......że się wczoraj zagotowałam ze wściekłości.
Wczoraj wstałam o świcie ,czyli o 6 rano i korzystając z faktu, że jeszcze był na loggii cień, skończyłam malowanie kraty. W kilka godzin póżniej wraz z mężem zainstalowaliśmy transparentny, bezbarwny daszek i mieliśmy się zabrać za
rozwieszenie siatki wolierowej.
I.... w tym momencie skamieniałam - do mieszkania, z którym mamy wspólną ścianę zaczęto przystawiać RUSZTOWANIA. Wprawdzie skamieniałam, ale głosu mi nie zabrakło i z przekleństwem na ust koralu zapytałam ludzi po jaką nagłą śmierć stawiają rusztowania????
"Bo trzeba jeszcze zrobić czółko na loggii piętro wyżej".
Nie mam bladego pojęcia co to jest to "czółko", ale jest dla mnie jasne jak słońce na niebie, że cokolwiek będą robić wyżej, to znów będą chlapać dookoła
jakąś zaprawą, cementem i licho wie czym jeszcze, a więc mogą mi uświnić
świeżo wyszykowaną loggię.
I chyba efektem tej mojej wczorajszej wściekłości była niesamowita ulewa nad
Warszawą.
Lało na tyle wściekle, że aż się obudziłam- za oknem była ściana wody co bardziej przypominało przelewające się wody Niagary niż zwykły, silny deszcz.
Jakimś cudem na naszym osiedlu nie było powodzi, ale w wielu dzielnicach
miasta były podtopienia, ucierpiało metro, zalało podziemne parkingi a nawet
piwnice Centrum Onkologii, gdzie w podziemiach jest wiele różnego sprzętu
specjalistycznego.
Gdy dziś około 10 rano dojechałam na Ursynów, na głównych ulicach jedynym
śladem po nocnej powodzi był osiadły na jezdniach piasek i zalany garaż
w centrum handlowym przy Alei K.E.N.
Ale w Onkologii strażacy jeszcze pracowali przy wypompowywaniu wody.
Podobno nadal ma dziś w nocy padać i to obficie. Nie wiem po co, samochód
naprawdę dobrze mi się umył tej nocy.
Dziś ślubny podjął decyzję o dokończeniu jutro prac na naszej loggii. Jest więc
szansa na to, że wreszcie wróci na loggię to co ma na niej być, a mój pokój
zostanie "odbardaczony".
I zastanawiam się jaką zieleń "pojemnikową" mam sobie zainstalować. Coś muszę, bo mi nieco "łyso" bez winobluszczu na balustradzie.
I musi to być "coś", co spokojnie przezimuje na loggii w otulonej na zimę
donicy.
I już wiem co dziś będę robić - buszować w necie szukając odpowiedniej
zimozielonej roślinki.
drewniana rzezba
środa, 13 lipca 2016
czwartek, 7 lipca 2016
Wczoraj.....
....rozebrali wreszcie rusztowania. A dziś uprzejmie je wywiezli w siną dal.
W związku z tym zabieram się do: pomalowania całej kraty na śliczny
kolorek bardzo ciemno zielony.
Potem zamontujemy nowy daszek (dziś z trudem odinstalowaliśmy ten
zniszczony przez prace remontowe na wyższych piętrach), potem kupimy
i zainstalujemy nową siatkę wolierową, żeby się nam nie zagniezdziły
gołębie na loggii gdy wyjedziemy na jakiś czas.
Niby to nic, ale niestety większość czynności spadnie na mnie, a rola męża
sprowadzi się do "przynieś, podaj, potrzymaj" bo jednak większości prac
fizycznych z uwagi na POChP już nie może wykonać.
No i wynika z tego, że zniknę na trochę z sieci- mam nadzieję, że uwinę się
z tym "koksem" w kilka dni.
Dotychczas pomalowanie kraty (ozdobnej) o wymiarach 4,65m x 1,5 m
zajmowało mi 3-4 dni, do tego trzeba dodać 1 dzień na walkę z daszkiem,
a potem to już będzie "z górki", zostanie zagospodarowanie loggii na nowo.
Wynika z tego, że odpoczniecie ode mnie z tydzień.
A jeśli mi odbije i gdzieś wyjadę to może i dłużej?
A poniżej muzyka, żebyście nie tęsknili.
W związku z tym zabieram się do: pomalowania całej kraty na śliczny
kolorek bardzo ciemno zielony.
Potem zamontujemy nowy daszek (dziś z trudem odinstalowaliśmy ten
zniszczony przez prace remontowe na wyższych piętrach), potem kupimy
i zainstalujemy nową siatkę wolierową, żeby się nam nie zagniezdziły
gołębie na loggii gdy wyjedziemy na jakiś czas.
