Trochę mnie tu mało ostatnio, ale "wypisywałam się" na drugim blogu.
Sałatka- kwaszonka, o której pisałam w jednym z poprzednich postów
udała się - kwaszona tą metodą kapusta pekińska wyszła bardzo dobrze,
papryka i marchewka także. A ponieważ dałam również ogórki to
całość była mocno ogórkowa.
Doszłam do wniosku, że właściwie tą metodą można niemal wszystko
kwasić.
*****
Moje dzieci były tydzień w Finlandii. Podobno starszy Krasnal był
zachwycony zachodem słońca o godz. 23,30.
Podejrzewam, że najbardziej rajcował malca fakt, że nie musiał o godz.20,00
lądować w łóżku.
Poza tym zaprzyjaznił się tam z pięcioletnim łosiem
białymi krowami, które chciały być głaskane
oswojonymi sarnami
A na koniec obaj usiłowali wejść na latarnię morską ale się nie udało.
Jeszcze trochę i pojadę do tych Krasnali. Obym tylko nie miała
upałów.
drewniana rzezba
poniedziałek, 14 lipca 2014
sobota, 5 lipca 2014
Przysłowia....
....mądrością narodu.
Przez wiele lat ciotka mojej znajomej, matka dwojga dzieci, mieszkała wraz
z nimi i mężem w niedużym domu, ot takie M4 wolno stojące.
Dzieci dorastały, a córka wyjechała za granicę i tam wyszła za mąż. Dwa
razy w roku przyjeżdżała wraz z mężem i dzieckiem do Polski.
Jej rodzice bardzo lubili swego zięcia, a córka wyglądała na szczęśliwą.
Przy którymś kolejnym pobycie, "młodzi" oświadczyli, że oni za kilka
lat przyjadą do Polski na stałe, więc byłoby dobrze ten mały domek
zamienić na duży, wygodny dom.
I tak się też stało - córka z mężem dołożyli się nieco do tego przedsięwzięcia
i w niedługim czasie z małego "M4" starsi państwo przenieśli się do dużego
"M 44".
Zgodnie z przysłowiem "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi" wielce się
popsuło pomiędzy Asią i Hansem. Nie wiem jak tam było naprawdę, ale
efektem końcowym był rozwód.
Starsi państwo byli tym bardzo zmartwieni, jednocześnie mieli nadzieję, że
teraz córka powróci do Polski - był duży dom, w którym większość pokoi
zionęła pustką. Żeby zachęcić córkę do powrotu starsi państwo wpadli na
pomysł, że dom już teraz zapiszą na Asię.
Asia darowiznę przyjęła bez oporu, ale pozostała za granicą, tłumacząc, że
przecież dzieci tam nauki pobierają a ona wreszcie ma dobrą i ciekawą pracę.
Więc mieszkali starsi państwo nadal sami, cały czas dręcząc się zbyt dużym
metrażem.
Kilka lat temu starszy pan po krótkiej chorobie przestał się martwić domowym
nadmetrażem przenosząc się w inny wymiar.
Ciotka mej znajomej została sama w baaardzo dużym domu, który wymagał
od niej dużego nakładu pracy i pieniędzy. Gdyby dom był nadal jej własnością
to sprzedałaby go i kupiła dla siebie jakieś nieduże mieszkanie.
Ale sprawa była już nierealna, na domiar złego ceny nieruchomości nie tylko
poleciały w dół - nie było chętnych nabywców.
Starsza pani, ratując swe finanse, postanowiła wynająć piętro domu i to się
jej udało. Nie zarabia na tym, ale przynajmniej nie dokłada do interesu.
By umilić sobie samotność kupiła śliczną sunię, "yorczkę". Obie się wzajemnie
uwielbiają, a pani Krysia , pomimo swych 78 lat jest osoba bardzo sprawną,
nadal pracuje w ogrodzie i jezdzi na rowerze, wożąc w koszyczku sunię.
W ubiegłym miesiącu, przyjechała do niej córka, mówiąc, żeby pani Krysia
zaczęła pakować swoje rzeczy, bo Asia zabiera ją do siebie, a ten dom idzie
na sprzedaż. Rozmowa skończyła się sporą awanturą, bo pani Krysia zupełnie
nie ma chęci przeprowadzania się w 78 wiośnie życia poza Polskę . Wiadomo,
że w tym wieku nie nauczy się raczej holenderskiego, nie zorganizuje tam
sobie grona bliskich znajomych. Zdaje sobie sprawę, że w tym wieku w każdej
chwili może się jej stan pogorszyć, ale w razie potrzeby prędzej widzi siebie
w jakimś polskim zakładzie opieki niż holenderskim.
Na razie pani Krysia jest zestresowana i wydzwania po całej rodzinie szukając
jakiejś dobrej rady i ewentualnego miejsca zamieszkania. Jak na razie nie
znalazła ani jednego ani drugiego. Nawet ci, co mają własne domy nie palą
się by dać jej lokum.
I tu przychodzi mi na myśl drugie przysłowie: "z rodziną najlepiej wychodzi się
na fotografii a i to trzeba stanąć pośrodku, bo inaczej cię obetną".
Miłego weekendu wszystkim;)
Przez wiele lat ciotka mojej znajomej, matka dwojga dzieci, mieszkała wraz
z nimi i mężem w niedużym domu, ot takie M4 wolno stojące.
Dzieci dorastały, a córka wyjechała za granicę i tam wyszła za mąż. Dwa
razy w roku przyjeżdżała wraz z mężem i dzieckiem do Polski.
Jej rodzice bardzo lubili swego zięcia, a córka wyglądała na szczęśliwą.
