drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 8 sierpnia 2026

Dziś.....

.........mijają  62 lata od dnia  mojego  ślubu, a pojutrze minie  już 7 lat odkąd  zostałam  wdową. 

Dzień  naszego  ślubu był   też okazją by  po 20 latach spotkali  się na  naszym  ślubie moi rodzice. Bo ich związek trwał aż całe  2 lata! Rozeszli się gdy miałam..... rok życia  za sobą.  Oboje  przybyli na nasz ślub bez  swych aktualnych  "drugich połówek",  z tego co widziałam to nie  wiem czy nawet  zamienili  ze  sobą dwa  zdania. 

Mnie  to  akurat  było  zupełnie obojętne  czy będą  ze sobą  rozmawiać czy też nie.   A po ceremonii  w Urzędzie  Stanu  Cywilnego oboje   zostali jednak u nas  na obiedzie -  wesela  nie  było, bo ja, mój ojciec i moja  babcia, która  mnie  wychowała,  byliśmy w żałobie, po śmierci mojego dziadka, który  wszak był tatą  mojego ojca. 

Większość  moich  znajomych  nie  mogła pojąć, że pobieramy  się w trakcie  żałoby, ale tak  się  złożyło, że  ani ja, ani mój  mąż  nie byliśmy entuzjastami przyjęć  weselnych i doszliśmy  do odkrywczego  wniosku, że ślub cywilny zrobimy o 10 rano, ślub kościelny o godzinie  18,00, wesela nie będzie bo wszak jest żałoba w  rodzinie  a zamiast  niego tylko rodzinny obiad, a o godzinie  21,00 wsiądziemy do pociągu  i pomkniemy nim do.... Zakopanego. 

No i  wszystko odbyło  się  zgodnie  z planem, niestety był tego  dnia obrzydliwy upał, a my cieszyliśmy  się, że na szczęście udało  się  nam uniknąć  frajdy  zwanej  weselem.  Gdy się żegnaliśmy  z rodziną moja matka  szepnęła mi do ucha, że strasznie  się  mój ojciec roztył , ojciec z kolei zauważył że  moja  matka  wyraźnie zbrzydła, więc oboje  zapędziłam by razem zebrali wszystkie  kwiaty, którymi nas obdarowano i  zawieźli je razem na  cmentarz i złożyli na  grobie  dziadka. Oboje  spojrzeli się na mnie  tak, jakbym ich mało  wybrednie a mocno obraźliwie znieważyła, babcia wysłała mego ojca  po słoiki do piwnicy bo przecież  trzeba  było zapewnić  kwiatom wodę  na  cmentarzu i zapewniła oboje, że z nimi na cmentarz  pojedzie bo przecież bez  niej  by na  właściwy  grób nie trafili. Tym sposobem my mieliśmy święty  spokój i nim oni wrócili z cmentarza zdążyliśmy  wszystko po tym rodzinnym obiedzie posprzątać, pozmywać i minęliśmy się z moim ojcem i babcią już na ulicy, gdy wsiadaliśmy  do  samochodu brata  mego  męża, który nas odwoził  na  dworzec. Wielu moim koleżankom bardzo  spodobał  się pomysł obiadu rodzinnego zamiast wesela a ich rodzicom  zwłaszcza. 

A ja tak naprawdę  byłam tylko jeden  jedyny raz  na  weselu i to jeszcze  gdy byłam nastolatką. Byłam wtedy na  wakacjach w Szczyrku i załapałam się  na kawałek  wesela, ale po mniej niż dwóch godzinach zmyłam  się  stamtąd  bo..... jak dla mnie  to było tam  za dużo pijanych i stanowczo  za głośno.

U mnie   znowu zapowiada  się jutro upalny dzień , bo 32 stopnie ciepełka to już jednak upał. 

25 komentarzy:

  1. Ja się kumpluję z moją sąsiadką emerytką. Była ponad pięćdziesiąt lat w związku i dostała jakiś order za to. Niestety jej mąż mój najlepszy przyjaciel już nie żyję. Warto mieć i starych i młodych znajomych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My przeżyliśmy wspólnie 55 lat i 2 dni, ale żadnego orderu nikt nam z tej okazji nie zafundował.Nie wpadłam na to,żeby się upomnieć w Polsce o taką "nagrodę", bo wtedy już 2 lata mieszkałam ( i nadal mieszkam) w Berlinie.

