22 grudnia było przesilenie zimowe, czyli był najkrótszy dzień w roku. Teraz
nam będzie przybywało codziennie ciut, ciut dnia.
Wczoraj, w jednym ze sklepów spożywczych sprzedających polskie wyroby
kolejka stała niczym w czasach schyłku Gierka. Ale najlepsze to były rozmowy
Polek prowadzone po niemiecku. Stały i każda narzekała, że ma dosyć świąt,
że robi je tylko po to, by dzieciom przekazać jakąś tradycję, że się starają, ale
te okropne bachory nie chcą rozmawiać po polsku, nie chcą jeść tych polskich
potraw, a one się tak starają. Uśmiałam się serdecznie gdy mi to córka dziś
opowiedziała.
A dziś menu naszej wigilii zawierało sporo zimnych przekąsek , którymi były:
pyszne carpaccio , polskie przepyszne kabanosy, tureckie "gołąbki" z ryżem
zawijane w liście winogron, sałatka z ciecierzycy. twarożek z buraczkami,
trzy rodzaje oliwek, suszone pomidory, humus, sałata marynowana w oliwie.
Na gorąco był rosół z suszonych grzybów z greckimi kluseczkami oraz
2 rodzaje pierogów z polskiego sklepu - pierogi z mięsem oraz "ruskie".
Na deser były "florentynki" (bezglutenowe z natury), czyli różne orzechy
w miodzie, oblane czekoladą, podane w postaci batoników oraz gwiazdki
cynamonowe. Choinka w tym roku była nieduża, czyli tylko wzrostu
młodszego Krasnala. Ubierałam ją razem z młodszym i taki efekt:
Mikołaj mi w tym roku pod choinkę dostarczył wiadomość, że urządzenie
mojej sypialni jest dla mnie prezentem a dodatkowo załapałam "łapacz snów",
bym spała spokojnie i miała same miłe sny oraz specjalny balsam nawilżający
do twarzy, który zapewnia skórze nawilżenie przez 24 godziny.
A jutro idziemy do Filharmonii na coroczny Koncert Noworoczny w wykonaniu
muzyków Filharmonii i Mozart Berliner Kinder Chor, w którym śpiewa Starszy.
I wiem, że będą śpiewać między innym po polsku "Lulajże Jezuniu".
Wczoraj "na gwałt"się leczyłam - po tym piątkowym tourne w Słubicach rozbolało
mnie gardło więc wzięłam uniwersalny antybiotyk - czosnek z miodem.
I pomogło -polecam. To miłego świętowania Kochani!
drewniana rzezba
środa, 25 grudnia 2019
niedziela, 22 grudnia 2019
Czas na życzenia
Wszystkim moim stałym i okazjonalnym Gościom, niezależnie od tego w co wierzą, życzę by te
nadchodzące dni przyniosły im same miłe sercu
chwile radości i nadzieję że to co złe minie a
czas pomoże pokonać wszystkie smutki.
A tu dodatek do choinki:
piątek, 20 grudnia 2019
To był....
....dobry dzień, choć dla mnie zaczął się już o 6 rano.
Byłyśmy dziś z córką w Słubicach, u notariuszki.
Pojechałyśmy nie samochodem, ale wpierw szybką kolejką miejską, potem
przesiadłyśmy się do regionalnego pociągu i dojechałyśmy do Frankfurtu
nad Odrą, ostatni odcinek pokonałyśmy miejskim autobusem.
Cała podróż wraz z pokonaniem pewnego odcinka drogi na piechotę zabrała
nam niecałe dwie godziny. Nie opłacało się jechać samochodem bo na
autostradzie trwają intensywne prace drogowe- budowane są dodatkowe
pasy jezdni dla ciężarówek, więc jazda zarówno autostradą jak i innymi
drogami do Frankfurtu i Słubic trwa dużo dłużej niż jeszcze rok wcześniej.