Przy którymś kolejnym pobycie, "młodzi" oświadczyli, że oni za kilka
lat przyjadą do Polski na stałe, więc byłoby dobrze ten mały domek
zamienić na duży, wygodny dom.
I tak się też stało - córka z mężem dołożyli się nieco do tego przedsięwzięcia
i w niedługim czasie z małego "M4" starsi państwo przenieśli się do dużego
"M 44".
Zgodnie z przysłowiem "człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi" wielce się
popsuło pomiędzy Asią i Hansem. Nie wiem jak tam było naprawdę, ale
efektem końcowym był rozwód.
Starsi państwo byli tym bardzo zmartwieni, jednocześnie mieli nadzieję, że
teraz córka powróci do Polski - był duży dom, w którym większość pokoi
zionęła pustką. Żeby zachęcić córkę do powrotu starsi państwo wpadli na
pomysł, że dom już teraz zapiszą na Asię.
Asia darowiznę przyjęła bez oporu, ale pozostała za granicą, tłumacząc, że
przecież dzieci tam nauki pobierają a ona wreszcie ma dobrą i ciekawą pracę.
Więc mieszkali starsi państwo nadal sami, cały czas dręcząc się zbyt dużym
metrażem.
Kilka lat temu starszy pan po krótkiej chorobie przestał się martwić domowym
nadmetrażem przenosząc się w inny wymiar.
Ciotka mej znajomej została sama w baaardzo dużym domu, który wymagał
od niej dużego nakładu pracy i pieniędzy. Gdyby dom był nadal jej własnością
to sprzedałaby go i kupiła dla siebie jakieś nieduże mieszkanie.
Ale sprawa była już nierealna, na domiar złego ceny nieruchomości nie tylko
poleciały w dół - nie było chętnych nabywców.
Starsza pani, ratując swe finanse, postanowiła wynająć piętro domu i to się
jej udało. Nie zarabia na tym, ale przynajmniej nie dokłada do interesu.
By umilić sobie samotność kupiła śliczną sunię, "yorczkę". Obie się wzajemnie
uwielbiają, a pani Krysia , pomimo swych 78 lat jest osoba bardzo sprawną,
nadal pracuje w ogrodzie i jezdzi na rowerze, wożąc w koszyczku sunię.
W ubiegłym miesiącu, przyjechała do niej córka, mówiąc, żeby pani Krysia
zaczęła pakować swoje rzeczy, bo Asia zabiera ją do siebie, a ten dom idzie
na sprzedaż. Rozmowa skończyła się sporą awanturą, bo pani Krysia zupełnie
nie ma chęci przeprowadzania się w 78 wiośnie życia poza Polskę . Wiadomo,
że w tym wieku nie nauczy się raczej holenderskiego, nie zorganizuje tam
sobie grona bliskich znajomych. Zdaje sobie sprawę, że w tym wieku w każdej
chwili może się jej stan pogorszyć, ale w razie potrzeby prędzej widzi siebie
w jakimś polskim zakładzie opieki niż holenderskim.
Na razie pani Krysia jest zestresowana i wydzwania po całej rodzinie szukając
jakiejś dobrej rady i ewentualnego miejsca zamieszkania. Jak na razie nie
znalazła ani jednego ani drugiego. Nawet ci, co mają własne domy nie palą
się by dać jej lokum.
I tu przychodzi mi na myśl drugie przysłowie: "z rodziną najlepiej wychodzi się
na fotografii a i to trzeba stanąć pośrodku, bo inaczej cię obetną".
Miłego weekendu wszystkim;)
czwartek, 3 lipca 2014
Już czwartek???
No nie wiem, ale dni jakoś mi uciekają, albo przeciekają przez palce.
Dziś, za sprawą mego męża przetestowaliśmy kolejną przychodnię niepubliczną,
w której jednak można leczyć się na koszt NFZ, ale trzeba oczywiście mieć
skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
Siedziałam pod gabinetem lekarskim pana urologa i miałam świetną rozrywkę, jako
że pacjentami byli głównie panowie- mocno starsi panowie , którym się zapewne
wydaje, że na starość to obie płcie na to samo chorują. Dobrze, że siedziałam, bo
gdybym stała to padłabym z wrażenia , bo starszy pan zapytał mnie teatralnym
szeptem, ile razy w nocy wstaję do toalety, bo on to co dwie godziny, a poza tym
był strasznie ciekawy na co choruje "ten pan, co właśnie siedzi w gabinecie".
Po wyjściu z gabinetu mój mąż był rozpromieniony, że wszystko tak sprawnie
jest zorganizowane, że recepta jest wydrukowana i można przeczytać nazwę leku,
że wszystko ma pan doktor w komputerze i sam bez ponaglania wydrukował
informację dla lekarza pierwszego kontaktu dot. schorzenia i leków. Ja tylko mogę
dodać, że byliśmy przyjęci co do minuty, w przychodni jest dostateczna ilość
krzesełek w poczekalniach, nawet pani w recepcji uśmiechnięta no i jest czysto.
Wniosek - wszystko zależy od organizacji.
*****
Nastawiłam dziś dwie pierwsze kiszonki - ogórki i sałatkę mieszaną. Tym sposobem
mam dwa dwulitrowe słoje wypełnione. Obydwa zalałam zalewą taką typową, czyli
na każdy litr wody dałam kopiastą łyżkę stołową soli, do każdego słoja dałam koper,
pocięty korzeń chrzanu i sporo czosnku. Wodę dałam zimną, prosto z kranu, bo mam
własną stację uzdatniania wody.
