Opowieści o maluchach zawsze mnie bawią. Wczoraj zadzwoniła kuzynka
męża i opowiedziała, jak to jej malutki wnuczek doprowadził ją niemal do
łez. Dziecko jeszcze nie za bardzo potrafi mówić, mówi właściwie w swoim
własnym języku, którego babcia nijak nie może zrozumieć.
Gdy ostatnio został w domu z babcią, poprosił, by ta mu narysowała
auto. Elka narysowała coś na kształt auta, nawet było widać w środku
kierownicę, nie zapomniała o kołach i reflektorach z przodu.
Mały popatrzył przez chwilę, potem wciska Elce rysunek w rękę i coś
jej klaruje w swoim języku. Ela nijak nie może pojąć o co małemu
idzie, więc bohatersko proponuje, że narysuje drugie auto. To drugie
nawet koloruje, ale maluch nadal coś protestuje, tym razem wskazując
na koła. Elka pomału głupieje, ale spokojnie tłumaczy, że przecież to
narysowane auto ma wszystko co trzeba. Mały zaczyna płakać, Ela
stara się odwrócić jego uwagę od tego rysunku przekupując go czymś
słodkim.
Po godzinie wraca mama malucha. Ela pokazuje jej swoje rysunki i pyta
się, co maluchowi się w nich nie podobało, że tak bardzo protestował na
ich widok. Córka Eli spogląda na nie i zaczyna się śmiać - "mamo, twoje
auta nie mają narysowanych opon! a on jest na etapie oglądania we
wszystkich samochodach opon, wie, że bez nich auto nie pojedzie".
****
Rozbawiły mnie również wczoraj opowieści mojej córki o moich
osobistych krasnoludkach. Obaj mają zwyczaj zabierania ze sobą
do łóżek ukochanych zabawek.
I nie wszystkie są miękkimi przytulankami, o nie!. Starszy pozwolił
nawet na niewielką redukcję ilości zabawek w łóżku i te mniej uwielbiane
zabawki leżą na nocnym stoliku, ale obowiązkowo śpi z nim: kot Emma,
który jest prezentem ode mnie, tramwaj dwuwagonowy i ostatnio -
kalendarz.
Bo dziecko musi wiedzieć już od świtu jaka data i dzień.
Młodszy sypia z samochodzikiem i przytulanką - surikatką.
Oczywiście obaj mają zwyczaj wędrować nad ranem do łóżka
rodziców razem ze swymi zabawkami.
A starszy, gdy rano się obudzi, bierze pod pachę te zabawki, które
z nim spały i razem z nimi udaje się na poranne siusiu. Układa je
wpierw starannie na stołeczku, potem załatwia czynności
fizjologiczne. Córka mówi, że widok zaspanego starszego idącego
z tymi zabawkami do łazienki, niezmiernie ją bawi.
Aż mi żal, że tego nie widzę, to z pewnością fajny widok.
drewniana rzezba
wtorek, 19 marca 2013
poniedziałek, 18 marca 2013
O bezglutenowej diecie....
słów kilka. Zwierzyłam się niedawno, że zaczynam dietę bezglutenową.
Nie mam celiaklii, ale mam chorobę Hashimoto.
Dla nie wtajemniczonych - celiaklia i Hashimoto są chorobami o podłożu
autoimmunologicznym . Celiaklia powoduje nietolerancję glutenu, który
jest składnikiem zbóż, a Hashimoto powoduje, że własne przeciwciała
chorego niszczą systematycznie tarczycę pacjenta powodując stałą jej
niedoczynność, doprowadzając do jej całkowitego zaniku.
A tarczyca to taki dziwny narząd, którego złe funkcjonowanie zaburza
pracę wielu innych organów - dosłownie od głowy po stopy.
I pewnie gdyby nie przypadek to nie dowiedziałabym się, że pacjenci
z Hashimoto powinni przejść na dietę bezglutenową, jeśli mają objawy
"zespołu jelita wrażliwego".
No więc przeszłam na bezglutenowe jedzenie.
