drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 3 lipca 2014

Już czwartek???

No nie wiem, ale dni jakoś mi uciekają, albo przeciekają przez palce.
Dziś, za sprawą mego męża przetestowaliśmy kolejną przychodnię niepubliczną,
w której jednak można leczyć się na koszt NFZ, ale trzeba oczywiście mieć
skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
Siedziałam pod gabinetem lekarskim pana urologa i miałam  świetną rozrywkę, jako
że pacjentami byli głównie panowie- mocno starsi panowie , którym się zapewne
wydaje, że na starość to obie płcie na to samo chorują. Dobrze, że siedziałam, bo
gdybym stała to padłabym z wrażenia , bo starszy pan zapytał mnie teatralnym
szeptem, ile razy w nocy wstaję do toalety, bo on to co dwie godziny, a poza tym
był strasznie ciekawy na co choruje  "ten pan, co właśnie siedzi w gabinecie".
Po wyjściu z gabinetu mój mąż był rozpromieniony, że wszystko tak sprawnie
jest zorganizowane, że recepta jest wydrukowana i można przeczytać nazwę leku,
że wszystko ma pan doktor w komputerze i sam bez ponaglania wydrukował
informację dla lekarza pierwszego kontaktu dot. schorzenia i leków. Ja tylko mogę
dodać, że byliśmy przyjęci co do minuty, w przychodni jest dostateczna ilość
krzesełek  w poczekalniach, nawet pani w recepcji uśmiechnięta no i jest czysto.
Wniosek  - wszystko zależy od organizacji.
                                                           *****
Nastawiłam dziś dwie pierwsze kiszonki - ogórki i sałatkę mieszaną. Tym sposobem
mam dwa dwulitrowe słoje wypełnione. Obydwa zalałam zalewą taką typową, czyli
na każdy litr wody dałam kopiastą łyżkę stołową soli, do każdego słoja dałam koper,
pocięty korzeń chrzanu i sporo czosnku. Wodę dałam zimną, prosto z kranu, bo mam
własną stację uzdatniania wody.

W słoju "sałatkowym" zostały zalane ogórki pokrojone w niezbyt cienkie plastry,
kawałki papryki jasnej, krajowej (ona ma cieniutką skórkę), marchewka w postaci
pasków zrobionych strugaczką, oraz pokrojona cienko kapusta pekińska oraz baldachy
kopru, paski chrzanu, i kilka ząbków czosnku.
Teraz oba słoje stoją w czarnej  foliowej torbie a ich zawartość dostała polecenie
"ukwaszenia się".
Najwięcej się narobiłam przy ogórkach, ponieważ każdy jeden został wyszorowany
szczoteczką pod bieżącą, lekko ciepłą wodą. Ciepłą dlatego, że jednak było ich nieco
ponad dwa kg a od szorowania zimną to by mnie  paluszki bolały.
Musiałam je wyszorować, były bardzo zapiaszczone.
Wczoraj wypiłam kupny kefir, ponoć "bio" i jakoś  po nim nie zmarłam. Zakupiłam też
mąkę ze skiełkowanych ziaren żyta i pewnie w poniedziałek będę z niej piekła chleb.
Ciekawa jestem jaki mi wyjdzie.
A tak kwitną róże pod moim kuchennym oknem.

                                                         *****
Warszawa zaczyna być miłym miastem - sporo ludzi wyjechało i nie było korków. Przez
moment pomyślałam, że albo pomyliłam kierunki albo godzinę:)))