W słoju "sałatkowym" zostały zalane ogórki pokrojone w niezbyt cienkie plastry,
kawałki papryki jasnej, krajowej (ona ma cieniutką skórkę), marchewka w postaci
pasków zrobionych strugaczką, oraz pokrojona cienko kapusta pekińska oraz baldachy
kopru, paski chrzanu, i kilka ząbków czosnku.
Teraz oba słoje stoją w czarnej foliowej torbie a ich zawartość dostała polecenie
"ukwaszenia się".
Najwięcej się narobiłam przy ogórkach, ponieważ każdy jeden został wyszorowany
szczoteczką pod bieżącą, lekko ciepłą wodą. Ciepłą dlatego, że jednak było ich nieco
ponad dwa kg a od szorowania zimną to by mnie paluszki bolały.
Musiałam je wyszorować, były bardzo zapiaszczone.
Wczoraj wypiłam kupny kefir, ponoć "bio" i jakoś po nim nie zmarłam. Zakupiłam też
mąkę ze skiełkowanych ziaren żyta i pewnie w poniedziałek będę z niej piekła chleb.
Ciekawa jestem jaki mi wyjdzie.
A tak kwitną róże pod moim kuchennym oknem.
*****
Warszawa zaczyna być miłym miastem - sporo ludzi wyjechało i nie było korków. Przez
moment pomyślałam, że albo pomyliłam kierunki albo godzinę:)))
Dziś, za sprawą mego męża przetestowaliśmy kolejną przychodnię niepubliczną,
w której jednak można leczyć się na koszt NFZ, ale trzeba oczywiście mieć
skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu.
Siedziałam pod gabinetem lekarskim pana urologa i miałam świetną rozrywkę, jako
że pacjentami byli głównie panowie- mocno starsi panowie , którym się zapewne
wydaje, że na starość to obie płcie na to samo chorują. Dobrze, że siedziałam, bo
gdybym stała to padłabym z wrażenia , bo starszy pan zapytał mnie teatralnym
szeptem, ile razy w nocy wstaję do toalety, bo on to co dwie godziny, a poza tym
był strasznie ciekawy na co choruje "ten pan, co właśnie siedzi w gabinecie".
Po wyjściu z gabinetu mój mąż był rozpromieniony, że wszystko tak sprawnie
jest zorganizowane, że recepta jest wydrukowana i można przeczytać nazwę leku,
że wszystko ma pan doktor w komputerze i sam bez ponaglania wydrukował
informację dla lekarza pierwszego kontaktu dot. schorzenia i leków. Ja tylko mogę
dodać, że byliśmy przyjęci co do minuty, w przychodni jest dostateczna ilość
krzesełek w poczekalniach, nawet pani w recepcji uśmiechnięta no i jest czysto.
Wniosek - wszystko zależy od organizacji.
*****
Nastawiłam dziś dwie pierwsze kiszonki - ogórki i sałatkę mieszaną. Tym sposobem
mam dwa dwulitrowe słoje wypełnione. Obydwa zalałam zalewą taką typową, czyli
na każdy litr wody dałam kopiastą łyżkę stołową soli, do każdego słoja dałam koper,
pocięty korzeń chrzanu i sporo czosnku. Wodę dałam zimną, prosto z kranu, bo mam
własną stację uzdatniania wody.
W słoju "sałatkowym" zostały zalane ogórki pokrojone w niezbyt cienkie plastry,
kawałki papryki jasnej, krajowej (ona ma cieniutką skórkę), marchewka w postaci
pasków zrobionych strugaczką, oraz pokrojona cienko kapusta pekińska oraz baldachy
kopru, paski chrzanu, i kilka ząbków czosnku.
Teraz oba słoje stoją w czarnej foliowej torbie a ich zawartość dostała polecenie
"ukwaszenia się".
Najwięcej się narobiłam przy ogórkach, ponieważ każdy jeden został wyszorowany
szczoteczką pod bieżącą, lekko ciepłą wodą. Ciepłą dlatego, że jednak było ich nieco
ponad dwa kg a od szorowania zimną to by mnie paluszki bolały.
Musiałam je wyszorować, były bardzo zapiaszczone.
Wczoraj wypiłam kupny kefir, ponoć "bio" i jakoś po nim nie zmarłam. Zakupiłam też
mąkę ze skiełkowanych ziaren żyta i pewnie w poniedziałek będę z niej piekła chleb.
Ciekawa jestem jaki mi wyjdzie.
A tak kwitną róże pod moim kuchennym oknem.
*****
Warszawa zaczyna być miłym miastem - sporo ludzi wyjechało i nie było korków. Przez
moment pomyślałam, że albo pomyliłam kierunki albo godzinę:)))
wtorek, 1 lipca 2014
Mix
Spotkałam się ostatnio z zarzutem, że obniżam swój poziom blogowania -
no cóż- nie da się ukryć, że wolałabym się spotkać z jakimś przystojnym
facetem niż z takimi zarzutami. Ale życie bywa wszak okrutne.
W takim razie poczołgam się nieco po własnym blogu, skoro poziom niski.
*****
Ci, co wytrwale tu zaglądają pamiętają zapewne, że rok temu, po uporczywej
antybiotykoterapii, dorobiłam się rzekomo błoniastego zapalenia jelit. Stan
ten udało się w końcu opanować , wyniki już nie wykazują szkodliwych
toksyn, niestety moje jelita jakoś się jeszcze nie wygoiły, co objawia się
sporym obniżeniem odporności i różnymi ograniczeniami dietetycznymi,
z których najgorsze dla mnie to zero owoców i surowizny.
