drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 24 stycznia 2013

Jestem.....

....zniesmaczona. I to wieloma rzeczami.
Np. wczorajszym zrobieniem z pogrzebu cyrku.Obłuda zawsze mnie
zniesmacza. Ale tak naprawdę to nie mój cyrk i nie moje małpy.
Zniesmaczona jestem również pogodą i to niech mi wybaczą dzieci i
organizatorzy tzw. zimowego wypoczynku.
Jest mróz, dużo śniegu  już leży, a nowy systematycznie, z uporem maniaka
sypie. Wprawdzie nie jest to zadymka i śnieg pada leniwie, ale wciąż sypie.
Zniesmaczona  również jestem postawą kolejarzy - strajk, gdy są tak złe
warunki pogodowe jest zwykłą podłością wobec współobywateli kraju.
A już strajk z tego powodu, by utrzymać wysoką zniżkę  na bilety kolejowe
dla emerytów i ich rodzin, zakrawa na farsę. Przecież utrzymanie tego
dziwnego przywileju owocuje podwyżką cen biletów dla "zwykłych"
pasażerów.
Wszak nie tylko kolejarze  mają niskie emerytury - jest więcej grup
zawodowych, które mają niskie emerytury. I co - w związku z tym
 wszyscy powinni strajkować i żądać przeróżnych ulg?
Już widzę strajk pracowników handlu - żądających niskich cen
na  artykuły, którym handlowali. Ciekawi mnie tylko, czy byłby podział
na poszczególne branże? I co niemal za darmo mogli by kupować ci,
którzy pracowali w seks-shopach?
A nauczyciele? Zniżki 90% na co? Na zeszyty czy może długopisy?
Znam kogoś, kto pracował w miejskich zakładach komunikacji -
darmowy bilet roczny na wszystkie linie miał on i jego rodzice,
a gdyby miał rodzeństwo to pewnie i oni by się załapali.
Rozumiem, że on, jako pracownik miał ten darmowy bilet.Ale jego
rodzice?
I jeszcze jedno mnie zniesmacza- akumulator, który padł ma zaledwie
rok. A padł, bo 4 (słownie cztery) dni samochód stał, a był mróz.
A te współczesne akumulatory muszą być eksploatowane  codziennie-
w przeciwnym  razie padają z braku doładowania. Proste - no nie?
Ale na poprzednim jezdziliśmy 5 lat i zdarzało się, że  były większe
mrozy i też samochód stał, ale akumulator działał. I tym sposobem
muszę zaraz jechać w celu podładowania tego super dobrego.
rocznego akumulatora.
Do poczytania!

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Coś zrobiłam


Pisałam  kilka dni temu, że dostałam od pewnej  sympatycznej osoby  nieco
przydasiów do tworzenia biżuterii. Między innymi tę kameę i te szklane
kaboszonki.
Kameę wykorzystałam do ozdobienia medalionu, w którym trzymam
zdjęcia moich wnuczków.
A szklane kaboszony oprawiłam w koraliki i umieściłam na
syntetycznej skórce. Początkowo miał to być motyl, stąd ten kształt, no ale
potem się ocknęłam, że te kamyki nijak nie pasują jako tułów. No i jest
nie wiadomo co. Ale dla mnie to nowe doświadczenie , bo pozostawiłam
wolne, skórkowe płaszczyzny. Jeszcze poeksperymentuję.
A to ostatnie to dawno kupiony jaspis, który wreszcie oprawiłam.

Globalne ocieplenie...

...czyli na termometrze  jest  -9  o dziewiątej rano i sypie śnieg. A do tego
wieje wiaterek. Jeśli to jest globalne ocieplenie to jestem chińska cesarzowa.
Ponieważ dziś musiałam wybrać się na pocztę, kochany mąż zaoferował , że
odśnieży samochód i nawet ze mną pojedzie, bo z góry wiadomo, że gdy
wszędzie leży śnieg, mogę nie znalezć skrawka miejsca do zaparkowania.
Ale życie jest  okrutne i....padł akumulator. Jest to o tyle dziwne, że ma on
zaledwie dwa lata, a gwarancja opiewa na 3 lata. Chciał- nie chciał
potuptałam    na pocztę  - ludzie, jak ja nienawidzę zimy!!! Po pierwsze
nie  założyłam  szalika, bo przecież miałam jechać samochodem, więc
miałam chłodzenie w szyję. Tuptanie w puchowej kurteczce sprawiło, że
na pocztę dotarłam spocona i zziajana, a stanie minut 5 przy okienku
sprawiło, że byłam mokra od potu. Powrotny trucht tylko pogłębił ów
niemiły stan.
Za 2 godziny przyjedzie z serwisu człowiek i zabierze nasz akumulator.
I to jest wyższość gospodarki  rynkowej nad  gospodarką socjalistyczną.