wtorek, 1 lipca 2014

Mix

Spotkałam  się ostatnio z zarzutem, że obniżam swój poziom blogowania -
no cóż- nie da się  ukryć, że wolałabym się spotkać z jakimś przystojnym
facetem  niż  z  takimi zarzutami. Ale życie bywa wszak okrutne.
W takim razie poczołgam się nieco po własnym blogu, skoro poziom niski.
                                             *****
Ci, co wytrwale tu zaglądają pamiętają zapewne, że rok temu, po uporczywej
antybiotykoterapii, dorobiłam się rzekomo błoniastego zapalenia jelit. Stan
ten udało się w końcu opanować , wyniki już nie wykazują szkodliwych
toksyn, niestety moje jelita jakoś się jeszcze nie wygoiły, co objawia się
sporym obniżeniem odporności i różnymi ograniczeniami dietetycznymi,
z których najgorsze dla mnie to zero owoców i surowizny.
Ostatnio przemiły pan profesor gastroenterolog uświadomił mnie, że po
takiej "hecy" jelita mogą się  goić i ....sześć lat, skoro już jestem "dorosła".
W związku z tym, żeby ciągle nie paść się różnymi probiotykami w tabletkach,
które wprawdzie pomagają,  ale nie bardzo  szybko, powinnam zmienić
swój sposób odżywiania się, by w sposób naturalny, trwały i stosunkowo
mało uciążliwy zasiedlić trwale swoje jelita właściwą florą bakteryjną.
Podobno   naukowcy i lekarze nagle odkryli, że sekret zdrowia  to żywność
fermentowana,  czyli powrót do przeszłości.
Brzmi niezle, ale  ... oznacza to, że kolejny raz muszę zmieniać sobie dietę,
a poza tym babrać się w kuchni, bo muszę jeść tylko to, co domowe - zero
kupnych gotowców.
Podstawą wyżywienia  mają być różnego rodzaju domowe kiszonki, własnej
produkcji kefir ( bo ma więcej właściwych bakterii niż jogurt), własnej
produkcji pieczywo z mąki produkowanej ze skiełkowanych  ziaren zbóż,
kombucza i  niemal wszystko robione z udziałem keriru, serwatki kefirowej
lub sera kefirowego. Nie wiedziałam nawet , że coś takiego istnieje.
Zakupiłam więc odpowiednią lekturę, czyli książkę pani Donny Schwenk
pt. "Zdrowy ferment".
Kolejny dzień  nurkowałam w sieci, by zgromadzić potrzebne ingrediencje.
Na razie ukwasiłam ogórki, wynalazłam miejsce, gdzie  sprzedają liofilizowane
kultury bakterii kefiru, mąkę ze skiełkowanych ziaren, bakterie do kwaszenia
warzyw, przestudiowałam mnóstwo przepisów, muszę jeszcze tylko zakupić
kilka  litrowych słoików i poszukać kombuczy w sklepach ze zdrową żywnością.
Chociaż prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy ją zakupię - może poczekam
aż polubię kefir własnej produkcji. Jeśli się przyzwyczaję do kefiru to może..?
Kombucza jest to coś, co niektórzy zwą "grzybkiem herbacianym lub tybetańskim",
a tak naprawdę  jest mieszanką bakterii, które dodane do herbaty powodują jej
fermentację, czyli robią z niej napój gazowany. Wg. wtajemniczonych  kombucza
jest dobra na wszystko bo:  odtruwa wątrobę, poprawia wzok, zmniejsza objawy
zaćmy, uwalnia od migren i bólu głowy, wspomaga trawienie, łagodzi sezonowe
alergie,wspomaga odchudzanie bo hamuje apetyt, wzmacnia układ odpornościowy,
uśmierza bóle stawów, dostarcza energii.
                                              *****
Dostałam pełne wsparcie ze strony ślubnego, czyli  łaskawie zmieni swój jogurt
kupowany w sklepie, na mój kefir. Nie jestem tylko pewna czy tego właśnie
oczekiwałam