Ostatnio przemiły pan profesor gastroenterolog uświadomił mnie, że po
takiej "hecy" jelita mogą się goić i ....sześć lat, skoro już jestem "dorosła".
W związku z tym, żeby ciągle nie paść się różnymi probiotykami w tabletkach,
które wprawdzie pomagają, ale nie bardzo szybko, powinnam zmienić
swój sposób odżywiania się, by w sposób naturalny, trwały i stosunkowo
mało uciążliwy zasiedlić trwale swoje jelita właściwą florą bakteryjną.
Podobno naukowcy i lekarze nagle odkryli, że sekret zdrowia to żywność
fermentowana, czyli powrót do przeszłości.
Brzmi niezle, ale ... oznacza to, że kolejny raz muszę zmieniać sobie dietę,
a poza tym babrać się w kuchni, bo muszę jeść tylko to, co domowe - zero
kupnych gotowców.
Podstawą wyżywienia mają być różnego rodzaju domowe kiszonki, własnej
produkcji kefir ( bo ma więcej właściwych bakterii niż jogurt), własnej
produkcji pieczywo z mąki produkowanej ze skiełkowanych ziaren zbóż,
kombucza i niemal wszystko robione z udziałem keriru, serwatki kefirowej
lub sera kefirowego. Nie wiedziałam nawet , że coś takiego istnieje.
Zakupiłam więc odpowiednią lekturę, czyli książkę pani Donny Schwenk
pt. "Zdrowy ferment".
Kolejny dzień nurkowałam w sieci, by zgromadzić potrzebne ingrediencje.
Na razie ukwasiłam ogórki, wynalazłam miejsce, gdzie sprzedają liofilizowane
kultury bakterii kefiru, mąkę ze skiełkowanych ziaren, bakterie do kwaszenia
warzyw, przestudiowałam mnóstwo przepisów, muszę jeszcze tylko zakupić
kilka litrowych słoików i poszukać kombuczy w sklepach ze zdrową żywnością.
Chociaż prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy ją zakupię - może poczekam
aż polubię kefir własnej produkcji. Jeśli się przyzwyczaję do kefiru to może..?
Kombucza jest to coś, co niektórzy zwą "grzybkiem herbacianym lub tybetańskim",
a tak naprawdę jest mieszanką bakterii, które dodane do herbaty powodują jej
fermentację, czyli robią z niej napój gazowany. Wg. wtajemniczonych kombucza
jest dobra na wszystko bo: odtruwa wątrobę, poprawia wzok, zmniejsza objawy
zaćmy, uwalnia od migren i bólu głowy, wspomaga trawienie, łagodzi sezonowe
alergie,wspomaga odchudzanie bo hamuje apetyt, wzmacnia układ odpornościowy,
uśmierza bóle stawów, dostarcza energii.
*****
Dostałam pełne wsparcie ze strony ślubnego, czyli łaskawie zmieni swój jogurt
kupowany w sklepie, na mój kefir. Nie jestem tylko pewna czy tego właśnie
oczekiwałam
no cóż- nie da się ukryć, że wolałabym się spotkać z jakimś przystojnym
facetem niż z takimi zarzutami. Ale życie bywa wszak okrutne.
W takim razie poczołgam się nieco po własnym blogu, skoro poziom niski.
*****
Ci, co wytrwale tu zaglądają pamiętają zapewne, że rok temu, po uporczywej
antybiotykoterapii, dorobiłam się rzekomo błoniastego zapalenia jelit. Stan
ten udało się w końcu opanować , wyniki już nie wykazują szkodliwych
toksyn, niestety moje jelita jakoś się jeszcze nie wygoiły, co objawia się
sporym obniżeniem odporności i różnymi ograniczeniami dietetycznymi,
z których najgorsze dla mnie to zero owoców i surowizny.
Ostatnio przemiły pan profesor gastroenterolog uświadomił mnie, że po
takiej "hecy" jelita mogą się goić i ....sześć lat, skoro już jestem "dorosła".
W związku z tym, żeby ciągle nie paść się różnymi probiotykami w tabletkach,
które wprawdzie pomagają, ale nie bardzo szybko, powinnam zmienić
swój sposób odżywiania się, by w sposób naturalny, trwały i stosunkowo
mało uciążliwy zasiedlić trwale swoje jelita właściwą florą bakteryjną.
Podobno naukowcy i lekarze nagle odkryli, że sekret zdrowia to żywność
fermentowana, czyli powrót do przeszłości.
Brzmi niezle, ale ... oznacza to, że kolejny raz muszę zmieniać sobie dietę,
a poza tym babrać się w kuchni, bo muszę jeść tylko to, co domowe - zero
kupnych gotowców.
Podstawą wyżywienia mają być różnego rodzaju domowe kiszonki, własnej
produkcji kefir ( bo ma więcej właściwych bakterii niż jogurt), własnej
produkcji pieczywo z mąki produkowanej ze skiełkowanych ziaren zbóż,
kombucza i niemal wszystko robione z udziałem keriru, serwatki kefirowej
lub sera kefirowego. Nie wiedziałam nawet , że coś takiego istnieje.
Zakupiłam więc odpowiednią lekturę, czyli książkę pani Donny Schwenk
pt. "Zdrowy ferment".
Kolejny dzień nurkowałam w sieci, by zgromadzić potrzebne ingrediencje.
Na razie ukwasiłam ogórki, wynalazłam miejsce, gdzie sprzedają liofilizowane
kultury bakterii kefiru, mąkę ze skiełkowanych ziaren, bakterie do kwaszenia
warzyw, przestudiowałam mnóstwo przepisów, muszę jeszcze tylko zakupić
kilka litrowych słoików i poszukać kombuczy w sklepach ze zdrową żywnością.