      Usuń
    2. To tylko błyszczące cacko, a w sercu masz o wiele cenniejszą rzecz.

      Usuń
  2. Ależ dużo tych wspomnień Aniu...
    Ale one rzutują na całe życie...
    Przytulam Cię serdecznie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Jaguniu, gdy człowiek dobiega wielu cyferek w metryce to jego życie staje się pasmem wspomnień. I muszę powiedzieć szczerze - nigdy nie żałowałam ani przez minutę, że wybrałam właśnie tego chłopaka i że byliśmy zdani tylko na siebie i nikt nam w niczym nie pomagał i wszystko zawdzięczaliśmy tylko i wyłącznie sobie samym. Nawet nie wiesz jak bardzo tęsknię za tymi naszymi "posiadami" w tej naszej ulubionej kawiarence!!!! I tak naprawdę to tęsknię tylko za tym, nie za krajem jako takim.

      Usuń
  3. Dobre wspomnienia :)

    Nie tylko żałoba, pandemia również była poręcznym sposobem na ominięcie tradycji, którą w inny sposób bliscy by wymuszali (nie wszyscy w pandemii płakali, że po ślubie nie mogą zrobić wesela, niektórzy pewnie w duchu tańczyli i śpiewali). My z mężem także nie robiliśmy wesela, był tylko obiad na kilka najbliższych osób (mąż ma rodzeństwo), ale to bez powodu, pandemia i żałoby przyszły później. I tak było dobrze. Innym moim zadziorem są pogrzeby. Też bym wolała bez tłumów, oficjalnej celebry, odhaczania "co należy".

    Jak teraz się nad tym zastanawiam ... nigdy nie byłam na weselu, albo było to tak nieistotne, że sobie nie przypominam. Szwagrostwo robiło poślubny obiad, znacznie większy od naszego, bo poza rodziną byli przyjaciele, ale też nie można tego zaliczyć jako wesele.

    Dobrej niedzieli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość moich koleżanek i kolegów też nie miała typowych wesel z tłumem gości i zabawą do białego rana. To były jeszcze dość siermiężne czasy, to był rok 1964.

      Usuń
  4. Piękne wspomnienie, mimo smutnych detali, ale jak to w życiu.
    Wesel generalnie nie lubię, ale o dziwo, dobrze bawiłam sie na weselu u syna, goście w różnym wieku, żadnych pijanych, poprawiny w ogrodzie, miło wspominam.
    Żałoba, pandemia, czasami brak kasy lub inne okoliczności - wiele par rezygnuje z wesela. Kolega syna nie miał wesela, woleli wyremontować mieszkanie po babci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym, że nie było "prawdziwego wesela" szalenie podpadliśmy mojej teściowej, która jakoś nie mogła pojąć, że nas tak naprawdę wcale nie było stać na jakieś huczne wesele z setka gości i winem lejącym się hektolitrami. I że to my sami ponosiliśmy wszystkie koszty tej uroczystości.

      Usuń
  5. Pamiętam snierc twojego męża, akurat zaczynaliście przyzwyczajać się do życia w nowym miejscu, akurat byliście po 55tej rocznicy ślubu. Tyle pięknych lat.
    pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Lucy- ja dopiero w tym roku doszłam do siebie psychicznie po śmierci męża. Wreszcie udało mi się jakoś to wszystko poukładać w głowie tak, by móc o tym spokojnie bez ściśniętego gardła i na granicy płaczu myśleć. Bo tak naprawdę to przyjechaliśmy tu by On miał lepszy dostęp do lekarzy i by czuł, że mamy jednak oparcie w rodzinie. No a ja już nie wrócę do Polski, nie mam tam bliskiej rodziny. Serdeczności ślę do Ciebie!