A to dla poprawienia humoru - widok z okna kancelarii pani notariuszki:
Jak widać tradycja karpiowa ma się świetnie, a karp bedzie ubity w domu,
gdy już się dobrze umęczy w wannie i będzie się niemal modlił o śmierć.
Sprawy testamentowe "przeszły jak burza", potem musiałam wyjaśnić pewną
dziwną sprawę w miejskim urzędzie. I muszę Wam powiedzieć, że kolejny raz
chwaliłam przepisy UE i tzw. komputeryzację, bo dzięki temu nie musiałam
się mordować jazdą do Warszawy, wszystkie sprawy urzędowe mogłam załatwić
w tychże Słubicach.
Pogoda była dla nas łaskawa, słońce świeciło, wracając do Berlina zakupiłam
jeszcze kolejną książkę naszej Noblistki, "Bieguni".
A Słubice żegnały mnie takimi widokami Odry
A niżej - słubicki brzeg Odry
I już całkiem poza tymi poważnymi sprawami, coś dla oczu i uszu, czyli Sebastian
i Roxana na tegorocznym Bari Tango Congres:
A jutro starszy Krasnal śpiewa z chórem na którymś z Jarmarków, ale
obawiam się, że bez parasolki się nie obędzie, bo zachód słońca nad Berlinem
nie zapowiadał pogody na jutro. Przyda się zapewne grzaniec oprócz parasolki;)
Miłego weekendu Wszystkim życzę!!!
Byłyśmy dziś z córką w Słubicach, u notariuszki.
Pojechałyśmy nie samochodem, ale wpierw szybką kolejką miejską, potem
przesiadłyśmy się do regionalnego pociągu i dojechałyśmy do Frankfurtu
nad Odrą, ostatni odcinek pokonałyśmy miejskim autobusem.
Cała podróż wraz z pokonaniem pewnego odcinka drogi na piechotę zabrała
nam niecałe dwie godziny. Nie opłacało się jechać samochodem bo na
autostradzie trwają intensywne prace drogowe- budowane są dodatkowe
pasy jezdni dla ciężarówek, więc jazda zarówno autostradą jak i innymi
drogami do Frankfurtu i Słubic trwa dużo dłużej niż jeszcze rok wcześniej.
A to dla poprawienia humoru - widok z okna kancelarii pani notariuszki:
Jak widać tradycja karpiowa ma się świetnie, a karp bedzie ubity w domu,
gdy już się dobrze umęczy w wannie i będzie się niemal modlił o śmierć.
Sprawy testamentowe "przeszły jak burza", potem musiałam wyjaśnić pewną
dziwną sprawę w miejskim urzędzie. I muszę Wam powiedzieć, że kolejny raz
chwaliłam przepisy UE i tzw. komputeryzację, bo dzięki temu nie musiałam
się mordować jazdą do Warszawy, wszystkie sprawy urzędowe mogłam załatwić
w tychże Słubicach.
Pogoda była dla nas łaskawa, słońce świeciło, wracając do Berlina zakupiłam
jeszcze kolejną książkę naszej Noblistki, "Bieguni".
A Słubice żegnały mnie takimi widokami Odry
A niżej - słubicki brzeg Odry
I już całkiem poza tymi poważnymi sprawami, coś dla oczu i uszu, czyli Sebastian
i Roxana na tegorocznym Bari Tango Congres:
A jutro starszy Krasnal śpiewa z chórem na którymś z Jarmarków, ale
obawiam się, że bez parasolki się nie obędzie, bo zachód słońca nad Berlinem
nie zapowiadał pogody na jutro. Przyda się zapewne grzaniec oprócz parasolki;)
Miłego weekendu Wszystkim życzę!!!
środa, 18 grudnia 2019
Przede mną.....
.....kilka zwariowanych dni.
A wszystko przez to, że to koniec roku i tzw. święta przed nami. To że święta, to
mnie akurat mało boli, nie dostaję z tej okazji amoku sprzątania, zakupów itp.
