.........mijają 62 lata od dnia mojego ślubu, a pojutrze minie już 7 lat odkąd zostałam wdową.
Dzień naszego ślubu był też okazją by po 20 latach spotkali się na naszym ślubie moi rodzice. Bo ich związek trwał aż całe 2 lata! Rozeszli się gdy miałam..... rok życia za sobą. Oboje przybyli na nasz ślub bez swych aktualnych "drugich połówek", z tego co widziałam to nie wiem czy nawet zamienili ze sobą dwa zdania.
Mnie to akurat było zupełnie obojętne czy będą ze sobą rozmawiać czy też nie. A po ceremonii w Urzędzie Stanu Cywilnego oboje zostali jednak u nas na obiedzie - wesela nie było, bo ja, mój ojciec i moja babcia, która mnie wychowała, byliśmy w żałobie, po śmierci mojego dziadka, który wszak był tatą mojego ojca.
Większość moich znajomych nie mogła pojąć, że pobieramy się w trakcie żałoby, ale tak się złożyło, że ani ja, ani mój mąż nie byliśmy entuzjastami przyjęć weselnych i doszliśmy do odkrywczego wniosku, że ślub cywilny zrobimy o 10 rano, ślub kościelny o godzinie 18,00, wesela nie będzie bo wszak jest żałoba w rodzinie a zamiast niego tylko rodzinny obiad, a o godzinie 21,00 wsiądziemy do pociągu i pomkniemy nim do.... Zakopanego.
No i wszystko odbyło się zgodnie z planem, niestety był tego dnia obrzydliwy upał, a my cieszyliśmy się, że na szczęście udało się nam uniknąć frajdy zwanej weselem. Gdy się żegnaliśmy z rodziną moja matka szepnęła mi do ucha, że strasznie się mój ojciec roztył , ojciec z kolei zauważył że moja matka wyraźnie zbrzydła, więc oboje zapędziłam by razem zebrali wszystkie kwiaty, którymi nas obdarowano i zawieźli je razem na cmentarz i złożyli na grobie dziadka. Oboje spojrzeli się na mnie tak, jakbym ich mało wybrednie a mocno obraźliwie znieważyła, babcia wysłała mego ojca po słoiki do piwnicy bo przecież trzeba było zapewnić kwiatom wodę na cmentarzu i zapewniła oboje, że z nimi na cmentarz pojedzie bo przecież bez niej by na właściwy grób nie trafili. Tym sposobem my mieliśmy święty spokój i nim oni wrócili z cmentarza zdążyliśmy wszystko po tym rodzinnym obiedzie posprzątać, pozmywać i minęliśmy się z moim ojcem i babcią już na ulicy, gdy wsiadaliśmy do samochodu brata mego męża, który nas odwoził na dworzec. Wielu moim koleżankom bardzo spodobał się pomysł obiadu rodzinnego zamiast wesela a ich rodzicom zwłaszcza.
A ja tak naprawdę byłam tylko jeden jedyny raz na weselu i to jeszcze gdy byłam nastolatką. Byłam wtedy na wakacjach w Szczyrku i załapałam się na kawałek wesela, ale po mniej niż dwóch godzinach zmyłam się stamtąd bo..... jak dla mnie to było tam za dużo pijanych i stanowczo za głośno.
U mnie znowu zapowiada się jutro upalny dzień , bo 32 stopnie ciepełka to już jednak upał.
Ja się kumpluję z moją sąsiadką emerytką. Była ponad pięćdziesiąt lat w związku i dostała jakiś order za to. Niestety jej mąż mój najlepszy przyjaciel już nie żyję. Warto mieć i starych i młodych znajomych.
OdpowiedzUsuńMy przeżyliśmy wspólnie 55 lat i 2 dni, ale żadnego orderu nikt nam z tej okazji nie zafundował.Nie wpadłam na to,żeby się upomnieć w Polsce o taką "nagrodę", bo wtedy już 2 lata mieszkałam ( i nadal mieszkam) w Berlinie.
