... takie pytanie zadała mi dziś koleżanka, gdy powiedziałam, że czytam o Inkach,
Majach i Aztekach.
Już się nawet nie przyznałam, że czytam równolegle kolejną książkę Z.Sitchina
"Byli na świecie olbrzymi". Nie jest to pozycja "rozrywkowa", wymaga skupienia i
myślenia a przede wszystkim otwartości na nowe interpretacje dotychczasowych
pojęć.
No cóż dziwna jestem - według niektórych. Ale mnie to nie przeszkadza, naprawdę.
Zapewne wiecie wszyscy, że potężne andyjskie państwo Inków rozwijało się do
1200 roku.
Pod nazwą Inkowie występował lud i jego przywódca, który był dla swych
poddanych ziemskim ucieleśnieniem boga Słońca.
Inkowie podczas swego panowania w znacznym stopniu ucywilizowali wiele
dzikich plemion zamieszkujących Andy, powodując ich odejście od kanibalizmu
i znaczne ograniczenie rytuału składania w ofierze ludzi.
Było to państwo działające w oparciu o surową dyscyplinę, w którym niemal nie
było miejsca na rozwój osobowy i życie prywatne jednostki.
Każdy mieszkaniec w dniu swych urodzin dostawał od państwa określone zadanie
do wypełnienia.
Dzieci pomiędzy dziewiątym a dwunastym rokiem życia odganiały wrony z pól
wchodzących w skład państwa, młodzież do lat osiemnastu pilnowała trzody.
Młodzi mężczyzni do dwudziestego pierwszego roku życia zostawali gońcami,
posłańcami lub opiekunami stad lam i mieli zalecony wstrzemięzliwy tryb życia.
Pomiędzy dwudziestym a pięćdziesiątym rokiem życia przypadał mieszkańcom
kraju czas podejmowania służby wojskowej i zawierania małżeństw.
Ludzie starsi i kalecy wykonywali tyle pracy ile tylko mogli.
Wszyscy ludzie byli obowiązani do regularnego płacenia podatków, co gwarantowało
im pomoc państwa w przypadku okresu głodu lub nędzy.
Inkowie czcili jednego boga- Virakochę. Jednakże czcili go głównie arystokraci i
warstwy wyższe, pospólstwo oddawało cześć bóstwom lokalnym i duchom natury.
Nigdy nie składano Virakochy ofiar z ludzi.
Według mitu bóg Virakocha powstał z wód jeziora Titicaca, po czym założył
miasto Tiahuanaco. By unicestwić wieczystą ciemność stworzył Słońce i wyznaczył
mu stałą drogę , by oświetlało Ziemię. Księżycowi i innym ciałom niebieskim
przydzielił stałe miejsce na niebie. Potem zaludnił świat różnymi stworzeniami
oraz zbudował kamienne figury, w które wlał swą miłość.
I z tych figur wyszli pierwsi ludzie.
Było to państwo wybitnie totalitarne, roztaczające nad swymi mieszkańcami daleko
posuniętą kontrolę.
A to wszystko bez jakichkolwiek form pisanych. Daty, wydarzenia, podatki
dokumentował system wiązania węzłów.
Jak dotąd wciąż nie potrafimy zrozumieć niektórych ich symboli i znaków
którymi dekorowali swą ceramikę i tkaniny.
Brak pisma nie przeszkodził im jednak w wybudowaniu Machu Picchu i Cuzco,
których ruiny do dziś budzą podziw uczonych i zwykłych turystów.
drewniana rzezba
środa, 5 lutego 2014
wtorek, 4 lutego 2014
Wpienionam okrutnie
Chyba kupię sobie worek treningowy dla bokserów, bym miała na czym
wyładowywać złość.
