła- 11,50€.
I jeśli dziecko nie ma świra na punkcie egzotycznych roślin, to wcale nie wiadomo
czy będzie szczęśliwe po takiej wycieczce.
Dziś w Parku Biosfera było znacznie
przyjemniej niż na zewnątrz.
Te cztery zdjęcia to widok części parku z górnego piętra
Na tym górnym piętrze znajduje się również
kawiarnia nad sadzawką, w której pływają
rybki Koji.
Właściwie słowo "rybki" jest zupełnie
nie adekwatne do wielkości tych ryb,
z których każda waży zapewne bardzo dużo.
Przyznacie, że posiedzenie w kawiarni wśród takiej roślinności, nad wodą, w lekkim przewiewie, to sama
przyjemność.
W całym budynku słychać świergot ptaków,
bo niektóre latają swobodnie. Jeśli się dobrze
wpatrzycie w zdjęcie po prawej stronie to
zapewne dostrzeżecie dwa z tych ptaszków.
Niestety nigdzie nie znalazłam o nich
jakiejkolwiek informacji
Gdy szliśmy oglądać kameleony to na spotkanie wyszedł nam z zarośli najprawdziwszy bażant i aby wyeksponować
swe wdzięki wskoczył na murek
Wpadliśmy też na kilka minut do motylarium - było tam
niemiłosiernie gorąco, bo to tropikalne motyle.
To jedyny okaz , który był łaskaw na moment przysiąść
i zaprezentować nam swe skrzydełka
Tu niestety zdjęcie "takie sobie", bo motyle trzepotały
skrzydełkami
Po prawej też motylek, gdy wystartował do lotu to właściwie był wielkości wróbla
Przypatrzcie się uważnie, naprawdę tam jest. Jego rozłożone skrzydełka są ciemno błękitne, spójrzcie na zdjęcie powyżej
A tu roślinka- pułapka.
Sam środek jest kolczasty,
zanurzony częściowo w słodkim soku, a te dwa
maleńkie kwiatuszki udają oczka.
Tę roślinę można znależć i w naszych mieszkaniach, tyle tylko, że ma mniejsze liście.
To diffenbachia, której liście są trujące, więc nie powinna
być hodowana w domu gdzie są małe dzieci i zwierzaki.
Po prawej mini las - bambusowy
A na zakończenie zdjęcie guzmanii, którą
dość często można spotkać w kwiaciarniach,
choć wydaje mi się, że straciła ostatnio na
popularności.
dziecię do lat 13 płaci za bilet 7,80€, osoba dorosła- 11,50€.
I jeśli dziecko nie ma świra na punkcie egzotycznych roślin, to wcale nie wiadomo
czy będzie szczęśliwe po takiej wycieczce.
środa, 6 czerwca 2018
Jeszcze żyję.....
......a Wy zaraz padniecie z nudów oglądając zdjęcia robione komórką
Tak jest przed szklarnią.Zwróćcie uwagę, że opuncja kwitnie.
Co prawda kwiatuszki ma mikre, ale jednak ma!
Nie mogłam bliżej podejść, bo musiałabym sterczeć na trawniku.
A teraz sesja zdjęciowa ze środka szklarni:
Zdjęcie po lewej robione przez szybę-
bo to bardzo cenne okazy

Oczarowała mnie kwitnąca wśród
kaktusów i sukulentów bugenwilla
A tu czerwone lilie wodne.Niestety żaby, które darły pyszczydła jak
oszalałe, nie dawały się obfocić.
To "oczko wodne" jest przed szklarnią i szklarniowym tarasem.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zapomniała załadować baterii
w aparcie, więc musiałam się posłużyć komórką, no i jakość kiepska.
Jak się już domyśliliście, to byłam dziś w ogrodzie botanicznym.
Niestety "Królowa Victoria" jeszcze nie zakwitła, ale jest szansa, że nastąpi to
w połowie tego miesiąca.Oczywiście jasne jak słońce, że pojedziemy tę
piękność obejrzeć.
Poza tym mało mnie na blogu, bo mam strasznie dużo różnych dziwnych zajęć
i to natury towarzyskiej.
