......a tego czego nie wiem jest coraz więcej.
Może po prostu pomału głupieję. Zaczynam z wolna robić remanenty, bo
przecież w lecie mamy się przeprowadzić.
Pierwszy efekt remanentu ? Natknęłam się na włóczkę tzw. "skarpetkową",
czyli 75% wełny i 25% poliamidu. I....zabrałam się do dziergania tzw.
wdzianka-otulacza. Idzie szybko, grube druty, fason prosty bo wdzianko
powstaje z odpowiednio zszytego prostokąta. I właściwie nie jest to taki
wielce durny pomysł, ale w związku z tym przerwałam dzierganie dla siebie
ażurowej bluzki.
Wiem, pisałam ,że nigdy więcej nie tknę ażuru, ale właśnie przez ten remanent
natknęłam się na włóczkę bawełnę z akrylem, 50/50% i na naprawdę łatwy
wzór ażurowych paseczków. Zrobiłam próbkę i..... "zaskoczyłam"- mam już
zrobiony tył i spory kawałek przodu. I właśnie gdy usiłowałam "wymajaczyć"
jaki zrobić dekolt, to znalazłam tę skarpetkową włóczkę i jak na złość trafiłam
na blog Anny. Ania właśnie udziergała takie wdzianko. No i zaraz rączki
zaczęły mnie swędzieć i zaczęłam dziergać.
Jak na razie to remanent robię tylko w drobiazgach, bo naprawdę są kłopoty
ze znalezieniem mieszkania akurat w tej okolicy, która nam wszystkim pasuje.
Gdybyśmy chcieli mieszkanie takie około 100 metrów lub więcej- nie byłoby
problemu. Takich powierzchni tam nie brakuje. No ale po co nam taki metraż?
Nie zamierzam jezdzić po domu na wrotkach.
Trochę się już oswoiłam z myślą o przeprowadzce - gdy o tym myślę już mi
serce nie skacze do gardła i tętno nie usiłuje dogonić rakiety kosmicznej.
Kwiecień to miesiąc, w którym zmienia mi się cyferka w metryce. Kiedyś bardzo
mnie to cieszyło- teraz raczej budzi zdziwienie i smutek, że tak szybko mija
życie. Jesteśmy tu tylko chwilę i chyba nie zawsze potrafimy to dobrze
wykorzystać. No ale jak na razie to jeszcze mamy marzec.
Czekam z utęsknieniem na prawdziwą wiosnę, z zielonymi krzewami, kwitnącymi
drzewami owocowymi i całym tym wiosennym szaleństwem zieleni i kolorów.
A tymczasem marzec zgodnie idzie z przysłowiem- miesza się wciąż pogoda. a to
co widać na termometrze "w użyciu" wypada jakoś blado - termometr pokazuje
+10, ale jakoś trudno poczuć to ciepło będąc na ulicy.
Życzę wszystkim miłego, słonecznego weekendu;)
drewniana rzezba
sobota, 25 marca 2017
poniedziałek, 20 marca 2017
Kto chce niech czyta
Zapewne nie jest to ciekawostka dla wszystkich, ale w moim odczuciu rzecz jest
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja to był mały, żywy stworek.
Oczywiście kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej konfiguracji DNA
profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się mam gdzieś-tam
przeprowadzić.
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja to był mały, żywy stworek.
Oczywiście kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej konfiguracji DNA
profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się mam gdzieś-tam
przeprowadzić.
sobota, 18 marca 2017
Piotrowy Tron
Okładkę ostatniego dwutygodnika FORUM zdobi zdjęcie papieża Franciszka.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania seksualnego dzieci?
Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż 90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
i Franciszka. I właśnie to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej znanych niż Borgia, ale
mających równie ciekawe pomysły.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania seksualnego dzieci?
Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż 90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
i Franciszka. I właśnie to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej znanych niż Borgia, ale
mających równie ciekawe pomysły.
czwartek, 16 marca 2017
Znowu......
Odchodzi moje pokolenie. Pokolenie poetów a nie tekściarzy, pokolenie
piosenkarzy a nie wyjców bez dykcji.
Posłuchajcie tekstów. Piosenki Wojtka Młynarskiego zawsze były podsumowaniem
rzeczywistości, która nas otaczała.
Jego odejście to ogromna strata, a dla mnie wielki smutek.
sobota, 11 marca 2017
Wiszę.....
.... a tego stanu nie lubię.
