......czyli nic nowego ani ciekawego zapewne, więc się ponudzicie.
Geograficznie:
Współczesna Warszawa leży we wschodniej części Kotliny Warszawskiej, która jest
najniższą częścią Niziny Mazowieckiej - od 76 do 116 m nad poziomem morza. Jest
to równina polodowcowa, podcięta od wschodu przez Wisłę , zwana potocznie
Skarpą Warszawską.
Archeologicznie i historycznie:
Pierwsze ślady pobytu człowieka na tym terenie datuje się na 12 - 10 tysięcy lat p.n.e.
Znajdowały się tu łatwe do uprawy mady rzeczne i liczne dogodne brody ułatwiające
przeprawy przez rzekę co stwarzało dogodne warunki osadnicze w dolinie Wisły.
Tu, gdzie dziś w Al.Ujazdowskich jest Ogród Botaniczny i Górne Łazienki, czyli na
skarpie wiślanej, w XII- XIII wieku stał gród warowny. Miejsce to nosiło nazwę
Jazdów i było znane na szlaku z Grójca i Czerska do Zakroczymia.
Gród był wzniesiony z potężnych bierwion, gliny i kamienia.
Zniszczony w 1262r najazdem litewsko-jaćwieskim oraz złupiony w 1281 roku
przez płockiego księcia Bolesława mocno podupadł i już nie odzyskał dawnego
znaczenia. To, oraz częste zmiany miejsc przeprawowych spowodowane zmianami
koryta rzeki, wymusiły decyzję znalezienia nowego, lepszego miejsca na gród.
I nowy gród powstał w miejscu, gdzie wysoka skarpa zbliża się do Wisły, a nieopodal
istniał stary handlowy szlak od Czerska przez Zakroczym, Płock, Toruń aż do Gdańska.
Nowy gród powstał na ziemiach leżących na północ od wsi Warszowa.
Warszowa stanowiła własność jakiegoś mości Warsza z rodu Rawiczów. Nowy gród
wziął swą nazwę od tej niedaleko grodu usytuowanej osady.
Miejsce, w którym zbudowano nowy gród, Warszawa, to dziś Dzielnica Staromiejska.
Warszawa szybko przejęła wszystkie funkcje byłego grodu, Jazdowa.
Budując nowy gród , pamietając losy Jazdowa, wzięto również pod uwagę względy
bezpieczeństwa. W końcu XIV wieku otaczający gród wał ziemny zastąpiono murami
obronnymi od strony lądu- otaczały one miasto od północnego cypla skarpy przy
jarze ulicy Mostowej, w części wzdłuż dzisiejszej ul.Podwale do Piekarskiej, skąd
nieregularną linią na południe od kościoła św.Marcina docierały aż do Zamku.
Na podstawie różnych znalezisk wydedukowano, że Zamek powstał o kilka lat wcześniej
niż gród Warszawa.
Nie zachowały się żadne dokumenty lokacyjne, więc tak dokładnie nie wiadomo kto
założył miasto , ale przyjęto uważać, że założycielem był książę płocki, Bolesław II,
syn Konrada Mazowieckiego.
To on wezwał grupę kupców (prawdopodobnie z Torunia) do urządzenia miasta Starej
Warszawy.
Centrum miasta zajmował obszerny czworoboczny Rynek, z jego naroży wychodziły
po dwie ulice prostopadłe do siebie i boków rynku.
Tworzyły one zasadniczy rysunek całego miasta. Wokół Rynku wyznaczono 40 działek
budowlanych, co ilościowo odpowiadało liczbie najzamożniejszych i najważniejszych
osadników. Działki budowlane były o wymiarach 9 na 35 metrów, dzieki czemu na
stosunkowo niewielkim terenie pozwalało pomieścic dużą liczbę budynków.
9 m wynosiła szerokość budynku, a na 35m długości działki mieścił się nie tylko dom
ale i podwórze z pomieszczeniem gospodarczym.
Całe miasto miało w tym okresie zaledwie 10 ha powierzchni i ok.500m długości.
Pomieszczono tu około 170 posesji, dwanaście ulic i dwa place targowe- drugi był
na ulicy Szeroki Dunaj.
Zakładając miasto wzniesiono kościół farny św. Jana.
W zachodniej pierzei Rynku pod nr 19 był dom wójta, który wraz z ławą miejską
sprawował funkcje administracyjne w mieście.
Stanowisko to było początkowo dziedziczne, z czasem było funkcją z wyboru.
Od połowy XIV wieku istniała już Rada Miejska, pełniąca najwyższą władzę w mieście.
U schyłku XV w. Warszawa liczyła już 5000 obywateli.
Mam na koniec przykrą wiadomość - ciąg dalszy nastąpi.
I przepraszam, że nie ma wdzięcznej opowieści o Warsie, Sawie i Syrence.
drewniana rzezba
poniedziałek, 8 czerwca 2015
piątek, 5 czerwca 2015
Dzisiejszy spacer
Lekko nam odbiło i wybraliśmy się na Stare Miasto. Na szczęście nie bryczką, ale
miejskim autobusem. Mniej niż 100m od własnego budynku mamy świetny, tzw.
przyspieszony autobus.
A pogoda dziś w sam raz na takie miejskie spacery- 20 stopni ciepełka w cieniu i lekki
zefirek.
Tak prezentuje się Stadion Narodowy z Placu Zamkowego
A te dwa zdjęcia to widok Placu Zamkowego.
Może szkoda, że nie zrobiłam całej Kolumny Zygmunta, bo nie wiadomo
kto za jakiś czas wyląduje na jej szczycie, zamiast króla Zygmunta.