Jak ta sierota ucieszyłam się dziś rano, gdy zobaczyłam za oknem piękne
słońce. Wczoraj juz było ciut, ciut na plusie, czyli +3, więc pomyślałam,
że nareszcie zima idzie sobie precz. Poczłapałam na drugą stronę mieszkania,
zerknęłam na ulicę i...minął mi dobry humor. Szyby samochodowe równiutko
lodem zarośnięte. Rzut oka na termometr...-8
Mówi się trudno, oskrobałam szyby, klnąc i ślizgając się wyjechałam
z naszej zapyziałej uliczki na osiedlową obwodniczkę. Ujechałam z 70m
i nagle przede mną korek. Z lekka mnie przytkało z wrażenia, ale chcąc
zobaczyć co się dzieje zjechałam na lewy pas ruchu i oniemiałam - to nie
korek komunikacyjny, tylko nagle wszyscy zamarzyli o wizycie na myjni
samochodowej i to do niej stała ta kolejka.
Cała w skowronkach wyminęłam czyścioszków, postałam na skrzyżowaniu
pod czerwonym światłem, na zielone ruszyłam. I gdy byłam w połowie
jezdni jakiś patafian przeleciał mi przez skrzyżowanie na swoim czerwonym
świetle - ja na hamulec i na klakson, patafian nawet nie drgnął, ale zauważyłam,
że był wielce zajęty rozmową przez komórkę.
W ten sposób zginął 19-letni syn mojej koleżanki kilka lat temu.
Uważam, że każdy, kto prowadzi samochód powinien być zajęty tylko tym co
aktualnie robi, czyli prowadzeniem samochodu, zwłaszcza w ruchu miejskim,
który w Warszawie naprawdę mały nie jest.
Nie rozumiem tych, którzy rozmawiają w czasie jazdy przez komórkę - czy
naprawdę bez tego trzaskania dziobem nie można wytrzymać?
Z komórką jest ta wygoda, że wiemy kto do nas telefonował- gdy gdzieś staniemy
to zajrzymy do ostatnich połączeń i oddzwonimy.
Kilka miesięcy temu obrugałam jakąś młodą damę, bo zablokowała wyjazd
z parkingu - zatrzymała się na samym środku wyjazdu, bo musiała porozmawiać.
Nie wyrobiłam, wysiadłam z samochodu, popukałam babce w szybę i bez
ogródek powiedziałam jej co o niej myślę. Ojej, nie wiedziałam, że blokuję ten
wyjazd, tłumaczyła się idiotycznie.
Poza tym - wszystko w porządku, idę zrobić torcik dla mego ślubnego. Jest dziś
jubilatem i solenizantem zarazem.
wyładowywać złość.
Jak ta sierota ucieszyłam się dziś rano, gdy zobaczyłam za oknem piękne
słońce. Wczoraj juz było ciut, ciut na plusie, czyli +3, więc pomyślałam,
że nareszcie zima idzie sobie precz. Poczłapałam na drugą stronę mieszkania,
zerknęłam na ulicę i...minął mi dobry humor. Szyby samochodowe równiutko
lodem zarośnięte. Rzut oka na termometr...-8
Mówi się trudno, oskrobałam szyby, klnąc i ślizgając się wyjechałam
z naszej zapyziałej uliczki na osiedlową obwodniczkę. Ujechałam z 70m
i nagle przede mną korek. Z lekka mnie przytkało z wrażenia, ale chcąc
zobaczyć co się dzieje zjechałam na lewy pas ruchu i oniemiałam - to nie
korek komunikacyjny, tylko nagle wszyscy zamarzyli o wizycie na myjni
samochodowej i to do niej stała ta kolejka.
Cała w skowronkach wyminęłam czyścioszków, postałam na skrzyżowaniu
pod czerwonym światłem, na zielone ruszyłam. I gdy byłam w połowie
jezdni jakiś patafian przeleciał mi przez skrzyżowanie na swoim czerwonym
świetle - ja na hamulec i na klakson, patafian nawet nie drgnął, ale zauważyłam,
że był wielce zajęty rozmową przez komórkę.
W ten sposób zginął 19-letni syn mojej koleżanki kilka lat temu.
Uważam, że każdy, kto prowadzi samochód powinien być zajęty tylko tym co
aktualnie robi, czyli prowadzeniem samochodu, zwłaszcza w ruchu miejskim,
który w Warszawie naprawdę mały nie jest.
