drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 25 marca 2019

Mix

Okrutnie dużo czasu spędzam ostatnio w domu, co ma związek z moim
bliskiem spotkaniem III stopnia z podłogą- śliską podłogą- przy tak
prozaicznym  zajęciu jak wkładanie spodni.
Sporo czasu zabierają mi ćwiczenia, które muszę robić kilka razy dziennie.
Z zadowoleniem mogę odnotować fakt, że te  ćwiczenia pomagają, coraz
łatwiej mi wstać z krzesełka i ruszyć z miejsca bez problemu. Wczoraj
odkryłam, że sporo ćwiczeń najlepiej wykonywać ....przy muzyce, więc
połączyłam w całość przyjemne z pożytecznym.
Po wczorajszym ciepłym, słonecznym dniu powrócił standard zimowy-
jest ponuro, zimno i deszczowo.

Trochę z opóźnieniem przeczytałam, że w styczniu tego roku odbył się
w Polsce Narodowy Kongres Żywienia, na którym przedstawiono nową
 Piramidę Żywieniową dla dzieci od 4 do 18 lat.
Podstawą nowej  Piramidy jest     RUCH i SEN,  następnym stopniem
OGRANICZENIE KORZYSTANIA Z ELEKTRONIKI,
trzeci stopień to właściwe odżywianie, czyli : ELIMINACJA SŁODYCZY,
JEDZENIE  DUŻEJ ILOŚCI  WARZYW I  OWOCÓW,  PICIE WODY.
Kolejnym zaleceniem jest  HIGIENA  JAMY USTNEJ,  SYSTEMATYCZNA
KONTROLA WAGI CIAŁA.
Wreszcie podstawą piramidy żywieniowej nie jest wszelakie pieczywo!

Obejrzałam wczoraj ostatni konkurs skoków narciarskich. Po trzech latach
pracy z naszą drużyną odchodzi dotychczasowy główny trener , który
doprowadził  polski  team do zdobycia pierwszego miejsca w Pucharze
Narodów. Jak sam powiedział -decyzja ta wypływa z pobudek racjonalnych
a nie z serca. Pierwszym trenerem zostanie jego dotychczasowy zastępca.
Ciekawa jestem jak będzie przebiegała letnia edycja Pucharu Skoków  pod
nowym głównym trenerem, to będzie pierwszy sprawdzian dla niego.

Otrzymaliśmy pismo z zaproszeniem do wzięcia udziału w głosowaniu na
niemieckich przedstawicieli do Europarlamentu- wszak teraz jesteśmy
mieszkańcami  Berlina. Zastanawiam się więc, czy to oznacza, że możemy
również wziąć udział  w głosowaniu na polskich kandydatów ?
Muszę to sprawdzić.

Nasz młodszy Krasnal pojechał dziś na pięciodniową wycieczkę -pięć
dni spędzi bez taty, mamy, brata.
Wczoraj był tym faktem wielce zestresowany -  spakował walizkę,
spakował plecak i okropnie był zdenerwowany. Jadą gdzieś w okolice
Berlina. Oby tylko pogoda im dopisywała, co wygląda na wątpliwe.
A tak ogólnie to on jest okropnie śmiesznym dzieckiem- okrutnie dba
o to, "by wszystko było sprawiedliwie" i nie może się wciąż pogodzić
z faktem, że jak się jest młodszym o dwa lata to pewnych przywilejów
się nie ma- np. nie wolno samemu jeździć windą, nie posiada się
własnego smartfona, nie ma się również własnego klucza  od domu.
No i przed ukończeniem 10 roku życia nie wolno samemu wędrować
po mieście. A on, biedunio, w lutym skończył 8 lat - "dopiero."
Niesprawiedliwe to życie!

A na dobry tydzień trochę muzyki gitarowej:



Miłego tygodnia Wszystkim;)

czwartek, 21 marca 2019

Powinnam być dziś.......

 ....na wagarach, bo to przecież jest
pierwszy dzień wiosny.
Gdybym była w Warszawie to pojechałabym w ten dzień do Łazienek. Popatrzeć
czy wiosna już nadchodzi wielkimi krokami czy tylko przygląda się miastu
z daleka. No cóż, nigdy nie byłam pilną uczennicą, szkoła nudziła mnie ogromnie,
starałam się w niej jak najrzadziej bywać.
Z pomocą  przychodził mi fakt, że wystarczało bym pokazała lekarzowi gardło,
a natychmiast tydzień zostawałam w domu.
Ale czasami, jak na złość, nic się dziwnego w tym gardle nie działo, a ja nie
miałam ochoty iść do szkoły.
Może gdyby moje liceum  (żeńskie) nie było tak blisko Łazienek częściej bym
bywała w szkole.
Nie wiem jak to było, ale często jakoś zapominałam wysiąść na właściwym
przystanku tramwajowym, a nawet gdy wysiadłam to myliły mi się ulice i
zamiast iść na Klonową, gdzie była moja szkoła,  "coś"  mnie prowadziło
szybkim krokiem na ulicę Bagatela, która dochodziła  wprost do wejścia do
parku przy Belwederze. Potem szybciutko w dół i jak po sznurku docierałam
do amfiteatru.  A tam było nas, wagarowiczów sporo. Po kilku "zrywach" ze
szkoły niemal wszyscy się już  znali, niektórzy zaraz zasiadali do pokerka a za
poduszki na kamiennych ławach służyły im podręczniki szkolne. Od kilku lat
kamienne ławki są pokryte  ażurowymi siedziszczami z drewnianych listew.
Gdy było ciepło i świeciło słońce amfiteatr spełniał rolę plaży. Wierzcie mi,
tam tętniło życie towarzyskie, nigdy nie wiało nudą. I nikt nie mówił do mnie:
"panienko AX, proszę do tablicy". Tu miałam tylko imię, bez wypominania mi
płci i stanu cywilnego.
Łazienki były zawsze dla mnie "drugim domem"- schronieniem gdy szłam na
wagary, miejscem spotkań z pierwszym chłopakiem, zbiornicą obiektów które
namiętnie szkicowałam lub malowałam.
I były potem stałym miejscem   do którego dzień w dzień, od wiosny do jesieni,
przyjeżdżałam ze swym małym dzieckiem. Niemal całe dzieciństwo moja córka
spędziła w tym parku, głównie  na tutejszym placu zabaw dla dzieci, oraz
w parkowej kawiarni pod kasztanami.
Widziałam w życiu wiele naprawdę pięknych parków, większych niż Łazienki
Królewskie, ale dla mnie  i tak najładniejsze pozostaną Łazienki Królewskie.
Widokowo najbardziej lubiłam je kolorową  jesienią,  a do szkicowania późną
jesienią, gdy stare drzewa były pozbawione liści.
Nie będę Wam pisać historii Łazienek, bo zrobiła to już kilka razy na swym blogu
i w swych książkach pewna STOKROTKA.
Ja tylko wrzucę kilka fotek, tak wspominkowo;)

