drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 5 listopada 2015

Mix

Jakaś nerwowa się zrobiłam - na tyle, że miałam dziś szczerą ochotę wysiąść z samochodu i faceta natłuc.
Facet był tak mocno zajęty gadaniem przez komórkę, że nie zauważył, że zajeżdża mi drogę. 
Jakaś tajemnicza siła znosiła go z prawego pasa  na środkowy.
Kilka lat temu można było załapać u nas niezły mandat gdy siedząc za
kierownicą gadało się przez komórkę. A teraz policjanta na ulicy nie
uświadczysz- nie wiem co się z nimi stało.
Uważam,że jak kogoś stać na samochód za kilkadziesiąt tysięcy złotych to
powinno być go również stać na urządzenie głośno mówiące, skoro nie może
powstrzymać się od gadania. 
Zauważyłam też pewną prawidłowość - wejście do miejskiego autobusu
jakoś automatycznie wyzwala w ludziach chęć ględzenia przez telefon.
Widocznie to bardzo istotne, by przynajmniej połowa pasażerów wiedziała
co pasażerka przed chwilą kupiła, z kim się widziała i jak było na randce. 
Od razu przypomina mi się pewien odruch wielu pasażerów pociągów
dalekobieżnych -kiedyś sporo jezdziłam pociągami i zauważyłam, że gdy 
tylko pociąg wyjechał ze stacji "macierzystej" część pasażerów natychmiast wyciągała kanapki z serem i....jajka na twardo. I był to odruch niezależny
od  godziny odjazdu. 
Nie wiem co wywoływało ten odruch - stukot  kół czy kołysanie wagonu.
                                           *****

Zaczynam wpadać w popłoch, bo trzeba się rozejrzeć za prezentami na święta. Zupełnie nie mam pomysłu, co kupić dorosłym. Bo Krasnalom
 chcę kupić podusie- jedna strona kolorowa  bawełna, druga z mięciusiej uzależniającej tkaniny. Już je zamówiłam u naszej blogowej Agi
Aga szyje prześliczne przytulanki a moje Krasnale niestety już wyrosły
z przytulanek , na szczęście opracowała też fajne podusie.
No ale jeszcze muszę coś wykombinować dla dorosłych. I nawet jeśli
nie pojedziemy ( bo to nic pewnego, mojemu znów coś szwankuje serce), 
to   prezenty i tak muszę mieć- najwyżej zostaną przesłane. 
                                           *****

Zachciało mi się nabyć z okazji zimy płaszcz z materiału typu 50% wełny,
50% czegoś mniej ciepłego. Co zabawniejsze zamarzyło mi się, by jednak
miał jakieś ocieplenie oprócz cienkiej podszewki.
I zastanawiam się co ze mną jest "nie tak", bo z każdego sklepu wychodzę
mocno zniesmaczona- na wieszakach wiszą jakieś paskudne szmaty, 
a jedyny wełniany płaszcz był w kolorze  białym, nie miał ocieplenia, za to
dekolt tak mniej więcej do pasa i był zapinany na jeden guzik. Ale miał
imponującą cenę - 800zł.  
Pani sprzedawczyni mnie pouczyła, że w dobie noszenia "kominów" takie
głębokie wycięcia są w sam raz. A na moje zastrzeżenia, że to przecież
płaszcz zimowy, więc powinien mieć jakieś ocieplenie, pani lekko wzruszyła
ramionkami i powiedziała, że przecież można założyć pod płaszcz ciepły
sweter. Znaczy co idiotka jestem. Pewnie futrzaną kamizelkę również
można pod spód założyć. Czyli znów będę  zimować w swojej "puchówce".
                                         *****

Jutro kończę dwutygodniowy cykl rehabilitacji i już jestem zapisana na
następną wizytę za pół roku.
  

środa, 4 listopada 2015

Odkrycie!!!!