piątek, 27 czerwca 2014

Post dla Zgagi

Pod poprzednim moim postem,  Zgaga  napisała w komentarzu, że być
może wybierze się do Berlina i że mam w tym swój udział.
Pomyślałam, że aby mieć jeszcze większy udział w tym przedsięwzięciu
napiszę trochę o "wyprawie" do Berlina. To będą takie podstawowe
informacje.
Z Polski do Berlina można dotrzeć na cztery sposoby - samolotem, pociagiem,
autobusem lub samochodem.
Samolot lata z Warszawy dwa razy dziennie, ale nie są to tanie linie.Tanie linie
są raz w tygodniu z Krakowa i Gdańska i 3 razy w tygodniu z Warszawy.
W tanich liniach ta frajda kosztowała dotychczas 50€ w jedną stronę od osoby.
Pociąg z Warszawy kursuje  cztery razy dziennie, jedzie zaledwie 5 godzin i
15 minut, tańszy bilet (bez możliwości zmiany daty wyjazdu i zwrotu) to
29€ od osoby w jedną stronę. Taki z możliwością zmiany  daty podróży i dokonania
zwrotu w razie rezygnacji z podróży kosztuje 10€ więcej.
Pociągiem można również dotrzeć do Berlina  z:  Krakowa, Wrocławia, Szczecina,
Poznania i Gdyni.
Z Gdyni jedzie się 7,5 godziny, ceny jak wyżej.
Można też jechać autobusem - ponoć większość dużych miast ma z Berlinem
połączenie autobusowe a dokładne dane są tutaj. Ceny od 150,00 zł w jedną
stronę.
Oczywiście można też jechać własnym samochodem ale trzeba pamiętać o tym, że
Berlin posiada strefę ekologiczną, więc każdy samochód musi posiadać plakietkę
potwierdzającą dozwolony poziom emisji spalin (EURO 4). Do końca tego roku
samochody zarejestrowane poza granicami Niemiec mogą wjeżdżać z plakietką
"EURO 3 ", którą można nabyć również w Polsce (www.berlin-polska.pl). Poza tym
można nabyć plakietkę w wielu stacjach diagnostycznych w Brandenburgii i samym
Berlinie, co kosztuje w sumie 7€. Wjazd do strefy ekologicznej bez tej plakietki
grozi mandatem 40€.
Osobiście nie zachęcam nikogo do jazdy własnym samochodem, bo zaparkowanie
w Berlinie graniczy z cudem a poza tym parkingi drogie.
Berlin ma  świetną komunikację miejską - we wszystkich środkach komunikacji
miejskiej są ważne te same bilety, a ich cena zależy od strefy. Strefy są trzy -AB, BC
i ABC. Strefa A jest w obrębie miejskiej kolejki S-Bahn,  B-  to granice administracyjne
miasta a C- miejscowości w Brandenburgii sąsiadujące z Berlinem.
Bilet całodzienny (Tageskarte) na strefę AB to 6,5€, na ABC-7€.
Bilety jednorazowe ważne przez 2 godziny pozwalają jechać tylko w jednym kierunku,
można robić dowolną liczbę przesiadek i kosztują: AB=2,4€,  ABC=3,1€.
Bilet siedmiodniowy :  strefa AB=28€,  strefa ABC=34,6€.
Bilety można kupić u kierowcy autobusu, w automatach i punktach handlowych
oznaczonych symbolami VBB lub BVG.
Berlin ma niemal 200 linii autobusowych w tym 47nocnych. Moje ulubione to 100 i 200,
bo obsługują wiele fajnych do zwiedzania miejsc. Linii metra (U-Bahn) jest 9, linii
kolejki miejskiej (S-Bahn) jest 15. Sieć tramwajowa funkcjonuje we wschodniej
części miasta i ma 22 linie.
Można też wypożyczyć rower, ale opłata za nie jest pobierana z karty kredytowej.
Szczegóły na www.callabike.de  W Berlinie nikt nie przepędza  rowerzystów.
Noclegi - z tego co wiem to jest ich sporo , bo niemal 90 tysięcy miejsc w 580
obiektach. W dwugwiazdkowym hotelu w centrum miasta pokój dla 2 osób kosztuje
60- 70€ za dobę.
Można też wykupić w Berlinie  kartę zniżkową "WelcomeCard".
Karta na 48 godzin =18,5€,  na 72 godz.=24,5€, na 5 dni= 31,5€. WelcomeCard
uprawnia do zniżek w 160 obiektach oraz do bezpłatnych przejazdów komunikacją
miejską w strefie AB. Poza tym można nabyć kartę MuseumsPass, która gwarantuje
wstęp do 55 obiektów muzealnych w ciągu trzech kolejnych dni. Cena 19€.
Koniecznie przed wyjazdem należy wyrobić sobie w  NFZ kartę EKUZ i sprawdzić
czy ta, którą mamy jest jeszcze aktualna. Jeśli nie - przedłużyć.
Można wyjechać na  podstawie Dowódu Osobistego lub  paszportu. Nieletnie dzieci
muszą mieć odzielny dokument, czyli paszport. Zwierzaki - paszport wystawiony przez
uprawnioną do tego lecznicę weterynaryjną, tutaj znajdziecie dokładną informację.
Poza tym jeśli można Wam coś doradzić - przed wyjazdem kupcie koniecznie
przewodnik po Berlinie - jest ich sporo, ceny od ok. 15 złotych do ok.70,00.
Zakup planu Berlina też w moim odczuciu nie jest głupotą, bo nie wszystkie
przewodniki  mają plan całego miasta- najczęściej tylko wybranych jego fragmentów.
Warto sobie wszystko wcześniej zaplanować, choćby  tylko po to, by wiedzieć czy
zakupić po przyjezdzie te zniżkowe karty i w ogóle wiedzieć ile euro wydamy.
Poza tym moje wiadomości są nieco "wyrywkowe", bo mieszkamy tam u rodziny,
w weekendy jezdzimy na ich biletach miesięcznych, bo w  Berlinie posiadacz biletu
miesięcznego ma prawo "przewiezć" na swoim bilecie dwoje dzieci i 1 osobę dorosłą.
No i z uwagi na stan zdrowia mego ślubnego  raczej tylko pół dnia szlajamy się po
mieście i okolicach.