Niby to nic, ale niestety większość czynności spadnie na mnie, a rola męża
sprowadzi się do "przynieś, podaj, potrzymaj" bo jednak większości prac
fizycznych z uwagi na POChP już nie może wykonać.
No i wynika z tego, że zniknę na trochę z sieci- mam nadzieję, że uwinę się
z tym "koksem" w kilka dni.
Dotychczas pomalowanie kraty (ozdobnej) o wymiarach 4,65m x 1,5 m
zajmowało mi 3-4 dni, do tego trzeba dodać 1 dzień na walkę z daszkiem,
a potem to już będzie "z górki", zostanie zagospodarowanie loggii na nowo.
Wynika z tego, że odpoczniecie ode mnie z tydzień.
A jeśli mi odbije i gdzieś wyjadę to może i dłużej?
A poniżej muzyka, żebyście nie tęsknili.
wtorek, 5 lipca 2016
Mix
Te gady jeszcze nie rozebrały rusztowania. Bałagan kwitnie, ma się świetnie, zupełnie jak chwasty po deszczu.
Zakupiliśmy dziś nowy daszek z falistego, transparentnego PCV. Niestety
w budowlanym markecie nie mogli nam przeciąć na pół kawałka, który
zakupiliśmy, bo oni tną tylko w pionie to tworzywo, a w poprzek nie, bo
nie mają czym. Myślałam, że padnę - jeszcze kilka lat temu mieli czym, a
były to zwykłe nożyczki do cięcia blachy.
No nic, zakupiłam dziś fajne nożyczki i sami będziemy ciąć owo faliste PCV.
Ten kraj cofa się w rozwoju w tempie postępu geometrycznego.
*****
Natrafiłam na taką oto ciekawostkę, a nawet dwie:
1.
30 pazdziernika 1998 roku Jan Paweł II mówił do pielgrzymów na Placu
Świętego Piotra o umieraniu, śmierci i o tym co następuje po zgonie ciała.
"- Nie należy myśleć, że życie po śmierci zaczyna się dopiero po otrzymaniu
tak zwanego niebieskiego wyroku.
Chodzi raczej o fazę przejściową zachodzącą po naturalnej śmierci, w której
panują bardzo szczególne warunki i w której ciało znika, a zaczyna się
dalsze życie "elementu duchowego".
Element ów posiada świadomość i wolną wolę w taki sposób, że człowiek
istnieje, mimo, że nie ma już ciała fizycznego".
zródło: Radio Watykańskie
2.
17 pazdziernika 2005 roku, w swoim pierwszym, dużym wywiadzie papież
Benedykt XVI powiedział:
"Nieżyjący Jan Paweł II przekazał mi taką informację: Człowiek, który idzie
do Pana, nie znika.
W tej samej publikacji znajdziemy również taki passus: Słyszę go i widzę,
jak mówi. Dzięki temu mogę być z nim w stałym dialogu. Papież jest mi
bardzo bliski, a teraz pomaga mi być blisko Pana (....) Toczymy naszą
rozmowę w pewien nowy sposób, w bardzo głęboki sposób.
zródło: www.spiegel
Te dwie "ciekawostki" są niejako kontynuacją napisanego przeze mnie
w dniu 6 czerwca notką pt."Co tam słychać w Watykanie".
A rzecz dotyczyła transkomunikacji.
Ksiądz Magni, autor licznych książek i artykułów, kolega ze studiów
Karola Wojtyły, znajomy Enrico Fermiego i Gugliemo Marconiego,
przewodniczył przez kilka lat konferencjom, podczas których teolodzy
i naukowcy próbowali wyjaśnić niewytłumaczalne fenomeny z dziedziny parapsychologii.
Był też aktywnym uczestnikiem kongresów dotyczących życia po śmierci
oraz transkomunikacyjnych przekazów radiowych i telewizyjnych.
W jednym z wywiadów powiedział:
-"podjąłem się dogłębnych studiów związanych ze zjawiskami
paranormalnymi i chcę powiedzieć, że Kościół jest otwarty na fenomeny
PSI, gdy dotyczą one faktów i doświadczeń związanych z życiem po
obecnym życiu. Jako badacz dobrze wiem, że nauka już potwierdziła
istnienie świata pozagrobowego. Naukowcy nie akceptujący tego faktu,
zachowują się, jakby byli opóznieni o cały wiek.
(...) Wychodząc naprzeciw ustaleniom naukowców XX wieku studiowałem
fizykę teoretyczną, fizykę kwantową i fizykę Einsteina.
(...) Doświadczenia generalnie ukształtowały we mnie przekonanie, że
zjawiska paranormalne są faktem. Dzisiejsza nauka nie jest już taka,
jak ta sprzed 100 lat, związana z atomem.