Pamiętacie taki slogan "częste mycie skraca życie" ?
I coś chyba w tym jest. Gdy w 2009 r urodził się mój starszy wnuczek, ze zdumieniem przyjęłam do wiadomości fakt, że dziecko ma być kąpane tylko 
raz na tydzień. Zabrudzenia po jedzeniu i wydalaniu należało
usuwać specjalnymi chusteczkami nasączonymi preparatami korzystnymi
dla  delikatnej skóry dziecka.
Następny szok przeżyłam gdy córka z małym przyjechała do Polski na kilka
tygodni.
Mały cały czas urzędował na podłodze, w towarzystwie mego jamnika, co chwilę z pełnym  zadowoleniem pakował do buzi brudne łapięta i smoczek
typu gryzak, którym wpierw dotykał niemal wszystkiego, z podłogą włącznie.
Gdy w pierwszym odruchu (wyćwiczonym na jego mamie) poderwałam się
by smoczek umyć a jego łapięta choć przetrzeć wilgotnym ręcznikiem,
moja córka spojrzała na mnie jak na głupią i  mnie pouczyła, że nie ma potrzeby.
Drugie dziecko było hodowano tak samo, ale fakt, że nigdy nie chorowali,
chociaż każdy z nich od 10 miesiąca życia był żłobkowiczem a potem
przedszkolakiem. Po domu biegają głównie boso, chociaż nie ma tam
dywanowych wykładzin, jest tylko parkiet. Kąpiel nadal raz w tygodniu.
Uodporniłam się i już zupełnie nie reaguję na to czy myją ręce czy też nie, 
po prostu nauczyłam się, że to  dzieci mej córki, nie moje.

No a teraz wyczytałam, że pewien amerykański inżynier chemik, Dave
Witlock, prowadzi bardzo poważny eksperyment, w ramach którego przez
ostatnich dwanaście lat ani razu nie skorzystał z wanny ani prysznica, używając do mycia tylko i wyłącznie mikstury własnego pomysłu, będącej
bakteryjną mgiełką, którą dwa razy dziennie rozpyla na swym ciele.
Zdaniem naukowca stosowanie  mydła, żeli i szamponów niszczy bakterie,
które mają zbawienny wpływ na skórę człowieka. 
W Polsce, przed II wojną światową doktor Jan Żniniewicz przekonywał
wszystkich, że najwyższy czas odstawić szczotki i mydło, ponieważ każda
część naszego ciała wymaga innego sposobu mycia.
Kilkadziesiąt lat pózniej, profesor Erwin Schoepf z Fryburga (Niemcy), 
który przez pewien czas był prezesem  Niemieckiego Towarzystwa 
Dermatologicznego na zwołanej konferencji oświadczył, że zbyt częste
mycie jest zagładą dla ludzkiego organizmu.  Częstego mycia powinny
unikać osoby  posiadające suchą skórę,  a ludzie starsi i alergicy powinni
zupełnie zapomnieć o takim urządzeniu jak wanna, bo woda podczas kąpieli niszczy skórną powłokę tłuszczową i tym samym pozytywną pracę
korzystnych dla nas drobnoustrojów. 
Jest też smutna wiadomość - ta  mgiełka zawierająca korzystne dla nas
bakterie będzie prawdopodobnie bardzo droga, więc  chyba jednak
większości z nas pozostanie  zwykła woda i mydło.

wtorek, 3 listopada 2015

Jestem wredna....

...ale o tym to już przecież wiecie.
Zaczynam się zachowywać jak aresztant - skreślam w kalendarzu każdy
miniony dzień, bo to jeżdżenie na rehabilitację mnie dobija - cały dzień mam
mam właściwie spaprany, bo zabiegi mam o 11,30. 
Rano niemal nic nie zdążam zrobić a po zabiegach jestem  tak zmęczona, że
muszę poleżeć.
Przychodnia do ktorej chodzę ma podziemny garaż, którego cechą główną
jest piekielna niefunkcjonalność ,brzydota, brud i stada gołębi.
 Mógłby służyć za plan jakiegoś horroru- tak tam paskudnie. 
A dziś, żeby było fajniej,ledwie zdążyliśmy zaparkować to zaczęła się lać 
woda z jednej z rur pod sufitem. 
Zaparkowaliśmy więc w bezpiecznej odległości od tej rury i poszliśmy
zawiadomić ochroniarzy. Efekt -wodę zakręcono i dwie przychodnie
lekarskie zostały pozbawione wody.