środa, 25 czerwca 2014

Czasami coś dłubię

Zupełnie nie wiem czemu, ale jakoś niemal nic nie robię. Nie da się ukryć, że
dopiero od kilku dni czuję się nieco lepiej i udaje mi się przespać noc bez kaszlu.
Ale po zeszłorocznych smętnych doświadczeniach z antybiotykami tym razem
leczyłam się sama, samymi domowymi sposobami.
Strasznie  długo to co prawda trwało, a najważniejsze, że się udało.

"Wydziabałam" szydełkiem takie nieduże serwetki  - niestety kolor na tym
zdjęciu jest przekłamany - tak naprawdę to serwetki są  w kolorze ecru.
Obie przekłamane kolorystycznie.


Zakupiliśmy już bilety na wyjazd do Krasnoludków. Załapaliśmy się na
tańsze bilety i ta frajda kosztuje nas w obie strony 116€. Jedziemy na I
połowę sierpnia, bo od 18 sierpnia  starszy Krasnolud już idzie do szkoły,
do pierwszej klasy.
Ciekawy zwyczaj, bo on już od 4 sierpnia będzie chodził do świetlicy
szkolnej w ramach zaprzyjazniania się ze szkołą.
Ciekawa jestem jak mu się będzie podobało, bo z przedszkola, do którego
chodził,  tylko on jeden idzie do tej właśnie szkoły.
Poza tym dziecię wyraziło chęć chodzenia na kurs języka polskiego, bo on ma
naturę perfekcjonisty i chce dobrze mówić po polsku.
A młodszy  Krasnal trenuje zawzięcie jazdę na rowerze dwukołowym  - idzie
mu niezle  z utrzymaniem równowagi (jezdzi bez pantografów) ale  często
zagapia się na boki i ląduje w krzaczorach. Poza tym zapomina, że gdy się
zatrzymuje to należy nóżki zdjąć z pedałów. Oczywiście jezdzi w kasku -
nie widziałam tam jeszcze dziecka na rowerze bez kasku.
Dobrze, że szkoła i przedszkole są w pobliżu - w drodze do szkoły wpierw
wstawią młodszego do przedszkola, potem powędrują do szkoły.
Przeglądam namiętnie przewodnik po Berlinie co mamy zwiedzić tym razem.
No cóż, miasto ogromne, rzeczy do zwiedzania multum. Oby tylko nie było
w pierwszej połowie sierpnia upałów.
Już się cieszę na ten wyjazd - mam nadzieję, że jeszcze się załapię na kwitnące
lipy.


czwartek, 19 czerwca 2014

Na poprawę humoru

To nie tornado przeleciało przez pokój moich wnuków - tak wygląda
sprzątanie pokoju w ich wykonaniu.
To wszystko, co leży na łóżku Starszego, leżało, stało, poniewierało się na
podłodze ich pokoju.
Ciekawa tylko jestem, który z nich wpadł na tak prosty i genialny pomysł.

Poza tym Krasnoludki były na długiej wycieczce i zwiedzały Drezno,
a głównie Zwinger



Mam wrażenie, że to bardzo dobre miejsce  na odbywanie kary.