Obecnie przeszliśmy do epoki elektronu i fotonu".
Czytam te słowa i robi mi się smutno - znów jesteśmy na peryferiach,
już nie tylko UE o co bardzo stara się obecny rząd ale i na peryferiach
tego co się dzieje w Kościele.
Przekleństwo jakieś nas dotknęło czy jak?
Całość można przeczytać w numerach 6 i 7 miesięcznika "Nieznany Świat"
z tego roku.
Uprzedzam lojalnie, że to miesięcznik dla tych co myślą i czują więcej.
Zakupiliśmy dziś nowy daszek z falistego, transparentnego PCV. Niestety
w budowlanym markecie nie mogli nam przeciąć na pół kawałka, który
zakupiliśmy, bo oni tną tylko w pionie to tworzywo, a w poprzek nie, bo
nie mają czym. Myślałam, że padnę - jeszcze kilka lat temu mieli czym, a
były to zwykłe nożyczki do cięcia blachy.
No nic, zakupiłam dziś fajne nożyczki i sami będziemy ciąć owo faliste PCV.
Ten kraj cofa się w rozwoju w tempie postępu geometrycznego.
*****
Natrafiłam na taką oto ciekawostkę, a nawet dwie:
1.
30 pazdziernika 1998 roku Jan Paweł II mówił do pielgrzymów na Placu
Świętego Piotra o umieraniu, śmierci i o tym co następuje po zgonie ciała.
"- Nie należy myśleć, że życie po śmierci zaczyna się dopiero po otrzymaniu
tak zwanego niebieskiego wyroku.
Chodzi raczej o fazę przejściową zachodzącą po naturalnej śmierci, w której
panują bardzo szczególne warunki i w której ciało znika, a zaczyna się
dalsze życie "elementu duchowego".
Element ów posiada świadomość i wolną wolę w taki sposób, że człowiek
istnieje, mimo, że nie ma już ciała fizycznego".
zródło: Radio Watykańskie
2.
17 pazdziernika 2005 roku, w swoim pierwszym, dużym wywiadzie papież
Benedykt XVI powiedział:
"Nieżyjący Jan Paweł II przekazał mi taką informację: Człowiek, który idzie
do Pana, nie znika.
W tej samej publikacji znajdziemy również taki passus: Słyszę go i widzę,
jak mówi. Dzięki temu mogę być z nim w stałym dialogu. Papież jest mi
bardzo bliski, a teraz pomaga mi być blisko Pana (....) Toczymy naszą
rozmowę w pewien nowy sposób, w bardzo głęboki sposób.
zródło: www.spiegel
Te dwie "ciekawostki" są niejako kontynuacją napisanego przeze mnie
w dniu 6 czerwca notką pt."Co tam słychać w Watykanie".
A rzecz dotyczyła transkomunikacji.
Ksiądz Magni, autor licznych książek i artykułów, kolega ze studiów
Karola Wojtyły, znajomy Enrico Fermiego i Gugliemo Marconiego,
przewodniczył przez kilka lat konferencjom, podczas których teolodzy
i naukowcy próbowali wyjaśnić niewytłumaczalne fenomeny z dziedziny parapsychologii.
Był też aktywnym uczestnikiem kongresów dotyczących życia po śmierci
oraz transkomunikacyjnych przekazów radiowych i telewizyjnych.
W jednym z wywiadów powiedział:
-"podjąłem się dogłębnych studiów związanych ze zjawiskami
paranormalnymi i chcę powiedzieć, że Kościół jest otwarty na fenomeny
PSI, gdy dotyczą one faktów i doświadczeń związanych z życiem po
obecnym życiu. Jako badacz dobrze wiem, że nauka już potwierdziła
istnienie świata pozagrobowego. Naukowcy nie akceptujący tego faktu,
zachowują się, jakby byli opóznieni o cały wiek.
(...) Wychodząc naprzeciw ustaleniom naukowców XX wieku studiowałem
fizykę teoretyczną, fizykę kwantową i fizykę Einsteina.
(...) Doświadczenia generalnie ukształtowały we mnie przekonanie, że
zjawiska paranormalne są faktem. Dzisiejsza nauka nie jest już taka,
jak ta sprzed 100 lat, związana z atomem.
Obecnie przeszliśmy do epoki elektronu i fotonu".
Czytam te słowa i robi mi się smutno - znów jesteśmy na peryferiach,
już nie tylko UE o co bardzo stara się obecny rząd ale i na peryferiach
tego co się dzieje w Kościele.
Przekleństwo jakieś nas dotknęło czy jak?
Całość można przeczytać w numerach 6 i 7 miesięcznika "Nieznany Świat"
z tego roku.
