....mnie zatyka. Dziwne, bo z natury "wyszczekana" jestem.
Ale gdy moja bardzo bliska koleżanka przynosi mi kolejną nowiutką bluzkę, jeszcze
z metką i nadaje tekst, że kupiła "bo to taka ładna bluzka a jest dla niej zbyt mała",
więc dla mnie będzie na pewno dobra, to mnie zatyka.
Na domiar złego nie chce wziąć za nią pieniędzy. Czasami mam szczęście, bo bluzka
dla mnie też jest rozmiarowo nie trafiona - dla niej za mała, dla mnie za duża.
Wiem, że Ona zakupami "zabija" stres i może to lepszy sposób niż zajadanie stresu
słodyczami, ale stałam się w ten sposób w pewien sposób ofiarą jej stresów.
Już kilka razy tłumaczyłam jak komu mądremu, że ta sytuacja mnie krępuje, że już
mam za dużo bluzek, ale następnego dnia po mojej przemowie przynosi kolejną.
Może ktoś zna sposób jak to rozwiązać?
*****
Jestem zmęczona upałami, jak chyba większość. Wczoraj postanowiłam, że wyjdę
z domu dopiero wieczorem, po zachodzie słońca. I.....nie wyszłam, co chwilę padało.
*****
Choć tego nie widać, nie porzuciłam koralików. Wymyśliłam nowy naszyjnik, nawet
go ochrzciłam "Fale Dunaju", wyszyłam i utknęłam - nie bardzo wiem z czego
zrobić "nośnik". Jak się zdecyduję co wybrać- dokończę i wrzucę fotkę.
Na razie waham się pomiędzy drobnymi kamykami, aksamitką lub szyfonową
wstążką.
Poza tym mam dość tego ciepełka- przecież gdyby było wszystkiego 20 stopni w cieniu
to byłoby znacznie łatwiej żyć.
Miłej niedzieli wszystkim życzę, choć ma być ponoć 32 stopieńki w cieniu.
drewniana rzezba
sobota, 19 lipca 2014
czwartek, 17 lipca 2014
Mix konsumpcyjny
"Odkryłam" dziś słodkie ziemniaki. Nie znaczy to, że pierwszy raz mi wpadły w oko.
Widywałam je i wcześniej, ale omijałam z daleka. Ale dziś "coś mnie napadło" i
kupiłam aż dwie sztuki, czyli kilogram.
Mąż patrzył się na mnie i na mój zakup z wyrazną dezaprobatą. Bo co powiedzieć
o kobiecie, która nagle kupuje dwie sztuki niekształtnych, dużych bulw w dziwnym
kolorze - ni to ziemniaka ni to marchwi.
Obrać się to dało bez problemu obieraczką do kartofli, a ponieważ się spieszyłam,
postanowiłam pokroić bulwę na mniejsze kawałki przed gotowaniem.
Krojenie go było istną korridą - żałowałam, że się pozbyłam tasaka.
Ugotowało się szybko, w lekko osolonej wodzie, po ugotowaniu miało kolor lekko
wyblakłej marchwi. Było mięciutkie, wystarczyło podziabać widelcem na talerzu by
uzyskać pure.
Dodałam do tego masełko ziołowe i tym sposobem miałam bezglutenowy obiad.
Smak - mnie odpowiadał, choć nieco przypomina gotowaną marchewkę.
Jutro zrobię sobie frytki.
Przy okazji napiszę kilka słów o tym dziwnym słodkim ziemniaku który nosi też
nazwę patat i batat.
Ojczyzną jego jest Ameryka Południowa i Środkowa. Uprawiali go Inkowie i Majowie.
Do Europy przywiezli go hiszpańscy konkwistadorzy.
Ma znacznie więcej substancji odżywczych niż zwykły ziemniak- 100 g patata pokrywa
dobowe zapotrzebowanie człowieka na beta-karoten. Ponadto zawiera wit.C, wit.B6,
błonnik, żelazo, potas, mangan, miedz i kwas chlorogenowy.
Posiada enzymy redukujące skrobię niemal do zera. Zapobiega nowotworom jelita
cienkiego i okrężnicy, wskazany jest przy astmie i osteoporozie.
Przechowywać należy w ciemnym miejscu, nie w lodówce. Ale ugotowany w skórce
patat można z powodzeniem zamrozić. I to dla mnie dobra wiadomość.
Najlepiej jest gotować go w całości w skórce (uprzednio dokładnie wyszorowanej),
w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu skórka bez trudu odchodzi.
Piecze się ze skórką w całości lub w dużych cząstkach, w temp. 220 stopni.
Podawać można na słodko lub ostro, wg własnego upodobania.
Widywałam je i wcześniej, ale omijałam z daleka. Ale dziś "coś mnie napadło" i
kupiłam aż dwie sztuki, czyli kilogram.
Mąż patrzył się na mnie i na mój zakup z wyrazną dezaprobatą. Bo co powiedzieć
o kobiecie, która nagle kupuje dwie sztuki niekształtnych, dużych bulw w dziwnym
kolorze - ni to ziemniaka ni to marchwi.