Przyjechała do Berlina teściowa mojej córki , a jest to osoba niebywale miła,
którą oboje bardzo cenimy i lubimy. I niezwykle cierpliwa, bo rozmawiam
z Nią w trzech językach- polskim, angielskim i mini niemieckim.
To naprawdę trzeba mieć dużo cierpliwości by nie dać mi w łeb gdy zaczynam
zdanie po angielsku, w środku jakieś słówko niemieckie, na koniec- polskie.
Poza tym zaczęłam pewien projekt dla swej przyjaciółki i chcę go jak najszybciej
ukończyć.
No cóż, zaliczyłam też dziś kawusię i lody w tym "botaniku" - moje ulubione, takie
na patyku, magnum migdałowe.
Po takiej ilości dreptania po ogrodowych ścieżkach, przejściu przez 5 naprawdę
wysokich ogródków skalnych a potem po odwiedzeniu dwóch szklarni czułam się
wielce wyczerpana. Musiałam się wzmocnić by wrócić do domu;))
Pogoda jest prześliczna, słońce, 23 w cieniu i nawet wiaterek powiewa.
Tak jest przed szklarnią.Zwróćcie uwagę, że opuncja kwitnie.
Co prawda kwiatuszki ma mikre, ale jednak ma!
Nie mogłam bliżej podejść, bo musiałabym sterczeć na trawniku.
A teraz sesja zdjęciowa ze środka szklarni:
bo to bardzo cenne okazy

Oczarowała mnie kwitnąca wśród
kaktusów i sukulentów bugenwilla
A tu czerwone lilie wodne.Niestety żaby, które darły pyszczydła jak
oszalałe, nie dawały się obfocić.
To "oczko wodne" jest przed szklarnią i szklarniowym tarasem.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zapomniała załadować baterii
w aparcie, więc musiałam się posłużyć komórką, no i jakość kiepska.
Jak się już domyśliliście, to byłam dziś w ogrodzie botanicznym.
Niestety "Królowa Victoria" jeszcze nie zakwitła, ale jest szansa, że nastąpi to
w połowie tego miesiąca.Oczywiście jasne jak słońce, że pojedziemy tę
piękność obejrzeć.
Poza tym mało mnie na blogu, bo mam strasznie dużo różnych dziwnych zajęć
i to natury towarzyskiej.
Przyjechała do Berlina teściowa mojej córki , a jest to osoba niebywale miła,
którą oboje bardzo cenimy i lubimy. I niezwykle cierpliwa, bo rozmawiam
z Nią w trzech językach- polskim, angielskim i mini niemieckim.
To naprawdę trzeba mieć dużo cierpliwości by nie dać mi w łeb gdy zaczynam
zdanie po angielsku, w środku jakieś słówko niemieckie, na koniec- polskie.
Poza tym zaczęłam pewien projekt dla swej przyjaciółki i chcę go jak najszybciej
ukończyć.
No cóż, zaliczyłam też dziś kawusię i lody w tym "botaniku" - moje ulubione, takie
na patyku, magnum migdałowe.
Po takiej ilości dreptania po ogrodowych ścieżkach, przejściu przez 5 naprawdę
wysokich ogródków skalnych a potem po odwiedzeniu dwóch szklarni czułam się
wielce wyczerpana. Musiałam się wzmocnić by wrócić do domu;))
Pogoda jest prześliczna, słońce, 23 w cieniu i nawet wiaterek powiewa.
czwartek, 31 maja 2018
Nuuuuda.....
.......nic się nie dzieje.
Nic się nie dzieje bo jest upał.
Dziś w niektórych landach jest dzień wolny od pracy, bo czczą Boże Ciało.
Tu już był dzień wolny z okazji Wniebowstąpienia oraz dzień wolny po
Zielonych Świątkach. Jak zauważyłam to w tym miesiącu dzieciaki nie
nachodziły się do szkoły, bo po wolnym od pracy dniu, miały jeszcze jeden
dzień wolny od szkoły.
Poza tym w gimnazjach są matury więc młodsze klasy mają mniej zajęć- a to idą
na pózniejszą godzinę, a to wychodzą wcześniej ze szkoły albo są wypychane na
jakąś wycieczkę.