Nie będę ukrywać - jest to trochę kłopotliwe, ale nie tak bardzo jakby
się wydawało. Chyba najdotkliwsza sprawa to pieczywo -trzeba się
rozstać z kupowanymi bez problemu wszelkiego rodzaju chlebami,
bułkami itp. Trzeba również wziąc rozwód z wszelkimi zwykłymi
makaronami, klusiami, pizzami.
Wszelkie gotowe chleby, mąki, makarony bezglutenowe są niestety
drogie- sklepów z żywnością bezglutenową też się na każdym rogu
ulicy nie spotyka. Najłatwiej jest kupować on line.
Ale wielce pomocne jest studiowanie internetu - zaraz na początku
"odkryłam", że w ulubionych blogach mam blog, w którym jest
naprawdę dużo jedzonka bezglutenowego. Kliknijcie na blog
Olga Smile.com, a tam na zakładkę dieta bezglutenowa.
Poza tym wynalazłam jeszcze dwa blogi podające proste i łatwe
przepisy na dania bezglutenowe-tutaj oraz tu.
Mąki : kukurydzianą, gryczaną, owsianą, ryżową można często kupić
w sklepach spożywczych, które mają tzw. "Kąciki zdrowej żywności".
Poza tym można samemu w domu zmielić w młynku ryż, kaszę gryczaną,
płatki owsiane, kaszę kukurydzianą i jest mąka.
Ponieważ jestem dość leniwą kobietą, gdy nie mam ochoty piec
w domu chleba a i jechać do sklepu mi się nie chce, zamiast chleba
używam wafli ryżowych. Są przynajmniej niskokaloryczne. A jesli
chcecie się dowiedzieć coś więcej o szkodliwości glutenu to
kliknijcie tutaj, w ich wyszukiwarkę wrzućcie frazę "pszeniczny brzuch".
Tam wprawdzie jest o amerykańskiej pszenicy, ale dziś, w dobie
globalizacji naprawdę nie wiemy jaką pszenicę w Polsce siejemy.
Nie mam celiaklii, ale mam chorobę Hashimoto.
Dla nie wtajemniczonych - celiaklia i Hashimoto są chorobami o podłożu
autoimmunologicznym . Celiaklia powoduje nietolerancję glutenu, który
jest składnikiem zbóż, a Hashimoto powoduje, że własne przeciwciała
chorego niszczą systematycznie tarczycę pacjenta powodując stałą jej
niedoczynność, doprowadzając do jej całkowitego zaniku.
A tarczyca to taki dziwny narząd, którego złe funkcjonowanie zaburza
pracę wielu innych organów - dosłownie od głowy po stopy.
I pewnie gdyby nie przypadek to nie dowiedziałabym się, że pacjenci
z Hashimoto powinni przejść na dietę bezglutenową, jeśli mają objawy
"zespołu jelita wrażliwego".
No więc przeszłam na bezglutenowe jedzenie.
Nie będę ukrywać - jest to trochę kłopotliwe, ale nie tak bardzo jakby
się wydawało. Chyba najdotkliwsza sprawa to pieczywo -trzeba się
rozstać z kupowanymi bez problemu wszelkiego rodzaju chlebami,
bułkami itp. Trzeba również wziąc rozwód z wszelkimi zwykłymi
makaronami, klusiami, pizzami.
Wszelkie gotowe chleby, mąki, makarony bezglutenowe są niestety
drogie- sklepów z żywnością bezglutenową też się na każdym rogu
ulicy nie spotyka. Najłatwiej jest kupować on line.
Ale wielce pomocne jest studiowanie internetu - zaraz na początku
"odkryłam", że w ulubionych blogach mam blog, w którym jest
naprawdę dużo jedzonka bezglutenowego. Kliknijcie na blog
Olga Smile.com, a tam na zakładkę dieta bezglutenowa.
Poza tym wynalazłam jeszcze dwa blogi podające proste i łatwe
przepisy na dania bezglutenowe-tutaj oraz tu.
Mąki : kukurydzianą, gryczaną, owsianą, ryżową można często kupić
w sklepach spożywczych, które mają tzw. "Kąciki zdrowej żywności".
Poza tym można samemu w domu zmielić w młynku ryż, kaszę gryczaną,
płatki owsiane, kaszę kukurydzianą i jest mąka.