Nie wiem co się stało, ale wpadła mi  "na wizję' niedokończona wersja
robocza posta.
No ale przy okazji mogę odpowiedzieć Stardust  - wiem, że w Australii
aktualnie w niektórych miejscach jest drobne +46  lub + 48 stopni
w cieniu i wiem, że na biegunach zanikają lody.
Ale wiem również, że nie nie było człowieka z jego szkodliwą działalnością
na Ziemi, a były wielce drastyczne zmiany klimatu.
Te  zmiany powtarzają się cyklicznie a wynikają głównie z dwóch powodów
- odchylania się osi obrotu Ziemi oraz  i od przebiegunowywania się Ziemi.
Na obie rzeczy my nie mamy żadnego wpływu - nie jesteśmy w stanie temu
zapobiec, ani przyspieszyć, ani zwolnić.
Ale gdyby tak każdemu uświadomić, że ten proces  jest nieodwracalny,
a na dodatek nikt nie ma zielonego pojęcia jak to zmienić, z całą pewnością
wśród ludzi zapanowałby chaos.  Bo po co się starać cokolwiek robić, skoro
wiadomo, że i tak wszystko się któregoś dnia skończy?
Nota bene jeśli ten proces zmiany biegunów Ziemi będzie postępował tak
szybko jak teraz, to za ok. 1500 lat naszą piękną , błękitną planetę zabije
promieniowanie kosmiczne.
A tak na zakończenie- aktualnie mamy końcówkę epoki lodowcowej i
gdyby nie owa szkodliwa działalność człowieka 3/4 roku trzęślibyśmy się
 z zimna i zamiast wieżowców budowalibyśmy igloo.

sobota, 19 stycznia 2013

Skleroza ....

...mnie dopadła. Wprawdzie to dość mało bolesna dolegliwość, ale
denerwująca.
Od rana szukam dwóch rzeczy - małych nożyczek i pisemka, w którym
mam wzór serwetki kordonkowej, którą robię.
Nożyczki - małe, ostre, z wyprofilowanymi końcówkami, dotarły do
mnie z ostatnią przesyłką ze  "sklepu  koralikowego", a było to raptem
2 tygodnie temu. Koraliki są, ale nożyczki mi gdzieś wcięło.
Pamiętam tylko, że miały wielce zabawne ochraniacze na końcówki i
postanowiłam schować je tak, by się nie uszkodziły. No i gdzieś je
schowałam.
Przepatrzyłam wszystkie pudełka  z koralikowymi "przydasiami" - nie
ma, wyparowały.
Cały czas wysilam pamięć i....nic. Chyba zacznę wyrzucać zawartość
pudełek na stół - może jestem ostatnio po prostu gapa?
Pisemko też mi gdzieś "wcięło"- nic  dziwnego, przecież robiłam
porządki. Zawsze mi porządki szkodzą.
Za oknem zima całą gębą - od rana prószy śnieg, mróz trzyma i bardzo
się cieszę, że nie muszę nigdzie wychodzić z domu.
A na kracie loggii mam od świtu  cały teatr - wiszą na niej siatki z
jedzeniem dla sikorek - największe powodzenie mają orzechy arachidowe.
Przylatują całe zgraje sikorek, najwięcej jest bogatek, ale są i sikory
modre i kilka razy widziałam sosnówkę.
Apetyt mają ptaszki wyborny - dwie siateczki, które  wypchałam
orzechami  do wielkości średniej pomarańczy wystarczają na 2 dni.
Firmowa kulka tłuszczu z ziarnami  jest zupełnie ignorowana.
Słoninka też nie "idzie".
I kto by pomyślał, że tyle  jest ptaszków zaledwie 6 km od samego
centrum stolicy?
No to idę na dalsze poszukiwania.

piątek, 18 stycznia 2013

Już mogę pokazać....

Umówiłam się z pewną  przemiłą i bardzo utalentowaną blogerką
na "wymiankę" -  każda z nas  zupełnie co innego innego robi, więc
nie jest to wymiana z gatunku "koraliki za koraliki".