Uprzedzam lojalnie, że to miesięcznik dla tych co myślą i czują więcej.
sobota, 2 lipca 2016
Cud nad Wisłą
W czwartek napisałam, że sytuacja się wyjaśnia, pan od układania gresu
pojawi się u mnie w weekend.
Znając już z grubsza termin tej wizyty, w czwartek oczywiście poczytałam
do pierwszej w nocy, mając w planie pobudkę w piątek tak mniej/więcej
około 9 rano.
I gdy spokojniutko spałam, nagle zostałam dość gwałtownie postawiona
na nogi o godz. 7,00 rano.
W pierwszej chwili byłam przekonana, że mąż mi zasłabł i muszę go ratować
ale w końcu dotarło do mego zaspanego mózgu, że skoro stoi nade mną to
chyba jednak nie zasłabł.
Okazało się, że za niecałą godzinę ma przyjść "pan od gresu", więc trzeba jeszcze przygotować mu miejsce pod cały majdan, zabezpieczyć w domu
podłogi, żeby mógł się swobodnie poruszać, pościelić łóżka, zjeść leki
i śniadanie oraz zmienić bieliznę nocną na ubranie.
Pobiłam chyba rekord świata- gdy przyszedł już kończyłam śniadanie
a podłogę dekorowała folia i karton falisty.
Układanie gresu trwało cztery godziny. Potem pan od gresu poszedł
w jakąś niedaleką siną dal, bo wrócił o godz. 20,00 by zafugować ułożone
płytki.
Przy okazji wszyściutko po sobie elegancko posprzątał, a nawet wyniósł
do śmietnika to co było do wyrzucenia. Dał rachunek na materiały oraz
na usługę, którą wykonał. Robocizna i materiały - 610,00 złotych.
Jutro już mogę wejść na loggię i ją zmyć po fugowaniu.
Pan od gresu robi również remonty mieszkań, jako że ma własną firmę,
a takie drobne, jak nasze zlecenie przyjmuje gdy ma jakiś przestój
w trakcie dużego remontu i może na kilka godzin wpaść, np. by ułożyć
kafelki. Firmę po prostu przejął po swym ojcu. Istniała jeszcze za
czasów PRL.
Jestem zachwycona jego pracą - prawdziwy profesjonalista. Firmę ma
zgłoszoną do Le Roy Merlin i właśnie przez nich na niego trafiliśmy.
Nic nie zapaćkał, sam był niezwykle starannie i czysto ubrany, niepalący.
A językiem polskim operował lepiej niż niejeden radiowy redaktor.
No wreszcie jakiś normalny "przedwojenny" fachowiec.
Poniżej- tak dziś wygląda podłoga mojej loggii
Jeszcze tylko ją trzeba przemyć. Jak widzicie bałagan przed
budynkiem w dalszym ciągu kwitnie. Podobno w poniedziałek
będą zdejmować rusztowania.
Miłego weekendu wszystkim życzę:))
pojawi się u mnie w weekend.
Znając już z grubsza termin tej wizyty, w czwartek oczywiście poczytałam
do pierwszej w nocy, mając w planie pobudkę w piątek tak mniej/więcej
około 9 rano.
I gdy spokojniutko spałam, nagle zostałam dość gwałtownie postawiona
na nogi o godz. 7,00 rano.
W pierwszej chwili byłam przekonana, że mąż mi zasłabł i muszę go ratować
ale w końcu dotarło do mego zaspanego mózgu, że skoro stoi nade mną to
chyba jednak nie zasłabł.
Okazało się, że za niecałą godzinę ma przyjść "pan od gresu", więc trzeba jeszcze przygotować mu miejsce pod cały majdan, zabezpieczyć w domu
podłogi, żeby mógł się swobodnie poruszać, pościelić łóżka, zjeść leki
i śniadanie oraz zmienić bieliznę nocną na ubranie.
Pobiłam chyba rekord świata- gdy przyszedł już kończyłam śniadanie
a podłogę dekorowała folia i karton falisty.
Układanie gresu trwało cztery godziny. Potem pan od gresu poszedł
w jakąś niedaleką siną dal, bo wrócił o godz. 20,00 by zafugować ułożone
płytki.
Przy okazji wszyściutko po sobie elegancko posprzątał, a nawet wyniósł
do śmietnika to co było do wyrzucenia. Dał rachunek na materiały oraz
na usługę, którą wykonał. Robocizna i materiały - 610,00 złotych.
Jutro już mogę wejść na loggię i ją zmyć po fugowaniu.