Chociaż prawdę mówiąc to nie jestem pewna, czy ją zakupię - może poczekam
aż polubię kefir własnej produkcji. Jeśli się przyzwyczaję do kefiru to może..?
Kombucza jest to coś, co niektórzy zwą "grzybkiem herbacianym lub tybetańskim",
a tak naprawdę jest mieszanką bakterii, które dodane do herbaty powodują jej
fermentację, czyli robią z niej napój gazowany. Wg. wtajemniczonych kombucza
jest dobra na wszystko bo: odtruwa wątrobę, poprawia wzok, zmniejsza objawy
zaćmy, uwalnia od migren i bólu głowy, wspomaga trawienie, łagodzi sezonowe
alergie,wspomaga odchudzanie bo hamuje apetyt, wzmacnia układ odpornościowy,
uśmierza bóle stawów, dostarcza energii.
*****
Dostałam pełne wsparcie ze strony ślubnego, czyli łaskawie zmieni swój jogurt
kupowany w sklepie, na mój kefir. Nie jestem tylko pewna czy tego właśnie
oczekiwałam
piątek, 27 czerwca 2014
Post dla Zgagi
Pod poprzednim moim postem, Zgaga napisała w komentarzu, że być
może wybierze się do Berlina i że mam w tym swój udział.
Pomyślałam, że aby mieć jeszcze większy udział w tym przedsięwzięciu
napiszę trochę o "wyprawie" do Berlina. To będą takie podstawowe
informacje.
Z Polski do Berlina można dotrzeć na cztery sposoby - samolotem, pociagiem,
autobusem lub samochodem.
Samolot lata z Warszawy dwa razy dziennie, ale nie są to tanie linie.Tanie linie
są raz w tygodniu z Krakowa i Gdańska i 3 razy w tygodniu z Warszawy.
W tanich liniach ta frajda kosztowała dotychczas 50€ w jedną stronę od osoby.
Pociąg z Warszawy kursuje cztery razy dziennie, jedzie zaledwie 5 godzin i
15 minut, tańszy bilet (bez możliwości zmiany daty wyjazdu i zwrotu) to
29€ od osoby w jedną stronę. Taki z możliwością zmiany daty podróży i dokonania
zwrotu w razie rezygnacji z podróży kosztuje 10€ więcej.
Pociągiem można również dotrzeć do Berlina z: Krakowa, Wrocławia, Szczecina,
Poznania i Gdyni.
Z Gdyni jedzie się 7,5 godziny, ceny jak wyżej.
Można też jechać autobusem - ponoć większość dużych miast ma z Berlinem
połączenie autobusowe a dokładne dane są tutaj. Ceny od 150,00 zł w jedną
stronę.
Oczywiście można też jechać własnym samochodem ale trzeba pamiętać o tym, że
Berlin posiada strefę ekologiczną, więc każdy samochód musi posiadać plakietkę
potwierdzającą dozwolony poziom emisji spalin (EURO 4). Do końca tego roku
samochody zarejestrowane poza granicami Niemiec mogą wjeżdżać z plakietką
"EURO 3 ", którą można nabyć również w Polsce (www.berlin-polska.pl). Poza tym
można nabyć plakietkę w wielu stacjach diagnostycznych w Brandenburgii i samym
Berlinie, co kosztuje w sumie 7€. Wjazd do strefy ekologicznej bez tej plakietki
grozi mandatem 40€.
Osobiście nie zachęcam nikogo do jazdy własnym samochodem, bo zaparkowanie
w Berlinie graniczy z cudem a poza tym parkingi drogie.
Berlin ma świetną komunikację miejską - we wszystkich środkach komunikacji
miejskiej są ważne te same bilety, a ich cena zależy od strefy. Strefy są trzy -AB, BC
i ABC. Strefa A jest w obrębie miejskiej kolejki S-Bahn, B- to granice administracyjne
miasta a C- miejscowości w Brandenburgii sąsiadujące z Berlinem.
Bilet całodzienny (Tageskarte) na strefę AB to 6,5€, na ABC-7€.
Bilety jednorazowe ważne przez 2 godziny pozwalają jechać tylko w jednym kierunku,
można robić dowolną liczbę przesiadek i kosztują: AB=2,4€, ABC=3,1€.
Bilet siedmiodniowy : strefa AB=28€, strefa ABC=34,6€.
Bilety można kupić u kierowcy autobusu, w automatach i punktach handlowych
oznaczonych symbolami VBB lub BVG.
Berlin ma niemal 200 linii autobusowych w tym 47nocnych. Moje ulubione to 100 i 200,
bo obsługują wiele fajnych do zwiedzania miejsc. Linii metra (U-Bahn) jest 9, linii
kolejki miejskiej (S-Bahn) jest 15. Sieć tramwajowa funkcjonuje we wschodniej
części miasta i ma 22 linie.
Można też wypożyczyć rower, ale opłata za nie jest pobierana z karty kredytowej.
Szczegóły na www.callabike.de W Berlinie nikt nie przepędza rowerzystów.
Noclegi - z tego co wiem to jest ich sporo , bo niemal 90 tysięcy miejsc w 580
obiektach. W dwugwiazdkowym hotelu w centrum miasta pokój dla 2 osób kosztuje
60- 70€ za dobę.
Można też wykupić w Berlinie kartę zniżkową "WelcomeCard".