Ulica Świętojańska z widokiem na Kościół Jezuitów (ten z białą
kolumnową fasadą oraz na kawalątek Katedry św.Jana To ten
ceglasty fragment przed kościołem Jezuitów.
Fragment murów staromiejskich i Barbakanu
Widok z murów na "dolne miasto", pomiędzy Starym a Nowym Miastem.
W tle gotycka wieża najstarszego na Nowym Mieście kościoła Nawiedzenia
Najświętszej Marii Panny.
A to widok na starą, kochaną trasę WZ, po lewej pomnik Warszawskiej Nike
Fotografowanie w takim dniu jak dziś , jest niesamowicie skomplikowane,
bo co sekundę ktoś wchodzi człowiekowi w kadr.
Pominę milczeniem stado rodzinne żebrzących Rumunów.
A na koniec- obiecałam, że obfocę swój letni sweter - łatwiej obiecać, trudniej
obietnicy dotrzymać - głównie z braku modelki.
W końcu udało mi się go jakoś ułożyć i tak się prezentuje na zdjęciu
I nawet kolory nie przekłamane.
Jeśli idzie o mnie, to całe lato mogłoby by takie jak dzisiejszy dzień.
Miłego weekendu wszystkim życzę.
miejskim autobusem. Mniej niż 100m od własnego budynku mamy świetny, tzw.
przyspieszony autobus.
A pogoda dziś w sam raz na takie miejskie spacery- 20 stopni ciepełka w cieniu i lekki
zefirek.
Tak prezentuje się Stadion Narodowy z Placu Zamkowego
A te dwa zdjęcia to widok Placu Zamkowego.
Może szkoda, że nie zrobiłam całej Kolumny Zygmunta, bo nie wiadomo
kto za jakiś czas wyląduje na jej szczycie, zamiast króla Zygmunta.
Ulica Świętojańska z widokiem na Kościół Jezuitów (ten z białą
kolumnową fasadą oraz na kawalątek Katedry św.Jana To ten
ceglasty fragment przed kościołem Jezuitów.
Fragment murów staromiejskich i Barbakanu
Widok z murów na "dolne miasto", pomiędzy Starym a Nowym Miastem.
W tle gotycka wieża najstarszego na Nowym Mieście kościoła Nawiedzenia
Najświętszej Marii Panny.
A to widok na starą, kochaną trasę WZ, po lewej pomnik Warszawskiej Nike
Fotografowanie w takim dniu jak dziś , jest niesamowicie skomplikowane,
bo co sekundę ktoś wchodzi człowiekowi w kadr.
Pominę milczeniem stado rodzinne żebrzących Rumunów.
A na koniec- obiecałam, że obfocę swój letni sweter - łatwiej obiecać, trudniej
obietnicy dotrzymać - głównie z braku modelki.
W końcu udało mi się go jakoś ułożyć i tak się prezentuje na zdjęciu
I nawet kolory nie przekłamane.
Jeśli idzie o mnie, to całe lato mogłoby by takie jak dzisiejszy dzień.
Miłego weekendu wszystkim życzę.
środa, 3 czerwca 2015
Post nie dla wrażliwych
Pracowałam kiedyś z b. miłym starszym panem, chyba Stefan mu było na imię.
Ponieważ był bardzo dobrym i cenionym specjalistą w branży, pomimo wieku
emerytalnego, nie chcieli pana Stefana "wypuścić" na emeryturę, choć już miał
ponad 70 lat.
Jako młody człowiek brał czynny udział w Powstaniu Warszawskim. Walczył na
Mokotowie, został ranny i koledzy po kilku godzinach zaprowadzili go do szpitala
Ss.Elżbietanek , który był przy ul. Goszczyńskiego.
W szpitalu działy się dantejskie sceny, rannych było na pęczki, brakowało morfiny,
nie nadążano z zaopatrywaniem ran..
Lekarz obejrzał ranę p. Stefana, usadził go w pobliżu stołu operacyjnego i zajął
się innym pacjentem.
Był upał, okna były pootwierane i do sali co chwilę wlatywały muchy, zwabione
wonią krwi i jak po sznurku leciały wprost do rany p.Stefana.
Rana wyglądała bardzo nieciekawie, była mocno zaogniona, miejscami widać było
ropę, tkanka była mocno zmacerowana.
Pan Stefan pracowicie odpędzał muchy od swej rany, ale lekarz powiedział, że ma
pozwolić muchom na żerowanie na swej ranie. Bo te muchy żywiły się właśnie tą
zropiałą, zakażoną tkanką.
"Słuchaj chłopcze- jeśli chcesz uratować rękę to módl się, by tych much przyleciało
odpowiednio dużo, by ci oczyściły ranę. Ja nie mam takich szans, ja to mogę ci
tylko tę rękę odjąć. Poczekamy do następnego dnia, zawsze zdążę to zrobić.
Widziałem ten sposób leczenia zakażonych ran w Afryce.Może i tu da radę".
I przesiedział pan Stefan calutką noc na krzesełku, karmiąc muchy ( te paskudne,
zielone) własną tkanką mięśniową.
Rano lekarz obejrzał ranę - przemył ją przegotowaną wodą, pokazał panu Stefanowi,
że ponad połowa mięśnia przedramienia "znikła w muszych żołądkach", założył
opatrunek. Ku wielkiemu zdziwieniu p. Stefana rana zagoiła się szybko, chociaż
przedramię zostało nieco zniekształcone, bo ubyło połowę mięśnia, a pan Stefan miał
trwałą pamiątkę z Powstania.