Pan od gresu robi również remonty mieszkań, jako że ma własną firmę,
a takie drobne, jak nasze zlecenie przyjmuje gdy ma jakiś przestój
w trakcie dużego remontu i może na kilka godzin wpaść, np. by ułożyć
kafelki. Firmę po prostu przejął po swym ojcu. Istniała jeszcze za
czasów PRL.
Jestem zachwycona jego pracą - prawdziwy profesjonalista. Firmę ma
zgłoszoną do Le Roy Merlin i właśnie przez nich na niego trafiliśmy.
Nic nie zapaćkał, sam był niezwykle starannie i czysto ubrany, niepalący.
A językiem polskim operował lepiej niż niejeden radiowy redaktor.
No wreszcie jakiś normalny "przedwojenny" fachowiec.
Poniżej- tak dziś wygląda podłoga mojej loggii
Jeszcze tylko ją trzeba przemyć. Jak widzicie bałagan przed
budynkiem w dalszym ciągu kwitnie. Podobno w poniedziałek
będą zdejmować rusztowania.
Miłego weekendu wszystkim życzę:))
czwartek, 30 czerwca 2016
I zanim się obejrzałam.....
.....co poniektórzy mają już wakacje.
Jedni mają wakacje, a ja ciągle mam bardak pod oknami.
Ale jest postęp - mój ślubny, który zwykle marga tylko pod moim
adresem, tym razem zmienił adresata i zadzwonił do Działu Technicznego
naszej ADM i .....NAKRZYCZAŁ na pana kierownika.
Słuchałam wręcz oniemiała z wrażenia.
W pewnej chwili wrzasnął w słuchawkę "ja nie krzyczę, tylko mówię co mi
się nie podoba!" a ja przezornie wyszłam z pokoju by się swobodnie
wyśmiać.
Ale mała awanturka zaowocowała tym, że mam teraz loggię cudnie
odnowioną, wszystkie dziury i odpryski zaszpachlowane a całość jest
pięknie pomalowana, czego wcale nie było w planie tych robót.
Nawet gdy się tu wprowadzaliśmy 43 lata temu loggia nie była w tak
dobrym stanie.
Teraz czekam na pana od układania gresu - prawdopodobnie będzie ten
gres układał w weekend. Bardzo się ucieszył, że nam nie przeszkadza
fakt, że będzie pracował w sobotę i niedzielę.
Upał mi przeszkadza. Dziwne, bo przez wiele,wiele lat zupełnie mi nie
przeszkadzał. Śmiali się ze mnie, że powinnam służyć w Korpusie
Afrykańskim, z uwagi na moją odporność na wysokie temperatury.
No cóż, było,minęło, podobnie jak tyle innych rzeczy.
No a skoro gorąco to napiszę o czymś chłodnym.
W XX wieku uznano, że już nie ma na naszym globie żadnych nie
odkrytych terenów- wszystko juz znane i skatalogowane, nawet jakieś
małe odnózki dopływów Amazonki, skryte w głębokim lesie.
A tu nagle, w 1996 roku, na Antarktydzie, rosyjscy polarnicy odkryli
pod powierzchnią lodu o grubości 4 km olbrzymie jezioro.
Badania sejsmiczne wykazały, że jezioro ma długość 250 km, szerokość
50 km, głębokość- ponad 1200 m i zajmuje powierzchnię 15,500 km
kwadratowych.
Od 14 milionów lat jest całkowicie odizolowane od kontaktu ze słońcem, powietrzem i całym naziemnym życiem .Temperatura jego wody wynosi
+10 stopni C , co świadczy o jakimś podziemnym zródle ciepła.
Jezioro nazwano WOSTOK od rosyjskiej stacji polarnej, która znajduje się
zaledwie o 4 km powyżej tego jeziora.
I tu pierwsza ciekawostka -istnienie tego jeziora jak i innych podlodowych
jezior zostało przepowiedziane przez znanego uczonego Andrieja Kapicę
w latach 1955- 57.
Badaniem tego niezwykłego jeziora zajęli się Rosjanie i Amerykanie.
Dane z amerykańskich satelitów wykazały, że nad powierzchnią wód
jeziora istnieje przestrzeń wolna od lodu o wysokości ok. 800 metrów, a
w jego zachodniej części odnotowano silną anomalię magnetyczną.
W lutym 2000 roku dotychczasowy amerykański program badawczy
został wstrzymany, a wszystkich cywilnych specjalistów wycofano.
Kierowanie projektem przejęła Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA).
Do rosyjskiej stacji Wostok przybyli nowi specjaliści wyposażeni w ultra
drogi, super nowoczesny sprzęt badawczy. Wszystkie te zmiany toczyły się
w najgłębszej tajemnicy.
W jakiś czas potem, z australijskiej stacji Casey wyruszyły dwie ekstremalne turystki, planujące pokonać na nartach Antarktydą w poprzek.