Jeżeli nigdy nie byliście w Dreznie, to żałujcie. Uważam, że warto, choć
nie da się ukryć, że w efekcie nalotów dywanowych amerykańskich i
brytyjskich samolotów  w dniach 13 i 14 lutego 1945 roku, Stare Miasto
zostało zburzone. 39 km kwadratowych miasta zostało zburzonych a
śmierć poniosło około 25000 ludzi.
Jak zapewne pamiętacie, Drezno przypadło w posagu Niemieckiej Republice
Demokratycznej. Ciągły brak środków sprawił, że wiele pięknych zabytków
 nie zostało odbudowanych, na szczęście Zwinger, który był i jest najbardziej
znaczącym w Europie pózno barokowym kompleksem pałacowym, został
odbudowany.
Zwinger był zbudowany w latach 1711- 1728 na życzenie Fryderyka Augusta I,
Mocnego, który w 1696 roku został wybrany królem Polski i u nas był znany
jako August II. Nie da się ukryć, że Zwinger powstał głównie  za polskie
pieniądze, bo w tamtych czasach Saksonia do bogatych krain nie należała.
To trochę zabawne  i przewrotne - pieniądze u nas zarabiane nasz król wydawał
w Saksonii. Chichot historii - potem my zarabialiśmy tam, a wydawaliśmy
u nas. Zapewne nie wszyscy wiedzą, że wielu naszych pracowników miało
bardzo intratne kontrakty zbiorowe w NRD, gdzie brakowało rąk do pracy.
Kompleks  Zwinger jest naprawdę bardzo ładny i wart zwiedzenia - co prawda
nachodzić się tam można niesamowicie i na mój gust trudno wszystko zobaczyć
w ciągu jednego dnia. Zbiory chińskiej porcelany z XV wieku oraz porcelany
miśnieńskiej są naprawdę piękne. A Galerie Obrazów Starych Mistrzów i
nowsza Galeria Nowych Mistrzów dostarczą również  wielu wrażeń.
Gdy zwiedzałam Zwinger byłam jeszcze naprawdę młoda, ale  nie dałam już rady
choć trochę pospacerować po pałacowych ogrodach i do dziś żałuję.
Ale widziałam obrazy Rembrandta, Rubensa i Durera. Przy gablotach z porcelaną
oczęta mi z orbit wychodziły.
Pamiętam , że wtedy w Dreznie było jeszcze sporo ruin a był to początek lat 70'.
Było mi z tego powodu smutno , choć można śmiało powiedzieć, że Niemcy sami
sobie byli winni. To oni chcieli zawojować świat, oni zabijali pierwsi, to oni
usiłowali zetrzeć z powierzchni ziemi Warszawę.
Myślę, że najgorsze co może spotkać każdy kraj to właśnie wojna.




środa, 18 czerwca 2014

Prosty przepis na........

.....popsucie sobie humoru. W pierwszej kolejności wieczorem nastawiamy
budzik na godzinę 6,00 rano, ponieważ już za piętnaście siódma musimy wyjechać
z domu do przyszpitalnej przychodni. Tym razem "rutynowe" pobranie
krwi mężowskiej przez tamtejsze wampirzyce. Po nastawieniu budzika kładziemy
się spać i.....zasypiamy około drugiej w nocy.
Obudzeni natrętnym dzwonkiem budzika wstajemy półprzytomni  i nawet bez
wielkich korków docieramy na miejsca. Jest godz. 7,10- my mieliśmy się zgłosić
na godz. 7,15.
Przed "gabinetem pobrań" siedzi już około 10 osób, co może oznaczać, że
pacjentów jest ze 6 osób, bo niektórzy, podobnie jak mój mąż są  z tzw.  " osobą
towarzyszącą". Oczywiście miejsc siedzących  jest znacznie mniej niż pacjentów,
więc jest szansa, że nie zasnę, bo jeszcze nie nabyłam umiejętności  spania stojąc.
Na drzwiach gabinetu wisi kartka z informacją, że pacjenci po przeszczepach
nerek wchodzą bez kolejki, inni pacjenci dopiero po godzinie....8,00  a punkt
pobrań krwi działa od 7,15 do 9,00.
Oczywiście punkt pobrań zamknięty na 4 spusty, wampirki jeszcze nie dotarły.
Po głowie snuje mi się pytanie, po jakie licho jakaś idiotka w recepcji zapisała
męża na godz. 7,15, skoro on przecież nie jest po przeszczepie.
Towarzystwo pod gabinetem umila sobie i innym czas opowiadając szczegóły
ze swego pobytu w szpitalu na oddziale przeszczepów. Jeden z pacjentów snuje
opowieść jak to przeszczep się udał, ale po tej operacji miał jeszcze cztery, tzw.
"poprawki".Jakaś pulchna blondynka opowiada , że zdecydowali się by operację
przeprowadziła młoda lekarka,  która robiła tę operację pierwszy raz w życiu.
" No i udało się, jak widać" - mówi i wskazuje palcem na siedzącego obok niej
mężczyznę- wyszedł po 8 dniach. Inna pani słucha tego i w oczach ma łzy - obok
niej siedzi  mocno starszy pan, twarz ma blado żółtą."Przez miesiąc po przeszczepie
było wszystko dobrze a teraz coś się dzieje" -mówi połykając łzy.
O godzinie 7,30 wpada "wampirka" - widać, że już jest zmęczona. W międzyczasie
doszło sporo  kolejnych "przeszczepowców", tych  zwykłych pacjentów jest tylko
dwoje- mój ślubny i jakaś pani. Okazuje się, że pobranie krwi u przeszczepowca
nie jest wcale proste - każdy pacjent musi mieć zmierzone ciśnienie, musi być
zważony a wszystko to pielęgniarka musi wpisać do jego dokumentacji. Poza tym
sam proces pobrania krwi prosty nie jest, bo pacjenci ci z reguły mają problemy
z żyłami. Po prostu  nim dostaną nową nerkę są długo dializowani, a nim lekarze
zrobią port też często mija dużo czasu, a żyły pomału ulegają degradacji. Prawie
każdy z pacjentów syczy z bólu,  pani przeprasza, tłumacząc, że "straszne zrosty".
Wreszcie  o godz. 9,00 pani utacza mojemu 2 fiolki krwi. Wracamy do domu
jadąc w piekielnych korkach- to jadą do pracy ci, co zaczynają pracę od 9,00.
I tak nie jest zle, zamiast 15 minut jedziemy tylko 45 minut, co nie jest takim
złym wynikiem.
Jestem głodna, śpiąca, zła i smutna. Bo znów okazuje się, że większość niedociągnięć
w pracy "służby zdrowia" wynika głównie ze zwykłej niedbałości pracowników.
W ramach ustawienia  się "frontem do pacjenta"  zdecentralizowano jeden punkt
pobrań, w którym dzień w dzien stały w kolejce setki osób. Teraz każda z przychodni
ma własny punkt pobrań krwi, więc recepcjonistka dobrze wie, że "przeszczepowcy"
mają w przychodni nefrologicznej pierwszeństwo i nie powinna zapisywać "jak leci",
wszystkich na godz. 7,15.
Wiem,  wiem, znów się czepiam.