Pazdziernik jest dla mnie od bardzo wielu lat najtrudniejszym miesiącem 
w roku - zawsze wtedy czuję się tak, jakbym miała za chwilę zmienić
wymiar na inny. I nic a nic mnie nie  boli, tylko jestem potwornie zmęczona, nie mam siły na nic.
Kiedyś chodziłam nawet do lekarza, robiłam rutynowe badania, a wyniki  mogłam sobie tylko oprawić w ramki i powiesić nad łóżkiem, bo były b.d.
Każdy lekarz patrzył na mnie jak na  głupią i rozkładał ręce. 
I tak się złożyło, że gdy kolejny rok tak się mordowałam w pazdzierniku,
moje kochane koleżanki z pracy zarezerwowały mi wizytę u lekarzy
mongolskich, którzy akurat zjechali do Warszawy. I pewnie bym nie poszła,
ale one już nawet ją opłaciły.
Na szczęście Mongołowie przyjmowali dość blisko od naszego biura, więc
się tam powlokłam.
Wdrapałam się z trudem na V piętro w starym budownictwie i zasiadłam
w poczekalni.
Po chwili z gabinetu wyszła nasza, polska lekarka z listą i wyczytała
moje nazwisko.
Weszłam z nią do gabinetu i mnie wkopało z lekka- przy długim stole,
takim na tuzin biesiadników, siedział polski lekarz, do niego dołączyła ta
 lekarka,  oraz stało dwóch Mongołów- byli ubrani w swe narodowe
stroje, czyli w pięknie tkane we wzory długie  do ziemi kaftany, na głowie
mieli typowe mongolskie czapeczki, ale nie czarne a czerwone.
Na stole stały jakieś słoiki z różnymi proszkami, ziołami, tabletkami i 
sporo małych torebeczek oraz opakowań typu kapsułka.
Polscy lekarze mi wytłumaczyli, że mam udostępnić do badania obie ręce 
od dłoni do łokci, bo oni wpierw mi zbadają puls w obu rękach, a potem
zadadzą mi nieco pytań i na końcu powiem im  co mi dokucza.
Mongołowie zaprosili mnie za parawan, posadzili i zajęli się wymacywaniem
mego pulsu w różnych miejscach pomiędzy nadgarstkiem a łokciem.
Wpierw jeden mi te pulsy mierzył, potem coś zabełkotał do drugiego i ten
drugi też mierzył.
Potem poprosili lekarkę i zadawali mi sporo pytań odnośnie chorób jakie mi 
się w życiu przydarzyły i na co się uskarżam.
Gdy już na wszystko odpowiedziałam, poprosili mnie do stołu i jeden z nich
zaczął dla mnie szykować lekarstwa, drugi coś półgłosem dyktował polskiemu
lekarzowi, który to wpisywał do mojej karty.
Potem Mongoł wręczył mi  7  zgrabnie zapakowanych paczuszek- w każdej
były leki, podzielone na dni tygodnia i rozpisane na godziny. 
Miałam bezwzględnie przestrzegać godzin brania  leków a po jednym z nich nie wolno mi było przez 2  godziny się położyć spać, nawet gdyby mi się oczy same  zamykały.
Potem mnie Mongołowie obdarowali uśmiechami, poklepali po ręce i...wyszłam.
Natychmiast wybiegła za mną lekarka i poprosiła, bym koniecznie wzięła
te leki, tak jak jest napisane, bo to ważne- mam po prostu bardzo mało sił
życiowych, ale to nie  z powodu choroby. I koniecznie mam przyjść po
wzięciu tych leków. Wtedy dowiem się więcej.
Wyszłam ogłupiała  całkowicie, zła, że mi to czas zabrało, bo w pracy wciąż
byłyśmy pod kreską czasową.
Zastanawiałam się, czy mam te leki rzeczywiście brać, ale pomyślałam, że
przecież  raczej nikt nie chciał mnie otruć, więc je wezmę.
Leki rzeczywiście mi pomogły, choć wcale nie było fajnie je zażywać-
proszki były w stanie naturalnym, bez osłonek, gorzkie i paskudne.
Gdy byłam tam po tygodniu, lekarka właśnie na tych Mongołów czekała, ale
zajrzała w moją kartę i na pytanie co właściwie mi dolega, odpowiedziała -
"to sprawa metafizyczna, musiała pani kiedyś być na granicy śmierci, może jako dziecko?"
A ja rzeczywiście dwa razy byłam na tej granicy - raz jako małe dziecko, i kilka lat wcześniej w trakcie operacji.
Nie byłam więcej u Mongołów i przez kilka lat miałam spokój z pazdziernikową
słabością. Wróciła jednak kilka lat temu, ale już tamci Mongołowie nie przyjmują.
Więc się ratuję żeń-szeniem, choć nie jest to tak skuteczne jak  tamte leki.
I tak to  nauczyłam się szanować naturalną medycynę.


 

sobota, 31 października 2015

I jeszcze coś w temacie......

......czyli epitafia.
W niezbyt odległych czasach udało mi się kupić za całe 480 zł , czyli w czasach gdy obracaliśmy wszyscy milionami, miniaturowe wydanie
książki "Najpiękniejsze Epitafia Polskie". Wyboru dokonał Jacek Kolbuszewski.