Gdy przemierzały lodową pokrywę jeziora wylądował przy nich samolot USAF
i jego umundurowani pasażerowie kazali wejść turystkom na pokład,
twierdząc, że przylecieli by je ratować.
Co prawda turystki nie wzywały pomocy, ale w czasie marszu informowały
przez telefon satelitarny rodzinę i przyjaciół, że po powrocie opowiedzą im
"o czymś najzupełniej niewiarygodnym".
Gdy już znalazły się w domu nic nikomu nie opowiedziały, nie udzielały
żadnych wywiadów a zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie
odbyła.
Od tego czasu wszystkie prace prowadzone w rejonie jeziora WOSTOK
mają status najwyższej tajności.
10 kwietnia 2013 roku uczeni rosyjscy otrzymali w drodze b.głębokiego
odwiertu rdzeń lodowy z głębokości ponad 3769,3m.
Znaleziono w nim nieznane wcześniej nauce gatunki bakterii, które
uzyskiwały energię z reakcji oksydacyjnych a nie z organicznych
związków chemicznych.
W lipcu 2013 roku, dzięki metodom metagenomiki, uczonym udało
się wyróżnić ponad 3500 gatunków żywych organizmów zamieszkujących
jezioro.
Prace prowadzone przez Amerykanów nadal okrywa głęboka tajemnica.
"Tajny XX wieka" przypomina, że w tym rejonie rosyjskie i amerykańskie satelity zwiadowcze niejednokrotnie odnotowywały starty UFO spod wody,
a wyniki badań podane do publicznej wiadomości są tylko swoistą
zasłoną dymną skrywającą prawdziwe badania prowadzone przez
Amerykanów.
Na podst. artykułu Wiktora Miednikowa, Nieznany Świat 6/2016
Jedni mają wakacje, a ja ciągle mam bardak pod oknami.
Ale jest postęp - mój ślubny, który zwykle marga tylko pod moim
adresem, tym razem zmienił adresata i zadzwonił do Działu Technicznego
naszej ADM i .....NAKRZYCZAŁ na pana kierownika.
Słuchałam wręcz oniemiała z wrażenia.
W pewnej chwili wrzasnął w słuchawkę "ja nie krzyczę, tylko mówię co mi
się nie podoba!" a ja przezornie wyszłam z pokoju by się swobodnie
wyśmiać.
Ale mała awanturka zaowocowała tym, że mam teraz loggię cudnie
odnowioną, wszystkie dziury i odpryski zaszpachlowane a całość jest
pięknie pomalowana, czego wcale nie było w planie tych robót.
Nawet gdy się tu wprowadzaliśmy 43 lata temu loggia nie była w tak
dobrym stanie.
Teraz czekam na pana od układania gresu - prawdopodobnie będzie ten
gres układał w weekend. Bardzo się ucieszył, że nam nie przeszkadza
fakt, że będzie pracował w sobotę i niedzielę.
Upał mi przeszkadza. Dziwne, bo przez wiele,wiele lat zupełnie mi nie
przeszkadzał. Śmiali się ze mnie, że powinnam służyć w Korpusie
Afrykańskim, z uwagi na moją odporność na wysokie temperatury.
No cóż, było,minęło, podobnie jak tyle innych rzeczy.
No a skoro gorąco to napiszę o czymś chłodnym.
W XX wieku uznano, że już nie ma na naszym globie żadnych nie
odkrytych terenów- wszystko juz znane i skatalogowane, nawet jakieś
małe odnózki dopływów Amazonki, skryte w głębokim lesie.
A tu nagle, w 1996 roku, na Antarktydzie, rosyjscy polarnicy odkryli
pod powierzchnią lodu o grubości 4 km olbrzymie jezioro.
Badania sejsmiczne wykazały, że jezioro ma długość 250 km, szerokość
50 km, głębokość- ponad 1200 m i zajmuje powierzchnię 15,500 km
kwadratowych.
Od 14 milionów lat jest całkowicie odizolowane od kontaktu ze słońcem, powietrzem i całym naziemnym życiem .Temperatura jego wody wynosi
+10 stopni C , co świadczy o jakimś podziemnym zródle ciepła.
Jezioro nazwano WOSTOK od rosyjskiej stacji polarnej, która znajduje się
zaledwie o 4 km powyżej tego jeziora.
I tu pierwsza ciekawostka -istnienie tego jeziora jak i innych podlodowych
jezior zostało przepowiedziane przez znanego uczonego Andrieja Kapicę
w latach 1955- 57.
Badaniem tego niezwykłego jeziora zajęli się Rosjanie i Amerykanie.