UsuńTo tylko błyszczące cacko, a w sercu masz o wiele cenniejszą rzecz.
UsuńAleż dużo tych wspomnień Aniu...
OdpowiedzUsuńAle one rzutują na całe życie...
Przytulam Cię serdecznie...
Tak Jaguniu, gdy człowiek dobiega wielu cyferek w metryce to jego życie staje się pasmem wspomnień. I muszę powiedzieć szczerze - nigdy nie żałowałam ani przez minutę, że wybrałam właśnie tego chłopaka i że byliśmy zdani tylko na siebie i nikt nam w niczym nie pomagał i wszystko zawdzięczaliśmy tylko i wyłącznie sobie samym. Nawet nie wiesz jak bardzo tęsknię za tymi naszymi "posiadami" w tej naszej ulubionej kawiarence!!!! I tak naprawdę to tęsknię tylko za tym, nie za krajem jako takim.
UsuńDobre wspomnienia :)
OdpowiedzUsuńNie tylko żałoba, pandemia również była poręcznym sposobem na ominięcie tradycji, którą w inny sposób bliscy by wymuszali (nie wszyscy w pandemii płakali, że po ślubie nie mogą zrobić wesela, niektórzy pewnie w duchu tańczyli i śpiewali). My z mężem także nie robiliśmy wesela, był tylko obiad na kilka najbliższych osób (mąż ma rodzeństwo), ale to bez powodu, pandemia i żałoby przyszły później. I tak było dobrze. Innym moim zadziorem są pogrzeby. Też bym wolała bez tłumów, oficjalnej celebry, odhaczania "co należy".
Jak teraz się nad tym zastanawiam ... nigdy nie byłam na weselu, albo było to tak nieistotne, że sobie nie przypominam. Szwagrostwo robiło poślubny obiad, znacznie większy od naszego, bo poza rodziną byli przyjaciele, ale też nie można tego zaliczyć jako wesele.
Dobrej niedzieli :)
Większość moich koleżanek i kolegów też nie miała typowych wesel z tłumem gości i zabawą do białego rana. To były jeszcze dość siermiężne czasy, to był rok 1964.
UsuńPiękne wspomnienie, mimo smutnych detali, ale jak to w życiu.
OdpowiedzUsuńWesel generalnie nie lubię, ale o dziwo, dobrze bawiłam sie na weselu u syna, goście w różnym wieku, żadnych pijanych, poprawiny w ogrodzie, miło wspominam.
Żałoba, pandemia, czasami brak kasy lub inne okoliczności - wiele par rezygnuje z wesela. Kolega syna nie miał wesela, woleli wyremontować mieszkanie po babci.
Tym, że nie było "prawdziwego wesela" szalenie podpadliśmy mojej teściowej, która jakoś nie mogła pojąć, że nas tak naprawdę wcale nie było stać na jakieś huczne wesele z setka gości i winem lejącym się hektolitrami. I że to my sami ponosiliśmy wszystkie koszty tej uroczystości.
UsuńPamiętam snierc twojego męża, akurat zaczynaliście przyzwyczajać się do życia w nowym miejscu, akurat byliście po 55tej rocznicy ślubu. Tyle pięknych lat.
OdpowiedzUsuńpozdrawiam serdecznie.
Wiesz Lucy- ja dopiero w tym roku doszłam do siebie psychicznie po śmierci męża. Wreszcie udało mi się jakoś to wszystko poukładać w głowie tak, by móc o tym spokojnie bez ściśniętego gardła i na granicy płaczu myśleć. Bo tak naprawdę to przyjechaliśmy tu by On miał lepszy dostęp do lekarzy i by czuł, że mamy jednak oparcie w rodzinie. No a ja już nie wrócę do Polski, nie mam tam bliskiej rodziny. Serdeczności ślę do Ciebie!
UsuńPrzeżyć z kimś tyle lat to nie bagatela. Gratuluję.
OdpowiedzUsuńEch ci rodzice- czasami potrafią być zmorą dla dzieci.