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji, a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych kilka
wariantów i możliwych scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam. Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Miłej niedzieli wszystkim życzę;>)
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji, a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych kilka
wariantów i możliwych scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam. Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
czwartek, 9 marca 2017
Dzieci in vitro?
Bardzo, bardzo dawno temu, mniej więcej około 550 roku przed nową erą
w Persji zaistniał kult Mitry.
Według wyznawców Mitra był bogiem w ludzkiej postaci. Był przedstawiany
jako młody mężczyzna i kojarzony z kultem Słońca- nosił miano Boga Słońca
oraz Słońca Niezwyciężonego.
Mitra narodził się ponoć z dziewiczej matki.
Gdy Mitra zabił mitycznego, świętego byka został wyniesiony do godności
rzecznika gatunku ludzkiego u bogów na wysokości.
Wyznawcy tego kultu odbywali swe nabożeństwa najczęściej w jaskiniach, lub
innych świętych miejscach śpiewając hymny, mamrocząc różne zaklęcia, jedząc
mięso świętych zwierząt i pijąc ich krew.
Uczestnictwo w tych wspólnych modłach miało zapewnić życie wieczne
w postaci natychmiastowego przejścia po śmierci na łono Mitry, by czekać
w szczęściu i spokoju na dzień sądu.
Dzień sądu miał nastąpić w chwili końca świata, a wtedy wszyscy zmarli mieli
zostać wezwani z grobów na sąd ostateczny.
Nikczemni mieli wtedy zostać unicestwieni w ogniu, a ci prawi rządzić wspólnie
z Mitrą.
Początkowo była to religia tylko dla mężczyzn i miała siedem różnych klas,
do których wierni byli kolejno wprowadzani. Po jakimś czasie żony i córki
wyznawców Mitry były przyjmowane do świątyń Wielkiej Matki, które
przylegały do świątyń Mitry.
Kult kobiet był mieszanką obrządku Mitry i frygijskiego kultu Kybele, matki
Attisa.
Przy wejściu do świątyń czciciele Mitry maczali zawsze palce w wodzie
święconej.
Kult Mitry przetrwał do końca imperium rzymskiego.
Mitra wcale a wcale nie był pierwszym dzieckiem poczętym bez udziału
mężczyzny.
W XIII wieku przed nową erą, w ten nietypowy sposób przyszedł na ziemski
świat bóg Attis. Urodził się mniej więcej na terenie dzisiejszej Turcji.
I, co ciekawe- urodził się 25 grudnia. Attis był zarówno ojcem jak i synem
świętym.
Attis był również nazywany zbawicielem, a umarł ukrzyżowany na drzewie
by odkupić grzechy ludzi.
Został pogrzebany, a trzy dni póżniej jego kapłani znalezli pusty grób - bo
Attis zmartwychwstał i to w dniu 25 marca.
Ceremonia inicjacyjna jego wyznawców polegała na symbolicznym chrzcie
we krwi, która zmywała winy za popełnione grzechy i po nim byli
nazywani "nowo narodzonymi".
Praktykowali również zwyczaj dzielenia się świętym chlebem,który był
symbolem ciała zbawiciela.
Niewiele wiemy o szczegółach tego kultu, ale wiadomo, że jego kapłani i
wszyscy mężczyzni służący w jego świątyniach musieli być- wykastrowani.
A Kybele, matka Attisa, zwana Matką Bogów, pomimo urodzenia jeszcze
kilku bogów nadal pozostała dziewicą.
Czytam o tych przedchrześcijańskich kultach czytam i nie jest dla mnie
odkryciem, że znam te historie z zupełnie innego kultu, ale nagle pojęłam
skąd niechęć i opór naszych władz do in vitro.
Bo jasno z tego wynika, że poczęcie in vitro = bogowie.
I kto wie, może któreś z dzieci poczętych in vitro spełniłoby to równanie
i z czasem, przyjrzawszy się pewnemu ugrupowaniu wysłałoby całą tę
rujnującą kraj partię w niebyt?
w Persji zaistniał kult Mitry.
Według wyznawców Mitra był bogiem w ludzkiej postaci. Był przedstawiany
jako młody mężczyzna i kojarzony z kultem Słońca- nosił miano Boga Słońca
oraz Słońca Niezwyciężonego.
Mitra narodził się ponoć z dziewiczej matki.
Gdy Mitra zabił mitycznego, świętego byka został wyniesiony do godności
rzecznika gatunku ludzkiego u bogów na wysokości.