      Usuń
  6. Przeżyć z kimś tyle lat to nie bagatela. Gratuluję.
    Ech ci rodzice- czasami potrafią być zmorą dla dzieci.
    A mój ślub odbył się w środę i moja mama miała prawdziwy zawrót głowy, bo według niej wyglądało to tak, jakbym chciałam uciec przed ludżmi. Coś ukryć... np.: ciążę. )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele lat czekaliśmy na własne mieszkanie pakując forsę w wynajmowane mieszkania. Nie da się ukryć, że najwięcej nam zatruwała życie moja teściowa, która potrafiła wybrać się do działu kadr instytutu w którym wtedy pracował mój mąż i tam nas obgadać, chociaż wcale u niej nie mieszkaliśmy. Śmieliśmy się z mężem, że przez nią ten instytut wprowadził nakaz wejścia tylko z przepustką lub legitymacją pracowniczą. Do mego biura nie przychodziła, bo nie wiedziała gdzie ja pracuję, jako że tak zaraz po ślubie ja zmieniłam miejsce zatrudnienia i pracowałam pod Warszawą. Ale wiedziałam, że w moim poprzednim miejscu pracy mnie szukała i była piekielnie rozczarowana, że dział kadr nie wiedział czy i gdzie ja pracuję.

      Usuń
  7. Wesela sa przerozne, zreszta chrzciny dzieci tez.
    Ja tez jestem za skromnymi co nie znaczy ze bez przyjecia w malym kolku rodzinnym - i taki mialam a przetrwalo 53 lata. Z kolei pierwszy slub syna, pozniej corki byl niezmiernie duzy i wystawny a malzenstwa okazaly sie przeciwnosciami syna rozlatujac sie po 6 latach, corki, brane w piatek i 13tego bardzo udane.
    Twoj byl nietypowy ze wzgledu na udzial poroznionych rodzicow ale sam fakt ze byli to duzo. Jakkolwiek bylo mysle ze wyszlo niezle.
    Trzymaj sie zdrowo Anabell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nas najzwyczajniej w świecie nie było stać na jakąś wystawną uroczystość bo ani moi rodzice ani jego w niczym nam nie pomagali. Moi bo byli rozwiedzeni, a u niego ojciec był na marnej rencie inwalidzkiej a matka nie pracowała i mąż im systematycznie pomagał finansowo. Serpentynko - ja się urodziłam trzynastego, ale ponoć wtedy nie był piątek tylko wtorek. Wiesz - moi biologiczni rodzice "koncertowo mnie oleli" i od 4 roku życia mnie wychowywali rodzice mego ojca na koszt własny. I ja na dziadków sama z siebie mówiłam "mama i tata", bo praktycznie to oni wypełniali wobec mnie obowiązki rodzicielskie a moi rodzice nawet im nie pomagali w tym finansowo.

      Usuń
  8. Ciekawe wspomnienia - gratuluję rocznicy!
    Życzę zdrowia i pogody ducha.

    OdpowiedzUsuń
  9. Dziękuje Lechu, cieszę się, że mnie odwiedziłeś!

    OdpowiedzUsuń
  10. W każdym Twoim słowie czuć tęsknotę, kto nie przeżył z drugim człowiekiem całego dorosłego życia temu trudno zrozumieć, że mąż może być po prostu przyjacielem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A żeby było jeszcze śmieszniej, to wcale nie znaliśmy się przed ślubem długo i pobraliśmy się właściwie z totalnego braku czasu na randkowanie, bo mąż studiował i jednocześnie pracował, więc wymyśliliśmy,że najlepiej będzie wziąć ślub, nie będzie musiał biedak tracić czasu na randki.On miał wtedy 23 lata , a ja 21. Wszyscy patrzyli na nas jak na parę wariatów, podejrzewając, że jestem w ciąży. Ale szalenie długo musieli czekać na nasze rozmnożenie się bo my zdecydowaliśmy się na dziecko dopiero wtedy gdy mieliśmy już własne mieszkanie, czyli w 12 lat po ślubie. Po prostu jakoś nie wyobrażaliśmy sobie mieszkania z dzieckiem w jakimś wynajętym mieszkaniu. Miałam wtedy 33 lata i w szpitalu położniczym pielęgniarki mówiły o mnie "ta stara pierwiastka".