Nie rozumiem tych, którzy rozmawiają w czasie jazdy przez komórkę - czy
naprawdę bez tego trzaskania dziobem nie można wytrzymać?
Z komórką jest ta wygoda, że wiemy kto do nas telefonował- gdy gdzieś staniemy
to zajrzymy do ostatnich połączeń i oddzwonimy.
Kilka miesięcy temu obrugałam jakąś młodą damę, bo zablokowała wyjazd
z parkingu - zatrzymała się na samym środku wyjazdu, bo musiała porozmawiać.
Nie wyrobiłam, wysiadłam z samochodu, popukałam babce w szybę i bez
ogródek powiedziałam jej co o niej myślę. Ojej, nie wiedziałam, że blokuję ten
wyjazd, tłumaczyła się idiotycznie.
Poza tym - wszystko w porządku, idę zrobić torcik dla mego ślubnego. Jest dziś
jubilatem i solenizantem zarazem.
sobota, 1 lutego 2014
Mamy Rok Drewnianego Konia
31 stycznia rozpoczął się chiński Nowy Rok .
Jest on rokiem Drewnianego Konia.
Wg chińskiego horoskopu rok Drewnianego Konia sprzyja wszelkim inicjatywom
i ludziom przedsiębiorczym.
To rok dobry dla biznesów, ale nie dla miłości.
Lepiej nie planować w tym roku ślubu, nie oczekiwać, że nowo poznana osoba
będzie naszym partnerem w miłości do kresu naszych dni. Nawet najbardziej
namiętny romans nie przerodzi się w stały związek, a nawet drobna zdrada
morze uruchomić lawinę nieszczęść.
Rodziców czekają duże kłopoty z dziećmi- będą się one buntować, sprawiać
spore kłopoty wychowawcze.
Rok Drewnianego Konia sprzyja natomiast podróżom, nawet tym szaleńczym-
jak podróż dookoła świata bez pełnego pieniędzy portfela.
A ludzie spotkani w drodze mogą się stać naszymi wiernymi przyjaciółmi na
całe życie.
Większości znaków chińskiego zodiaku dopisze w tym roku zdrowie, co
pozwoli im na przezwyciężanie trudności.
Niemniej dobrze jest nosić ze sobą talizman - figurkę konia.
Może to być breloczek albo broszka lub charms przy bransoletce.
Ten nowy rok Konia zwiastuje dla świata przezwyciężenie kryzysu finansowego.
Niestety nie zakończy to wcale dotychczas prowadzonych wojen- mogą również
wybuchnąć nowe konflikty, spowodowane głównie nierozwagą przywódców i
wyplątywanie się z kłopotów będzie trwało do połowy 2015 roku.
Od strony natury nie powinniśmy spodziewać się złośliwości - nie powinny nas
nawiedzać wielkie powodzie, trzęsienia ziemi itp.
A więc pomyślnego roku Drewnianego Konia wszystkim życzę.
Jest on rokiem Drewnianego Konia.
Wg chińskiego horoskopu rok Drewnianego Konia sprzyja wszelkim inicjatywom
i ludziom przedsiębiorczym.
To rok dobry dla biznesów, ale nie dla miłości.
Lepiej nie planować w tym roku ślubu, nie oczekiwać, że nowo poznana osoba
będzie naszym partnerem w miłości do kresu naszych dni. Nawet najbardziej
namiętny romans nie przerodzi się w stały związek, a nawet drobna zdrada
morze uruchomić lawinę nieszczęść.
Rodziców czekają duże kłopoty z dziećmi- będą się one buntować, sprawiać
spore kłopoty wychowawcze.
Rok Drewnianego Konia sprzyja natomiast podróżom, nawet tym szaleńczym-
jak podróż dookoła świata bez pełnego pieniędzy portfela.
A ludzie spotkani w drodze mogą się stać naszymi wiernymi przyjaciółmi na
całe życie.
Większości znaków chińskiego zodiaku dopisze w tym roku zdrowie, co
pozwoli im na przezwyciężanie trudności.
Niemniej dobrze jest nosić ze sobą talizman - figurkę konia.