A mój ślub odbył się w środę i moja mama miała prawdziwy zawrót głowy, bo według niej wyglądało to tak, jakbym chciałam uciec przed ludżmi. Coś ukryć... np.: ciążę. )
Wiele lat czekaliśmy na własne mieszkanie pakując forsę w wynajmowane mieszkania. Nie da się ukryć, że najwięcej nam zatruwała życie moja teściowa, która potrafiła wybrać się do działu kadr instytutu w którym wtedy pracował mój mąż i tam nas obgadać, chociaż wcale u niej nie mieszkaliśmy. Śmieliśmy się z mężem, że przez nią ten instytut wprowadził nakaz wejścia tylko z przepustką lub legitymacją pracowniczą. Do mego biura nie przychodziła, bo nie wiedziała gdzie ja pracuję, jako że tak zaraz po ślubie ja zmieniłam miejsce zatrudnienia i pracowałam pod Warszawą. Ale wiedziałam, że w moim poprzednim miejscu pracy mnie szukała i była piekielnie rozczarowana, że dział kadr nie wiedział czy i gdzie ja pracuję.
UsuńWesela sa przerozne, zreszta chrzciny dzieci tez.
OdpowiedzUsuńJa tez jestem za skromnymi co nie znaczy ze bez przyjecia w malym kolku rodzinnym - i taki mialam a przetrwalo 53 lata. Z kolei pierwszy slub syna, pozniej corki byl niezmiernie duzy i wystawny a malzenstwa okazaly sie przeciwnosciami syna rozlatujac sie po 6 latach, corki, brane w piatek i 13tego bardzo udane.
Twoj byl nietypowy ze wzgledu na udzial poroznionych rodzicow ale sam fakt ze byli to duzo. Jakkolwiek bylo mysle ze wyszlo niezle.
Trzymaj sie zdrowo Anabell.
Nas najzwyczajniej w świecie nie było stać na jakąś wystawną uroczystość bo ani moi rodzice ani jego w niczym nam nie pomagali. Moi bo byli rozwiedzeni, a u niego ojciec był na marnej rencie inwalidzkiej a matka nie pracowała i mąż im systematycznie pomagał finansowo. Serpentynko - ja się urodziłam trzynastego, ale ponoć wtedy nie był piątek tylko wtorek. Wiesz - moi biologiczni rodzice "koncertowo mnie oleli" i od 4 roku życia mnie wychowywali rodzice mego ojca na koszt własny. I ja na dziadków sama z siebie mówiłam "mama i tata", bo praktycznie to oni wypełniali wobec mnie obowiązki rodzicielskie a moi rodzice nawet im nie pomagali w tym finansowo.
UsuńCiekawe wspomnienia - gratuluję rocznicy!
OdpowiedzUsuńŻyczę zdrowia i pogody ducha.
Dziękuje Lechu, cieszę się, że mnie odwiedziłeś!
OdpowiedzUsuńW każdym Twoim słowie czuć tęsknotę, kto nie przeżył z drugim człowiekiem całego dorosłego życia temu trudno zrozumieć, że mąż może być po prostu przyjacielem
OdpowiedzUsuńA żeby było jeszcze śmieszniej, to wcale nie znaliśmy się przed ślubem długo i pobraliśmy się właściwie z totalnego braku czasu na randkowanie, bo mąż studiował i jednocześnie pracował, więc wymyśliliśmy,że najlepiej będzie wziąć ślub, nie będzie musiał biedak tracić czasu na randki.On miał wtedy 23 lata , a ja 21. Wszyscy patrzyli na nas jak na parę wariatów, podejrzewając, że jestem w ciąży. Ale szalenie długo musieli czekać na nasze rozmnożenie się bo my zdecydowaliśmy się na dziecko dopiero wtedy gdy mieliśmy już własne mieszkanie, czyli w 12 lat po ślubie. Po prostu jakoś nie wyobrażaliśmy sobie mieszkania z dzieckiem w jakimś wynajętym mieszkaniu. Miałam wtedy 33 lata i w szpitalu położniczym pielęgniarki mówiły o mnie "ta stara pierwiastka".