Gdy sześć lat temu urodził się mój starszy wnuczek, przeżyłam niemal szok.
Maluszek nie był kapany codziennie a tylko i wyłącznie raz w tygodniu.
Za to codziennie wieczorem był masowany, by spał spokojnie w nocy. Butelki i
smoczki nie były pieczołowicie wygotowywane. Oczywiście pomijam już milczeniem
fakt, że dziecko od samego początku funkcjonowało w pampersach.
Jeśli dzieciakowi wypadł z buzi smoczek i potoczył się na podłogę, nikt nie gnał
kłusem by go wyparzyć wrzątkiem. No chyba,że się to zdarzyło w mojej obecności,
to wtedy ja to robiłam- ale krótko, bo mi zabroniono.
Gdy dziecko raczkowało nikt nie mył mu co chwilę rączek, które wpychał ciągle do buzi.
Oczywiście wiele dziwnych rzeczy lądowało w buzi i z pewnością nie były one sterylne.
Lądował tam piasek z piaskownicy, zabawki innych dzieci i brudne łapska.
Podstawowymi lekami pediatrycznymi ordynowanymi przez lekarza były leki
homeopatyczne, wyklęte przez polskich lekarzy. Bo w opinii naszych lekarzy są one
tyle warte co placebo. No ale moim wnukom do dziś pomagają.
I choć jeden ma 6 lat, a drugi 4, to żaden z nich nie wie co to jest antybiotyk.
I nie chorują, choć jeden i drugi chodzili od 10 miesiąca życia do żłobka. Nie byli
karmieni piersią, obaj z cesarki. I są szczepieni zgodnie z zaleceniami prowadzącego
pediatry.
Tak mnie naszło o tym napisać, bo własnie znajoma opuściła szpital- nie sama, ale
razem z gronkowcem. I wcale nie leżała na chirurgii ale na nefrologii.
I było czysto i miło i higienicznie.
Ponieważ był bardzo dobrym i cenionym specjalistą w branży, pomimo wieku
emerytalnego, nie chcieli pana Stefana "wypuścić" na emeryturę, choć już miał
ponad 70 lat.
Jako młody człowiek brał czynny udział w Powstaniu Warszawskim. Walczył na
Mokotowie, został ranny i koledzy po kilku godzinach zaprowadzili go do szpitala
Ss.Elżbietanek , który był przy ul. Goszczyńskiego.
W szpitalu działy się dantejskie sceny, rannych było na pęczki, brakowało morfiny,
nie nadążano z zaopatrywaniem ran..
Lekarz obejrzał ranę p. Stefana, usadził go w pobliżu stołu operacyjnego i zajął
się innym pacjentem.
Był upał, okna były pootwierane i do sali co chwilę wlatywały muchy, zwabione
wonią krwi i jak po sznurku leciały wprost do rany p.Stefana.
Rana wyglądała bardzo nieciekawie, była mocno zaogniona, miejscami widać było
ropę, tkanka była mocno zmacerowana.
Pan Stefan pracowicie odpędzał muchy od swej rany, ale lekarz powiedział, że ma
pozwolić muchom na żerowanie na swej ranie. Bo te muchy żywiły się właśnie tą
zropiałą, zakażoną tkanką.
"Słuchaj chłopcze- jeśli chcesz uratować rękę to módl się, by tych much przyleciało
odpowiednio dużo, by ci oczyściły ranę. Ja nie mam takich szans, ja to mogę ci
tylko tę rękę odjąć. Poczekamy do następnego dnia, zawsze zdążę to zrobić.
Widziałem ten sposób leczenia zakażonych ran w Afryce.Może i tu da radę".
I przesiedział pan Stefan calutką noc na krzesełku, karmiąc muchy ( te paskudne,
zielone) własną tkanką mięśniową.
Rano lekarz obejrzał ranę - przemył ją przegotowaną wodą, pokazał panu Stefanowi,
że ponad połowa mięśnia przedramienia "znikła w muszych żołądkach", założył
opatrunek. Ku wielkiemu zdziwieniu p. Stefana rana zagoiła się szybko, chociaż
przedramię zostało nieco zniekształcone, bo ubyło połowę mięśnia, a pan Stefan miał
trwałą pamiątkę z Powstania.
Gdy sześć lat temu urodził się mój starszy wnuczek, przeżyłam niemal szok.
Maluszek nie był kapany codziennie a tylko i wyłącznie raz w tygodniu.
Za to codziennie wieczorem był masowany, by spał spokojnie w nocy. Butelki i
smoczki nie były pieczołowicie wygotowywane. Oczywiście pomijam już milczeniem
fakt, że dziecko od samego początku funkcjonowało w pampersach.
Jeśli dzieciakowi wypadł z buzi smoczek i potoczył się na podłogę, nikt nie gnał
kłusem by go wyparzyć wrzątkiem. No chyba,że się to zdarzyło w mojej obecności,
to wtedy ja to robiłam- ale krótko, bo mi zabroniono.
Gdy dziecko raczkowało nikt nie mył mu co chwilę rączek, które wpychał ciągle do buzi.
Oczywiście wiele dziwnych rzeczy lądowało w buzi i z pewnością nie były one sterylne.
Lądował tam piasek z piaskownicy, zabawki innych dzieci i brudne łapska.
Podstawowymi lekami pediatrycznymi ordynowanymi przez lekarza były leki
homeopatyczne, wyklęte przez polskich lekarzy. Bo w opinii naszych lekarzy są one
tyle warte co placebo. No ale moim wnukom do dziś pomagają.