Ponieważ jestem dość leniwą kobietą, gdy nie mam ochoty piec
w domu chleba a i jechać do sklepu mi się nie chce, zamiast chleba
używam wafli ryżowych. Są przynajmniej niskokaloryczne. A jesli
chcecie się dowiedzieć coś więcej o szkodliwości glutenu to
kliknijcie tutaj, w ich wyszukiwarkę wrzućcie frazę "pszeniczny brzuch".
Tam wprawdzie jest o amerykańskiej pszenicy, ale dziś, w dobie
globalizacji naprawdę nie wiemy jaką pszenicę w Polsce siejemy.
piątek, 15 marca 2013
Czasami człowiek musi......
....ulać nieco jadu, żeby się nie udusić.
Na początek miłe rzeczy - rtg klaty męskiej wykazało, że jest stan po
zapaleniu lewego płuca. Dobrze, że na wtorek "złapałam" termin do
pulmunologa.
Następna dobra rzecz - wreszcie oprawiłam wisior z muszli - ale nie
ma róży bez kolców - założyłam zepsuty zameczek, więc jeszcze
czeka mnie jego wymiana, ale to detal.
Zauważyłam, że muszlo-pochodne wisiory trudno jest dobrze
oprawić.
A teraz wyobrazcie sobie taki scenariusz - nagle spada na Was
żółtaczka mechaniczna, bo zatkał się jakimś kamykiem wlot
pęcherzyka żółciowego. Trafiacie do szpitala na internę - tam któryś
z lekarzy stawia nawet trafną diagnozę i kieruje pacjenta na oddział
chirurgiczny, bo pęcherzyk trzeba usunąć. Ale nie sądzcie, że będzie
to oddział piętro wyżej szpitala, w którym leżycie. Nie, to nie będzie
oddział tego szpitala, ale innego, w zupełnie innej dzielnicy, ponieważ
"chirurgia" z "interną" w tym szpitalu ze sobą nie kooperują. Pacjent
został wypisany z tego szpitala i wyposażony w skierowanie na
operację w szpitalu w sąsiedniej dzielnicy.
No cóż miał biedak zrobić - pojechał- a tam na chirurgii nie usunięto mu
tegoż pęcherzyka , założono tylko rodzaj cewnika plastikowego i
zapowiedziano, że powinien po 3 tygodniach zgłosić się do swego
rejonowego szpitala celem usunięcia cewnika i tego pęcherzyka pełnego
złogów.
Pacjent pochodził z tym cewnikiem ze dwa miesiące, wreszcie po
raz drugi dostał żółtaczki a do tego temperatury 40 stopni. Z domu
do szpitala zawiozło go pogotowie, które nawet szybko przyjechało,
bo pacjent nie dość , że leciwy to po dwóch zawałach więc ta wysoka
gorączka mogła go zmieść z tego świata.
Tym razem trafił na chirurgię. Podleczono go nieco, wypisano do domu
i wyznaczono termin operacji za dwa tygodnie, co wypada 19 b.m.
Gdy wczoraj zgłosił się do lekarza na chirurgii, gdzie ma być operowany,
w pierwszej kolejności poza kolejnością, lekarz go poinformował, że
jego zaćkany pęcherzyk to małe piwko, bo "pan ma raka płuc i jak
tylko wydobrzeje pan po tej operacji, dostanie pan skierowanie do
szpitala -Instytutu Gruzlicy i Chorób Płuc".
Pacjent mało nie zemdlał z wrażenia, ale jeszcze wczoraj pognał do
prywatnego lekarza po skierowanie na tomografię komputerową,
którą zrobił dziś, na koszt własny - drobne 460 złotych.
No i już nie ma raka płuc - płuca ma w stanie stosownym do wieku
i faktu, że palił papierochy z 50 lat.
I powiedzcie - czy można mieć w tym kraju zaufanie do lekarzy?
Ciekawa jestem czy chociaż operacja się uda, bo to ma być robione
metodą laparoskopową.
Wyobrażacie sobie co przez te dwa dni przeszedł bohater tego
postu , jego żona i kilkoro ich przyjaciół?
Na początek miłe rzeczy - rtg klaty męskiej wykazało, że jest stan po
zapaleniu lewego płuca. Dobrze, że na wtorek "złapałam" termin do
pulmunologa.