Dane z amerykańskich satelitów wykazały, że nad powierzchnią wód
jeziora istnieje przestrzeń wolna od lodu o wysokości ok. 800 metrów, a
w jego zachodniej części odnotowano silną anomalię magnetyczną.
W lutym 2000 roku dotychczasowy amerykański program badawczy
został wstrzymany, a wszystkich cywilnych specjalistów wycofano.
Kierowanie projektem przejęła Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA).
Do rosyjskiej stacji Wostok przybyli nowi specjaliści wyposażeni w ultra
drogi, super nowoczesny sprzęt badawczy. Wszystkie te zmiany toczyły się
w najgłębszej tajemnicy.
W jakiś czas potem, z australijskiej stacji Casey wyruszyły dwie ekstremalne turystki, planujące pokonać na nartach Antarktydą w poprzek.
Gdy przemierzały lodową pokrywę jeziora wylądował przy nich samolot USAF
i jego umundurowani pasażerowie kazali wejść turystkom na pokład,
twierdząc, że przylecieli by je ratować.
Co prawda turystki nie wzywały pomocy, ale w czasie marszu informowały
przez telefon satelitarny rodzinę i przyjaciół, że po powrocie opowiedzą im
"o czymś najzupełniej niewiarygodnym".
Gdy już znalazły się w domu nic nikomu nie opowiedziały, nie udzielały
żadnych wywiadów a zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie
odbyła.
Od tego czasu wszystkie prace prowadzone w rejonie jeziora WOSTOK
mają status najwyższej tajności.
10 kwietnia 2013 roku uczeni rosyjscy otrzymali w drodze b.głębokiego
odwiertu rdzeń lodowy z głębokości ponad 3769,3m.
Znaleziono w nim nieznane wcześniej nauce gatunki bakterii, które
uzyskiwały energię z reakcji oksydacyjnych a nie z organicznych
związków chemicznych.
W lipcu 2013 roku, dzięki metodom metagenomiki, uczonym udało
się wyróżnić ponad 3500 gatunków żywych organizmów zamieszkujących
jezioro.
Prace prowadzone przez Amerykanów nadal okrywa głęboka tajemnica.
"Tajny XX wieka" przypomina, że w tym rejonie rosyjskie i amerykańskie satelity zwiadowcze niejednokrotnie odnotowywały starty UFO spod wody,
a wyniki badań podane do publicznej wiadomości są tylko swoistą
zasłoną dymną skrywającą prawdziwe badania prowadzone przez
Amerykanów.
Na podst. artykułu Wiktora Miednikowa, Nieznany Świat 6/2016
wtorek, 28 czerwca 2016
Uśmiechnij się....
....bo to łańcuszek zdarzeń.
Prezes wzywa sekretarkę:
-Pani Halinko, jedziemy na weekend do Czech. Proszę się spakować.
Sekretarka po przyjściu do domu mówi do męża:
-Krystian, jadę z szefem w delegację. Bedziesz musiał poradzić sobie sam,
biedaku.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, jest dobrze. Stara wyjeżdża na weekend, zabawimy się nieco.
Kochanka, nauczycielka matematyki w gimnazjum telefonuje do swego
ucznia:
-Kamilek, będę zajęta w weekend.Korepetycje odwołane.
Zadowolony uczeń telefonuje do dziadka:
-Dziadku, mogę wpaść do ciebie w weekend, korki odwołane!
Dziadek (prezes) telefonuje do sekretarki:
-Pani Halinko, wyjazd odwołany, pojedziemy za tydzień.
Sekretarka dzwoni do męża:
-Krystian, szef odwołał wyjazd.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, beznadzieja. Stara zostaje w chacie.
Kochanka -nauczycielka telefonuje do ucznia:
-Kamil, korepetycje będą o 10 rano, w sobotę.
Uczeń dzwoni do dziadka:
-Dziadziu, lekcje jednak będą.Nie mogę do ciebie wpaść.
Dziadek -prezes do sekretarki:
- Pani Halinko, a jednak wyjeżdżamy w ten weekend.
Pamiętajcie - jeżeli nagle zmieniacie swe plany mogą z tego wyniknąć komplikacje dla wielu osób;))
na podst."Nieznany Świat 7/2016
Prezes wzywa sekretarkę:
-Pani Halinko, jedziemy na weekend do Czech. Proszę się spakować.
Sekretarka po przyjściu do domu mówi do męża:
-Krystian, jadę z szefem w delegację. Bedziesz musiał poradzić sobie sam,
biedaku.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, jest dobrze. Stara wyjeżdża na weekend, zabawimy się nieco.
Kochanka, nauczycielka matematyki w gimnazjum telefonuje do swego
ucznia:
-Kamilek, będę zajęta w weekend.Korepetycje odwołane.