Epitafium to wiersz umieszczany na płycie grobowej. Ma stary rodowód, sięgający V wieku p.n.e. 
W Polsce epitafia zagościły w XVI wieku i były popularne  wśród szlachty, 
w wieku XVIII zwyczaj ów podchwyciło mieszczaństwo a wiek XIX przyniósł
prawdziwy rozkwit tej twórczości. 
Te najstarsze epitafia były naprawdę obszerne, opisywały ziemski żywot
zmarłego, jego wszystkie zalety oraz wyrażały ból tych których
pozostawił nieutulonych w  żalu. 

Oto jedno z najstarszych epitafiów w tym wyborze, z cmentarza w Czchowie,
rok 1563:
"Kacper Wielogłowski człowiek narodu zacnego
Tu leży po dokończeniu wieku śmiertelnego.
Który był swą młodość udał na rycerskie sprawy,
A na wszem się zachowywał jako szlachcic prawy,
Był sławnym w obcych krainach, był zacnym na dworze;
a gdzie rozum z bywałością, już tam wszystko sporzył,
W każdej sprawie musi iść zacność jego,
Sławne jest cne wychowanie u świata wszystkiego.- 
Jego żona Magdalena Koczmerowska była,
Która przez śmierć jego wielkie żałości użyła.
A tu go w tym marmurowym grobie położyła
Gdy go śmierć 20 grudnia poraziła." 

Wyobrażam sobie jak się namordował kamieniarz ryjąc tyle literek
na płycie, zapewne marmurowej.

Z czasem epitafia  stawały się krótsze, np.:
 "Znikome szczątki cnotliwej swej żony
Tu położył mąż strapiony.
A pełne żalu po stracie swej matki,
Osierociałe cztery drobne dziatki,
Grób ten wraz z ojcem oblewają łzami."
                                 Poznań, Cmentarz Zasłużonych, 1833 r.


"Powołaną zostałaś z woli Przedwiecznego
Do nieba -  bo tam zabrakło Anioła jednego"
                                 Warszawa, Powązki,1849r

A oto epitafium na grobie Władysława Syrokomli.
Grób znajduje się w Wilnie, Cmentarz na Rossie, 1862r

"    SKONAŁ GRAJĄC NA LIRZE
Cześć twej pamięci, lirniku wioskowy,
Twym piosnkom wiecznie niech będzie cześć.
Ty w naszych sercach pomnik wiekowy,
Trwalszy nad granit umiałeś wznieść."

A tu już bardzo współczesne epitafium:

"Nie ma mnie na ziemi,
a czy będę w niebie?
Jak ciemnej, ciężkiej muszli
Dziś słucham samej siebie".
                                   Drawno,1985 r

Mam wrażenie, że epitafia pomału wyszły z mody. Tak, z mody. Bo na wszystko jest moda. Mam znajomych, którzy prowadzili do niedawna zakład
kamieniarski. Od nich się dowiedziałam kiedyś, że  nawet w branży pogrzebowej  istnieje coś takiego jak moda, a dotyczy niemal wszystkiego-
od kształtu trumien i urn  poprzez ich detale typu uchwyty i zdobienia aż po kształty nagrobków i materiały z których są wykonywane.
O, ja biedna! - zawsze jestem opózniona względem mody, o czym mi powiedzieli gdy ujawniłam co ja sobie na tę okoliczność życzę. 

Gdy będziecie jutro lub pojutrze na cmentarzu rozejrzyjcie się, proszę,
czy na grobach z ostatnich 10 czy też 20 lat są jakieś epitafia.
Pogoda  zapowiada się ładna, więc można nieco zwolnić i się porozglądać.

Chociaż raz.....

......będzie coś zgodne z okolicznościami.
W ramach lektury "na dobranoc" zajrzałam do książki napisanej przez Karola Mórawskiego "Przewodnik Historyczny Po Cmentarzach Warszawy".
Może się komuś  wydać dziwny akurat taki wybór lektury przed snem, ale
ja chyba nieco inaczej traktuję cmentarze niż większość osób.
Tak naprawdę dla mnie cmentarz jest tylko odbiciem kolejnych stylów i
mody społeczeństwa. Nie ma tam tych, co odeszli, a nawet najpiękniejszy
nagrobek nie mówi ani słowa o tym, którego pozostałości pod nim leżą, 
ale jest tylko i wyłącznie świadectwem pozycji społecznej tych co pozostali.
Ale nie o tym chcę napisać.

Otóż ze zdumieniem wyczytałam, że w Warszawie jest aż 40 cmentarzy.
Dzielą się na Komunalne, Wyznaniowe oraz Wojenne i Wojskowe.
Ale tak to jest, że groby rodzinne na ogół są na jednym , czasem dwóch
lub trzech cmentarzach i innych cmentarzy z reguły się nie odwiedza.