Podejrzewam, że nasza winda nie lubi upałów - ledwo ją naprawili a znów nie
działa. I to mnie martwi, bo mam zakaz chodzenia po schodach- obojętne
w którym kierunku. Szkodzą niezależnie od tego czy idę w dół czy w górę.
Ale ze zdziwieniem i radością odkryłam, że jakoś włażę na to 3 piętro i nawet
nie mam psiej zadyszki.
Mój mąż po operacji kardiologicznej (implant zastawki aortalnej i bypassy)
musi być pod opieką kardiologa.
W Polsce był pod opieką kardiologa prywatnego. Raz na kwartał wizyta rutynowa,
co pół roku echo serca.
Tu dostał oczywiście skierowanie do kardiologa z AAOK, czyli z Kasy Chorych
i dziś dostałam ze śmiechu kolki - najbliższy możliwy termin wizyty to ...2019 rok.
Bo kardiolog, do którego nas skierował lekarz jest b. dobrym i rozchwytywanym
specjalistą i nawet na wizyty prywatne nie ma już wolnych terminów.
Trzeba będzie poszukać innego kardiologa. I tę czynność scedowałam na córkę.
A propos córki - wczoraj rano miała jechać służbowo do Strasburga -
zarezerwowała sobie bilet w I klasie, klima, WiFi, posiłek do przedziału.
Niestety nie ma bezpośredniego połączenia do Strasburga, trzeba w Hanowerze
zmienić pociąg. W sumie to podróż trwa 6 godzin, no ale miała przy okazji nieco
w pociągu popracować.
Siedzę wczoraj w domu przy kompie i kawie i...dzwoni moje dziecko, że właśnie
wraca z dworca do domu, bo pociąg do Hanoweru odwołany z powodu..... tak
dokładnie to nie wiadomo, bo z powodu pogody. Bo tam po drodze przechodziły
jakieś gwałtowne burze, ulewy itp. nieszczęścia atmosferyczne.
I tym sposobem na umówione spotkanie nie dojechała.
Za to spędziła na berlińskim dworcu ze dwie godziny, bo takich zdesperowanych
odwołaniem pociągu osób było naprawdę sporo.
Przypomniał mi się od razu nasz powrót pociągiem z Niemiec w 2003 roku.
Też był upał i pociąg zle go znosił, nawet gorzej niż ja. Jechał nie przekraczając
30 km/godz., bo temperatura w cieniu wynosiła tego dnia +38 stopni .
I do Warszawy dowlekliśmy się nie rano ale dopiero pod wieczór.
Dziś u mnie kolejny dzień upalny i nikt ani nic mnie z domu nie wygoni.
Pozamykałam okna od strony południowej, pootwieraliśmy te od strony północnej
i jest w domu chłodniej niż na ulicy. Tu i tak jest niezle, bo drzew jest naprawdę
dużo i chodzenie w ich cieniu nie jest tak bardzo uciążliwe.
Wszystko dookoła kwitnie, zaczęły kwitnąc również lipy, kwitną też jaśminy
i robinie akacjowe białe i fioletowe.
W trawnikowych przydomowych ogródkach kwitną róże i są wśród nich wysokie
różane drzewka. Przepięknie kwitną! Pierwszy raz takie widzę!
Kilka dni temu napisałam u Nitagera, że nie widzę tu jerzyków- właśnie wczoraj
usłyszałam ten charakterystyczny ich pisk i jak pociski przemknęły za moim
oknem dwa jerzyki.
No i wczoraj była imitacja burzy: napłynęły ciemne chmury, dwa razy gdzieś daleko
od nas grzmotnęło z dziesięć minutek popadał niezbyt intensywny deszcz, w pół
godziny pózniej wszystko wróciło do normy, czyli był nadal upał.
Przez tę ilość drzew nabędę nowej sprawności harcerskiej - mistrz mycia szyb
samochodowych. Tu zawsze stoi się pod drzewami i zawsze coś lepiącego się
z tych drzew spada. Samochód wygląda jak oblepiony miodem.