I wcale nie dlatego, że nie jestem w Polsce, ale dlatego, że święta to dla mnie
okazja nie do siedzenia za stołem i najadania się do oporu, ale to okazja do
spędzenia z rodziną wielu godzin razem .
Co prawda nie będzie w tym roku radośnie, bo jednak będzie nas o jedną osobę
mniej, ale nałykam się waleriany i postaram się nie psuć ludziom nastroju.
Wczoraj byłam na świątecznym "koncercie" podstawówki, do której chodzi
młodszy Krasnal. Było znacznie gorzej niż w ubiegłym roku. To znaczy, że panie
przygotowujące całość jakoś nie panowały nad sytuacją. W przerwach pomiędzy
poszczególnymi piosenkami świątecznymi panował wściekły wrzask.
Zupełnie jak w szkole na przerwie między lekcjami.
Podobno jutro jest jakiś koncert w szkole starszego, ale zapytany o szczegóły
nie umiał zupełnie doprecyzować ani o której ta frajda ma być i jaki program.
I mam nadzieję, że się wyłgam, choć tam zapewne już nie będzie takiego
wrzasku, w końcu to gimnazjum.
W piątek mamy wizytę u notariusza w Polsce, ciekawa jestem jak to będzie.
Po świętach będę toczyła boje z bankiem o odblokowanie mi konta bankowego,
co jest oczywiście związane w ruszeniem do Polski. Też będzie ciekawie.
Przy okazji odwiedzę Szczecin, w którym ostatni raz byłam w 1967 roku i
zupełnie miasto nie wzbudziło wtedy mego entuzjazmu. Zresztą byłam tylko
kilka godzin, oczekując na autobus do....Pobierowa.
Potem byle tylko przetrwać Sylwestra - ciekawa jestem jak będzie w tym
roku, bo w ubiegłym to myślałam, że się powieszę, gdy do godz.4 rano naród
odpalał petardy.
Podobno w tym roku jest zakaz odpalania sztucznych ogni i petard. I podobno
nawet ich kupić nie ma gdzie, a użycie spowoduje wysokie kary. Pożyjemy -
zobaczymy. W ten zakaz to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, ale w te kary to
to raczej wątpię. Berlin to duże miasto i na pewno ludziska znajdą miejsca
oddalone od komisariatów policji.
A w następny czwartek mamy koncert noworoczny w Filharmonii i będzie jak
zawsze śpiewał Dziecięcy Chór Mozartowski, w którym śpiewa starszy.
A u mnie już drugi dzień raczej wiosenny niż zimowy. Wczoraj było 11 stopni,
dziś już tylko 10. Na tę temperaturę świetnie reagują moje pelargonie-
właśnie wypuściły nowe pączki kwiatowe, popatrzcie:
One latem tak intensywnie nie kwitły jak teraz. Jak dalej będzie tak ciepło
to w święta dekoracja będzie z pelargonii a nie z "gwiazdy betlejemskiej"
czyli poinsettii, czyli wilczomlecza nadobnego.
A po Nowym Roku zaczynam "szkołę przetrwania", ale o tym będzie
zupełnie osobny post.
Od dziś, przez najbliższe dwa tygodnie testuję zapisane mi przez "słuchologa"
aparaty słuchowe, które tak naprawdę są miniaturowymi komputerami.
To bardzo dziwne wrażenie gdy nagle świat dookoła staje się bardzo, bardzo
głośny. Mankament - bateria w aparacie wystarcza średnio na 9 dni, gdy
trzeba ją wymienić sygnalizuje ten stan dźwiękiem - "pikaniem".
Miałam dziś jeszcze raz robione testy i jak dla mnie to jest aparat ustawiony
zbyt głośno, ale to ponoć celowo, bo ja już od wielu lat tym jednym uchem
nie chwytałam dźwięków, więc teraz trzeba przyzwyczaić nerw do odbierania
dźwięków, czyli do pracy.