I choć jeden ma 6 lat, a drugi 4, to żaden z nich nie wie co to jest antybiotyk.
I nie chorują, choć jeden i drugi chodzili od 10 miesiąca życia do żłobka. Nie byli
karmieni piersią, obaj z cesarki. I są szczepieni zgodnie z zaleceniami prowadzącego
pediatry.
Tak mnie naszło o tym napisać, bo własnie znajoma opuściła szpital- nie sama, ale
razem z gronkowcem. I wcale nie leżała na chirurgii ale na nefrologii.
I było czysto i miło i higienicznie.
wtorek, 2 czerwca 2015
Coś ze mną "nie tak"
Zaczynam podejrzewać, że w życiu każdego następuje moment, gdy organizm mówi
"a odczepcie się ode mnie". I chyba dobrnęłam do tego okresu. Bo wciąż czuję się
niespecjalnie.
Jako prawdziwa kobieta, co jakiś czas robię przebieżkę po internetowych sklepach
z włóczkami. Przepięknych i jednocześnie przedrogich włóczek jest multum.
Wpatruję się w te kolorowe niteczki, wpatruję, czytam ich metryczki i z minuty na
minutę mam coraz większy melanż w głowie.
Po kolejnym przeglądzie wynalazłam cieniowaną włóczkę- cienką, puchatą, mój
ulubiony zestaw kolorystyczny - róż, z całą gamą popieli, od niemal bieli do
niemal czerni. Róż też jest ciemniejszy i jaśniejszy.
Po trzech dniach głębokiego namysłu - zamówiłam. Po dwóch dniach już dotarła
do mnie. Potem zanurzyłam się w pudle czasopism z wzorami swetrów, bluzek itp.
Zakupiona włóczka jest angorką z poliamidem, a motek o wadze 10 dag ma nitkę o
długości 500m.
Gdy już dograłam w swoim mózgu kolor, fason, ścieg - zaczęłam popełniać letni
sweter. W ciągu 4 dni nadziobałam grubym szydełkiem plecy, przód i jeden rękaw,
a wczoraj zaczęłam drugi rękaw. Przerabianie oczek cieniutkiej włóczki szydełkiem
nr 5 nie obciąża moich obolałych stawów, a praca naprawdę idzie szybko.
Ja wiem, że określenie "letni sweter" budzi w niektórych chęć postukania mnie
po czole, ale mam dziwne przekonanie, że naprawdę ciepłe dni tego lata będą dość
rzadkie i bardzo lekki sweterek będzie "jak znalazł".
A sweterek jest ażurowy, na tył, przód i jeden rękaw zuzyłam raptem 20 dag
włóczki, więc cały sweterek będzie dosłownie lekki. "Obfocę" gdy go skończę.
I wtedy zabiorę się znów za dłubaninkę koralikową. Chodzi za mną "oko Horusa"
jako centralny element naszyjnika. Może i z okiem proroka coś wymodzę I zrobię
to na złość pewnym kretynom, którzy te symbole uważają za "znaki szatana".
Indolencja ludzi mnie naprawdę przeraża. Chwilami mam wrażenie, że każdy
znak wpisany w okrąg kojarzy się niektórym ludziom z szatanem- niedługo
wymyślą, że znak ostrzegający o obecności promieniowania to też znak szatana.
Wczoraj na liściu winobluszczu znalazłam prześmieszną gąsienicę - była
bardzo zielona i...rogata . Różki miała nie tylko na łebku, ale na całym ciałku i
tworzyły jakby zewnętrzny kręgosłup. A liść wżerała w zabójczym tempie.
Darowałam jej życie, ale zmieniłam jej lokal. Może będzie pożywieniem dla
sikorek? A w ogóle to mój winobluszcz smakuje nie tylko gąsienicom - ślimaki
też go lubią. No i kwitnie u mnie winorośl pachnąca co przywabia na loggię
różne bzykające insekty. Pal nędza te insekty, grunt, że zapach upojny.
"a odczepcie się ode mnie". I chyba dobrnęłam do tego okresu. Bo wciąż czuję się
niespecjalnie.
Jako prawdziwa kobieta, co jakiś czas robię przebieżkę po internetowych sklepach
z włóczkami. Przepięknych i jednocześnie przedrogich włóczek jest multum.
Wpatruję się w te kolorowe niteczki, wpatruję, czytam ich metryczki i z minuty na
minutę mam coraz większy melanż w głowie.
Po kolejnym przeglądzie wynalazłam cieniowaną włóczkę- cienką, puchatą, mój
ulubiony zestaw kolorystyczny - róż, z całą gamą popieli, od niemal bieli do
niemal czerni. Róż też jest ciemniejszy i jaśniejszy.
Po trzech dniach głębokiego namysłu - zamówiłam. Po dwóch dniach już dotarła
do mnie. Potem zanurzyłam się w pudle czasopism z wzorami swetrów, bluzek itp.
Zakupiona włóczka jest angorką z poliamidem, a motek o wadze 10 dag ma nitkę o
długości 500m.
Gdy już dograłam w swoim mózgu kolor, fason, ścieg - zaczęłam popełniać letni
sweter. W ciągu 4 dni nadziobałam grubym szydełkiem plecy, przód i jeden rękaw,
a wczoraj zaczęłam drugi rękaw. Przerabianie oczek cieniutkiej włóczki szydełkiem
nr 5 nie obciąża moich obolałych stawów, a praca naprawdę idzie szybko.