Marzę o duuużym deszczu, może się to wtedy choć trochę zmyje?
Zdaje się ,że w Polsce macie dłuższy weekend, a więc......
miłego wypoczynku dla Was!
Nic się nie dzieje bo jest upał.
Dziś w niektórych landach jest dzień wolny od pracy, bo czczą Boże Ciało.
Tu już był dzień wolny z okazji Wniebowstąpienia oraz dzień wolny po
Zielonych Świątkach. Jak zauważyłam to w tym miesiącu dzieciaki nie
nachodziły się do szkoły, bo po wolnym od pracy dniu, miały jeszcze jeden
dzień wolny od szkoły.
Poza tym w gimnazjach są matury więc młodsze klasy mają mniej zajęć- a to idą
na pózniejszą godzinę, a to wychodzą wcześniej ze szkoły albo są wypychane na
jakąś wycieczkę.
Podejrzewam, że nasza winda nie lubi upałów - ledwo ją naprawili a znów nie
działa. I to mnie martwi, bo mam zakaz chodzenia po schodach- obojętne
w którym kierunku. Szkodzą niezależnie od tego czy idę w dół czy w górę.
Ale ze zdziwieniem i radością odkryłam, że jakoś włażę na to 3 piętro i nawet
nie mam psiej zadyszki.
Mój mąż po operacji kardiologicznej (implant zastawki aortalnej i bypassy)
musi być pod opieką kardiologa.
W Polsce był pod opieką kardiologa prywatnego. Raz na kwartał wizyta rutynowa,
co pół roku echo serca.
Tu dostał oczywiście skierowanie do kardiologa z AAOK, czyli z Kasy Chorych
i dziś dostałam ze śmiechu kolki - najbliższy możliwy termin wizyty to ...2019 rok.
Bo kardiolog, do którego nas skierował lekarz jest b. dobrym i rozchwytywanym
specjalistą i nawet na wizyty prywatne nie ma już wolnych terminów.
Trzeba będzie poszukać innego kardiologa. I tę czynność scedowałam na córkę.
A propos córki - wczoraj rano miała jechać służbowo do Strasburga -
zarezerwowała sobie bilet w I klasie, klima, WiFi, posiłek do przedziału.
Niestety nie ma bezpośredniego połączenia do Strasburga, trzeba w Hanowerze
zmienić pociąg. W sumie to podróż trwa 6 godzin, no ale miała przy okazji nieco
w pociągu popracować.
Siedzę wczoraj w domu przy kompie i kawie i...dzwoni moje dziecko, że właśnie
wraca z dworca do domu, bo pociąg do Hanoweru odwołany z powodu..... tak
dokładnie to nie wiadomo, bo z powodu pogody. Bo tam po drodze przechodziły
jakieś gwałtowne burze, ulewy itp. nieszczęścia atmosferyczne.
I tym sposobem na umówione spotkanie nie dojechała.
Za to spędziła na berlińskim dworcu ze dwie godziny, bo takich zdesperowanych
odwołaniem pociągu osób było naprawdę sporo.
Przypomniał mi się od razu nasz powrót pociągiem z Niemiec w 2003 roku.
Też był upał i pociąg zle go znosił, nawet gorzej niż ja. Jechał nie przekraczając
30 km/godz., bo temperatura w cieniu wynosiła tego dnia +38 stopni .
I do Warszawy dowlekliśmy się nie rano ale dopiero pod wieczór.
Dziś u mnie kolejny dzień upalny i nikt ani nic mnie z domu nie wygoni.
Pozamykałam okna od strony południowej, pootwieraliśmy te od strony północnej
i jest w domu chłodniej niż na ulicy. Tu i tak jest niezle, bo drzew jest naprawdę
dużo i chodzenie w ich cieniu nie jest tak bardzo uciążliwe.
Wszystko dookoła kwitnie, zaczęły kwitnąc również lipy, kwitną też jaśminy
i robinie akacjowe białe i fioletowe.
W trawnikowych przydomowych ogródkach kwitną róże i są wśród nich wysokie
różane drzewka. Przepięknie kwitną! Pierwszy raz takie widzę!