Obrać się to dało bez problemu obieraczką do kartofli, a ponieważ się spieszyłam,
postanowiłam pokroić bulwę na mniejsze kawałki przed gotowaniem.
Krojenie go było istną korridą - żałowałam, że się pozbyłam tasaka.
Ugotowało się szybko, w lekko osolonej wodzie, po ugotowaniu miało kolor lekko
wyblakłej marchwi. Było mięciutkie, wystarczyło podziabać widelcem na talerzu by
uzyskać pure.
Dodałam do tego masełko ziołowe i tym sposobem miałam bezglutenowy obiad.
Smak - mnie odpowiadał, choć nieco przypomina gotowaną marchewkę.
Jutro zrobię sobie frytki.
Przy okazji napiszę kilka słów o tym dziwnym słodkim ziemniaku który nosi też
nazwę patat i batat.
Ojczyzną jego jest Ameryka Południowa i Środkowa. Uprawiali go Inkowie i Majowie.
Do Europy przywiezli go hiszpańscy konkwistadorzy.
Ma znacznie więcej substancji odżywczych niż zwykły ziemniak- 100 g patata pokrywa
dobowe zapotrzebowanie człowieka na beta-karoten. Ponadto zawiera wit.C, wit.B6,
błonnik, żelazo, potas, mangan, miedz i kwas chlorogenowy.
Posiada enzymy redukujące skrobię niemal do zera. Zapobiega nowotworom jelita
cienkiego i okrężnicy, wskazany jest przy astmie i osteoporozie.
Przechowywać należy w ciemnym miejscu, nie w lodówce. Ale ugotowany w skórce
patat można z powodzeniem zamrozić. I to dla mnie dobra wiadomość.
Najlepiej jest gotować go w całości w skórce (uprzednio dokładnie wyszorowanej),
w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu skórka bez trudu odchodzi.
Piecze się ze skórką w całości lub w dużych cząstkach, w temp. 220 stopni.
Podawać można na słodko lub ostro, wg własnego upodobania.
środa, 16 lipca 2014
To nie jest post zwiazany z polityką
Rozmawiałam ostatnio z kilkoma osobami, które mieszkają na Ukrainie Zachodniej,
w dawnym okręgu Stanisławowskim. Na szczęście dla nich, to jest tam cisza i spokój,
nic złego się nie dzieje.
Nie odmówiłam sobie przyjemności zadania pytania, jak się teraz żyje w tamtych
stronach, bo przecież kiedyś było tam sporo Polaków.
Jedna z moich rozmówczyń ma w rodzinie babcię-staruszkę, która jest Polką, ale jest
żoną Ukraińca, więc do Polski już nie wróciła.
A jak się żyje? "Ano tak, że nie daj Boże", jak powiedziała jedna z pań.
Przede wszystkim nie ma pracy, a zwłaszcza na prowincji. Z małych miejscowości
mężczyzni jeżdżą do pracy w Rosji - głównie pracują przy zrywce drewna, na Syberii.
BHP nie istnieje, jest bardzo wiele poważnych wypadków, śmiertelnych też.
Niektórym udaje się załapać do pracy w budownictwie w Polsce. Gdy rozpoczął się
konflikt "krymski", niektóre firmy zerwały nagle umowę a ukraińscy pracownicy
zostali pozbawieni prawa wjazdu do Rosji na kilka lat.
Zapewne pamiętacie, że wg pewnego typa z wąsikiem, Ukraina miała wyżywić całą
Europę, bo tam są niezwykle żyzne ziemie. Ale nieuprawiana ziemia, choćby była
niesamowicie żyzna, nieobsiana i nieuprawiana niczego nie urodzi. A ziemi nikt
tam nie uprawia. Większość mieszkańców wsi ma niewielkie kawałki ziemi, ale mało
kto podejmuje wysiłek wyhodowania choćby kartofli dla siebie i ewentualnie na
sprzedaż. Zapytałam się naiwnie, czy w takim razie nikt nie je u nich kartofli - pani
się roześmiała i powiedziała, że owszem jedzą, ale chińskie, bo krajowych nie ma.
Na nią patrzą sąsiedzi z politowaniem, bo ma kilka kur, raz do roku wyhoduje jedną
świnkę no i obsadza kartoflami niewielkie poletko. Ta szurnięta, mówią o niej.
Większość kobiet nigdzie nie pracuje - one siedzą w domu, mężczyzni jeżdżą do Rosji
do pracy, najczęściej na kilka miesięcy. Wracają do domu na miesiąc lub dwa -jeśli
tylko uda im się coś ocalić z zarobionych pieniędzy (ocalić przed żoną) to szybko i
radośnie to przepijają. Piją strasznie a do tego piją różne "wynalazki"- bo są znacznie
tańsze. Oni nawet nie pędzą samogonu, bo za drogo.
Rozwody są częste, bo faceci tłuką swe żony, tłuką dzieci i..przywożą żonom z Syberii
różne choroby weneryczne.
Sporo młodych Ukrainek przyjeżdża do pracy w Polsce- część z nich ma dyplomy
licencjackie uprawniające do podjęcia pracy w charakterze opiekunki osób starych
lub chorych. Opiekują się chorymi, inne sprzątają. Mają dobrą opinię, większość
pracodawczyń zostawia im klucze od mieszkań, gdy chcą by było posprzątane rano,
w czasie gdy one są w pracy.