Następna dobra rzecz - wreszcie oprawiłam wisior z muszli - ale nie
ma róży bez kolców - założyłam zepsuty zameczek, więc jeszcze
czeka mnie jego wymiana, ale to detal.
Zauważyłam, że muszlo-pochodne wisiory trudno jest dobrze
oprawić.
A teraz wyobrazcie sobie taki scenariusz - nagle spada na Was
żółtaczka mechaniczna, bo zatkał się jakimś kamykiem wlot
pęcherzyka żółciowego. Trafiacie do szpitala na internę - tam któryś
z lekarzy stawia nawet trafną diagnozę i kieruje pacjenta na oddział
chirurgiczny, bo pęcherzyk trzeba usunąć. Ale nie sądzcie, że będzie
to oddział piętro wyżej szpitala, w którym leżycie. Nie, to nie będzie
oddział tego szpitala, ale innego, w zupełnie innej dzielnicy, ponieważ
"chirurgia" z "interną" w tym szpitalu ze sobą nie kooperują. Pacjent
został wypisany z tego szpitala i wyposażony w skierowanie na
operację w szpitalu w sąsiedniej dzielnicy.
No cóż miał biedak zrobić - pojechał- a tam na chirurgii nie usunięto mu
tegoż pęcherzyka , założono tylko rodzaj cewnika plastikowego i
zapowiedziano, że powinien po 3 tygodniach zgłosić się do swego
rejonowego szpitala celem usunięcia cewnika i tego pęcherzyka pełnego
złogów.
Pacjent pochodził z tym cewnikiem ze dwa miesiące, wreszcie po
raz drugi dostał żółtaczki a do tego temperatury 40 stopni. Z domu
do szpitala zawiozło go pogotowie, które nawet szybko przyjechało,
bo pacjent nie dość , że leciwy to po dwóch zawałach więc ta wysoka
gorączka mogła go zmieść z tego świata.
Tym razem trafił na chirurgię. Podleczono go nieco, wypisano do domu
i wyznaczono termin operacji za dwa tygodnie, co wypada 19 b.m.
Gdy wczoraj zgłosił się do lekarza na chirurgii, gdzie ma być operowany,
w pierwszej kolejności poza kolejnością, lekarz go poinformował, że
jego zaćkany pęcherzyk to małe piwko, bo "pan ma raka płuc i jak
tylko wydobrzeje pan po tej operacji, dostanie pan skierowanie do
szpitala -Instytutu Gruzlicy i Chorób Płuc".
Pacjent mało nie zemdlał z wrażenia, ale jeszcze wczoraj pognał do
prywatnego lekarza po skierowanie na tomografię komputerową,
którą zrobił dziś, na koszt własny - drobne 460 złotych.
No i już nie ma raka płuc - płuca ma w stanie stosownym do wieku
i faktu, że palił papierochy z 50 lat.
I powiedzcie - czy można mieć w tym kraju zaufanie do lekarzy?
Ciekawa jestem czy chociaż operacja się uda, bo to ma być robione
metodą laparoskopową.
Wyobrażacie sobie co przez te dwa dni przeszedł bohater tego
postu , jego żona i kilkoro ich przyjaciół?
czwartek, 14 marca 2013
Wiem, że.....
....ciągle nic nie wiem.
Rtg męskiej klatki z piersiami udało się nam wykonać stosunkowo
bezboleśnie. Niech mi tylko ktoś wyjaśni, dlaczego musieliśmy
dopłacić 30,- zł, by dostać wynik nie tylko na płytce CD ale i na
tradycyjnej kliszy. A cały dowcip polega na tym, że większość
lekarzy nie posiada w gabinecie komputera, a często, jeśli nawet
posiada, to nie zawsze może odczytać CD, bo nie ma tego programu,
w którym jest ona nagrana. To są te polskie medyczne paranoje.
Poza tym, co by nie powiedzieć nt. stanu polskiej służby zdrowia, to
głównym winowajcą , że coś nawala, zawsze jest człowiek i jego
podejście do swoich obowiązków.