Może to być breloczek albo broszka lub charms przy bransoletce.
Ten nowy rok Konia zwiastuje dla świata przezwyciężenie kryzysu finansowego.
Niestety nie zakończy to wcale dotychczas prowadzonych wojen- mogą również
wybuchnąć nowe konflikty, spowodowane głównie nierozwagą przywódców i
wyplątywanie się z kłopotów będzie trwało do połowy 2015 roku.
Od strony natury nie powinniśmy spodziewać się złośliwości - nie powinny nas
nawiedzać wielkie powodzie, trzęsienia ziemi itp.
A więc pomyślnego roku Drewnianego Konia wszystkim życzę.
środa, 29 stycznia 2014
Dla miłośników......
.....mleka kokosowego i diety bezglutenowej.
Nie kupuję mleka kokosowego w puszce, bo mi ono nie smakuje. Poza tym
dodawany jest do niego cukier, a cukier - tuczy.
Mleko kokosowe robię w domu sama. Robota prosta niczym konstrukcja cepa.
Kupuję wiórki kokosowe, a 200g w paczuszce.
Wsypuję je do butelki, zalewam 1,2 litra wody mineralnej, niegazowanej, u mnie
jest to Żywiec.
Odstawiam na noc do lodówki.
Następnego dnia całość przelewam do odpowiedniej wielkości garnka i podgrzewam
do temp. 60 stopni. Zdejmuję z ognia, i bardzo dokładnie traktuję blenderem.
Otrzymaną masę wylewam na sitko wyłożone gazą ( nie zapomnijcie podstawić pod
spód garnka) i na zakończenie jego zawartość dokładnie wyciskam.
Mleko przechowuję w butelce, w lodówce 2-4 dni, przed użyciem należy butelką
potrząsnąć, bo mleko zawsze się rozwarstwia- to kupne też, bo taka jego uroda.
Ostatnio zresztą mam kokosowy okres życia, bo kokos jest produktem bezglutenowym.
Do pieczenia używam mąki kokosowej, która jest bezglutenowa a do tego
wysokobłonnikowa i zawiera znacznie więcej białka niż mąka pszenna.
Piekłam już kokosowy chlebek , ciasto serowe, robiłam kokosowe racuszki.
Wiórki kokosowe dodaję oczywiście do wszystkich, oprócz chlebka, wypieków.
Poza tym w kuchni mej gości olej kokosowy, tłoczony na zimno. Robię z niego smalec
wegetariański, smażę na nim (warunek - temp. smażenia nie może przekraczać 170
stopni), stosuję go wszędzie tam, gdzie jest wymagany olej roślinny.
Olej kokosowy tężeje w temp. +25 stopni C, więc nie wymaga przechowywania
w lodówce.
Wszystkie produkty z kokosa poprawiają trawienie, regulują poziom cukru w krwi,
zapobiegają chorobom serca, pomagają w utrzymaniu prawidłowej wagi ciała.
No to smacznego wszystkim!
P.S.
Jeśli idzie o zakup tych produktów - czasem udaje mi się wszystko kupić na stoiskach
z tak zwaną "zdrową żywnością" a czasem kupuję on line.
Wystarczy w wyszukiwarkę wrzucić frazę " mąka kokosowa, olej kokosowy ".
Nie kupuję mleka kokosowego w puszce, bo mi ono nie smakuje. Poza tym
dodawany jest do niego cukier, a cukier - tuczy.
Mleko kokosowe robię w domu sama. Robota prosta niczym konstrukcja cepa.
Kupuję wiórki kokosowe, a 200g w paczuszce.
Wsypuję je do butelki, zalewam 1,2 litra wody mineralnej, niegazowanej, u mnie
jest to Żywiec.
Odstawiam na noc do lodówki.
Następnego dnia całość przelewam do odpowiedniej wielkości garnka i podgrzewam
do temp. 60 stopni. Zdejmuję z ognia, i bardzo dokładnie traktuję blenderem.
Otrzymaną masę wylewam na sitko wyłożone gazą ( nie zapomnijcie podstawić pod
spód garnka) i na zakończenie jego zawartość dokładnie wyciskam.