Ja wiem, że określenie "letni sweter" budzi w niektórych chęć postukania mnie
po czole, ale mam dziwne przekonanie, że naprawdę ciepłe dni tego lata będą dość
rzadkie i bardzo lekki sweterek będzie "jak znalazł".
A sweterek jest ażurowy, na tył, przód i jeden rękaw zuzyłam raptem 20 dag
włóczki, więc cały sweterek będzie dosłownie lekki. "Obfocę" gdy go skończę.
I wtedy zabiorę się znów za dłubaninkę koralikową. Chodzi za mną "oko Horusa"
jako centralny element naszyjnika. Może i z okiem proroka coś wymodzę I zrobię
to na złość pewnym kretynom, którzy te symbole uważają za "znaki szatana".
Indolencja ludzi mnie naprawdę przeraża. Chwilami mam wrażenie, że każdy
znak wpisany w okrąg kojarzy się niektórym ludziom z szatanem- niedługo
wymyślą, że znak ostrzegający o obecności promieniowania to też znak szatana.
Wczoraj na liściu winobluszczu znalazłam prześmieszną gąsienicę - była
bardzo zielona i...rogata . Różki miała nie tylko na łebku, ale na całym ciałku i
tworzyły jakby zewnętrzny kręgosłup. A liść wżerała w zabójczym tempie.
Darowałam jej życie, ale zmieniłam jej lokal. Może będzie pożywieniem dla
sikorek? A w ogóle to mój winobluszcz smakuje nie tylko gąsienicom - ślimaki
też go lubią. No i kwitnie u mnie winorośl pachnąca co przywabia na loggię
różne bzykające insekty. Pal nędza te insekty, grunt, że zapach upojny.
piątek, 29 maja 2015
Opierniczono mnie
Pisałam tu już kiedyś, że dokarmiam bezdomne koty, zimą zwłaszcza.
One po prostu zimą muszą więcej jeść, więc pomagam sąsiadowi, który
karmi je jak rok długi.
Sąsiad wykłada suchą karmę, ja "mokrą", czyli zawartość kocich saszetek.
Wychodząc z budynku zauważyłam, że w miejscu, w którym zawsze
wykładamy kocie jedzenie stoją dwie pańcie w wieku "słusznym". No ale
co mnie jakies pańcie obchodzą - podchodzę tam stawiam kotom tackę
z zawartością saszetek i w chwili gdy się schylam, by ją postawić, jedna
z pań "wsiada" na mnie: "pani truje koty, to kupne jedzenie, to jest trucizna!
I te wszystkie kulki i krążki też! Truje ja pani systematycznie!
Kotom trzeba dawać prawdziwe mięso, świeżo zmieloną wołowinkę lub
cielęcinę! I trochę prawdziwej, wiejskiej śmietanki!"
Policzyłam spokojnie do 10 i z powrotem i z uśmiechem odpowiedziałam-
"przecież nikt nie zabrania, by panie karmiły w ten sposób te koty, to koty
bezdomne, więc nikt nie będzie miał paniom za złe, że kupicie dla nich
mięso i je zmielicie i przyniesiecie tutaj."
Pańcie spojrzały na mnie jak na idiotkę, a ja życząc im miłego dnia
spokojnie pożeglowałam do domu. Pańcie jeszcze dość długo stały nad
kocim jedzeniem, a w pewnej odległości od nich koty, bojąc się podejść do
jedzenia. Może usłyszały, że to trucizna??;)))
No to teraz, drogie miłośniczki kotów - wiecie już, że zle swe koty karmicie;)
One po prostu zimą muszą więcej jeść, więc pomagam sąsiadowi, który
karmi je jak rok długi.
Sąsiad wykłada suchą karmę, ja "mokrą", czyli zawartość kocich saszetek.
Wychodząc z budynku zauważyłam, że w miejscu, w którym zawsze
wykładamy kocie jedzenie stoją dwie pańcie w wieku "słusznym". No ale
co mnie jakies pańcie obchodzą - podchodzę tam stawiam kotom tackę
z zawartością saszetek i w chwili gdy się schylam, by ją postawić, jedna
z pań "wsiada" na mnie: "pani truje koty, to kupne jedzenie, to jest trucizna!
I te wszystkie kulki i krążki też! Truje ja pani systematycznie!
Kotom trzeba dawać prawdziwe mięso, świeżo zmieloną wołowinkę lub
cielęcinę! I trochę prawdziwej, wiejskiej śmietanki!"
Policzyłam spokojnie do 10 i z powrotem i z uśmiechem odpowiedziałam-
"przecież nikt nie zabrania, by panie karmiły w ten sposób te koty, to koty
bezdomne, więc nikt nie będzie miał paniom za złe, że kupicie dla nich
mięso i je zmielicie i przyniesiecie tutaj."
Pańcie spojrzały na mnie jak na idiotkę, a ja życząc im miłego dnia
spokojnie pożeglowałam do domu. Pańcie jeszcze dość długo stały nad
kocim jedzeniem, a w pewnej odległości od nich koty, bojąc się podejść do
jedzenia. Może usłyszały, że to trucizna??;)))
No to teraz, drogie miłośniczki kotów - wiecie już, że zle swe koty karmicie;)
środa, 27 maja 2015
Siedzę i myślę......
....zupełnie jak pewna piosenkarka, której tekstów nie trawię.
Czy pamiętacie ile mieliście lat gdy o koleżance z klasy lub ze szkoły po raz
pierwszy powiedzieliście "moja dziewczyna/mój chłopak"?