Obserwowałam pracę pani w rejestracji do rtg i ortopedy - ta pani
była nie tylko miła i uprzejma, ale do tego umiała doradzić pacjentom
co zrobić by dostać się do jednego z ortopedów wcześniej niż....
w sierpniu. Bo nie oszukujmy się - wszystko zależy właśnie od ludzi.
A wynik rtg będzie dopiero jutro. Już wpadam pomału w rezonans...
****
Zrobiłam dziś "coś", czyli deser wielce naturalny i zdrowy.
Zmiksowałam 2 dojrzałe awokado z 3 łyżkami melasy karobowej,
a potem dodałam 2 kopiaste łyżki mączki karobowej.
Optymalnie można dodać do tego mielonych grubo orzechów.
Bardzo mi to smakowało, ślubnemu też, a z niego to wielki łasuch.
Tak właśnie wyglądają te owoce (zdjęcie z sieci)
Karob - melasa i mączka to produkty z owocu zwanego "chlebem
świętojańskim". To bardzo zdrowy owoc, oprócz witamin B1,B2,B3 i E,
zawiera magnez, żelazo, wapń, potas, fosfór i sód.
Melasa z powodzeniem zastępuje cukier, mnie to nawet zastępuje dżem,
a mączka karobowa zastępuje kakao.
To "coś" co zrobiłam było wielce podobne smakiem i wyglądem do
kremu czekoladowego. Mączkę karobową można również wykorzystać
do wypieku browni bez kakao i muffinek.
A przepisy wzięłam stąd.
Korzystam z tego blogu często, bo jest tam sporo przepisów na
potrawy bezglutenowe.
****
A tak poza tym to na nic nie mam ostatnio czasu, zaczynam po prostu
lekko się gubić w tym wszystkim. Nawet na koralikowanie nie mam czasu.
Pomału zaczynam się czuć jak kot w teoretycznym doświadczeniu
Schroedingera:))))
Rtg męskiej klatki z piersiami udało się nam wykonać stosunkowo
bezboleśnie. Niech mi tylko ktoś wyjaśni, dlaczego musieliśmy
dopłacić 30,- zł, by dostać wynik nie tylko na płytce CD ale i na
tradycyjnej kliszy. A cały dowcip polega na tym, że większość
lekarzy nie posiada w gabinecie komputera, a często, jeśli nawet
posiada, to nie zawsze może odczytać CD, bo nie ma tego programu,
w którym jest ona nagrana. To są te polskie medyczne paranoje.
Poza tym, co by nie powiedzieć nt. stanu polskiej służby zdrowia, to
głównym winowajcą , że coś nawala, zawsze jest człowiek i jego
podejście do swoich obowiązków.
Obserwowałam pracę pani w rejestracji do rtg i ortopedy - ta pani
była nie tylko miła i uprzejma, ale do tego umiała doradzić pacjentom
co zrobić by dostać się do jednego z ortopedów wcześniej niż....
w sierpniu. Bo nie oszukujmy się - wszystko zależy właśnie od ludzi.
A wynik rtg będzie dopiero jutro. Już wpadam pomału w rezonans...
****
Zrobiłam dziś "coś", czyli deser wielce naturalny i zdrowy.
Zmiksowałam 2 dojrzałe awokado z 3 łyżkami melasy karobowej,
a potem dodałam 2 kopiaste łyżki mączki karobowej.
Optymalnie można dodać do tego mielonych grubo orzechów.
Bardzo mi to smakowało, ślubnemu też, a z niego to wielki łasuch.
Tak właśnie wyglądają te owoce (zdjęcie z sieci)
Karob - melasa i mączka to produkty z owocu zwanego "chlebem
świętojańskim". To bardzo zdrowy owoc, oprócz witamin B1,B2,B3 i E,
zawiera magnez, żelazo, wapń, potas, fosfór i sód.
Melasa z powodzeniem zastępuje cukier, mnie to nawet zastępuje dżem,
a mączka karobowa zastępuje kakao.
To "coś" co zrobiłam było wielce podobne smakiem i wyglądem do
kremu czekoladowego. Mączkę karobową można również wykorzystać
do wypieku browni bez kakao i muffinek.
A przepisy wzięłam stąd.