Mleko przechowuję w butelce, w lodówce 2-4 dni, przed użyciem należy butelką
potrząsnąć, bo mleko zawsze się rozwarstwia- to kupne też, bo taka jego uroda.
Ostatnio zresztą mam kokosowy okres życia, bo kokos jest produktem bezglutenowym.
Do pieczenia używam mąki kokosowej, która jest bezglutenowa a do tego
wysokobłonnikowa i zawiera znacznie więcej białka niż mąka pszenna.
Piekłam już kokosowy chlebek , ciasto serowe, robiłam kokosowe racuszki.
Wiórki kokosowe dodaję oczywiście do wszystkich, oprócz chlebka, wypieków.
Poza tym w kuchni mej gości olej kokosowy, tłoczony na zimno. Robię z niego smalec
wegetariański, smażę na nim (warunek - temp. smażenia nie może przekraczać 170
stopni), stosuję go wszędzie tam, gdzie jest wymagany olej roślinny.
Olej kokosowy tężeje w temp. +25 stopni C, więc nie wymaga przechowywania
w lodówce.
Wszystkie produkty z kokosa poprawiają trawienie, regulują poziom cukru w krwi,
zapobiegają chorobom serca, pomagają w utrzymaniu prawidłowej wagi ciała.
No to smacznego wszystkim!
P.S.
Jeśli idzie o zakup tych produktów - czasem udaje mi się wszystko kupić na stoiskach
z tak zwaną "zdrową żywnością" a czasem kupuję on line.
Wystarczy w wyszukiwarkę wrzucić frazę " mąka kokosowa, olej kokosowy ".
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Mix
Biało i zimno i do tego wieje. Zupełnie jakby była zima. I po co?
*****
Dziś mam "kuchenny dzień" - upiekłam ciasto serowe bezglutenowe.
Robota prosta jak konstrukcja cepa.
Bierzemy 3 duże jajka, 1/2 kg twarogu "President", koniecznie tłustego,
przygotowujemy 4 łyżki stołowe cukru brązowego, 2 łyżki stołowe
przesianej mąki kokosowej, 1 łyżkę mąki ziemniaczanej, aromat arakowy.
Jajka całe ucieramy z cukrem, dodajemy twaróg, dalej ucieramy, dodajemy
wpierw mąkę kokosowa, ucieramy, dodajemy mąkę ziemniaczaną i aromat.
Całość wlewamy do blaszki wysmarowanej masłem, wstawiamy do
piekarnika nagrzanego do 160 stopni, termoobieg.
Pieczemy godzinę, wyłączamy, studzimy w uchylonym, wyłączonym
piekarniku, przekładamy na kratkę do studzenia.
Niektórzy pod pretekstem "czy jadalne?" - jedli to na ciepło.
Potem zrobiłam pasztet mięsny - 3/4 kg udzca z indyka + 300g surowego
boczku wieprzowego udusiłam z warzywami i przyprawami.
Całość przepuściłam przez maszynkę do mięsa, sitko z małymi oczkami,
dodałam gałkę muszkatołową.
Właśnie tkwi w piecyku, 160 stopni, termoobieg, za 70 minut go wyjmę.
Piekę w foremce wysmarowanej masłem.
*****
Wczoraj miałam "dzień czapkowy". Zrobiłam super prostą czapkę, ściegiem
francuskim lewym, otok wywijany na wierzch, robiony podwójnym ściegiem
ryżowym. Teraz robię z tej samej włóczki (mikrofibra, kolor bordo) "baktus".
A poza tym? No nic ciekawego, zima wszak.
*****
Dziś mam "kuchenny dzień" - upiekłam ciasto serowe bezglutenowe.
Robota prosta jak konstrukcja cepa.
Bierzemy 3 duże jajka, 1/2 kg twarogu "President", koniecznie tłustego,
przygotowujemy 4 łyżki stołowe cukru brązowego, 2 łyżki stołowe
przesianej mąki kokosowej, 1 łyżkę mąki ziemniaczanej, aromat arakowy.