W dziejach ludzkości , zależnie od regionu, formy pochówków też były
różne.
W początkach ery chrześcijańskiej zmarłych grzebano z reguły w katakumbach.
Były to groty lub pieczary łączone korytarzami a z czasem specjalnie w tym celu wznoszone budowle. Nekrofilie te były, zgodnie z prawem rzymskim,
sytuowane poza murami miasta.

W 313 r Konstantyn Wielki ogłosił wolność wyznania dla  chrześcijan i
zaczęto wznosić pierwsze kościoły oraz grzebać zmarłych na przykościelnych
terenach lub, tych bardziej zasłużonych, w  podziemiach kościołów.
Osady się rozrastały, przybywało ludzi i automatycznie przybywało też
zmarłych. Przykościelne cmentarze pękały w szwach, zwłaszcza w okresie 
gdy ludność nękana była epidemiami.
Teoretycznie wiele osób zdawało sobie sprawę, że cmentarze powinny być
jednak oddalone od miasta, ale nikt się nie kwapił do organizowania
"cmentarzy  w polu".

W 1777r we Francji wydano Edykt Nantejski, który położył kres grzebaniu
zmarłych na przykościelnych cmentarzach. Zaczęto organizować
cmentarze z dala od skupisk ludzkich.
Jako pierwsza w ślady  Francji  poszła Polska. Choć raz powieliliśmy coś
dla nas dobrego.

W 1783 misjonarze z Kościoła Św. Krzyża uruchomili cmentarz poza miastem.
Zajmował on 14971,77 m kw. leżących pomiędzy dzisiejszymi ulicami:
Marszałkowską, Nowogrodzką, Emilii Plater i Wspólną.
Nosił nazwę Świętokrzyskiego i był reprezentacyjnym cmentarzem miasta.
W 1836 r, z braku miejsc na pochówki został zamknięty.

 W dość szybkim czasie, wraz z  rozwojem struktury miejskiej cmentarz ten
również znalazł się na terenach miejskich i w 1790 roku powstał nowy "zamiejski cmentarz" na gruntach przyległych do wsi Powązki.
Teren ten był darem od Melchiora Korwin Szymanowskiego, starosty
klonowskiego. Projekt opracował Dominik Merlini.
W latach 1792-93 z fundacji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i prymasa Michała Poniatowskiego wzniesiono w  północnej części
cmentarza świątynię cmentarną, także  wg projektu Merliniego.
Dwukrotnie przebudowywana w wieku XIX zupełnie zatraciła swój
początkowy charakter. Uszkodzona w trakcie działań wojennych w 1944r
i odbudowana po wojnie w stylu klasycystycznym nie zachowała wielu
oryginalnych elementów wyposażenia.
W ołtarzu głównym jest obraz pędzla Józefa Walla, przedstawiający patrona
tego kościoła, św. Karola Boromeusza.
Przed wejściem do kościoła, na  balustradzie schodów znajduje się
posąg Najświętszej Panny Marii Łaskawej dłuta Teodora Skoniecznego.
W trakcie zakładania cmentarza wzniesiono również katakubmy, przeznaczone
do pochówku zmarłych z otoczenia dworskiego, osób z rodzin magnackich
oraz ludzi zasłużonych dla kraju.
Były kilka razy przebudowywane i ostatecznie mają 113 m długości.
Wraz z rozwojem miasta przybywało nowych lokatorów cmentarza i kilka
razy był on powiększany, w końcu osiągnął powierzchnię 43 hektarów.
Wielokrotnie podwyższano opłaty cmentarne  i wielu warszawiaków z ulgą
powitało w 1894r nowy  cmentarz na praskim brzegu Wisły, na Bródnie.

Jeżeli będziecie kiedyś w Warszawie zajrzyjcie na Cmentarz Powązkowski-
to kawał naszej historii, przegląd ostatnich 200 lat.
Koniecznie wejdzcie bramą  św.Honoraty, którą ufundował Mieczysław Landsberg ku czci swej zmarłej żony. Nie dość, że brama ładna, to jeszcze znajdziecie tu plan orientacyjny  cmentarza oraz wykaz grobów osób zasłużonych.

Na terenie cmentarza spoczywają szczątki ponad miliona mieszkańców
Warszawy i jest ponad 60 000 grobów.
Działania wojenne, bombardowania oraz wtargnięcie wojsk niemieckich
ciężkim bojowym sprzętem spowodowały b. duże zniszczenia.
W czasie powstania warszawskiego Niemcy zbombardowali kościół a pożar
 strawił całą dokumentację archiwalno-kancelaryjną cmentarza.
Odbudowę Kościoła  zakończono dopiero w1960r, a katakumby dopiero
w 1978r - niestety nie odzyskały już swej dawnej świetności.