Korzystam z tego blogu często, bo jest tam sporo przepisów na
potrawy bezglutenowe.
****
A tak poza tym to na nic nie mam ostatnio czasu, zaczynam po prostu
lekko się gubić w tym wszystkim. Nawet na koralikowanie nie mam czasu.
Pomału zaczynam się czuć jak kot w teoretycznym doświadczeniu
Schroedingera:))))
niedziela, 10 marca 2013
Mam.....
.....sklerozę, ale o tym to już chyba wiecie, bo pisałam.
Miałam wczoraj pokazać to, co dostałam od Jaskółki. No ale po
prostu zapomniałam, co dotarło do mnie w godzinę po tym, gdy już
"porzuciłam" komputer.
Z początku chciałam natychmiast dać drugi post, ale pomyślałam,
że lepiej będzie, gdy będzie to post poświęcony tylko tej sprawie.
Jaskółka po cichutku, bez rozgłosu, nie chwaląc się na blogu, robi
takie rzeczy:
To jest lniana poszeweczka na poduszkę, Ten len jest w delikatnym
zielonym kolorze.Niestety moje umiejętności fotograficzne są
kiepskie i ten kolor mi nie "wyszedł".
Tu są dwie broszki-kwiatki i kwiatek -breloczek, dwustronny
A to jest ozdobna zawieszka, ale wg mnie może być równie
dobrze naszyjnikiem
Bardzo mi się podobają kwiatki, robione tą techniką, bo są niezmiernie
delikatne, w przeciwieństwie do kwiatków robionych szydełkiem w sposób
tradycyjny.
Jaskółko, ogromnie Ci dziękuję i proszę - pokazuj swe wyroby na blogu!
Miałam wczoraj pokazać to, co dostałam od Jaskółki. No ale po
prostu zapomniałam, co dotarło do mnie w godzinę po tym, gdy już
"porzuciłam" komputer.
Z początku chciałam natychmiast dać drugi post, ale pomyślałam,
że lepiej będzie, gdy będzie to post poświęcony tylko tej sprawie.
Jaskółka po cichutku, bez rozgłosu, nie chwaląc się na blogu, robi
takie rzeczy:
To jest lniana poszeweczka na poduszkę, Ten len jest w delikatnym
zielonym kolorze.Niestety moje umiejętności fotograficzne są
kiepskie i ten kolor mi nie "wyszedł".
Tu są dwie broszki-kwiatki i kwiatek -breloczek, dwustronny
A to jest ozdobna zawieszka, ale wg mnie może być równie
dobrze naszyjnikiem
Bardzo mi się podobają kwiatki, robione tą techniką, bo są niezmiernie
delikatne, w przeciwieństwie do kwiatków robionych szydełkiem w sposób
tradycyjny.
Jaskółko, ogromnie Ci dziękuję i proszę - pokazuj swe wyroby na blogu!
sobota, 9 marca 2013
Chyba....
jestem.
Nie mogę powiedzieć, że się czuję dobrze, bo bym skłamała, ale ktoś
przecież musi funkcjonować i jak zwykle padło na mnie.
Przede wszystkim dziękuję Wam za pamięć o mnie i za to, że tu wciąż
zaglądacie. To naprawdę pomaga w trzymaniu się pionowo.
****
Wczoraj lekarz stwierdził, że mój ślubny ma zapalenie płuc, a konkretnie
jednego płuca. No więc w poniedziałek rtg męskiej klaty piersiowej,
potem znów wizyta u lekarza, bo zależnie od wyniku ustawi leki.
Ciekawe czy pójdzie trzeci antybiotyk???
****
Od tego zapalenia zatok olśniło mnie i......sprułam całkiem naszyjnik,
który haftowałam w nocy. Chyba byłam mało przytomna gdy
wycinałam jego podkład, bo za nic w świecie nie "leżał" dobrze na
dekolcie.
No więc klnąc sama siebie sprułam i zrobiłam inny, na bazie tych
samych elementów.
Oto i on:
Jest nieco w stylu art deco.
Trochę czasu pochłonęło mi uplecenie "sznurka", ale teraz
jestem z efektu zadowolona. Kryształki rozdzielające elementy
mają w naturze inny kolor, ale mocno oświetlone tak właśnie
się mienią.