A zastanawiam się nad tym, bo moi wnukowie ( młodszy4 lata i 3 miesiące, starszy
6 lat i 4 miesiące) już mają swoje dziewczyny.
Młodszy to ma nawet dwie - obie zresztą bardzo ładne, ciemnowłose, wielkookie,
o bardzo oryginalnej urodzie.
Starszy ma tylko jedną dziewczynę - jest od niego starsza o całe 2 lata i o głowę
wyższa. Starszy też woli dziewczyny ciemnowłose, powiedział, że nie lubi
chudych blondynek. Woli "takie nieco szersze", jak to cudnie określił.
Jego najlepszy przyjaciel też jest od niego ponad dwa lata starszy.
Doszłam do wniosku - tak siedząc i myśląc- że jednak byłam mocno opózniona
w rozwoju, bo pierwszy raz użyłam sformułowania "mój chłopak" będąc dopiero
w VII klasie szkoły podstawowej.
Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze dziewczyny i swoich pierwszych chłopaków?
Napiszcie , proszę.
Czy pamiętacie ile mieliście lat gdy o koleżance z klasy lub ze szkoły po raz
pierwszy powiedzieliście "moja dziewczyna/mój chłopak"?
A zastanawiam się nad tym, bo moi wnukowie ( młodszy4 lata i 3 miesiące, starszy
6 lat i 4 miesiące) już mają swoje dziewczyny.
Młodszy to ma nawet dwie - obie zresztą bardzo ładne, ciemnowłose, wielkookie,
o bardzo oryginalnej urodzie.
Starszy ma tylko jedną dziewczynę - jest od niego starsza o całe 2 lata i o głowę
wyższa. Starszy też woli dziewczyny ciemnowłose, powiedział, że nie lubi
chudych blondynek. Woli "takie nieco szersze", jak to cudnie określił.
Jego najlepszy przyjaciel też jest od niego ponad dwa lata starszy.
Doszłam do wniosku - tak siedząc i myśląc- że jednak byłam mocno opózniona
w rozwoju, bo pierwszy raz użyłam sformułowania "mój chłopak" będąc dopiero
w VII klasie szkoły podstawowej.
Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze dziewczyny i swoich pierwszych chłopaków?
Napiszcie , proszę.
piątek, 22 maja 2015
Chyba jestem
Ponieważ teraz głównie żyje się trybem ratalnym, ten post też będzie pisany w ratach.
Piątek:
Swą obecność określam terminem "chyba" - bo czuję się fatalnie - nie da się ukryć, że
najchętniej zakopałabym się gdzieś w cichym kącie i pospała- długo, długo.
Jestem maksymalnie obolała, mam siniaki w dziwnych miejscach, bo terapeuta usiłował
mi "naprawić" , między innymi, mięsień gruszkowaty.
Podobno dopiero za dwa tygodnie poczuję się znacznie lepiej - oby tak było.
Dzieci przyjechały - dotarli tu dopiero około 20,30, bo mogli wyjechać od siebie dopiero
o godz. 14,00.
Krasnale skoczyły w górę, zwłaszcza młodszy Krasnal. Przy okazji poznałam dziś kilka
ciekawostek z berlińskiego "szkolnego podwórka". Po pierwsze są dwa rodzaje szkół
podstawowych - jedne obejmują klasy I-IV, inne z kolei I - VI.
Córka już się na zapas zamartwia, bo dyrektorka podstawówki, do której chodzi Starszy,
powiedziała, że on po zakończeniu klasy pierwszej pójdzie już do klasy trzeciej.
Jeżeli on nadal będzie tak szybko wszystko "chwytał" to byłoby dla niego dobrze, gdyby
V i VI klasę robił już w gimnazjum, albo przeszedł do szkoły dla tych "zdolniaków".
Problem w tym, że najbliższe dobre gimnazjum lub szkoła dla tych wielce uzdolnionych
dzieci są bardzo daleko od domu- trzeba tam dojechać metrem, lub kolejką miejską, a
samej jazdy to jest blisko pół godziny.
Starszy w tym roku w styczniu skończył raptem 6 lat, więc będzie jeszcze za młody na
samodzielne tułanie się metrem po mieście.
Jak się okazuje zbyt pojętne dzieci to sam kłopot.
Młodszy zapewne pójdzie w ślady brata i za dwa lata też wyląduje w szkole nim ukończy
6 lat. I wtedy trzeba będzie "dostarczyć" obu chłopców na godz. 8,00 w dwa zupełnie
różne miejsca. A przy trybie pracy córki i zięcia na porządku dziennym jest, że oboje
często wyjeżdżają służbowo i zostaje pytanie jak się ma ten zostający na miejscu rodzic
rozdwoić.
Poza tym dowiedziałam się, że są w Berlinie szkoły tzw. "z pełną demokracją"- dziecko
samo decyduje o tym czy będzie się uczyć i czego będzie się uczyć, czy będzie
odrabiać lekcje czy też nie.
Są dzieci, które sztukę czytania opanowują dopiero w trzecim roku chodzenia do szkoły
i wcale nie są to dzieci opóznione w rozwoju- po prostu dziecko uczy się czytać, gdy
już nabierze do tego chęci. Szkoła realizuje różne projekty, które nie są typowymi
lekcjami, jest to raczej poznawanie świata, poprzez udział w różnych zajęciach. Szkół
z bardzo różnymi programami autorskimi jest sporo i rodzice mają wolny wybór w tej
materii. Oczywiście każda ze szkół ma program zatwierdzony przez tamtejsze
ministerstwo oświaty.
Sobota:
Młodszy Krasnal zaczął się podobać wreszcie swojemu dziadkowi - po prostu
"wydoroślał".