Karta na 48 godzin =18,5€, na 72 godz.=24,5€, na 5 dni= 31,5€. WelcomeCard
uprawnia do zniżek w 160 obiektach oraz do bezpłatnych przejazdów komunikacją
miejską w strefie AB. Poza tym można nabyć kartę MuseumsPass, która gwarantuje
wstęp do 55 obiektów muzealnych w ciągu trzech kolejnych dni. Cena 19€.
Koniecznie przed wyjazdem należy wyrobić sobie w NFZ kartę EKUZ i sprawdzić
czy ta, którą mamy jest jeszcze aktualna. Jeśli nie - przedłużyć.
Można wyjechać na podstawie Dowódu Osobistego lub paszportu. Nieletnie dzieci
muszą mieć odzielny dokument, czyli paszport. Zwierzaki - paszport wystawiony przez
uprawnioną do tego lecznicę weterynaryjną, tutaj znajdziecie dokładną informację.
Poza tym jeśli można Wam coś doradzić - przed wyjazdem kupcie koniecznie
przewodnik po Berlinie - jest ich sporo, ceny od ok. 15 złotych do ok.70,00.
Zakup planu Berlina też w moim odczuciu nie jest głupotą, bo nie wszystkie
przewodniki mają plan całego miasta- najczęściej tylko wybranych jego fragmentów.
Warto sobie wszystko wcześniej zaplanować, choćby tylko po to, by wiedzieć czy
zakupić po przyjezdzie te zniżkowe karty i w ogóle wiedzieć ile euro wydamy.
Poza tym moje wiadomości są nieco "wyrywkowe", bo mieszkamy tam u rodziny,
w weekendy jezdzimy na ich biletach miesięcznych, bo w Berlinie posiadacz biletu
miesięcznego ma prawo "przewiezć" na swoim bilecie dwoje dzieci i 1 osobę dorosłą.
No i z uwagi na stan zdrowia mego ślubnego raczej tylko pół dnia szlajamy się po
mieście i okolicach.
może wybierze się do Berlina i że mam w tym swój udział.
Pomyślałam, że aby mieć jeszcze większy udział w tym przedsięwzięciu
napiszę trochę o "wyprawie" do Berlina. To będą takie podstawowe
informacje.
Z Polski do Berlina można dotrzeć na cztery sposoby - samolotem, pociagiem,
autobusem lub samochodem.
Samolot lata z Warszawy dwa razy dziennie, ale nie są to tanie linie.Tanie linie
są raz w tygodniu z Krakowa i Gdańska i 3 razy w tygodniu z Warszawy.
W tanich liniach ta frajda kosztowała dotychczas 50€ w jedną stronę od osoby.
Pociąg z Warszawy kursuje cztery razy dziennie, jedzie zaledwie 5 godzin i
15 minut, tańszy bilet (bez możliwości zmiany daty wyjazdu i zwrotu) to
29€ od osoby w jedną stronę. Taki z możliwością zmiany daty podróży i dokonania
zwrotu w razie rezygnacji z podróży kosztuje 10€ więcej.
Pociągiem można również dotrzeć do Berlina z: Krakowa, Wrocławia, Szczecina,
Poznania i Gdyni.
Z Gdyni jedzie się 7,5 godziny, ceny jak wyżej.
Można też jechać autobusem - ponoć większość dużych miast ma z Berlinem
połączenie autobusowe a dokładne dane są tutaj. Ceny od 150,00 zł w jedną
stronę.
Oczywiście można też jechać własnym samochodem ale trzeba pamiętać o tym, że
Berlin posiada strefę ekologiczną, więc każdy samochód musi posiadać plakietkę
potwierdzającą dozwolony poziom emisji spalin (EURO 4). Do końca tego roku
samochody zarejestrowane poza granicami Niemiec mogą wjeżdżać z plakietką
"EURO 3 ", którą można nabyć również w Polsce (www.berlin-polska.pl). Poza tym
można nabyć plakietkę w wielu stacjach diagnostycznych w Brandenburgii i samym
Berlinie, co kosztuje w sumie 7€. Wjazd do strefy ekologicznej bez tej plakietki
grozi mandatem 40€.
Osobiście nie zachęcam nikogo do jazdy własnym samochodem, bo zaparkowanie
w Berlinie graniczy z cudem a poza tym parkingi drogie.
Berlin ma świetną komunikację miejską - we wszystkich środkach komunikacji
miejskiej są ważne te same bilety, a ich cena zależy od strefy. Strefy są trzy -AB, BC
i ABC. Strefa A jest w obrębie miejskiej kolejki S-Bahn, B- to granice administracyjne
miasta a C- miejscowości w Brandenburgii sąsiadujące z Berlinem.
Bilet całodzienny (Tageskarte) na strefę AB to 6,5€, na ABC-7€.
Bilety jednorazowe ważne przez 2 godziny pozwalają jechać tylko w jednym kierunku,
można robić dowolną liczbę przesiadek i kosztują: AB=2,4€, ABC=3,1€.
Bilet siedmiodniowy : strefa AB=28€, strefa ABC=34,6€.
Bilety można kupić u kierowcy autobusu, w automatach i punktach handlowych
oznaczonych symbolami VBB lub BVG.
Berlin ma niemal 200 linii autobusowych w tym 47nocnych. Moje ulubione to 100 i 200,
bo obsługują wiele fajnych do zwiedzania miejsc. Linii metra (U-Bahn) jest 9, linii
kolejki miejskiej (S-Bahn) jest 15. Sieć tramwajowa funkcjonuje we wschodniej
części miasta i ma 22 linie.
Można też wypożyczyć rower, ale opłata za nie jest pobierana z karty kredytowej.
Szczegóły na www.callabike.de W Berlinie nikt nie przepędza rowerzystów.