Kilka dni temu napisałam u Nitagera, że nie widzę tu jerzyków- właśnie wczoraj
usłyszałam ten charakterystyczny ich pisk i jak pociski przemknęły za moim
oknem dwa jerzyki.
No i wczoraj była imitacja burzy: napłynęły ciemne chmury, dwa razy gdzieś daleko
od nas grzmotnęło z dziesięć minutek popadał niezbyt intensywny deszcz, w pół
godziny pózniej wszystko wróciło do normy, czyli był nadal upał.
Przez tę ilość drzew nabędę nowej sprawności harcerskiej - mistrz mycia szyb
samochodowych. Tu zawsze stoi się pod drzewami i zawsze coś lepiącego się
z tych drzew spada. Samochód wygląda jak oblepiony miodem.
Marzę o duuużym deszczu, może się to wtedy choć trochę zmyje?
Zdaje się ,że w Polsce macie dłuższy weekend, a więc......
miłego wypoczynku dla Was!
poniedziałek, 28 maja 2018
Byłam dziś......
.....mniej więcej dwie godziny w Polsce.
A tę Polskę znalazłam w.....centrum Berlina.
Doprecyzuję - byliśmy dziś w przychodni, gdzie przyjmuje lekarz pierwszego
kontaktu rodem z Polski. Personel pomocniczy też jest częściowo z Polski.
Szkoda, że ów personel zabrał z Polski również polską organizację pracy.
Co do samego pana doktora - pełna kultura, sympatyczny, kompetentny.
Ale reszta - tzw. "pożal się Boże".
Gdy byliśmy 3 miesiące wcześniej daliśmy do zeskanowania swą dokumentację
medyczną. Oczywiście, zupełnie jak w Polsce, nie została zeskanowana "od ręki".
Nie miały czasu. Tak mniej wiecej po 2 miesiącach od tamtej wizyty mąż robił
badanie wskaznika krzepliwości krwi i zapytał się, czy możemy już odebrać
swoja dokumentację. Przez moment zapanował dziki popłoch, potem jedna pani
obiegła niemal wszystkie pomieszczenia ( poza toaletą;), by z gestem triumfu
przynieść te nasze dokumenty ze smutną miną , że "ojej, jeszcze się nie
zeskanowały!".
I chyba miałam mordercze błyski w oku, bo po chwili stwierdziła, że ona to
zaraz zeskanuje.
Dziś przychodzimy, zgodnie z zapisem na godz. 11,00 na wizytę. Przy recepcji
tłumek, w poczekalni tłumek. Ale panie wzorowo uśmiechnięte, zapewniają, że
jak przyjdzie nasza kolej to nas poproszą.
Siedzimy w poczekalni, siedzimy, krzesełka mało wygodne, duszno i nudno.
Duszno, bo dziś od rana jest UPAŁ i nawet otwarte okna nie pomagają.
Siedzimy i siedzimy, kończy się nam już czas wykupiony na parkowanie a my
wciąż czekamy - przezornie szarpnęłam się na opłatę za 1,5 godz. stania,
bo chciałam przy okazji odwiedzić pobliskie sklepy. Czas już minął, za szybą
samochodu tkwi już nieaktualny kwitek, a my nadal w tej poczekalni.
No wreszcie nadeszła nasza kolej - pan doktor zapragnął zajrzeć w nasze konta
i.....jest zeskanowana tylko dokumentacja mego męża i- żeby było zabawniej
tylko jego ale na obu naszych kontach. Moja dokumentacja wyparowała, jej
miejsce zajęły skany jego dokumentacji.
Do tego wszystkiego zaginąła kompletnie moja dokumentacja od polskiego
lekarza pierwszego kontaktu.
No i mam tzw. "polkę" - muszę telefonować do Warszawy, ubłagać panie w
recepcji mojej poprzedniej przychodni by raczyły zrobić mi wypiskę z karty
zdrowia, dały ją do podpisu lekarzowi pierwszego kontaktu a następnie by jej
skan przysłały do mnie mailem.
Ciekawa jestem czy się z nimi dogadam - bo co z tego, że obie strony mówią
po polsku, skoro sprawa wymaga nieco wysiłku jednej ze stron.