Wyznawcy tego kultu odbywali swe nabożeństwa najczęściej w jaskiniach, lub
innych świętych miejscach śpiewając hymny, mamrocząc różne zaklęcia, jedząc
mięso świętych zwierząt i pijąc ich krew.
Uczestnictwo w tych wspólnych modłach miało zapewnić życie wieczne
w postaci natychmiastowego przejścia po śmierci na łono Mitry, by czekać
w szczęściu i spokoju na dzień sądu.
Dzień sądu miał nastąpić w chwili końca świata, a wtedy wszyscy zmarli mieli
zostać wezwani z grobów na sąd ostateczny.
Nikczemni mieli wtedy zostać unicestwieni w ogniu, a ci prawi rządzić wspólnie
z Mitrą.
Początkowo była to religia tylko dla mężczyzn i miała siedem różnych klas,
do których wierni byli kolejno wprowadzani. Po jakimś czasie żony i córki
wyznawców Mitry były przyjmowane do świątyń Wielkiej Matki, które
przylegały do świątyń Mitry.
Kult kobiet był mieszanką obrządku Mitry i frygijskiego kultu Kybele, matki
Attisa.
Przy wejściu do świątyń czciciele Mitry maczali zawsze palce w wodzie
święconej.
Kult Mitry przetrwał do końca imperium rzymskiego.
Mitra wcale a wcale nie był pierwszym dzieckiem poczętym bez udziału
mężczyzny.
W XIII wieku przed nową erą, w ten nietypowy sposób przyszedł na ziemski
świat bóg Attis. Urodził się mniej więcej na terenie dzisiejszej Turcji.
I, co ciekawe- urodził się 25 grudnia. Attis był zarówno ojcem jak i synem
świętym.
Attis był również nazywany zbawicielem, a umarł ukrzyżowany na drzewie
by odkupić grzechy ludzi.
Został pogrzebany, a trzy dni póżniej jego kapłani znalezli pusty grób - bo
Attis zmartwychwstał i to w dniu 25 marca.
Ceremonia inicjacyjna jego wyznawców polegała na symbolicznym chrzcie
we krwi, która zmywała winy za popełnione grzechy i po nim byli
nazywani "nowo narodzonymi".
Praktykowali również zwyczaj dzielenia się świętym chlebem,który był
symbolem ciała zbawiciela.
Niewiele wiemy o szczegółach tego kultu, ale wiadomo, że jego kapłani i
wszyscy mężczyzni służący w jego świątyniach musieli być- wykastrowani.
A Kybele, matka Attisa, zwana Matką Bogów, pomimo urodzenia jeszcze
kilku bogów nadal pozostała dziewicą.
Czytam o tych przedchrześcijańskich kultach czytam i nie jest dla mnie
odkryciem, że znam te historie z zupełnie innego kultu, ale nagle pojęłam
skąd niechęć i opór naszych władz do in vitro.
Bo jasno z tego wynika, że poczęcie in vitro = bogowie.
I kto wie, może któreś z dzieci poczętych in vitro spełniłoby to równanie
i z czasem, przyjrzawszy się pewnemu ugrupowaniu wysłałoby całą tę
rujnującą kraj partię w niebyt?
wtorek, 7 marca 2017
Wena wzięła sobie urlop...
.... i nie zostawiła, niestety, zastępstwa.
Przy okazji zabrała mi pomysły na gotowanie.
Podłamana przejrzałam stos kartek i w godzinę powstał dziś obiad.
Oczywiście bezglutenowy, no ale nie ogłosiłam tego podając danie na stół.
Z rozpaczy zrobiłam dziś "kolorowy ryż".
Składniki:
ryż basmati, ( po 3 łyżki stołowe suchego ryżu na osobę)
4 grube plastry pieczonej karkówki,pokrojone w cienkie paseczki
łyżka stołowa oleju kokosowego,
2 garście mrożonej włoszczyzny,
sok z kiszonych buraków.
sól, czosnek granulowany, 1 łyżka stołowa sosu sojowego ciemnego.
Wykonanie:
1. Mierzymy objętość ryżu, by wiedzieć ile należy do niego dodać "płynu".
2. Podsmażamy ryż na łyżce oleju kokosowego cały czas mieszając.
3. Dodajemy wody- dwa razy tyle ile wynosiła objętość ryżu i gotujemy
na tzw. wolnym ogniu.Gdy ryż już parkocze dodajemy jeszcze jedną
ilość płynu, tym razem w postaci soku z buraków, mrożoną włoszczyznę,
oraz mięso. i sos sojowy.