Noclegi - z tego co wiem to jest ich sporo , bo niemal 90 tysięcy miejsc w 580
obiektach. W dwugwiazdkowym hotelu w centrum miasta pokój dla 2 osób kosztuje
60- 70€ za dobę.
Można też wykupić w Berlinie kartę zniżkową "WelcomeCard".
Karta na 48 godzin =18,5€, na 72 godz.=24,5€, na 5 dni= 31,5€. WelcomeCard
uprawnia do zniżek w 160 obiektach oraz do bezpłatnych przejazdów komunikacją
miejską w strefie AB. Poza tym można nabyć kartę MuseumsPass, która gwarantuje
wstęp do 55 obiektów muzealnych w ciągu trzech kolejnych dni. Cena 19€.
Koniecznie przed wyjazdem należy wyrobić sobie w NFZ kartę EKUZ i sprawdzić
czy ta, którą mamy jest jeszcze aktualna. Jeśli nie - przedłużyć.
Można wyjechać na podstawie Dowódu Osobistego lub paszportu. Nieletnie dzieci
muszą mieć odzielny dokument, czyli paszport. Zwierzaki - paszport wystawiony przez
uprawnioną do tego lecznicę weterynaryjną, tutaj znajdziecie dokładną informację.
Poza tym jeśli można Wam coś doradzić - przed wyjazdem kupcie koniecznie
przewodnik po Berlinie - jest ich sporo, ceny od ok. 15 złotych do ok.70,00.
Zakup planu Berlina też w moim odczuciu nie jest głupotą, bo nie wszystkie
przewodniki mają plan całego miasta- najczęściej tylko wybranych jego fragmentów.
Warto sobie wszystko wcześniej zaplanować, choćby tylko po to, by wiedzieć czy
zakupić po przyjezdzie te zniżkowe karty i w ogóle wiedzieć ile euro wydamy.
Poza tym moje wiadomości są nieco "wyrywkowe", bo mieszkamy tam u rodziny,
w weekendy jezdzimy na ich biletach miesięcznych, bo w Berlinie posiadacz biletu
miesięcznego ma prawo "przewiezć" na swoim bilecie dwoje dzieci i 1 osobę dorosłą.
No i z uwagi na stan zdrowia mego ślubnego raczej tylko pół dnia szlajamy się po
mieście i okolicach.
środa, 25 czerwca 2014
Czasami coś dłubię
dopiero od kilku dni czuję się nieco lepiej i udaje mi się przespać noc bez kaszlu.
Ale po zeszłorocznych smętnych doświadczeniach z antybiotykami tym razem
leczyłam się sama, samymi domowymi sposobami.
Strasznie długo to co prawda trwało, a najważniejsze, że się udało.
"Wydziabałam" szydełkiem takie nieduże serwetki - niestety kolor na tym
zdjęciu jest przekłamany - tak naprawdę to serwetki są w kolorze ecru.
Obie przekłamane kolorystycznie.
Zakupiliśmy już bilety na wyjazd do Krasnoludków. Załapaliśmy się na
tańsze bilety i ta frajda kosztuje nas w obie strony 116€. Jedziemy na I
połowę sierpnia, bo od 18 sierpnia starszy Krasnolud już idzie do szkoły,
do pierwszej klasy.
Ciekawy zwyczaj, bo on już od 4 sierpnia będzie chodził do świetlicy
szkolnej w ramach zaprzyjazniania się ze szkołą.
Ciekawa jestem jak mu się będzie podobało, bo z przedszkola, do którego
chodził, tylko on jeden idzie do tej właśnie szkoły.
Poza tym dziecię wyraziło chęć chodzenia na kurs języka polskiego, bo on ma
naturę perfekcjonisty i chce dobrze mówić po polsku.
A młodszy Krasnal trenuje zawzięcie jazdę na rowerze dwukołowym - idzie
mu niezle z utrzymaniem równowagi (jezdzi bez pantografów) ale często
zagapia się na boki i ląduje w krzaczorach. Poza tym zapomina, że gdy się
zatrzymuje to należy nóżki zdjąć z pedałów. Oczywiście jezdzi w kasku -
nie widziałam tam jeszcze dziecka na rowerze bez kasku.
Dobrze, że szkoła i przedszkole są w pobliżu - w drodze do szkoły wpierw
wstawią młodszego do przedszkola, potem powędrują do szkoły.
Przeglądam namiętnie przewodnik po Berlinie co mamy zwiedzić tym razem.
No cóż, miasto ogromne, rzeczy do zwiedzania multum. Oby tylko nie było
w pierwszej połowie sierpnia upałów.
Już się cieszę na ten wyjazd - mam nadzieję, że jeszcze się załapię na kwitnące
lipy.
czwartek, 19 czerwca 2014
Na poprawę humoru
To nie tornado przeleciało przez pokój moich wnuków - tak wygląda
sprzątanie pokoju w ich wykonaniu.
To wszystko, co leży na łóżku Starszego, leżało, stało, poniewierało się na
podłodze ich pokoju.
Ciekawa tylko jestem, który z nich wpadł na tak prosty i genialny pomysł.
Poza tym Krasnoludki były na długiej wycieczce i zwiedzały Drezno,
a głównie Zwinger
Mam wrażenie, że to bardzo dobre miejsce na odbywanie kary.
Jeżeli nigdy nie byliście w Dreznie, to żałujcie. Uważam, że warto, choć
nie da się ukryć, że w efekcie nalotów dywanowych amerykańskich i
brytyjskich samolotów w dniach 13 i 14 lutego 1945 roku, Stare Miasto
zostało zburzone. 39 km kwadratowych miasta zostało zburzonych a
śmierć poniosło około 25000 ludzi.