Jajka całe ucieramy z cukrem, dodajemy twaróg, dalej ucieramy, dodajemy
wpierw mąkę kokosowa, ucieramy, dodajemy mąkę ziemniaczaną i aromat.
Całość wlewamy do blaszki wysmarowanej masłem, wstawiamy do
piekarnika nagrzanego do 160 stopni, termoobieg.
Pieczemy godzinę, wyłączamy, studzimy w uchylonym, wyłączonym
piekarniku, przekładamy na kratkę do studzenia.
Niektórzy pod pretekstem "czy jadalne?" - jedli to na ciepło.
Potem zrobiłam pasztet mięsny - 3/4 kg udzca z indyka + 300g surowego
boczku wieprzowego udusiłam z warzywami i przyprawami.
Całość przepuściłam przez maszynkę do mięsa, sitko z małymi oczkami,
dodałam gałkę muszkatołową.
Właśnie tkwi w piecyku, 160 stopni, termoobieg, za 70 minut go wyjmę.
Piekę w foremce wysmarowanej masłem.
*****
Wczoraj miałam "dzień czapkowy". Zrobiłam super prostą czapkę, ściegiem
francuskim lewym, otok wywijany na wierzch, robiony podwójnym ściegiem
ryżowym. Teraz robię z tej samej włóczki (mikrofibra, kolor bordo) "baktus".
A poza tym? No nic ciekawego, zima wszak.
czwartek, 23 stycznia 2014
Mix pesymistyczny
Doszłam do smętnego wniosku, że nic mi się nie podoba. Oczywiście pierwsze
miejsce na liście zajmuje pogoda. Co mi z tego, że dziś nawet świeciło słońce,
skoro -14 stopni na termometrze. A każdy wypad do sklepu to marznięcie po
drodze i umieranie z gorąca w środku. Zima jest paskudztwem, od początku do
końca.
Na ulice Warszawy wkraczają od dziś piecyki koksiaki. Ciekawe ile z nich
zginie - wszak to sprzęt w sam raz dla złomiarzy.
W sobotę siła zastępcza przyszła posprzątać mi mieszkanie. Następny dzień
spędziłam na poprawieniu po niej. Podeszłam do sprawy dość filozoficznie -
łatwiej poprawić niż wszystko robić samej. Mam tylko zgryz, bo nie zauważyłam
niedoróbek "na bieżąco" i za 2 tygodnie będę musiała jej o tym powiedzieć.
Wiem, że była u mnie pierwszy raz, no ale gdyby jej to zajęło więcej czasu to
bym dopłaciła przecież, a niechby było porządnie zrobione.
Przeczytałam skład naszej ekipy narodowej na Olimpiadę w Soczi - zupełnie nie mogę
pojąć po jaki gwint wysyłają męską drużynę biatlonistów. Chłopaki niestety nie biegają
szybko i bardzo rzadko celnie strzelają, więc jest pewne, że nie zajmą nawet
punktowanego miejsca. Typowa strata czasu i pieniędzy. Podobnie jest z narciarzami
konkurencji alpejskich - ich osiągnięcia oscylują w okolicy zera.
I tak ogólnie jakoś mi ta Soczi nie leży.Pomijam już, że latem też mi się tam nie
podobało.
Zrobiłam naszyjnik i......też mi się nie podoba. Nawet nie chce mi się go "obfocić".
Chyba na jakiś czas zawieszę koralikowanie. Muszę zrobić sobie kilka dekupażowych
drobiazgów, może lepiej mi to pójdzie niż koraliki, ale to nic pewnego.
Padła mi orchidea - rosnąca. A anturium jakoś dzielnie wytrzymuje ze mną w jednym
pokoju. "Chodzą" za mną jakieś sukulenty - jeśli ta orchidea nie wypuści nowych
kwiatów to zamienię ją na sukulenty- one z pewnością ze mną wytrzymają.
Dostałam propozycję (wg tych co to proponują jest ona nie do odrzucenia) napisania
jakiegoś opowiadania typu romansowego i...........z gracją ją daleko odrzuciłam.