Nie mogli się tu nadziwić, że w Polsce, w Instytucie Fizjologii i Patologii
Słuchu nie ratowano tego ucha właśnie aparatem słuchowym.
No cóż, co kraj to obyczaj. Ja za te aparaty zapłacę tylko 20 €, resztę pokrywa
Kasa Chorych. A będę płacić dopiero wtedy, gdy je już przetestuję i w pełni
zaakceptuję. Mam już wyznaczone dwa następne terminy kontrolne.
I zupełny drobiazg - są wygodne i ich nie widać, choć włosy mam krótkie.
.
A wszystko przez to, że to koniec roku i tzw. święta przed nami. To że święta, to
mnie akurat mało boli, nie dostaję z tej okazji amoku sprzątania, zakupów itp.
I wcale nie dlatego, że nie jestem w Polsce, ale dlatego, że święta to dla mnie
okazja nie do siedzenia za stołem i najadania się do oporu, ale to okazja do
spędzenia z rodziną wielu godzin razem .
Co prawda nie będzie w tym roku radośnie, bo jednak będzie nas o jedną osobę
mniej, ale nałykam się waleriany i postaram się nie psuć ludziom nastroju.
Wczoraj byłam na świątecznym "koncercie" podstawówki, do której chodzi
młodszy Krasnal. Było znacznie gorzej niż w ubiegłym roku. To znaczy, że panie
przygotowujące całość jakoś nie panowały nad sytuacją. W przerwach pomiędzy
poszczególnymi piosenkami świątecznymi panował wściekły wrzask.
Zupełnie jak w szkole na przerwie między lekcjami.
Podobno jutro jest jakiś koncert w szkole starszego, ale zapytany o szczegóły
nie umiał zupełnie doprecyzować ani o której ta frajda ma być i jaki program.
I mam nadzieję, że się wyłgam, choć tam zapewne już nie będzie takiego
wrzasku, w końcu to gimnazjum.
W piątek mamy wizytę u notariusza w Polsce, ciekawa jestem jak to będzie.
Po świętach będę toczyła boje z bankiem o odblokowanie mi konta bankowego,
co jest oczywiście związane w ruszeniem do Polski. Też będzie ciekawie.
Przy okazji odwiedzę Szczecin, w którym ostatni raz byłam w 1967 roku i
zupełnie miasto nie wzbudziło wtedy mego entuzjazmu. Zresztą byłam tylko
kilka godzin, oczekując na autobus do....Pobierowa.
Potem byle tylko przetrwać Sylwestra - ciekawa jestem jak będzie w tym
roku, bo w ubiegłym to myślałam, że się powieszę, gdy do godz.4 rano naród
odpalał petardy.
Podobno w tym roku jest zakaz odpalania sztucznych ogni i petard. I podobno
nawet ich kupić nie ma gdzie, a użycie spowoduje wysokie kary. Pożyjemy -
zobaczymy. W ten zakaz to jeszcze jestem w stanie uwierzyć, ale w te kary to
to raczej wątpię. Berlin to duże miasto i na pewno ludziska znajdą miejsca
oddalone od komisariatów policji.
A w następny czwartek mamy koncert noworoczny w Filharmonii i będzie jak
zawsze śpiewał Dziecięcy Chór Mozartowski, w którym śpiewa starszy.
A u mnie już drugi dzień raczej wiosenny niż zimowy. Wczoraj było 11 stopni,
dziś już tylko 10. Na tę temperaturę świetnie reagują moje pelargonie-
właśnie wypuściły nowe pączki kwiatowe, popatrzcie:
One latem tak intensywnie nie kwitły jak teraz. Jak dalej będzie tak ciepło
to w święta dekoracja będzie z pelargonii a nie z "gwiazdy betlejemskiej"
czyli poinsettii, czyli wilczomlecza nadobnego.