niedziela, 15 czerwca 2014

Prawie

Prawie mi przechodzi, ale wiadomo, że prawie robi różnicę, jak głosiła
pewna reklama.
Prawie przechodzi mi  infekcja, to znaczy przestałam mówić, zaczęłam pisać,
bo mi głos odebrało, ale doszedł mi kaszel, krtaniowy.
Prawie skończyłam dzierganie  bluzki na drutach, jeszcze tylko wszyć rękawy
i wykończyć dekolt.
Prawie jestem gotowa popełnić torebkę- kopertówkę przyozdobioną koralikami.
I tu zamotałam się w wyborze materiału- mam świetny syntetyczny aksamit ,
tylko kolor nie za bardzo uniwersalny, bo zielony. A może lepiej  zrobić z cienkiej
skórki, ale wtedy oprócz podszewki muszę zrobić usztywnienie, więc roboty
niestety mi przybędzie. A może z grubego  filcu, jednostronnie impregnowanego?
Wtedy przy jednym ogniu  upiekę dwie pieczenie- filc ma 4 mm grubości, więc
nie wymaga usztywnienia i impregnacji. Problemem zostaje kolor - wybór
powiedziałabym nikły- ciemny szary lub czarny. I mam wątpliwości, czy filc
i koraliki to będzie "dobry związek". Haft na filcu wygląda dobrze, no ale haft
koralikami może wyglądać dziwnie.
Torebka musi pomieścić: klucze, dokumenty, smartfon, mały portfel, więc
wymiary wewnętrzne muszą być: długość 21 cm, wysokość 13 cm, szerokość
minimum 4 cm. Dodatkowo musi mieć pasek  na ramię, ale to nie problem.
A koraliki będą tylko na "klapce", bo niestety gdybym wyszyła nimi całość, to
torebka ważyłaby strasznie dużo, nawet pusta. No i kolorystycznie haft będzie
monochromatyczny, zapewne czarny.
Sami widzicie- prawie wiem jak to zrobić i z czego.
Zdaje się, że czeka  mnie kolejny wieczór poszukiwań w sieci.
"I to byłoby na tyle", jak mawiał klasyk gatunku.
Miłego tygodnia Wszystkim życzę.