Najstarszym nagrobkom uszkodzonym  nie tylko upływem czasu ale i
działaniami wojennymi groziła całkowita zagłada. 
By uratować tych niemych świadków naszej historii, grupa działaczy
społecznych zorganizowała Społeczny Komitet Opieki nad Starymi
Powązkami. Dzięki ich działalnosści i szerokiemu poparciu mieszkańców
miasta dokonano już gruntownej renowacji kilkuset zabytkowych
pomników nagrobnych.
Co roku na Starych  Powązkach kwestują znani aktorzy, pisarze i inni
ludzie kultury.
Wielu z nich już niestety dołączyło do Wielkich Nieobecnych, ale młodsze
pokolenie kontynuuje ich dzieło.


wtorek, 27 października 2015

Mix o rzeczach dziwnych

Super temat, czyli wybory - zakończony.
Pomaleńku  zacznie się corrida. Jeśli prezes twierdzi, że PiS nie zamierza 
robić czystek i wyciąga  do wszystkich ręce, oznacza to że trzeba się 
mieć na baczności. Personalnych czystek nie będzie tylko likwidacja
niewygodnych instytucji. Zlikwiduje się wrażą instytucję a w jej
miejsce powoła się  inną i obsadzi własnymi ludzmi. 
Te wyciągnięte ręce też lepiej ominąć -to miłosne objęcie nas przez
prezesa może mieć skutek śmiertelny w postaci uduszenia. 
                                       *****

Zaczęłam kolejny cykl rehabilitacji. Przez dwa tygodnie będę codziennie
bywać w geriatrowisku. Z przykrością zauważyłam, że średnia wieku to
75+ , więc rehabilitanci z trudem się "wyrabiają", bo większość osób
jest naprawdę mało sprawnych i to niestety nie tylko ruchowo.
Dziś miałam próbkę "poddrzwiowych" opowieści.
Zadziwia mnie zawsze jak mało ludzie wiedzą o jakiejkolwiek profilaktyce 
i o funkcjonowaniu własnego organizmu.
Gdy słyszę ( trudno było nie słyszeć bo pani perorowała na pełnym
wzmocnieniu), że pacjentka od blisko 20 lat nigdy nie mogła skręcić głowy
w lewo, tylko musiała skręcać cały tułów, to normalnie szczęka mi opada.
A teraz, po drugim dniu ćwiczeń już może trochę tę łepetynę w lewo
odwrócić a poza tym dostała stos skierowań na różne badania, bo "coś 
się jej  w tej lewej stronie głowy w środku przelewa". Ciekawe co - jedno
jest pewne - nie jest to nadmiar wiedzy.
Postanowiłam wpadać minutę przed zabiegami, by maksymalnie skrócić
pobyt pod drzwiami.
                                      ***** 