A po Nowym Roku zaczynam "szkołę przetrwania", ale o tym będzie
zupełnie osobny post.
Od dziś, przez najbliższe dwa tygodnie testuję zapisane mi przez "słuchologa"
aparaty słuchowe, które tak naprawdę są miniaturowymi komputerami.
To bardzo dziwne wrażenie gdy nagle świat dookoła staje się bardzo, bardzo
głośny. Mankament - bateria w aparacie wystarcza średnio na 9 dni, gdy
trzeba ją wymienić sygnalizuje ten stan dźwiękiem - "pikaniem".
Miałam dziś jeszcze raz robione testy i jak dla mnie to jest aparat ustawiony
zbyt głośno, ale to ponoć celowo, bo ja już od wielu lat tym jednym uchem
nie chwytałam dźwięków, więc teraz trzeba przyzwyczaić nerw do odbierania
dźwięków, czyli do pracy.
Nie mogli się tu nadziwić, że w Polsce, w Instytucie Fizjologii i Patologii
Słuchu nie ratowano tego ucha właśnie aparatem słuchowym.
No cóż, co kraj to obyczaj. Ja za te aparaty zapłacę tylko 20 €, resztę pokrywa
Kasa Chorych. A będę płacić dopiero wtedy, gdy je już przetestuję i w pełni
zaakceptuję. Mam już wyznaczone dwa następne terminy kontrolne.
I zupełny drobiazg - są wygodne i ich nie widać, choć włosy mam krótkie.
.
piątek, 13 grudnia 2019
Pamiętam ten rok.....
......1981, grudzień.
Latem byliśmy nad Bałtykiem. Wracając wstąpiliśmy do rodziny w Gdańsku.
W trakcie pożegnania bratowa zaprosiła nas byśmy koniecznie przyjechali na
Boże Narodzenie do nich.
I wtedy palnęłam (nie wiem do dziś dlaczego) - oczywiście, przyjedziemy jeżeli
tylko będzie można przyjechać.
Tym jednym zdaniem dorobiłam się w rodzinie etykietki właścicielki naprawdę
jaszczurczego języka.
Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie co chwilę były jakieś
strajki, manifestacje itp., sklepy prezentowały puste półki, a w sklepach mięsnych
szczerzyły kły puste haki.
W tym układzie średnio raz na miesiąc wybieraliśmy się na wieś, by kupić pół
świniaka.
Losowaliśmy z mężem które z nas będzie za kierownicą, bo prowadzący był
zwolniony z picia wódki - właśnie wtedy dowiedziałam się, że nie ma świniobicia
bez wódki.
Obowiązkowo klient kupując połowę świńskiej tuszy musiał zjeść u gospodarza
talerz tłustego rosołu z kartoflami oraz świeżo zrobioną kaszankę, zapijając wódką.
I szczerze mówiąc nie wiedziałam co było gorsze - rosół czy wódka.
12 grudnia udało mi się wyłgać z jazdy po wieprzka, moje miejsce zajął jeden
z naszych przyjaciół. Ponieważ pół świniaka na naszą rodzinę to było jednak za
dużo , zawsze dzieliliśmy się mięchem z kimś z przyjaciół. Tym razem zostałam
w domu z dzieckiem.
Mąż z kolegą wrócili do Warszawy około 22,30, ja jeszcze szybko podzieliłam
mięso na dwie rodziny i mąż jeszcze odwiózł przyjaciela do domu- niedaleko, ze
6 km od nas.
Trochę się dziwił, że takie straszne pustki na ulicy, ale gdy skończyłam dzielenie
mięsa było już po 23,00, mróz i śnieg, a jechali Wisłostradą, która nie była
terenem miłym do spacerowania wieczorem.
Rano dziecię włączyło telewizor, bo przecież oglądanie teleranka to był wielki
obowiązek pięciolatki - a tu na ekranie "śnieg", zero obrazu.