Niektóre Ukrainki już od wielu lat mieszkają w Polsce.
Na wstąpienie Ukrainy do Unii moje rozmówczynie zapatrują się sceptycznie - twierdzą,
że nie ma szans na wprowadzenie takich zmian, by było u nich chociażby tak jak jest
u nas.
Śmieją się, gdy słyszą, że u nas jest korupcja - korupcja to jest u nich- jeśli nie dasz to
nie zdasz egzaminu licencjackiego, nie kupisz żadnego ciekawego towaru, nie
dostaniesz się do upatrzonej szkoły, do lekarza też się nie załapiesz, pracy też nie
dostaniesz.
U nas, wg nich, nie ma bezrobocia, tylko ludzie są mało chętni do pracy.
Orędownikami wstąpienia do Unii jest głównie młodzież - wielu chce w Polsce
studiować a potem pracować.
Ostatnio w moim budynku ADM prowadziła planowe remonty- 3/4 ekipy budowlanej to
byli Ukraińcy, rodem ze Lwowa.
Ja naprawdę już dawno nie widziałam tak sprawnej i porządnej ekipy. Wszyscy byli
codziennie w czystych strojach, od nikogo piwskiem nie cuchnęło, niczego nie
zdewastowali, wszystko po sobie posprzątali. Okazało się, że oni już od dwóch lat mają
kontrakt na prace budowlane w naszej ADM.
A dziś strzygłam się właśnie u Ukrainki - wybitny talent do strzyżenia i ten fakt mnie
zmobilizował do napisania tego posta.
w dawnym okręgu Stanisławowskim. Na szczęście dla nich, to jest tam cisza i spokój,
nic złego się nie dzieje.
Nie odmówiłam sobie przyjemności zadania pytania, jak się teraz żyje w tamtych
stronach, bo przecież kiedyś było tam sporo Polaków.
Jedna z moich rozmówczyń ma w rodzinie babcię-staruszkę, która jest Polką, ale jest
żoną Ukraińca, więc do Polski już nie wróciła.
A jak się żyje? "Ano tak, że nie daj Boże", jak powiedziała jedna z pań.
Przede wszystkim nie ma pracy, a zwłaszcza na prowincji. Z małych miejscowości
mężczyzni jeżdżą do pracy w Rosji - głównie pracują przy zrywce drewna, na Syberii.
BHP nie istnieje, jest bardzo wiele poważnych wypadków, śmiertelnych też.
Niektórym udaje się załapać do pracy w budownictwie w Polsce. Gdy rozpoczął się
konflikt "krymski", niektóre firmy zerwały nagle umowę a ukraińscy pracownicy
zostali pozbawieni prawa wjazdu do Rosji na kilka lat.
Zapewne pamiętacie, że wg pewnego typa z wąsikiem, Ukraina miała wyżywić całą
Europę, bo tam są niezwykle żyzne ziemie. Ale nieuprawiana ziemia, choćby była
niesamowicie żyzna, nieobsiana i nieuprawiana niczego nie urodzi. A ziemi nikt
tam nie uprawia. Większość mieszkańców wsi ma niewielkie kawałki ziemi, ale mało
kto podejmuje wysiłek wyhodowania choćby kartofli dla siebie i ewentualnie na
sprzedaż. Zapytałam się naiwnie, czy w takim razie nikt nie je u nich kartofli - pani
się roześmiała i powiedziała, że owszem jedzą, ale chińskie, bo krajowych nie ma.
Na nią patrzą sąsiedzi z politowaniem, bo ma kilka kur, raz do roku wyhoduje jedną
świnkę no i obsadza kartoflami niewielkie poletko. Ta szurnięta, mówią o niej.
Większość kobiet nigdzie nie pracuje - one siedzą w domu, mężczyzni jeżdżą do Rosji
do pracy, najczęściej na kilka miesięcy. Wracają do domu na miesiąc lub dwa -jeśli
tylko uda im się coś ocalić z zarobionych pieniędzy (ocalić przed żoną) to szybko i
radośnie to przepijają. Piją strasznie a do tego piją różne "wynalazki"- bo są znacznie
tańsze. Oni nawet nie pędzą samogonu, bo za drogo.
Rozwody są częste, bo faceci tłuką swe żony, tłuką dzieci i..przywożą żonom z Syberii
różne choroby weneryczne.
Sporo młodych Ukrainek przyjeżdża do pracy w Polsce- część z nich ma dyplomy
licencjackie uprawniające do podjęcia pracy w charakterze opiekunki osób starych
lub chorych. Opiekują się chorymi, inne sprzątają. Mają dobrą opinię, większość
pracodawczyń zostawia im klucze od mieszkań, gdy chcą by było posprzątane rano,
w czasie gdy one są w pracy.
Niektóre Ukrainki już od wielu lat mieszkają w Polsce.
Na wstąpienie Ukrainy do Unii moje rozmówczynie zapatrują się sceptycznie - twierdzą,
że nie ma szans na wprowadzenie takich zmian, by było u nich chociażby tak jak jest
u nas.