Jak wiecie nudna ze mnie baba bo czytam o Kosmosie zamiast o miłości, 
która podobno góry przenosi i świat uzdrawia. 
Wprawdzie w porzekadle wiara góry przenosi, ale tak prawdę mówiąc
wiara i miłość z jednej  bajki pochodzą. 
Otóż w Kosmosie dzieją się rzeczy dziwne, tajemnicze. A im bardziej rzecz
dziwna i tajemnicza tym trudniej ją wyjaśnić w racjonalny sposób.
Już kilka sond wysłanych na Marsa uległo zniszczeniu nim dotarło do jego
powierzchni. Jest też kolejna zagadka - dlaczego gdy patrzymy na Marsa
z Ziemi, nie jest on wcale czerwoną pustą   planetą  tak jak widzimy to
na zdjęciach z wysyłanych sond, tylko planetą kolorową, co widać 
zwłaszcza w jej strefie równikowej? 
Wypuszczone ongiś w Kosmos satelity ANNA i Transit 4B zamilkły na
początku roku 1962, a po pół roku same, nie proszone o to ponownie się
włączyły i nawiązały kontakt Ziemią.
Telstar 2, wystrzelony na początku 1963 roku przerwał pracę  na miesiąc
po czym nie ponaglany z Ziemi samodzielnie znów zaczął działać.
Astronauci z  programu Apollo-14, w 1971  pozostawili na powierzchni
Księżyca samoczynnie działającą stację naukową, która przesyłała na 
Ziemię różne pomiary.
Od marca 1975 r stacja wpierw przestała przyjmować rozkazy z Ziemi
aż wyłączyła się  zupełnie. Po 32 dniach milczenia, gdy naukowcy już
pogodzili się, z faktem, że stacja uległa jakiejś awarii, stacja nagle ożyła
i podjęła pracę. 
Przez miesiąc ją kontynuowała, po czym zamilkła na zawsze.
Amerykański satelita Pegasus, wystrzelony w 1965 roku działał pięknie
do 1968 roku, po czym wysłano mu rozkaz wyłączenia się. 
Ale to był bardzo pracowity satelita, bo po 2 tygodniach samoistnie się
włączył i zaczął zakłócać komunikację z innymi satelitami. Po wielu
staraniach technikom z ośrodka dyspozycyjnego NASA udało się go
wyciszyć. Radość techników nie trwała długo, bo po kilku tygodniach
Pegasus znów podjął swą pracę i tym razem działał, nieproszony, aż
do 1978 roku.
Sonda Voyager-1 wystrzelona we wrześniu 1977 r też  wyczyniała
dziwne rzeczy. W rok po wystrzeleniu, zgodnie z planem minęła Jowisza,
nadesłała na Ziemię poczynione zdjęcia i skierowała się ku Saturnowi.
Niestety zaczęła się od tego momentu "jąkać". Dyspozytorzy cztery dni
zastanawiali się  co z nią zrobić, a ona, samoistnie się naprawiła i
podjęła niezakłóconą rozmowę z Ziemią.
Rekord zdarzeń dziwnych pobił amerykański satelita geofizyczny Pioneer-6
wystrzelony w listopadzie 1965 roku.Przez 6 miesięcy badał to co mu
zlecano i przesyłał dane, po czym zamilkł.
Minęło od tamtej chwili 21 lat i wszyscy byli pewni, że już dawno
Pioneer-6 stał się kosmicznym złomem lub uległ unicestwieniu, ale nagle,
w pierwszych dniach stycznia 1986 r satelita  odzyskał wigor i przez całą godzinę przesyłał na Ziemię nikomu już niepotrzebne informacje.
A największą zagadkę  stanowi przypadek stacji kosmicznej Mir.
Kilka lat temu, gdy nikogo na niej nie było, a samą stację  pilotowały 
automaty, nagle wyłączyły się na niej wszystkie komputery, przyprawiając Rosjan o panikę, bo obawiali się, że stacja może przecież zlecieć ludziom 
na głowy  w niekontrolowanym miejscu.
Rozważano wysłanie w Kosmos ekipy naprawczo-  interwencyjnej, ale nim
do tego doszło, po upływie doby komputery włączyły się same i Mir
grzecznie kontynuował orbitowanie dookoła Ziemi.
Po jakimś czasie od tego wydarzenia Mir został w sposób kontrolowany
zdjęty z orbity, ale nikt nie wie dlaczego właśnie wtedy, gdy stacja była
opuszczona przez astronautów, przez 24 godziny nie działały komputery.
Jak się nad tymi wszystkimi przypadkami zastanowić to można odnieść
nieodparte wrażenie, że jednak nie jesteśmy sami w dość bliskiej Ziemi
przestrzeni kosmicznej.
I nie zawsze UFO to zwidy lub złom kosmiczny.