A do kompletu - od wczoraj winda nie działa, więc się musiałam w tym upale
wciągnąć się per pedes na swe III piętro. Ale widziałam, że już ją naprawiają.
A poza tym - nic się nie dzieje. Kwiatki na balkonie kwitną jak szalone, dni
przelatują mi niczym japoński ekspres, a mój niemiecki nadal w lesie.
No to chyba sobie pojem zaraz lodów orzechowych w charakterze lunchu.
A tę Polskę znalazłam w.....centrum Berlina.
Doprecyzuję - byliśmy dziś w przychodni, gdzie przyjmuje lekarz pierwszego
kontaktu rodem z Polski. Personel pomocniczy też jest częściowo z Polski.
Szkoda, że ów personel zabrał z Polski również polską organizację pracy.
Co do samego pana doktora - pełna kultura, sympatyczny, kompetentny.
Ale reszta - tzw. "pożal się Boże".
Gdy byliśmy 3 miesiące wcześniej daliśmy do zeskanowania swą dokumentację
medyczną. Oczywiście, zupełnie jak w Polsce, nie została zeskanowana "od ręki".
Nie miały czasu. Tak mniej wiecej po 2 miesiącach od tamtej wizyty mąż robił
badanie wskaznika krzepliwości krwi i zapytał się, czy możemy już odebrać
swoja dokumentację. Przez moment zapanował dziki popłoch, potem jedna pani
obiegła niemal wszystkie pomieszczenia ( poza toaletą;), by z gestem triumfu
przynieść te nasze dokumenty ze smutną miną , że "ojej, jeszcze się nie
zeskanowały!".
I chyba miałam mordercze błyski w oku, bo po chwili stwierdziła, że ona to
zaraz zeskanuje.
Dziś przychodzimy, zgodnie z zapisem na godz. 11,00 na wizytę. Przy recepcji
tłumek, w poczekalni tłumek. Ale panie wzorowo uśmiechnięte, zapewniają, że
jak przyjdzie nasza kolej to nas poproszą.
Siedzimy w poczekalni, siedzimy, krzesełka mało wygodne, duszno i nudno.
Duszno, bo dziś od rana jest UPAŁ i nawet otwarte okna nie pomagają.
Siedzimy i siedzimy, kończy się nam już czas wykupiony na parkowanie a my
wciąż czekamy - przezornie szarpnęłam się na opłatę za 1,5 godz. stania,
bo chciałam przy okazji odwiedzić pobliskie sklepy. Czas już minął, za szybą
samochodu tkwi już nieaktualny kwitek, a my nadal w tej poczekalni.
No wreszcie nadeszła nasza kolej - pan doktor zapragnął zajrzeć w nasze konta
i.....jest zeskanowana tylko dokumentacja mego męża i- żeby było zabawniej
tylko jego ale na obu naszych kontach. Moja dokumentacja wyparowała, jej
miejsce zajęły skany jego dokumentacji.
Do tego wszystkiego zaginąła kompletnie moja dokumentacja od polskiego
lekarza pierwszego kontaktu.
No i mam tzw. "polkę" - muszę telefonować do Warszawy, ubłagać panie w
recepcji mojej poprzedniej przychodni by raczyły zrobić mi wypiskę z karty
zdrowia, dały ją do podpisu lekarzowi pierwszego kontaktu a następnie by jej
skan przysłały do mnie mailem.
Ciekawa jestem czy się z nimi dogadam - bo co z tego, że obie strony mówią
po polsku, skoro sprawa wymaga nieco wysiłku jednej ze stron.
A do kompletu - od wczoraj winda nie działa, więc się musiałam w tym upale
wciągnąć się per pedes na swe III piętro. Ale widziałam, że już ją naprawiają.
A poza tym - nic się nie dzieje. Kwiatki na balkonie kwitną jak szalone, dni
przelatują mi niczym japoński ekspres, a mój niemiecki nadal w lesie.
No to chyba sobie pojem zaraz lodów orzechowych w charakterze lunchu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