Mały jest bardzo bystrym obserwatorem, skończyły się wrzaski i ryki o byle co.
Przyszedł do kuchni, gdzie szykowałam coś "na ząb" i zapytał się co może mi pomóc.
Pozanosił do pokoju talerze i sztućce i wszystko ładnie poukładał.
Niedziela:
Wreszcie była dziś jakaś naprawdę ładna pogoda. Byliśmy dziś wszyscy na wystawie
"Pompeje- życie w cieniu wulkanu". Wystawa jest zrealizowana w technice 3 i 4D.
Żeby docenić całość trzeba niestety oprócz biletów, które nie są tanie ( dzieci do lat 6
wchodzą darmo, dzieci starsze 35,-zł, emeryci tak samo, osoba dorosła 45, zł) trzeba
dodatkowo wykupić korzystanie ze smartfonowego przewodnika w cenie 8,-zł lub
można bezpłatnie pobrać aplikację na własny smartfon.
Atrakcji jest w sumie sporo - poczynając od holograficznej sadzawki w której woda
zaczyna falować i chlupotać gdy nadepniesz na kawałek podłogi z jej obrazkiem.
To wystawa gdzie najlepiej jest wszystko dotknąć, bo dotykając blatu gabloty można
zmienić to co oglądasz, lub "rzucić" obraz tego na ścianę.
Jest sporo projekcji ukazujących to co zostało po wybuchu Wezuwiusza oraz
rekonstrukcji tych pozostałości sprzed wybuchu wulkanu.
A potem jest piętnastominutowe bliskie spotkanie III stopnia z Wezuwiuszem.
Narratorem jest Wezuwiusz, któremu głosu użyczył Piotr Fronczewski. W trakcie
przeżywamy również wstrząsy tektoniczne - należy wtedy koniecznie stanąć jak
najbliżej barierki podestu, na którym stoimy. Całość oglądamy w okularach do
tego przeznaczonych, które dostajemy darmo (po pokazie należy je zwrócić).
Młodszy Krasnal przezornie usadowił się na rękach swego ojca przez cały czas
mocno się do niego tuląc. Starszy na zmianę zakrywał uszy i oczy- w końcu
obraz w technice 3D daje niezłe złudzenie bliskości.
Dzieciom podobały się także przechodzące miejscami holograficzne postacie
starożytnych mieszkańców Pompejów.
Całość zabiera około półtorej godziny.
Tak pięknie rozpoczęty dzień chcieliśmy zakończyć na Starówce , ale w końcu
my wróciliśmy do domu, bo mój był już zmęczony i na Starówce wylądowali
Młodzi z dziećmi. A na Starówce były najzwyczajniej w świecie dzikie tłumy.
Poniedziałek:
Jestem załamana wynikiem wyborów prezydenckich. Jest to wstęp do powrotu
średniowiecza w kraju.
Gdybym była nieco młodsza natychmiast bym wyemigrowała.
Jeżeli na jesieni wybory wygra PiS to w ciągu kilku miesięcy znów wzrośnie
odpływ najwartościowszych młodych ludzi. Bo najwięcej młodych wywędrowało
właśnie za rządów PiS.
Przeraża mnie myśl, że mogłabym kolejne swe wcielenie znów przeżyć w tym kraju.
Bo to kraj, w którym mentalność większości utknęła na poziomie XVI wieku,
zwłaszcza gdy idzie o dziedzinę polityki, pojęcia państwowości, wolności i
obywatelskich obowiązków.
Wtorek
Wszystko ma swój koniec- wizyta dzieci również. Właśnie wyjechali.
Przez ostatnią godzinę ich pobytu miałam dziwne wrażenie, że dzieci jest 5 lub
10 sztuk. Bractwo się roiło, piszczało, krzyczało- jednym słowem świetnie się
bawili.
Podobno mamy do nich jechać w lipcu. Pożyjemy- zobaczymy.
Piątek:
Swą obecność określam terminem "chyba" - bo czuję się fatalnie - nie da się ukryć, że
najchętniej zakopałabym się gdzieś w cichym kącie i pospała- długo, długo.
Jestem maksymalnie obolała, mam siniaki w dziwnych miejscach, bo terapeuta usiłował
mi "naprawić" , między innymi, mięsień gruszkowaty.
Podobno dopiero za dwa tygodnie poczuję się znacznie lepiej - oby tak było.
Dzieci przyjechały - dotarli tu dopiero około 20,30, bo mogli wyjechać od siebie dopiero
o godz. 14,00.
Krasnale skoczyły w górę, zwłaszcza młodszy Krasnal. Przy okazji poznałam dziś kilka
ciekawostek z berlińskiego "szkolnego podwórka". Po pierwsze są dwa rodzaje szkół
podstawowych - jedne obejmują klasy I-IV, inne z kolei I - VI.
Córka już się na zapas zamartwia, bo dyrektorka podstawówki, do której chodzi Starszy,
powiedziała, że on po zakończeniu klasy pierwszej pójdzie już do klasy trzeciej.
Jeżeli on nadal będzie tak szybko wszystko "chwytał" to byłoby dla niego dobrze, gdyby
V i VI klasę robił już w gimnazjum, albo przeszedł do szkoły dla tych "zdolniaków".
Problem w tym, że najbliższe dobre gimnazjum lub szkoła dla tych wielce uzdolnionych
dzieci są bardzo daleko od domu- trzeba tam dojechać metrem, lub kolejką miejską, a
samej jazdy to jest blisko pół godziny.