Zgodnie z życzeniem miałam  zrobić kolię techniką haftu koralikowego,
z kameą z muszli,  nie za bardzo  zabudowaną  i w tonacji brązowej.
Tak naprawdę to miałam kłopot z tą brązową tonacją - na naszym rynku
koralikowym nie ma dużego wyboru brązowych koralików.
Jak zwykle  lepiej wygląda w naturze, bo  w sztucznym świetle
kolory jednak są nieco inne.
Dziś kolia już jest zapakowana, w poniedziałek rano wyruszy w daleką
drogę.
A to co dostanę w  ramach wymiany pokażę Wam gdy już dotrze do
mnie ta śliczna rzecz. Będziecie zaskoczeni - to pewne.
Miłego weekendu, choć podobno ma być baaardzo zimny.

czwartek, 17 stycznia 2013

Druga baba u lekarza

W lipcu ub. roku zostałam zapisana  na wizytę kontrolną do endokrynologa.
Jako osoba nastawiona sceptycznie do życia, zadzwoniłam wpierw i
sprawdziałam,czy sprawa jeszcze aktualna. W końcu przez pół roku może
się wiele rzeczy w przyrodzie pozmieniać, nawet cała przychodnia może
przestać istnieć. Kiedyś  juz  tak było. No ale okazało się, że wszystko gra,
więc przedsięwzięłam wyprawę.
Pierwsze zaskoczenie - mimo zimy autobusy kursowały zgodnie z rozkładem.
Drugie zaskoczenie - wizytę miałam  wyznaczoną na godz. 15,00  i o tej
właśnie godzinie wkroczyłam do gabinetu. Następne zaskoczenie - pani
doktor uzupełniła mi leki, które zwykle zapisuje mi internista, żebym nie
musiała składać mu  wizyty w trakcie epidemii, której ponoć  jeszcze nie ma,
ale przychodnie pękają w szwach. Poza tym pani doktor zasugerowała mi
zmianę diety- czyli zrezygnowanie z produktów zawierających gluten.
Akurat dla mnie to nie problem, mogę jeść wszystko bez pieczywa i klusek,
no a za ciastami i ciastkami też nie przepadam, więc niewielka strata.
Ale namawiała mnie, bym jednak robiła w domu jakieś pieczywko
bezglutenowe i takowe ciasteczka. Poza tym zwiększyła mi dawkę hormonu
tarczycy i ponadto mam brać dziennie 200 mcg selenu.
I jeszcze jedno zaskoczenie - w ciągu 5 minut udało mi się zapisać na
następną  wizytę kontrolną, tym razem na listopad, jak mi wyznaczyła 
p.doktor.
Wróciłam do domu z bardzo opadniętą ze zdziwienia szczęką.
Muszę dziś pobuszować w necie i poszukać dobrych przepisów na
bezglutenowe żarciuszka.
Po drodze zakupiłam: mąkę kukurydzianą, skrobię kukurydzianą,
mąkę gryczaną, mąkę ziemniaczaną, kaszę jaglaną. Mina mego męża
na widok tego wszystkiego - bezcenna.
Od jutra zacznę eksperymentować.

wtorek, 15 stycznia 2013

Poszła baba......

...do lekarza, bo ją okrutnie bolało gardło, nie mogła mówić i przełykać.
W gabinecie siedział lekarz płci męskiej , w wieku 50+.
Baba wyszeptała cichutko "dzień dobry" i wskazując na swą szyję
wycharczała: "panie doktorze coś zle z moim gardłem".
Lekarz  rzucił  okiem na babę, która należała do bab ponętnych, młodych,
zgrabnych i odpowiednio wyposażonych przez naturę.
"No to muszę panią zbadać dokładnie, proszę się rozebrać i polożyć na
kozetce. Biustonosz też proszę zdjąć".
Babę co nieco zatkało, bo jeszcze  żaden lekarz nie kazał się jej
rozbierać niemal do golasa, żeby zobaczyć  co się w gardle dzieje.
Lekarz obmacał dokładnie  jej piersi, co mu zajęło z 8 minut, potem
zajął sie macaniem tzw. powłok brzusznych, na koniec zsunął nieco
babie figi i zaczął macać pachwiny. W sumie macał ją z 15 minut.
"No, węzły chłonne w porządku, w piersiach guzów nie ma, może się
pani ubrać"- podsumował.
Na koniec zajrzał do tego nieszczęsnego, bolącego gardła,
zapisał leki i  kazał przyjść za tydzień na kontrolę.
Baba wypadła z gabinetu jak oparzona i pognała do kierownika
przychodni, u którego złożyła skargę na lekarza.
Była to pierwsza tego typu skarga, bo inne już były, ale te inne to
składały  pacjentki w wieku bardziej "geriatrycznym", skarżąc się,
między innymi, że lekarz nie raczył nawet  osłuchać pacjentki, która
bardzo kaszlała i która w tydzień potem trafiła na innego lekarza, który
stwierdził ostre zapalenie oskrzeli.
Przychodnia ma teraz o jednego lekarza mniej "na stanie".