Pierwsza myśl - "że też się musiał ten cholerny telewizor popsuć właśnie w niedzielę!"
W pierwszym odruchu włączyłam radio, a tu jakaś żałobna muza a w chwilę potem
grobowy głos poinformował słuchaczy, że właśnie został ogłoszony stan wojenny.
Pierwsze co powiedział wtedy mój mąż -" jak widać dobrze mi w Moskwie
mówili, że ruscy się nam do tyłka dobiorą. Ciekawe dokąd dotarli".
Mąż w tym okresie bardzo często bywał służbowo w Moskwie z racji pracy w CHZ.
Współpracowaliśmy wtedy z ZSRR w ramach JSMC**
I choć do dzisiejszego dnia wszyscy wieszają bezpańskie psy na gen.Jaruzelskim,
już wtedy było wiadomo, że to był właściwy krok z punktu widzenia Polski-
wstrzymał udzielenie nam przez ZSRR i KDL "bratniej pomocy" w opanowaniu
"sił wywrotowych".
Trochę mi ten stan wojenny dał w kość, bo dziecko było uprzejme załapać się na
zapalenie płuc i trzeba było wzywać lekarza z pomocą wojska.
Widok na ulicy "scotów" i żołnierzy z ostrą bronią też nie był miły.
No i jednak zupełnie niechcący wykrakałam, że na święta Bożego Narodzenia nie
można było pojechać do Gdańska.
**Jednolity System Maszyn Cyfrowych
Latem byliśmy nad Bałtykiem. Wracając wstąpiliśmy do rodziny w Gdańsku.
W trakcie pożegnania bratowa zaprosiła nas byśmy koniecznie przyjechali na
Boże Narodzenie do nich.
I wtedy palnęłam (nie wiem do dziś dlaczego) - oczywiście, przyjedziemy jeżeli
tylko będzie można przyjechać.
Tym jednym zdaniem dorobiłam się w rodzinie etykietki właścicielki naprawdę
jaszczurczego języka.
Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie co chwilę były jakieś
strajki, manifestacje itp., sklepy prezentowały puste półki, a w sklepach mięsnych
szczerzyły kły puste haki.
W tym układzie średnio raz na miesiąc wybieraliśmy się na wieś, by kupić pół
świniaka.
Losowaliśmy z mężem które z nas będzie za kierownicą, bo prowadzący był
zwolniony z picia wódki - właśnie wtedy dowiedziałam się, że nie ma świniobicia
bez wódki.
Obowiązkowo klient kupując połowę świńskiej tuszy musiał zjeść u gospodarza
talerz tłustego rosołu z kartoflami oraz świeżo zrobioną kaszankę, zapijając wódką.
I szczerze mówiąc nie wiedziałam co było gorsze - rosół czy wódka.
12 grudnia udało mi się wyłgać z jazdy po wieprzka, moje miejsce zajął jeden
z naszych przyjaciół. Ponieważ pół świniaka na naszą rodzinę to było jednak za
dużo , zawsze dzieliliśmy się mięchem z kimś z przyjaciół. Tym razem zostałam
w domu z dzieckiem.
Mąż z kolegą wrócili do Warszawy około 22,30, ja jeszcze szybko podzieliłam
mięso na dwie rodziny i mąż jeszcze odwiózł przyjaciela do domu- niedaleko, ze
6 km od nas.
Trochę się dziwił, że takie straszne pustki na ulicy, ale gdy skończyłam dzielenie
mięsa było już po 23,00, mróz i śnieg, a jechali Wisłostradą, która nie była
terenem miłym do spacerowania wieczorem.
Rano dziecię włączyło telewizor, bo przecież oglądanie teleranka to był wielki
obowiązek pięciolatki - a tu na ekranie "śnieg", zero obrazu.
Pierwsza myśl - "że też się musiał ten cholerny telewizor popsuć właśnie w niedzielę!"