****
W ostatnim numerze Focusa wyczytałam , że przeciętnie:
"Polak zjada w ciągu roku 112 kg ziemniaków, co daje 9 ton w ciągu
całego życia. Do tego zjada 2 krowy, 20 świń, 760 kurczaków, 46
indyków, 15 kaczek, 1000 ryb - czyli w sumie 11 ton żywności.
Do tego konsumuje tonę pomidorów, 700 kg ogórków, ponad 800
kg kapusty.
Wychodzi na to, że przez całe swe życie zjadamy 40 ton żywności, co
równa się wadze 40 słoni.
Do tego należy jeszcze dodać, że tę żywność przyprawiamy 400 kg
soli.
W ramach deserów zjadamy 4,5 tony jabłek, 0,5 tony cytrusów, 0,5
tony bananów, ponad 200 kg śliwek.
Jeśli dziennie spożywamy ok.2,5 tys.kalorii, to w ciągu całego życia
pochłaniamy ponad 75.000.000 kcal, czyli równowartość 132 tysięcy
tabliczek gorzkiej czekolady.
Tak sobie pomyślałam, że lepiej nas ubierać niż żywić.
****
A co tam, idę zjeść drugie śniadanko - jabłko i kostkę gorzkiej, 80%
czekolady.
Nie mogę powiedzieć, że się czuję dobrze, bo bym skłamała, ale ktoś
przecież musi funkcjonować i jak zwykle padło na mnie.
Przede wszystkim dziękuję Wam za pamięć o mnie i za to, że tu wciąż
zaglądacie. To naprawdę pomaga w trzymaniu się pionowo.
****
Wczoraj lekarz stwierdził, że mój ślubny ma zapalenie płuc, a konkretnie
jednego płuca. No więc w poniedziałek rtg męskiej klaty piersiowej,
potem znów wizyta u lekarza, bo zależnie od wyniku ustawi leki.
Ciekawe czy pójdzie trzeci antybiotyk???
****
Od tego zapalenia zatok olśniło mnie i......sprułam całkiem naszyjnik,
który haftowałam w nocy. Chyba byłam mało przytomna gdy
wycinałam jego podkład, bo za nic w świecie nie "leżał" dobrze na
dekolcie.
No więc klnąc sama siebie sprułam i zrobiłam inny, na bazie tych
samych elementów.
Oto i on:
Jest nieco w stylu art deco.
Trochę czasu pochłonęło mi uplecenie "sznurka", ale teraz
jestem z efektu zadowolona. Kryształki rozdzielające elementy
mają w naturze inny kolor, ale mocno oświetlone tak właśnie
się mienią.
****
W ostatnim numerze Focusa wyczytałam , że przeciętnie:
"Polak zjada w ciągu roku 112 kg ziemniaków, co daje 9 ton w ciągu
całego życia. Do tego zjada 2 krowy, 20 świń, 760 kurczaków, 46
indyków, 15 kaczek, 1000 ryb - czyli w sumie 11 ton żywności.
Do tego konsumuje tonę pomidorów, 700 kg ogórków, ponad 800
kg kapusty.
Wychodzi na to, że przez całe swe życie zjadamy 40 ton żywności, co
równa się wadze 40 słoni.
Do tego należy jeszcze dodać, że tę żywność przyprawiamy 400 kg
soli.
W ramach deserów zjadamy 4,5 tony jabłek, 0,5 tony cytrusów, 0,5
tony bananów, ponad 200 kg śliwek.
Jeśli dziennie spożywamy ok.2,5 tys.kalorii, to w ciągu całego życia
pochłaniamy ponad 75.000.000 kcal, czyli równowartość 132 tysięcy
tabliczek gorzkiej czekolady.
Tak sobie pomyślałam, że lepiej nas ubierać niż żywić.
****
A co tam, idę zjeść drugie śniadanko - jabłko i kostkę gorzkiej, 80%
czekolady.
wtorek, 5 marca 2013
Jak wrócę....
to będę. To jednak jest jakby zakazne. Głowa mi odpada, oczy bolą,
zatoki też.
Do miłego, ;)
zatoki też.
Do miłego, ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