UsuńJak to dobrze, że Ty i Mąż byliście tak dobrani. Odwrotnie niż Twoi rodzice. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńJa trochę rozgrzeszam moich rodziców- poznali się i zauroczyli sobą w czasie wojny, mieszkali w okupowanej przez Niemców Warszawie, w której każdy dzień mógł być tym ostatnim dniem życia, gdzie codziennie były łapanki, można było zostać zaaresztowanym, wywiezionym do obozu lub wręcz być zastrzelonym. Wtedy na pewno myśli się o wszystkim inaczej, jest jakaś wewnętrzna presja przeciwstawienia się temu wszystkiego co człowieka otacza.
Usuń62 lata od ślubu… to piękny i niezwykły kawał wspólnej historii. ❤️ A Pani opowieść pokazuje, że życie potrafi napisać scenariusz jednocześnie wzruszający, zaskakujący i pełen humoru. Pomysł z obiadem zamiast wesela i podróżą do Zakopanego — genialny! 😊 Życzę Pani, aby wspomnienie tych 62 lat zawsze było źródłem ciepła, a jutrzejszy upalny dzień przyniósł choć odrobinę ochłody i spokoju. 🌷
OdpowiedzUsuńTymczasem ja wyszłam za mąż 32 lata temu i szybko pożałowałam tego kroku. Po 11 latach zwyczajnie wyswobodziłam się z tej niewoli i nigdy nie żałowałam tego ani przez sekundę. Nie chcę w ogóle pamiętać czasu małżeństwa, wypycham je ze świadomości. Czasem coś odbije mi się czkawką i nigdy nie jest to dobre wspomnienie. Bo też doświadczyłam tylko przykrości, upokorzenia, manipulacji i psychicznego dręczenia.
OdpowiedzUsuńJako dziecię rozwiedzionych rodziców, którzy się zgodnie na mnie wypięli (uradowani faktem, że ktoś zajął się tym balastem, czyli produktem ich związku) naprawdę długo się zastanawiałam nad tym czy i kiedy mieć dziecko, bo pierwsze 4,5 roku mojego życia u mojej matki szalenie mocno utkwiły mi w pamięci i długo były dla mnie koszmarnym wspomnieniem. I dobrze sobie zdawałam sprawę z faktu że moi twórcy (trudno nazwać rodzicami osoby, które tak naprawdę mnie nie wychowały) oboje nie zdali egzaminu zwanego bycie "rodzicem" . I bardzo długo i dokładnie omawialiśmy przed ślubem kwestię czy my damy radę by unieść trudy rodzicielstwa ale i tego faktu że musimy wszystkimi sprawami zajmować się sami, bo nikt nam w tym nie pomoże. I że nie chcemy by się nasze dziecko potem hodowało wpierw w żłobku a potem w przedszkolu. Byliśmy ogromnie zgodni w swoich poglądach na życie i do samego końca ta wspólnota poglądów na model życia bardzo nas jednoczyła. I to nawet na tyle mocno, że ja razem z nim oglądałam mecze piłki kopanej (choć mnie to wcale nie zachwycało) a on bywał ze mną i oglądał wszystkie wystawiane w naszej Operze balety. I nawet potem wspólnie opowiadaliśmy sobie nasze wrażenia. Ale pomimo naprawdę zgodnego związku nadal uważam, że małżeństwo wcale nie jest sprawą prostą i łatwą, bo wymaga od obu stron całych pokładów dobrej woli i wyrozumiałości, bo każdy z nas jest inny, miał inne dzieciństwo, inne zasady wklepywano mu do głowy.
UsuńO, na dzieciństwo nie mogę złego słowa powiedzieć! Było cudowne, w zasadzie do końca studiów moje życie było sielanką. Rok po skończeniu studiów wyszłam za mąż, mając równo 25,5 roku. I to był mój życiowy błąd. Nigdy już nie obniżę swojej wysoko zawieszonej poprzeczki.
Usuń