4. Teraz solimy do smaku, dodajemy czosnek granulowany.
Nie zapominamy o wymieszaniu wszystkiego widelcem.
Gdy już nie widać na powierzchni ryżu płynu, wyłączamy gaz, nakrywamy
garnek pokrywką i całość okrywamy czule ręcznikiem frotowym, zostawiając
na wyłączonym palniku, na którym się gotował.
Mniej więcej po pół godzinie otulania ryż jest już gotowy do podania. Jeżeli
chcemy podać go pózniej to wrzucamy na patelnię i podgrzewamy go na oleju
kokosowym.
Kupiłam mąkę z ciecierzycy i zrobiłam z niej racuszki- niestety smaczne a do
tego zdrowe, bezglutenowe, bez cukru.
Zniknęły z talerzy zbyt szybko.
Z mąki ciecierzycowej, mleka kokosowego, 2 jajek,1/2 łyżeczki sody
czyszczonej, dwóch garści rodzynek ,2 łyżek mielonych orzechów włoskich
i 5 kropli stewii w płynie oraz szczypty soli zrobiłam ciasto jak na "normalne"
racuszki, które smażyłam na oleju kokosowym na rumiano.
Mogą robić za niedzielne śniadanie albo lunch.
Proporcji nie podaję, bo takie rzeczy jak naleśniki lub racuszki robię "na oko".
Smaczne są zarówno na ciepło jak i na zimno.
Następne jakie zrobię będą z mąki arachidowej i jaglanej i będą zamiast chleba,
którego jakoś nie chce mi się ostatnio piec.
Poszukiwania odpowiedniego mieszkania nadal trwają.
Przy okazji zabrała mi pomysły na gotowanie.
Podłamana przejrzałam stos kartek i w godzinę powstał dziś obiad.
Oczywiście bezglutenowy, no ale nie ogłosiłam tego podając danie na stół.
Z rozpaczy zrobiłam dziś "kolorowy ryż".
Składniki:
ryż basmati, ( po 3 łyżki stołowe suchego ryżu na osobę)
4 grube plastry pieczonej karkówki,pokrojone w cienkie paseczki
łyżka stołowa oleju kokosowego,
2 garście mrożonej włoszczyzny,
sok z kiszonych buraków.
sól, czosnek granulowany, 1 łyżka stołowa sosu sojowego ciemnego.
Wykonanie:
1. Mierzymy objętość ryżu, by wiedzieć ile należy do niego dodać "płynu".
2. Podsmażamy ryż na łyżce oleju kokosowego cały czas mieszając.
3. Dodajemy wody- dwa razy tyle ile wynosiła objętość ryżu i gotujemy
na tzw. wolnym ogniu.Gdy ryż już parkocze dodajemy jeszcze jedną
ilość płynu, tym razem w postaci soku z buraków, mrożoną włoszczyznę,
oraz mięso. i sos sojowy.
4. Teraz solimy do smaku, dodajemy czosnek granulowany.
Nie zapominamy o wymieszaniu wszystkiego widelcem.
Gdy już nie widać na powierzchni ryżu płynu, wyłączamy gaz, nakrywamy
garnek pokrywką i całość okrywamy czule ręcznikiem frotowym, zostawiając
na wyłączonym palniku, na którym się gotował.
Mniej więcej po pół godzinie otulania ryż jest już gotowy do podania. Jeżeli
chcemy podać go pózniej to wrzucamy na patelnię i podgrzewamy go na oleju
kokosowym.
Kupiłam mąkę z ciecierzycy i zrobiłam z niej racuszki- niestety smaczne a do
tego zdrowe, bezglutenowe, bez cukru.
Zniknęły z talerzy zbyt szybko.
Z mąki ciecierzycowej, mleka kokosowego, 2 jajek,1/2 łyżeczki sody
czyszczonej, dwóch garści rodzynek ,2 łyżek mielonych orzechów włoskich
i 5 kropli stewii w płynie oraz szczypty soli zrobiłam ciasto jak na "normalne"
racuszki, które smażyłam na oleju kokosowym na rumiano.
Mogą robić za niedzielne śniadanie albo lunch.
Proporcji nie podaję, bo takie rzeczy jak naleśniki lub racuszki robię "na oko".
Smaczne są zarówno na ciepło jak i na zimno.
Następne jakie zrobię będą z mąki arachidowej i jaglanej i będą zamiast chleba,
którego jakoś nie chce mi się ostatnio piec.
Poszukiwania odpowiedniego mieszkania nadal trwają.
Subskrybuj:
Posty (Atom)