Starszy w tym roku w styczniu skończył raptem 6 lat, więc będzie jeszcze za młody na
samodzielne tułanie się metrem po mieście.
Jak się okazuje zbyt pojętne dzieci to sam kłopot.
Młodszy zapewne pójdzie w ślady brata i za dwa lata też wyląduje w szkole nim ukończy
6 lat. I wtedy trzeba będzie "dostarczyć" obu chłopców na godz. 8,00 w dwa zupełnie
różne miejsca. A przy trybie pracy córki i zięcia na porządku dziennym jest, że oboje
często wyjeżdżają służbowo i zostaje pytanie jak się ma ten zostający na miejscu rodzic
rozdwoić.
Poza tym dowiedziałam się, że są w Berlinie szkoły tzw. "z pełną demokracją"- dziecko
samo decyduje o tym czy będzie się uczyć i czego będzie się uczyć, czy będzie
odrabiać lekcje czy też nie.
Są dzieci, które sztukę czytania opanowują dopiero w trzecim roku chodzenia do szkoły
i wcale nie są to dzieci opóznione w rozwoju- po prostu dziecko uczy się czytać, gdy
już nabierze do tego chęci. Szkoła realizuje różne projekty, które nie są typowymi
lekcjami, jest to raczej poznawanie świata, poprzez udział w różnych zajęciach. Szkół
z bardzo różnymi programami autorskimi jest sporo i rodzice mają wolny wybór w tej
materii. Oczywiście każda ze szkół ma program zatwierdzony przez tamtejsze
ministerstwo oświaty.
Sobota:
Młodszy Krasnal zaczął się podobać wreszcie swojemu dziadkowi - po prostu
"wydoroślał".
Mały jest bardzo bystrym obserwatorem, skończyły się wrzaski i ryki o byle co.
Przyszedł do kuchni, gdzie szykowałam coś "na ząb" i zapytał się co może mi pomóc.
Pozanosił do pokoju talerze i sztućce i wszystko ładnie poukładał.
Niedziela:
Wreszcie była dziś jakaś naprawdę ładna pogoda. Byliśmy dziś wszyscy na wystawie
"Pompeje- życie w cieniu wulkanu". Wystawa jest zrealizowana w technice 3 i 4D.
Żeby docenić całość trzeba niestety oprócz biletów, które nie są tanie ( dzieci do lat 6
wchodzą darmo, dzieci starsze 35,-zł, emeryci tak samo, osoba dorosła 45, zł) trzeba
dodatkowo wykupić korzystanie ze smartfonowego przewodnika w cenie 8,-zł lub
można bezpłatnie pobrać aplikację na własny smartfon.
Atrakcji jest w sumie sporo - poczynając od holograficznej sadzawki w której woda
zaczyna falować i chlupotać gdy nadepniesz na kawałek podłogi z jej obrazkiem.
To wystawa gdzie najlepiej jest wszystko dotknąć, bo dotykając blatu gabloty można
zmienić to co oglądasz, lub "rzucić" obraz tego na ścianę.
Jest sporo projekcji ukazujących to co zostało po wybuchu Wezuwiusza oraz
rekonstrukcji tych pozostałości sprzed wybuchu wulkanu.
A potem jest piętnastominutowe bliskie spotkanie III stopnia z Wezuwiuszem.
Narratorem jest Wezuwiusz, któremu głosu użyczył Piotr Fronczewski. W trakcie
przeżywamy również wstrząsy tektoniczne - należy wtedy koniecznie stanąć jak
najbliżej barierki podestu, na którym stoimy. Całość oglądamy w okularach do
tego przeznaczonych, które dostajemy darmo (po pokazie należy je zwrócić).
Młodszy Krasnal przezornie usadowił się na rękach swego ojca przez cały czas
mocno się do niego tuląc. Starszy na zmianę zakrywał uszy i oczy- w końcu
obraz w technice 3D daje niezłe złudzenie bliskości.
Dzieciom podobały się także przechodzące miejscami holograficzne postacie
starożytnych mieszkańców Pompejów.
Całość zabiera około półtorej godziny.
Tak pięknie rozpoczęty dzień chcieliśmy zakończyć na Starówce , ale w końcu
my wróciliśmy do domu, bo mój był już zmęczony i na Starówce wylądowali
Młodzi z dziećmi. A na Starówce były najzwyczajniej w świecie dzikie tłumy.
Poniedziałek:
Jestem załamana wynikiem wyborów prezydenckich. Jest to wstęp do powrotu
średniowiecza w kraju.
Gdybym była nieco młodsza natychmiast bym wyemigrowała.
Jeżeli na jesieni wybory wygra PiS to w ciągu kilku miesięcy znów wzrośnie
odpływ najwartościowszych młodych ludzi. Bo najwięcej młodych wywędrowało
właśnie za rządów PiS.
Przeraża mnie myśl, że mogłabym kolejne swe wcielenie znów przeżyć w tym kraju.
Bo to kraj, w którym mentalność większości utknęła na poziomie XVI wieku,
zwłaszcza gdy idzie o dziedzinę polityki, pojęcia państwowości, wolności i
obywatelskich obowiązków.
Wtorek
Wszystko ma swój koniec- wizyta dzieci również. Właśnie wyjechali.
Przez ostatnią godzinę ich pobytu miałam dziwne wrażenie, że dzieci jest 5 lub
10 sztuk. Bractwo się roiło, piszczało, krzyczało- jednym słowem świetnie się
bawili.
Podobno mamy do nich jechać w lipcu. Pożyjemy- zobaczymy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)