W pierwszym odruchu włączyłam radio, a tu jakaś żałobna muza a w chwilę potem
grobowy głos poinformował słuchaczy, że właśnie został ogłoszony stan wojenny.
Pierwsze co powiedział wtedy mój mąż -" jak widać dobrze mi w Moskwie
mówili, że ruscy się nam do tyłka dobiorą. Ciekawe dokąd dotarli".
Mąż w tym okresie bardzo często bywał służbowo w Moskwie z racji pracy w CHZ.
Współpracowaliśmy wtedy z ZSRR w ramach JSMC**
I choć do dzisiejszego dnia wszyscy wieszają bezpańskie psy na gen.Jaruzelskim,
już wtedy było wiadomo, że to był właściwy krok z punktu widzenia Polski-
wstrzymał udzielenie nam przez ZSRR i KDL "bratniej pomocy" w opanowaniu
"sił wywrotowych".
Trochę mi ten stan wojenny dał w kość, bo dziecko było uprzejme załapać się na
zapalenie płuc i trzeba było wzywać lekarza z pomocą wojska.
Widok na ulicy "scotów" i żołnierzy z ostrą bronią też nie był miły.
No i jednak zupełnie niechcący wykrakałam, że na święta Bożego Narodzenia nie
można było pojechać do Gdańska.
**Jednolity System Maszyn Cyfrowych
środa, 11 grudnia 2019
O niczym......
......bo dzień jak co dzień i nic się nie dzieje.
Nie mogłam się wczoraj opanować i musiałam sfotografować ten kwitnący,
po raz drugi w tym roku, krzew. Nie mam nawet bladego pojęcia co to
za krzew. Nie mniej fajnie te kwiatki wyglądają na tle zaschniętych liści.
Nabyłam wczoraj choinkę - zaraz po świętach wyląduje w skrzynce za oknem
z północnej strony budynku.
A mieszkające z nią kalanchoe zamieszka w mojej sypialni - mam jeszcze jedno
wolne miejsce na kwietniku.
Bombki przeleżą do następnego roku w pudełku.
Z rzeczy śmieszno-dziwnych to robię "bigos" na spotkanie różnych kultur
i obyczajów. Wczoraj zaczęłam jego pichcenie, ma być gotowy na 17 b.m.
Zasadniczy nośnik smaku, czyli kapusta kiszona będzie "bez zmian", ale nie
może być w nim....wieprzowiny w jakiejkolwiek postaci, a więc będzie w nim
mięso wołowe i dwa rodzaje drobiowego. Nie będzie również kiełbasy i zamiast
niej będzie....kurczak wędzony.
Na szczęście bez zmian będą suszone prawdziwki i śliwki, dodam też trochę
słodkiej kapusty. Tę noc spędziłam w oparach "bigosowych", teraz gar stoi na
balkonie.
A na oknie balkonowym uparcie kwitną pelargonie.
Gdy siedzę przy kompie co jakiś czas spoglądam w okno i choć niemal
jest połowa grudnia pelargonie nadal kwitną. Nawet lepiej niż latem.
A dla tych, którzy nie mieli okazji zobaczyć i usłyszeć:
Miłych dni dla Was!
Nie mogłam się wczoraj opanować i musiałam sfotografować ten kwitnący,
po raz drugi w tym roku, krzew. Nie mam nawet bladego pojęcia co to
za krzew. Nie mniej fajnie te kwiatki wyglądają na tle zaschniętych liści.
Nabyłam wczoraj choinkę - zaraz po świętach wyląduje w skrzynce za oknem
z północnej strony budynku.
A mieszkające z nią kalanchoe zamieszka w mojej sypialni - mam jeszcze jedno
wolne miejsce na kwietniku.
Bombki przeleżą do następnego roku w pudełku.
Z rzeczy śmieszno-dziwnych to robię "bigos" na spotkanie różnych kultur
i obyczajów. Wczoraj zaczęłam jego pichcenie, ma być gotowy na 17 b.m.