Śmieją się, gdy słyszą, że u nas jest korupcja - korupcja to jest u nich- jeśli nie dasz to
nie zdasz egzaminu licencjackiego, nie kupisz żadnego ciekawego towaru, nie
dostaniesz się do upatrzonej szkoły, do lekarza też się nie załapiesz, pracy też nie
dostaniesz.
U nas, wg nich, nie ma bezrobocia, tylko ludzie są mało chętni do pracy.
Orędownikami wstąpienia do Unii jest głównie młodzież - wielu chce w Polsce
studiować a potem pracować.
Ostatnio w moim budynku ADM prowadziła planowe remonty- 3/4 ekipy budowlanej to
byli Ukraińcy, rodem ze Lwowa.
Ja naprawdę już dawno nie widziałam tak sprawnej i porządnej ekipy. Wszyscy byli
codziennie w czystych strojach, od nikogo piwskiem nie cuchnęło, niczego nie
zdewastowali, wszystko po sobie posprzątali. Okazało się, że oni już od dwóch lat mają
kontrakt na prace budowlane w naszej ADM.
A dziś strzygłam się właśnie u Ukrainki - wybitny talent do strzyżenia i ten fakt mnie
zmobilizował do napisania tego posta.
poniedziałek, 14 lipca 2014
Mix
Trochę mnie tu mało ostatnio, ale "wypisywałam się" na drugim blogu.
Sałatka- kwaszonka, o której pisałam w jednym z poprzednich postów
udała się - kwaszona tą metodą kapusta pekińska wyszła bardzo dobrze,
papryka i marchewka także. A ponieważ dałam również ogórki to
całość była mocno ogórkowa.
Doszłam do wniosku, że właściwie tą metodą można niemal wszystko
kwasić.
*****
Moje dzieci były tydzień w Finlandii. Podobno starszy Krasnal był
zachwycony zachodem słońca o godz. 23,30.
Podejrzewam, że najbardziej rajcował malca fakt, że nie musiał o godz.20,00
lądować w łóżku.
Poza tym zaprzyjaznił się tam z pięcioletnim łosiem
białymi krowami, które chciały być głaskane
oswojonymi sarnami
A na koniec obaj usiłowali wejść na latarnię morską ale się nie udało. Jeszcze trochę i pojadę do tych Krasnali. Obym tylko nie miała
upałów.
Sałatka- kwaszonka, o której pisałam w jednym z poprzednich postów
udała się - kwaszona tą metodą kapusta pekińska wyszła bardzo dobrze,
papryka i marchewka także. A ponieważ dałam również ogórki to
całość była mocno ogórkowa.
Doszłam do wniosku, że właściwie tą metodą można niemal wszystko
kwasić.
*****
Moje dzieci były tydzień w Finlandii. Podobno starszy Krasnal był
zachwycony zachodem słońca o godz. 23,30.
Podejrzewam, że najbardziej rajcował malca fakt, że nie musiał o godz.20,00
lądować w łóżku.
Poza tym zaprzyjaznił się tam z pięcioletnim łosiem
białymi krowami, które chciały być głaskane
oswojonymi sarnami
A na koniec obaj usiłowali wejść na latarnię morską ale się nie udało. Jeszcze trochę i pojadę do tych Krasnali. Obym tylko nie miała
upałów.
sobota, 5 lipca 2014
Przysłowia....
....mądrością narodu.
Przez wiele lat ciotka mojej znajomej, matka dwojga dzieci, mieszkała wraz
z nimi i mężem w niedużym domu, ot takie M4 wolno stojące.
Dzieci dorastały, a córka wyjechała za granicę i tam wyszła za mąż. Dwa
razy w roku przyjeżdżała wraz z mężem i dzieckiem do Polski.
Jej rodzice bardzo lubili swego zięcia, a córka wyglądała na szczęśliwą.
Przy którymś kolejnym pobycie, "młodzi" oświadczyli, że oni za kilka
lat przyjadą do Polski na stałe, więc byłoby dobrze ten mały domek
zamienić na duży, wygodny dom.
I tak się też stało - córka z mężem dołożyli się nieco do tego przedsięwzięcia
i w niedługim czasie z małego "M4" starsi państwo przenieśli się do dużego
"M 44".
Zgodnie z przysłowiem "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi" wielce się
popsuło pomiędzy Asią i Hansem. Nie wiem jak tam było naprawdę, ale
efektem końcowym był rozwód.
Starsi państwo byli tym bardzo zmartwieni, jednocześnie mieli nadzieję, że
teraz córka powróci do Polski - był duży dom, w którym większość pokoi
zionęła pustką. Żeby zachęcić córkę do powrotu starsi państwo wpadli na
pomysł, że dom już teraz zapiszą na Asię.
Asia darowiznę przyjęła bez oporu, ale pozostała za granicą, tłumacząc, że
przecież dzieci tam nauki pobierają a ona wreszcie ma dobrą i ciekawą pracę.
Więc mieszkali starsi państwo nadal sami, cały czas dręcząc się zbyt dużym
metrażem.
Kilka lat temu starszy pan po krótkiej chorobie przestał się martwić domowym
nadmetrażem przenosząc się w inny wymiar.