Jak zapewne pamiętacie, Drezno przypadło w posagu Niemieckiej Republice
Demokratycznej. Ciągły brak środków sprawił, że wiele pięknych zabytków
nie zostało odbudowanych, na szczęście Zwinger, który był i jest najbardziej
znaczącym w Europie pózno barokowym kompleksem pałacowym, został
odbudowany.
Zwinger był zbudowany w latach 1711- 1728 na życzenie Fryderyka Augusta I,
Mocnego, który w 1696 roku został wybrany królem Polski i u nas był znany
jako August II. Nie da się ukryć, że Zwinger powstał głównie za polskie
pieniądze, bo w tamtych czasach Saksonia do bogatych krain nie należała.
To trochę zabawne i przewrotne - pieniądze u nas zarabiane nasz król wydawał
w Saksonii. Chichot historii - potem my zarabialiśmy tam, a wydawaliśmy
u nas. Zapewne nie wszyscy wiedzą, że wielu naszych pracowników miało
bardzo intratne kontrakty zbiorowe w NRD, gdzie brakowało rąk do pracy.
Kompleks Zwinger jest naprawdę bardzo ładny i wart zwiedzenia - co prawda
nachodzić się tam można niesamowicie i na mój gust trudno wszystko zobaczyć
w ciągu jednego dnia. Zbiory chińskiej porcelany z XV wieku oraz porcelany
miśnieńskiej są naprawdę piękne. A Galerie Obrazów Starych Mistrzów i
nowsza Galeria Nowych Mistrzów dostarczą również wielu wrażeń.
Gdy zwiedzałam Zwinger byłam jeszcze naprawdę młoda, ale nie dałam już rady
choć trochę pospacerować po pałacowych ogrodach i do dziś żałuję.
Ale widziałam obrazy Rembrandta, Rubensa i Durera. Przy gablotach z porcelaną
oczęta mi z orbit wychodziły.
Pamiętam , że wtedy w Dreznie było jeszcze sporo ruin a był to początek lat 70'.
Było mi z tego powodu smutno , choć można śmiało powiedzieć, że Niemcy sami
sobie byli winni. To oni chcieli zawojować świat, oni zabijali pierwsi, to oni
usiłowali zetrzeć z powierzchni ziemi Warszawę.
Myślę, że najgorsze co może spotkać każdy kraj to właśnie wojna.
sprzątanie pokoju w ich wykonaniu.
To wszystko, co leży na łóżku Starszego, leżało, stało, poniewierało się na
podłodze ich pokoju.
Ciekawa tylko jestem, który z nich wpadł na tak prosty i genialny pomysł.
Poza tym Krasnoludki były na długiej wycieczce i zwiedzały Drezno,
a głównie Zwinger
Mam wrażenie, że to bardzo dobre miejsce na odbywanie kary.
Jeżeli nigdy nie byliście w Dreznie, to żałujcie. Uważam, że warto, choć
nie da się ukryć, że w efekcie nalotów dywanowych amerykańskich i
brytyjskich samolotów w dniach 13 i 14 lutego 1945 roku, Stare Miasto
zostało zburzone. 39 km kwadratowych miasta zostało zburzonych a
śmierć poniosło około 25000 ludzi.
Jak zapewne pamiętacie, Drezno przypadło w posagu Niemieckiej Republice
Demokratycznej. Ciągły brak środków sprawił, że wiele pięknych zabytków
nie zostało odbudowanych, na szczęście Zwinger, który był i jest najbardziej
znaczącym w Europie pózno barokowym kompleksem pałacowym, został
odbudowany.
Zwinger był zbudowany w latach 1711- 1728 na życzenie Fryderyka Augusta I,
Mocnego, który w 1696 roku został wybrany królem Polski i u nas był znany
jako August II. Nie da się ukryć, że Zwinger powstał głównie za polskie
pieniądze, bo w tamtych czasach Saksonia do bogatych krain nie należała.
To trochę zabawne i przewrotne - pieniądze u nas zarabiane nasz król wydawał
w Saksonii. Chichot historii - potem my zarabialiśmy tam, a wydawaliśmy
u nas. Zapewne nie wszyscy wiedzą, że wielu naszych pracowników miało
bardzo intratne kontrakty zbiorowe w NRD, gdzie brakowało rąk do pracy.
Kompleks Zwinger jest naprawdę bardzo ładny i wart zwiedzenia - co prawda
nachodzić się tam można niesamowicie i na mój gust trudno wszystko zobaczyć
w ciągu jednego dnia. Zbiory chińskiej porcelany z XV wieku oraz porcelany
miśnieńskiej są naprawdę piękne. A Galerie Obrazów Starych Mistrzów i
nowsza Galeria Nowych Mistrzów dostarczą również wielu wrażeń.
Gdy zwiedzałam Zwinger byłam jeszcze naprawdę młoda, ale nie dałam już rady
choć trochę pospacerować po pałacowych ogrodach i do dziś żałuję.
Ale widziałam obrazy Rembrandta, Rubensa i Durera. Przy gablotach z porcelaną
oczęta mi z orbit wychodziły.
Pamiętam , że wtedy w Dreznie było jeszcze sporo ruin a był to początek lat 70'.
Było mi z tego powodu smutno , choć można śmiało powiedzieć, że Niemcy sami
sobie byli winni. To oni chcieli zawojować świat, oni zabijali pierwsi, to oni
usiłowali zetrzeć z powierzchni ziemi Warszawę.
Myślę, że najgorsze co może spotkać każdy kraj to właśnie wojna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