Zadowolony uczeń telefonuje do dziadka:
-Dziadku, mogę wpaść do ciebie w weekend, korki odwołane!
Dziadek (prezes) telefonuje do sekretarki:
-Pani Halinko, wyjazd odwołany, pojedziemy za tydzień.
Sekretarka dzwoni do męża:
-Krystian, szef odwołał wyjazd.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, beznadzieja. Stara zostaje w chacie.
Kochanka -nauczycielka telefonuje do ucznia:
-Kamil, korepetycje będą o 10 rano, w sobotę.
Uczeń dzwoni do dziadka:
-Dziadziu, lekcje jednak będą.Nie mogę do ciebie wpaść.
Dziadek -prezes do sekretarki:
- Pani Halinko, a jednak wyjeżdżamy w ten weekend.
Pamiętajcie - jeżeli nagle zmieniacie swe plany mogą z tego wyniknąć komplikacje dla wielu osób;))
na podst."Nieznany Świat 7/2016
piątek, 24 czerwca 2016
Czarny piątek
Puszka Pandory została otwarta.
I nikt nie wie co z niej, oprócz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jeszcze wyleci.
Scenariuszy jest kilka, a wśród nich również możliwość rozczłonkowania
Wielkiej Brytanii.
Bo Szkocja może teraz zażyczyć sobie oddzielenia się od WB, bo Szkotom akurat Unia Europejska bardzo pasuje.
Irlandia też się może odłączyć.
Nie da się ukryć, że chęć pana Camerona pozostania za wszelką cenę na
swym stanowisku, podpowiedziała Mu zorganizowanie referendum.
Nie przewidział, zupełnie jak pewna partia u nas, że część społeczeństwa
nie myśli ani perspektywicznie ani racjonalnie.
I zrobiło mi się tak jakoś smutno - nie dlatego, że darzę Brytyjczyków
jakimś gorącym uczuciem przyjazni lub miłości- smutno mi, bo idea
silnej, zjednoczonej Europy była i nadal mi jest bliska. I to bardzo.
I przyszła mi na myśl pewna piosenka, którą słyszałam będąc dzieckiem.
Na jakichś szkolnych występach dzieciaki brały udział w przedstawieniu,
którego ideą przewodnią była krytyka postępowania USA, dążącego
ponoć do III wojny światowej i chórek śpiewał co jakiś czas:
"świat już za długo był spokojny, my chcemy wojny, my chcemy wojny".
Wszędzie ożywają ruchy nacjonalistyczne, a to do niczego dobrego nie
prowadzi.
Czyżby ludziom znudził się spokój, względny dobrobyt i stabilizacja?
A może część z nas jest obciążona jakimiś zmutowanymi genami i dla
tych osób stabilizacja, jest po prostu nudna i męcząca?
I jest mi dziś bardzo smutno i szaro, choć słońce świeci obłędnie i żar
leje się z nieba.
Miłego weekendu Wam życzę;)
I nikt nie wie co z niej, oprócz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jeszcze wyleci.
Scenariuszy jest kilka, a wśród nich również możliwość rozczłonkowania
Wielkiej Brytanii.
Bo Szkocja może teraz zażyczyć sobie oddzielenia się od WB, bo Szkotom akurat Unia Europejska bardzo pasuje.
Irlandia też się może odłączyć.
Nie da się ukryć, że chęć pana Camerona pozostania za wszelką cenę na
swym stanowisku, podpowiedziała Mu zorganizowanie referendum.
Nie przewidział, zupełnie jak pewna partia u nas, że część społeczeństwa
nie myśli ani perspektywicznie ani racjonalnie.
I zrobiło mi się tak jakoś smutno - nie dlatego, że darzę Brytyjczyków
jakimś gorącym uczuciem przyjazni lub miłości- smutno mi, bo idea
silnej, zjednoczonej Europy była i nadal mi jest bliska. I to bardzo.
I przyszła mi na myśl pewna piosenka, którą słyszałam będąc dzieckiem.
Na jakichś szkolnych występach dzieciaki brały udział w przedstawieniu,
którego ideą przewodnią była krytyka postępowania USA, dążącego
ponoć do III wojny światowej i chórek śpiewał co jakiś czas:
"świat już za długo był spokojny, my chcemy wojny, my chcemy wojny".
Wszędzie ożywają ruchy nacjonalistyczne, a to do niczego dobrego nie
prowadzi.
Czyżby ludziom znudził się spokój, względny dobrobyt i stabilizacja?
A może część z nas jest obciążona jakimiś zmutowanymi genami i dla
tych osób stabilizacja, jest po prostu nudna i męcząca?
I jest mi dziś bardzo smutno i szaro, choć słońce świeci obłędnie i żar
leje się z nieba.
Miłego weekendu Wam życzę;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)