niedziela, 25 października 2015

Jacy jesteśmy

Okazuje się, że jestem niesamowicie naiwną kobietą - zawsze myślałam,
że postęp w dziedzinie elektroniki sprawi, że ludzie mając coraz lepszy
i łatwiejszy dostęp do wiedzy i wymiany informacji staną się coraz
mądrzejsi, zdobędą więcej wiedzy. 
Niestety sprawa wygląda zupełnie inaczej - niewielkim pocieszeniem
może być fakt, że taka sytuacja jest  nie tylko u nas.
Bo okazuje się, że na całym świecie funkcjonuje "wtórny analfabetyzm".
Osoby, które ukończyły  szkołę średnią, a więc teoretycznie przyswoiły
pewien poziom wiedzy- zupełnie nie potrafią tego wykorzystać.
Przeczytałam artykuł Ewy Wilk w 42 numerze Polityki i zrobiło mi się
naprawdę smutno, chociaż odpowiedzi rodaków mogą niezle rozbawić.
Bo jak się nie pośmiać, gdy połowa Polaków  uważa, że ludzie  żyli już
w epoce dinozaurów?
W 2014 roku Hiszpańska Fundacja BBVA za pomocą 22 pytań sprawdziła
wiedzę naukową Europejczyków.
Pytania nie były trudne, tę wiedzę wkładano do głów w szkole -
podstawowej i licealnej. Wypadliśmy dość marnie - na te pytania Polacy
udzielili tylko 11 prawidłowych odpowiedzi.
Najwięcej, bo "aż" 15 dobrych odpowiedzi udzielili Duńczycy, Niemcy i
Holendrzy.
A teraz poczytajcie odpowiedzi naszych rodaków- można się śmiać płakać równocześnie.
Dwie trzecie Polaków uważa, że antybiotyki zwalczają wirusy.
Ponad połowa odpowiadających wyrażała  głęboką nieufność wobec....
naukowców.
45% odpowiadających stwierdziła, że świat i człowiek są dziełem
Boskim a nie wynikiem działania ewolucji. W tej pozycji wyprzedzili nas
jedynie Amerykanie, bo tam aż 60% respondentów opowiedziało się za
kreacjonizmem.
61% Polaków wg badań polskiego CBOS wierzy w przeznaczenie i z reguły
są to osoby deklarujące się jako praktykujący katolicy. 
A im bardziej praktykują tym bardziej są przesądni.
Przy okazji ranking przesądów zwiastujących dobry lub zły los:
dobrze zwiastują: trzymanie kciuków, kominiarz, czterolistna koniczyna,
talizman, cyfra 7.
Wieszczą niepowodzenie: zbite lustro, czarny kot, podanie ręki przez
próg, cyfra 13, wstanie lewą nogą.
W życiu codziennym nie błyszczymy wiedzą - 92 % badanych nie odróżnia
procentu od punktu procentowego.
Tylko co trzeci Polak wie, że w Polsce obowiązują dwa progi podatkowe, 
a tylko co piąty pojmuje zasadę, że wejście w wyższy próg podatkowy 
nie oznacza zmiany naliczania podatku dla całego dochodu osiągniętego 
w danym roku.
Świadomość powinności obywatelskich wobec państwa też  spadła-
dwa lata temu płacenie podatków wymieniło tylko 76% ankietowanych,
a jeszcze w 1999 roku tę powinność wymieniało 87% ankietowanych.
Zainteresowanie polityką i najnowszą  historią naszego państwa też jest
marniutkie - mniej niż połowa Polaków zna daty - Okrągłego Stołu i
przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Datę przystąpienia Polski do NATO zna zaledwie 27% Polaków.
Niewątpliwie  życie jest okrutne - 20% polskich 15-latków i aż połowa osób
powyżej 50 roku życia nie rozumie ulotek załączonych do leków.
Napisanie jakiegokolwiek pisma urzędowego lub podania o pracę również przerasta możliwości tej grupy. Podobnie jak wyliczenie w pamięci sumy
którą powinna nam wydać kasjerka gdy płacimy w kasie należność za
dokonane zakupy.
Policzenie odsetek od zwykłej lokaty bankowej też jest poza ich
zasięgiem.
Ośmiu na dziesięciu Polaków nie umie zaplanować swych wydatków tak, 
by choć trochę zaoszczędzić.
Na maturze  z WOS tylko 20% zdających umiało rozpoznać na zdjęciu
Tadeusza Mazowieckiego.
I cóż z tego, że 42% osób w wieku 30-34 lata ma wyższe wykształcenie,
skoro co trzeci magister nie przeczytał w ciągu roku ani jednej książki,
a 17% ani jednej gazety. 
61% polskiego społeczeństwa w ogóle nie czyta.
Zaledwie 8% nastolatków deklaruje codzienną lekturę. 
Taka sytuacja przeogromnie odpowiada polskim politykom - mają w kraju
ciemny lud (jak mówił p. Kurski), który bezmyślnie kupi każdą bujdę i da
się omamić obietnicami różnych darmoch, dopłat i ogólnego raju
w nadwiślańskim kraju.
I co z tego, że niemal każdy "młody" ma komórkę i bez przerwy pisze
smsy? Czy ktoś z Was widział tę ich pisaninę? piszą skrótami i korzystają
z gotowych słów zaprogramowanych w komórce. 
A na zakończenie kilka kwiatków z telewizji MTB (Matura To Bzdura):
skrót PRL to wg respondentów Polskie Rolnictwo Ludowe.
Autor słów naszego hymnu? - Wisława Szymborska.
Co jest naturalną granicą pomiędzy Afryka i Azją?- góry jakieś, chyba.
Co to znaczy dżihad?- takie święto muzułmańskie. A może nie, raczej
język islamski.
Co to znaczy cogito ergo sum? - coś związanego z myśleniem, no nie?

Wiem, wiem, już lepiej gdy się zawieszam  i zapowietrzam.