Dziś ze zdziwieniem wyczytałam, że nie jestem jedyną osobą podejrzewającą, że
Wszechświat, nasza planeta i my- jesteśmy uczestnikami bardzo rozbudowanej gry
komputerowej. Pozostaje pytanie kto to zaprogramował, czy jesteśmy pierwszą wersją
tej gry czy też kolejną? A może Pierwszy programista już nie istnieje a my jesteśmy
tworami kogoś, kto był szalonym programistą w poprzedniej wersji gry?
Podoba mi się stwierdzenie Raya Kurzweila (amerykański wynalazca, myśliciel i pisarz):
"Możliwe, że nasz Wszechświat to eksperyment młodzieńca z innego Kosmosu zrobiony
na szkolny konkurs. Czytając wiadomości w gazecie, można czasem odnieść wrażenie,
że niedorosła inteligencja która go zaprojektowała, nie dostała za to zbyt wysokiej oceny".
Chyba muszę kupić książkę "Ewangelia Tomasza. Komentarze Osho". Drugą będzie
"Symbole Inków, Majów i Azteków" Heike Owusu.
Miłego dla Was;)
miejsce na liście zajmuje pogoda. Co mi z tego, że dziś nawet świeciło słońce,
skoro -14 stopni na termometrze. A każdy wypad do sklepu to marznięcie po
drodze i umieranie z gorąca w środku. Zima jest paskudztwem, od początku do
końca.
Na ulice Warszawy wkraczają od dziś piecyki koksiaki. Ciekawe ile z nich
zginie - wszak to sprzęt w sam raz dla złomiarzy.
W sobotę siła zastępcza przyszła posprzątać mi mieszkanie. Następny dzień
spędziłam na poprawieniu po niej. Podeszłam do sprawy dość filozoficznie -
łatwiej poprawić niż wszystko robić samej. Mam tylko zgryz, bo nie zauważyłam
niedoróbek "na bieżąco" i za 2 tygodnie będę musiała jej o tym powiedzieć.
Wiem, że była u mnie pierwszy raz, no ale gdyby jej to zajęło więcej czasu to
bym dopłaciła przecież, a niechby było porządnie zrobione.
Przeczytałam skład naszej ekipy narodowej na Olimpiadę w Soczi - zupełnie nie mogę
pojąć po jaki gwint wysyłają męską drużynę biatlonistów. Chłopaki niestety nie biegają
szybko i bardzo rzadko celnie strzelają, więc jest pewne, że nie zajmą nawet
punktowanego miejsca. Typowa strata czasu i pieniędzy. Podobnie jest z narciarzami
konkurencji alpejskich - ich osiągnięcia oscylują w okolicy zera.
I tak ogólnie jakoś mi ta Soczi nie leży.Pomijam już, że latem też mi się tam nie
podobało.
Zrobiłam naszyjnik i......też mi się nie podoba. Nawet nie chce mi się go "obfocić".
Chyba na jakiś czas zawieszę koralikowanie. Muszę zrobić sobie kilka dekupażowych
drobiazgów, może lepiej mi to pójdzie niż koraliki, ale to nic pewnego.
Padła mi orchidea - rosnąca. A anturium jakoś dzielnie wytrzymuje ze mną w jednym
pokoju. "Chodzą" za mną jakieś sukulenty - jeśli ta orchidea nie wypuści nowych
kwiatów to zamienię ją na sukulenty- one z pewnością ze mną wytrzymają.
Dostałam propozycję (wg tych co to proponują jest ona nie do odrzucenia) napisania
jakiegoś opowiadania typu romansowego i...........z gracją ją daleko odrzuciłam.
Dziś ze zdziwieniem wyczytałam, że nie jestem jedyną osobą podejrzewającą, że
Wszechświat, nasza planeta i my- jesteśmy uczestnikami bardzo rozbudowanej gry
komputerowej. Pozostaje pytanie kto to zaprogramował, czy jesteśmy pierwszą wersją
tej gry czy też kolejną? A może Pierwszy programista już nie istnieje a my jesteśmy
tworami kogoś, kto był szalonym programistą w poprzedniej wersji gry?