Ciotka mej znajomej została sama w baaardzo dużym domu, który wymagał
od niej dużego nakładu pracy i pieniędzy. Gdyby dom był nadal jej własnością
to sprzedałaby go i kupiła dla siebie jakieś nieduże mieszkanie.
Ale sprawa była już nierealna, na domiar złego ceny nieruchomości nie tylko
poleciały w dół - nie było chętnych nabywców.
Starsza pani, ratując swe finanse, postanowiła wynająć piętro domu i to się
jej udało. Nie zarabia na tym, ale przynajmniej nie dokłada do interesu.
By umilić sobie samotność kupiła śliczną sunię, "yorczkę". Obie się wzajemnie
uwielbiają, a pani Krysia , pomimo swych 78 lat jest osoba bardzo sprawną,
nadal pracuje w ogrodzie i jezdzi na rowerze, wożąc w koszyczku sunię.
W ubiegłym miesiącu, przyjechała do niej córka, mówiąc, żeby pani Krysia
zaczęła pakować swoje rzeczy, bo Asia zabiera ją do siebie, a ten dom idzie
na sprzedaż. Rozmowa skończyła się sporą awanturą, bo pani Krysia zupełnie
nie ma chęci przeprowadzania się w 78 wiośnie życia poza Polskę . Wiadomo,
że w tym wieku nie nauczy się raczej holenderskiego, nie zorganizuje tam
sobie grona bliskich znajomych. Zdaje sobie sprawę, że w tym wieku w każdej
chwili może się jej stan pogorszyć, ale w razie potrzeby prędzej widzi siebie
w jakimś polskim zakładzie opieki niż holenderskim.
Na razie pani Krysia jest zestresowana i wydzwania po całej rodzinie szukając
jakiejś dobrej rady i ewentualnego miejsca zamieszkania. Jak na razie nie
znalazła ani jednego ani drugiego. Nawet ci, co mają własne domy nie palą
się by dać jej lokum.
I tu przychodzi mi na myśl drugie przysłowie: "z rodziną najlepiej wychodzi się
na fotografii a i to trzeba stanąć pośrodku, bo inaczej cię obetną".
Miłego weekendu wszystkim;)
Przez wiele lat ciotka mojej znajomej, matka dwojga dzieci, mieszkała wraz
z nimi i mężem w niedużym domu, ot takie M4 wolno stojące.
Dzieci dorastały, a córka wyjechała za granicę i tam wyszła za mąż. Dwa
razy w roku przyjeżdżała wraz z mężem i dzieckiem do Polski.
Jej rodzice bardzo lubili swego zięcia, a córka wyglądała na szczęśliwą.
Przy którymś kolejnym pobycie, "młodzi" oświadczyli, że oni za kilka
lat przyjadą do Polski na stałe, więc byłoby dobrze ten mały domek
zamienić na duży, wygodny dom.
I tak się też stało - córka z mężem dołożyli się nieco do tego przedsięwzięcia
i w niedługim czasie z małego "M4" starsi państwo przenieśli się do dużego
"M 44".
Zgodnie z przysłowiem "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi" wielce się
popsuło pomiędzy Asią i Hansem. Nie wiem jak tam było naprawdę, ale
efektem końcowym był rozwód.
Starsi państwo byli tym bardzo zmartwieni, jednocześnie mieli nadzieję, że
teraz córka powróci do Polski - był duży dom, w którym większość pokoi
zionęła pustką. Żeby zachęcić córkę do powrotu starsi państwo wpadli na
pomysł, że dom już teraz zapiszą na Asię.
Asia darowiznę przyjęła bez oporu, ale pozostała za granicą, tłumacząc, że
przecież dzieci tam nauki pobierają a ona wreszcie ma dobrą i ciekawą pracę.
Więc mieszkali starsi państwo nadal sami, cały czas dręcząc się zbyt dużym
metrażem.
Kilka lat temu starszy pan po krótkiej chorobie przestał się martwić domowym
nadmetrażem przenosząc się w inny wymiar.
Ciotka mej znajomej została sama w baaardzo dużym domu, który wymagał
od niej dużego nakładu pracy i pieniędzy. Gdyby dom był nadal jej własnością
to sprzedałaby go i kupiła dla siebie jakieś nieduże mieszkanie.
Ale sprawa była już nierealna, na domiar złego ceny nieruchomości nie tylko
poleciały w dół - nie było chętnych nabywców.
Starsza pani, ratując swe finanse, postanowiła wynająć piętro domu i to się
jej udało. Nie zarabia na tym, ale przynajmniej nie dokłada do interesu.
By umilić sobie samotność kupiła śliczną sunię, "yorczkę". Obie się wzajemnie
uwielbiają, a pani Krysia , pomimo swych 78 lat jest osoba bardzo sprawną,
nadal pracuje w ogrodzie i jezdzi na rowerze, wożąc w koszyczku sunię.