Zasadniczy nośnik smaku, czyli kapusta kiszona będzie "bez zmian", ale nie
może być w nim....wieprzowiny w jakiejkolwiek postaci, a więc będzie w nim
mięso wołowe i dwa rodzaje drobiowego. Nie będzie również kiełbasy i zamiast
niej będzie....kurczak wędzony.
Na szczęście bez zmian będą suszone prawdziwki i śliwki, dodam też trochę
słodkiej kapusty. Tę noc spędziłam w oparach "bigosowych", teraz gar stoi na
balkonie.
A na oknie balkonowym uparcie kwitną pelargonie.
Gdy siedzę przy kompie co jakiś czas spoglądam w okno i choć niemal
jest połowa grudnia pelargonie nadal kwitną. Nawet lepiej niż latem.
A dla tych, którzy nie mieli okazji zobaczyć i usłyszeć:
Miłych dni dla Was!
sobota, 7 grudnia 2019
Dziwny grudzień
drugi zakwitały niektóre krzewy?
Jest +8 stopni, właśnie przestał padać deszcz i nawet słońce nieśmiało
wyjrzało zza chmur na całe 6 minut.
Wczoraj, po raz pierwszy w swym dorosłym życiu, nie znalazłam żadnego
prezentu od Mikołaja. I po raz pierwszy nie szukałam czegoś, o czym
wiedziałam, że się spodoba memu mężowi. Jakoś oboje bardzo dbaliśmy
o to, by zachować jak najdłużej to dziecko w sobie.
Krasnale rosną i w tym roku nie było już chowania po całym mieszkaniu
słodyczy na każdy dzień adwentu. Tym razem wisi w salonie na drzwiach
kalendarz adwentowy, który zrobiłam z 7 lat temu. To 24 kieszonki na
słodycze, każda kieszonka ozdobiona haftem. Patrzę na to ze zdumieniem,
że jeszcze tak niedawno byłam aż taka pracowita.
Z tego zdumienia zrobiłam zdjęcie:
A tak wygląda na zbliżeniu:
I żeby było śmieszniej, to wszystko jest szyte ręcznie a nie na maszynie, bo
jakoś nigdy z maszyną do szycia nie polubiłyśmy się.
Pracy było sporo, bo kieszonki są zrobione z cienkiego ciemnozielonego filcu,
każda ma naszyty inny haft. Haftować zaczęłam późną wiosną i z trudem
zdążyłam na czas. Każdy pas z 6 haftami jest naszyty na czerwone płótno
a kieszonki powstały przez odpowiednie wymodelowanie tegoż płótna.
Na górze kalendarza jest "tunelik" na patyk i troczek do zawieszania.
Jak widać kalendarz może być do wielokrotnego użytku.
A poniżej kilka bombek dla pierwszego z Krasnali, gdy musiały być bezpieczne
i przetrzymać branie ich przez maluszka do rączek.
Są z plastiku, dekorowane od wewnątrz techniką decoupage. Polecam, choć
strasznie długo się je robi, bo to technika przy której pośpiech nie jest wskazany.
Ale przy małych dzieciach - jak znalazł.
baaaardzo dokładnie obejrzeć. Nie były duże a mimo tego długo się je robiło,
choć najwyżej miały długość 12 cm. I jedynie zdjęcia po nich pozostały.
Zdarzyło mi się również zrobić dla Krasnali takie zawieszki choinkowe-
Mikołaje są haftowane na kanwie plastikowej.
I być może, że jeszcze gdzieś są wśród bardzo licznych pudełek z zabawkami
choinkowymi.
A w tym roku - najchętniej zakopałabym się w niedźwiedziej gawrze i
przespała tegoroczne święta i Sylwestra.
Miłego weekendu Wszystkim.
P.S.
Zdjęcia powiększamy kliknięciem;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)