Podoba mi się stwierdzenie Raya Kurzweila (amerykański wynalazca, myśliciel i pisarz):
"Możliwe, że nasz Wszechświat to eksperyment młodzieńca z innego Kosmosu zrobiony
na szkolny konkurs. Czytając wiadomości w gazecie, można czasem odnieść wrażenie,
że niedorosła inteligencja która go zaprojektowała, nie dostała za to zbyt wysokiej oceny".
Chyba muszę kupić książkę "Ewangelia Tomasza. Komentarze Osho". Drugą będzie
"Symbole Inków, Majów i Azteków" Heike Owusu.
Miłego dla Was;)
niedziela, 19 stycznia 2014
Nie cieszcie się.......
....nie porzuciłam bloga.
Chwilowo przeniosłam "tfurczość" na drugi blog, czyli wyżywam się na
polu grafomańskim.
Poza tym mam jakieś cyrki z Bloggerem. Nie podoba mi się, że zdjęcia
"obrabiają się" automatycznie - wolałam gdy mogłam to robić sama.
Koralikuję w dalszym ciągu, ale nie wiem kiedy pokażę efekty.
Zupełnie przypadkiem odkryłam,że mam bardzo zabawne nieduże kamyczki,
w białe i czerwone ciapki. Zupełnie zapomniałam o ich istnieniu!
Ponieważ kamyki małe to muszę je oprawiać maleńkimi koralikami a taka
miniaturyzacja bardzo zabiera czas.
Poza tym wypróbowałam, że kwas askorbinowy plus czosnek z powodzeniem
zastąpiły antybiotyk- długo to trwało, ale wreszcie jest lepiej, przynajmniej
nie konkuruję z okolicznymi psami i nie szczekam.
Poza tym sytuacja zmusiła mnie do porządkowania różnych dokumentów
rodzinnych, bo kuzynki koniecznie chcą wyeksponować i upublicznić
fragmenty życia moich dziadków. Nie wiem co prawda po co.
Poza tym u mnie zima, jest prawie -3, leży śnieg i niestety od rana coś prószy.
Nie przypominam sobie bym tęskniła za zimą- było mi całkiem dobrze bez
śniegu i mrozu.
Ten zimowy pejzaż napawa mnie smutkiem, niedługo wpadnę w depresję:)))
Życzę wszystkim miłego nadchodzącego nowego tygodnia.To już piąty
tydzień nowego roku.
Chwilowo przeniosłam "tfurczość" na drugi blog, czyli wyżywam się na
polu grafomańskim.
Poza tym mam jakieś cyrki z Bloggerem. Nie podoba mi się, że zdjęcia
"obrabiają się" automatycznie - wolałam gdy mogłam to robić sama.
Koralikuję w dalszym ciągu, ale nie wiem kiedy pokażę efekty.
Zupełnie przypadkiem odkryłam,że mam bardzo zabawne nieduże kamyczki,
w białe i czerwone ciapki. Zupełnie zapomniałam o ich istnieniu!
Ponieważ kamyki małe to muszę je oprawiać maleńkimi koralikami a taka
miniaturyzacja bardzo zabiera czas.
Poza tym wypróbowałam, że kwas askorbinowy plus czosnek z powodzeniem
zastąpiły antybiotyk- długo to trwało, ale wreszcie jest lepiej, przynajmniej
nie konkuruję z okolicznymi psami i nie szczekam.
Poza tym sytuacja zmusiła mnie do porządkowania różnych dokumentów
rodzinnych, bo kuzynki koniecznie chcą wyeksponować i upublicznić
fragmenty życia moich dziadków. Nie wiem co prawda po co.
Poza tym u mnie zima, jest prawie -3, leży śnieg i niestety od rana coś prószy.
Nie przypominam sobie bym tęskniła za zimą- było mi całkiem dobrze bez
śniegu i mrozu.
Ten zimowy pejzaż napawa mnie smutkiem, niedługo wpadnę w depresję:)))
Życzę wszystkim miłego nadchodzącego nowego tygodnia.To już piąty
tydzień nowego roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)