W ubiegłym miesiącu, przyjechała do niej córka, mówiąc, żeby pani Krysia
zaczęła pakować swoje rzeczy, bo Asia zabiera ją do siebie, a ten dom idzie
na sprzedaż. Rozmowa skończyła się sporą awanturą, bo pani Krysia zupełnie
nie ma chęci przeprowadzania się w 78 wiośnie życia poza Polskę . Wiadomo,
że w tym wieku nie nauczy się raczej holenderskiego, nie zorganizuje tam
sobie grona bliskich znajomych. Zdaje sobie sprawę, że w tym wieku w każdej
chwili może się jej stan pogorszyć, ale w razie potrzeby prędzej widzi siebie
w jakimś polskim zakładzie opieki niż holenderskim.
Na razie pani Krysia jest zestresowana i wydzwania po całej rodzinie szukając
jakiejś dobrej rady i ewentualnego miejsca zamieszkania. Jak na razie nie
znalazła ani jednego ani drugiego. Nawet ci, co mają własne domy nie palą
się by dać jej lokum.
I tu przychodzi mi na myśl drugie przysłowie: "z rodziną najlepiej wychodzi się
na fotografii a i to trzeba stanąć pośrodku, bo inaczej cię obetną".
Miłego weekendu wszystkim;)
czwartek, 3 lipca 2014
Już czwartek???
No nie wiem, ale dni jakoś mi uciekają, albo przeciekają przez palce.
Dziś, za sprawą mego męża przetestowaliśmy kolejną przychodnię niepubliczną,
w której jednak można leczyć się na koszt NFZ, ale trzeba oczywiście mieć
skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
Siedziałam pod gabinetem lekarskim pana urologa i miałam świetną rozrywkę, jako
że pacjentami byli głównie panowie- mocno starsi panowie , którym się zapewne
wydaje, że na starość to obie płcie na to samo chorują. Dobrze, że siedziałam, bo
gdybym stała to padłabym z wrażenia , bo starszy pan zapytał mnie teatralnym
szeptem, ile razy w nocy wstaję do toalety, bo on to co dwie godziny, a poza tym
był strasznie ciekawy na co choruje "ten pan, co właśnie siedzi w gabinecie".
Po wyjściu z gabinetu mój mąż był rozpromieniony, że wszystko tak sprawnie
jest zorganizowane, że recepta jest wydrukowana i można przeczytać nazwę leku,
że wszystko ma pan doktor w komputerze i sam bez ponaglania wydrukował
informację dla lekarza pierwszego kontaktu dot. schorzenia i leków. Ja tylko mogę
dodać, że byliśmy przyjęci co do minuty, w przychodni jest dostateczna ilość
krzesełek w poczekalniach, nawet pani w recepcji uśmiechnięta no i jest czysto.
Wniosek - wszystko zależy od organizacji.
*****
Nastawiłam dziś dwie pierwsze kiszonki - ogórki i sałatkę mieszaną. Tym sposobem
mam dwa dwulitrowe słoje wypełnione. Obydwa zalałam zalewą taką typową, czyli
na każdy litr wody dałam kopiastą łyżkę stołową soli, do każdego słoja dałam koper,
pocięty korzeń chrzanu i sporo czosnku. Wodę dałam zimną, prosto z kranu, bo mam
własną stację uzdatniania wody.
W słoju "sałatkowym" zostały zalane ogórki pokrojone w niezbyt cienkie plastry,
kawałki papryki jasnej, krajowej (ona ma cieniutką skórkę), marchewka w postaci
pasków zrobionych strugaczką, oraz pokrojona cienko kapusta pekińska oraz baldachy
kopru, paski chrzanu, i kilka ząbków czosnku.
Teraz oba słoje stoją w czarnej foliowej torbie a ich zawartość dostała polecenie
"ukwaszenia się".
Najwięcej się narobiłam przy ogórkach, ponieważ każdy jeden został wyszorowany
szczoteczką pod bieżącą, lekko ciepłą wodą. Ciepłą dlatego, że jednak było ich nieco
ponad dwa kg a od szorowania zimną to by mnie paluszki bolały.
Musiałam je wyszorować, były bardzo zapiaszczone.
Wczoraj wypiłam kupny kefir, ponoć "bio" i jakoś po nim nie zmarłam. Zakupiłam też
mąkę ze skiełkowanych ziaren żyta i pewnie w poniedziałek będę z niej piekła chleb.
Ciekawa jestem jaki mi wyjdzie.
A tak kwitną róże pod moim kuchennym oknem.
*****
Warszawa zaczyna być miłym miastem - sporo ludzi wyjechało i nie było korków. Przez
moment pomyślałam, że albo pomyliłam kierunki albo godzinę:)))
Dziś, za sprawą mego męża przetestowaliśmy kolejną przychodnię niepubliczną,
w której jednak można leczyć się na koszt NFZ, ale trzeba oczywiście mieć
skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
Siedziałam pod gabinetem lekarskim pana urologa i miałam świetną rozrywkę, jako
że pacjentami byli głównie panowie- mocno starsi panowie , którym się zapewne
wydaje, że na starość to obie płcie na to samo chorują. Dobrze, że siedziałam, bo
gdybym stała to padłabym z wrażenia , bo starszy pan zapytał mnie teatralnym
szeptem, ile razy w nocy wstaję do toalety, bo on to co dwie godziny, a poza tym
był strasznie ciekawy na co choruje "ten pan, co właśnie siedzi w gabinecie".