      Usuń
  11. Jak to dobrze, że Ty i Mąż byliście tak dobrani. Odwrotnie niż Twoi rodzice. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja trochę rozgrzeszam moich rodziców- poznali się i zauroczyli sobą w czasie wojny, mieszkali w okupowanej przez Niemców Warszawie, w której każdy dzień mógł być tym ostatnim dniem życia, gdzie codziennie były łapanki, można było zostać zaaresztowanym, wywiezionym do obozu lub wręcz być zastrzelonym. Wtedy na pewno myśli się o wszystkim inaczej, jest jakaś wewnętrzna presja przeciwstawienia się temu wszystkiego co człowieka otacza.

      Usuń
  12. 62 lata od ślubu… to piękny i niezwykły kawał wspólnej historii. ❤️ A Pani opowieść pokazuje, że życie potrafi napisać scenariusz jednocześnie wzruszający, zaskakujący i pełen humoru. Pomysł z obiadem zamiast wesela i podróżą do Zakopanego — genialny! 😊 Życzę Pani, aby wspomnienie tych 62 lat zawsze było źródłem ciepła, a jutrzejszy upalny dzień przyniósł choć odrobinę ochłody i spokoju. 🌷

    OdpowiedzUsuń
  13. Tymczasem ja wyszłam za mąż 32 lata temu i szybko pożałowałam tego kroku. Po 11 latach zwyczajnie wyswobodziłam się z tej niewoli i nigdy nie żałowałam tego ani przez sekundę. Nie chcę w ogóle pamiętać czasu małżeństwa, wypycham je ze świadomości. Czasem coś odbije mi się czkawką i nigdy nie jest to dobre wspomnienie. Bo też doświadczyłam tylko przykrości, upokorzenia, manipulacji i psychicznego dręczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako dziecię rozwiedzionych rodziców, którzy się zgodnie na mnie wypięli (uradowani faktem, że ktoś zajął się tym balastem, czyli produktem ich związku) naprawdę długo się zastanawiałam nad tym czy i kiedy mieć dziecko, bo pierwsze 4,5 roku mojego życia u mojej matki szalenie mocno utkwiły mi w pamięci i długo były dla mnie koszmarnym wspomnieniem. I dobrze sobie zdawałam sprawę z faktu że moi twórcy (trudno nazwać rodzicami osoby, które tak naprawdę mnie nie wychowały) oboje nie zdali egzaminu zwanego bycie "rodzicem" . I bardzo długo i dokładnie omawialiśmy przed ślubem kwestię czy my damy radę by unieść trudy rodzicielstwa ale i tego faktu że musimy wszystkimi sprawami zajmować się sami, bo nikt nam w tym nie pomoże. I że nie chcemy by się nasze dziecko potem hodowało wpierw w żłobku a potem w przedszkolu. Byliśmy ogromnie zgodni w swoich poglądach na życie i do samego końca ta wspólnota poglądów na model życia bardzo nas jednoczyła. I to nawet na tyle mocno, że ja razem z nim oglądałam mecze piłki kopanej (choć mnie to wcale nie zachwycało) a on bywał ze mną i oglądał wszystkie wystawiane w naszej Operze balety. I nawet potem wspólnie opowiadaliśmy sobie nasze wrażenia. Ale pomimo naprawdę zgodnego związku nadal uważam, że małżeństwo wcale nie jest sprawą prostą i łatwą, bo wymaga od obu stron całych pokładów dobrej woli i wyrozumiałości, bo każdy z nas jest inny, miał inne dzieciństwo, inne zasady wklepywano mu do głowy.

      Usuń
    2. O, na dzieciństwo nie mogę złego słowa powiedzieć! Było cudowne, w zasadzie do końca studiów moje życie było sielanką. Rok po skończeniu studiów wyszłam za mąż, mając równo 25,5 roku. I to był mój życiowy błąd. Nigdy już nie obniżę swojej wysoko zawieszonej poprzeczki.

      Usuń