Po wyjściu z gabinetu mój mąż był rozpromieniony, że wszystko tak sprawnie
jest zorganizowane, że recepta jest wydrukowana i można przeczytać nazwę leku,
że wszystko ma pan doktor w komputerze i sam bez ponaglania wydrukował
informację dla lekarza pierwszego kontaktu dot. schorzenia i leków. Ja tylko mogę
dodać, że byliśmy przyjęci co do minuty, w przychodni jest dostateczna ilość
krzesełek w poczekalniach, nawet pani w recepcji uśmiechnięta no i jest czysto.
Wniosek - wszystko zależy od organizacji.
*****
Nastawiłam dziś dwie pierwsze kiszonki - ogórki i sałatkę mieszaną. Tym sposobem
mam dwa dwulitrowe słoje wypełnione. Obydwa zalałam zalewą taką typową, czyli
na każdy litr wody dałam kopiastą łyżkę stołową soli, do każdego słoja dałam koper,
pocięty korzeń chrzanu i sporo czosnku. Wodę dałam zimną, prosto z kranu, bo mam
własną stację uzdatniania wody.
W słoju "sałatkowym" zostały zalane ogórki pokrojone w niezbyt cienkie plastry,
kawałki papryki jasnej, krajowej (ona ma cieniutką skórkę), marchewka w postaci
pasków zrobionych strugaczką, oraz pokrojona cienko kapusta pekińska oraz baldachy
kopru, paski chrzanu, i kilka ząbków czosnku.
Teraz oba słoje stoją w czarnej foliowej torbie a ich zawartość dostała polecenie
"ukwaszenia się".
Najwięcej się narobiłam przy ogórkach, ponieważ każdy jeden został wyszorowany
szczoteczką pod bieżącą, lekko ciepłą wodą. Ciepłą dlatego, że jednak było ich nieco
ponad dwa kg a od szorowania zimną to by mnie paluszki bolały.
Musiałam je wyszorować, były bardzo zapiaszczone.
Wczoraj wypiłam kupny kefir, ponoć "bio" i jakoś po nim nie zmarłam. Zakupiłam też
mąkę ze skiełkowanych ziaren żyta i pewnie w poniedziałek będę z niej piekła chleb.
Ciekawa jestem jaki mi wyjdzie.
A tak kwitną róże pod moim kuchennym oknem.
*****
Warszawa zaczyna być miłym miastem - sporo ludzi wyjechało i nie było korków. Przez
moment pomyślałam, że albo pomyliłam kierunki albo godzinę:)))
wtorek, 1 lipca 2014
Mix
Spotkałam się ostatnio z zarzutem, że obniżam swój poziom blogowania -
no cóż- nie da się ukryć, że wolałabym się spotkać z jakimś przystojnym
facetem niż z takimi zarzutami. Ale życie bywa wszak okrutne.
W takim razie poczołgam się nieco po własnym blogu, skoro poziom niski.
*****
Ci, co wytrwale tu zaglądają pamiętają zapewne, że rok temu, po uporczywej
antybiotykoterapii, dorobiłam się rzekomo błoniastego zapalenia jelit. Stan
ten udało się w końcu opanować , wyniki już nie wykazują szkodliwych
toksyn, niestety moje jelita jakoś się jeszcze nie wygoiły, co objawia się
sporym obniżeniem odporności i różnymi ograniczeniami dietetycznymi,
z których najgorsze dla mnie to zero owoców i surowizny.
Ostatnio przemiły pan profesor gastroenterolog uświadomił mnie, że po
takiej "hecy" jelita mogą się goić i ....sześć lat, skoro już jestem "dorosła".
W związku z tym, żeby ciągle nie paść się różnymi probiotykami w tabletkach,
które wprawdzie pomagają, ale nie bardzo szybko, powinnam zmienić
swój sposób odżywiania się, by w sposób naturalny, trwały i stosunkowo
mało uciążliwy zasiedlić trwale swoje jelita właściwą florą bakteryjną.
Podobno naukowcy i lekarze nagle odkryli, że sekret zdrowia to żywność
fermentowana, czyli powrót do przeszłości.
Brzmi niezle, ale ... oznacza to, że kolejny raz muszę zmieniać sobie dietę,
a poza tym babrać się w kuchni, bo muszę jeść tylko to, co domowe - zero
kupnych gotowców.
Podstawą wyżywienia mają być różnego rodzaju domowe kiszonki, własnej
produkcji kefir ( bo ma więcej właściwych bakterii niż jogurt), własnej
produkcji pieczywo z mąki produkowanej ze skiełkowanych ziaren zbóż,
kombucza i niemal wszystko robione z udziałem keriru, serwatki kefirowej
lub sera kefirowego. Nie wiedziałam nawet , że coś takiego istnieje.
Zakupiłam więc odpowiednią lekturę, czyli książkę pani Donny Schwenk
pt. "Zdrowy ferment".
Kolejny dzień nurkowałam w sieci, by zgromadzić potrzebne ingrediencje.
Na razie ukwasiłam ogórki, wynalazłam miejsce, gdzie sprzedają liofilizowane
kultury bakterii kefiru, mąkę ze skiełkowanych ziaren, bakterie do kwaszenia
warzyw, przestudiowałam mnóstwo przepisów, muszę jeszcze tylko zakupić
kilka litrowych słoików i poszukać kombuczy w sklepach ze zdrową żywnością.
Chociaż prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy ją zakupię - może poczekam
aż polubię kefir własnej produkcji. Jeśli się przyzwyczaję do kefiru to może..?
Kombucza jest to coś, co niektórzy zwą "grzybkiem herbacianym lub tybetańskim",
a tak naprawdę jest mieszanką bakterii, które dodane do herbaty powodują jej
fermentację, czyli robią z niej napój gazowany. Wg. wtajemniczonych kombucza
jest dobra na wszystko bo: odtruwa wątrobę, poprawia wzok, zmniejsza objawy
zaćmy, uwalnia od migren i bólu głowy, wspomaga trawienie, łagodzi sezonowe
alergie,wspomaga odchudzanie bo hamuje apetyt, wzmacnia układ odpornościowy,
uśmierza bóle stawów, dostarcza energii.
*****
Dostałam pełne wsparcie ze strony ślubnego, czyli łaskawie zmieni swój jogurt
kupowany w sklepie, na mój kefir. Nie jestem tylko pewna czy tego właśnie
oczekiwałam
no cóż- nie da się ukryć, że wolałabym się spotkać z jakimś przystojnym
facetem niż z takimi zarzutami. Ale życie bywa wszak okrutne.
W takim razie poczołgam się nieco po własnym blogu, skoro poziom niski.
*****
Ci, co wytrwale tu zaglądają pamiętają zapewne, że rok temu, po uporczywej
antybiotykoterapii, dorobiłam się rzekomo błoniastego zapalenia jelit. Stan
ten udało się w końcu opanować , wyniki już nie wykazują szkodliwych
toksyn, niestety moje jelita jakoś się jeszcze nie wygoiły, co objawia się
sporym obniżeniem odporności i różnymi ograniczeniami dietetycznymi,
z których najgorsze dla mnie to zero owoców i surowizny.
Ostatnio przemiły pan profesor gastroenterolog uświadomił mnie, że po
takiej "hecy" jelita mogą się goić i ....sześć lat, skoro już jestem "dorosła".
W związku z tym, żeby ciągle nie paść się różnymi probiotykami w tabletkach,
które wprawdzie pomagają, ale nie bardzo szybko, powinnam zmienić
swój sposób odżywiania się, by w sposób naturalny, trwały i stosunkowo
mało uciążliwy zasiedlić trwale swoje jelita właściwą florą bakteryjną.
Podobno naukowcy i lekarze nagle odkryli, że sekret zdrowia to żywność
fermentowana, czyli powrót do przeszłości.
Brzmi niezle, ale ... oznacza to, że kolejny raz muszę zmieniać sobie dietę,
a poza tym babrać się w kuchni, bo muszę jeść tylko to, co domowe - zero
kupnych gotowców.
Podstawą wyżywienia mają być różnego rodzaju domowe kiszonki, własnej
produkcji kefir ( bo ma więcej właściwych bakterii niż jogurt), własnej
produkcji pieczywo z mąki produkowanej ze skiełkowanych ziaren zbóż,
kombucza i niemal wszystko robione z udziałem keriru, serwatki kefirowej
lub sera kefirowego. Nie wiedziałam nawet , że coś takiego istnieje.
Zakupiłam więc odpowiednią lekturę, czyli książkę pani Donny Schwenk
pt. "Zdrowy ferment".
Kolejny dzień nurkowałam w sieci, by zgromadzić potrzebne ingrediencje.
Na razie ukwasiłam ogórki, wynalazłam miejsce, gdzie sprzedają liofilizowane
kultury bakterii kefiru, mąkę ze skiełkowanych ziaren, bakterie do kwaszenia
warzyw, przestudiowałam mnóstwo przepisów, muszę jeszcze tylko zakupić
kilka litrowych słoików i poszukać kombuczy w sklepach ze zdrową żywnością.
Chociaż prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy ją zakupię - może poczekam
aż polubię kefir własnej produkcji. Jeśli się przyzwyczaję do kefiru to może..?
Kombucza jest to coś, co niektórzy zwą "grzybkiem herbacianym lub tybetańskim",
a tak naprawdę jest mieszanką bakterii, które dodane do herbaty powodują jej
fermentację, czyli robią z niej napój gazowany. Wg. wtajemniczonych kombucza
jest dobra na wszystko bo: odtruwa wątrobę, poprawia wzok, zmniejsza objawy
zaćmy, uwalnia od migren i bólu głowy, wspomaga trawienie, łagodzi sezonowe
alergie,wspomaga odchudzanie bo hamuje apetyt, wzmacnia układ odpornościowy,
uśmierza bóle stawów, dostarcza energii.
*****
Dostałam pełne wsparcie ze strony ślubnego, czyli łaskawie zmieni swój jogurt
kupowany w sklepie, na mój kefir. Nie jestem tylko pewna czy tego właśnie
oczekiwałam
Subskrybuj:
Posty (Atom)