                                    młodziutkie magnolie



                                   wiosenne wdzianko pawia



                           rzut oka na pomnik króla Jana Sobieskiego
                          mostek przy Pałacu


                            rzut oka  poprzez staw na Pałac króla Stasia


                        czyż nie pięknie wyglądaja jesienne drzewa?
                          dwa zdjęcia Teatru na Wyspie




                  Pałac Króla Stanisława Augusta od przodu (u góry) i od tyłu.

                                      I jak tu nie zachwycać się jesienią ?







piątek, 15 marca 2019

Wczoraj.....

......przyleciał do Berlina deszcz.
Podejrzewam, że to od  takiej jednej, co to ma ostatnio trzy psy i pasie
je kwaszoną kapustą.
I tak pozazdrościłam  jej pieskom tej kapusty kwaszonej,  że postanowiłam
pojechać do sklepu rosyjskiego, by tam zakupić polską  kapustę kiszoną
oraz polskie galaretki owocowe.
A polską dlatego,  że autochtońska kapusta kwaszona ma jakieś dziwne
dodatki,  a ja jestem  rozbestwiona i lubię taką normalną, jak za króla
Ćwieczka. Uzbroiłam się w jedną kulę, mąż podjechał samochodem tuż
pod dom i... pojechaliśmy.
Jakimś dziwnym trafem było gdzie zaparkować pod tym sklepem ( jak  już
pisałam ze sto razy, w Berlinie nie ma gdzie parkować), migiem zrobiliśmy
pożądane zakupy, potem pojechaliśmy do szkoły po starszego Krasnala, bo
wczoraj strajkowały miejskie autobusy, odwieźliśmy dziecię do domu
i ponieważ tam było miejsce-zaparkowaliśmy.
Do swego domu  mieliśmy do przejścia 450 metrów.
I wiecie co ? Przetuptałam te 450 metrów  korzystając z jednej kuli, deszcz
lał jak głupi, a ja, szczęśliwa, maszerowałam do domu.
Nic mnie nie bolało. nie zmęczyłam się, szłam nawet szybko (no bo jednak
mocno padało) i bez problemu dotuptałam do domu. I nadal mnie nic nie
boli.
 Przed chwilą wróciłam od  swego lekarza rodzinnego. Przeczytał to co
napisali w szpitalu  nt. tego wypadku,  kazał mi przejść się po gabinecie bez
kul, stwierdził, że żadna rehabilitacja nie jest mi już potrzebna a nawet Rtg
kontrolne już nie jest potrzebne, bo było to "złamanie bez przemieszczenia",
no a poza tym to ja na przestrzeni 2,5 tygodnia miałam już wykonane  trzy
zdjęcia rentgenowskie i czwarte jest mi "na plaster".
Powiedział, że po domu mam chodzić pomału, ale bez kul, starać się bardzo
prościutko trzymać kręgosłup, na ulicę mogę jeszcze brać kulę, ale pilnować
by się nie przechylać w jej stronę.
I nadal mam codziennie (dopóki żyję) robić dotychczasowe ćwiczenia , które
wzmacniają mięśnie. I mam pamiętać, że już nie mam 20 lat.
No niewiele brakowało a  byłabym  gościa wycałowała!
Teraz  tylko muszę czekać na nieco lepszą pogodę, bo wprawdzie jest na
termometrze +6, ale wciąż wieje jakiś  wiatr i - nie wiem po co  pada.
W ramach odreagowania dzisiejszego dnia posłuchałam i obejrzałam
kilka filmików: to Francis Goya , belgijski gitarzysta i Adagio w interpretacji
Demisa Roussosa.


I jeszcze jeden Demis:
           
Miłego weekendu Wszystkim;)

środa, 13 marca 2019

Pani znad Niemna

Dotychczas wydawało mi się, że właściwie to niemal całe życie żyję
w ciekawych czasach. Zdołałam  "zaliczyć" PRL, czasy gdy w domu
wieczorami słuchano Radia Londyn lub radia Wolna Europa, czasy gdy
na wyjazd do Gdyni trzeba było mieć przepustkę z Rady Narodowej,
"odwilż" za Gomółki (lata 1956-1970), pseudo europejskie  warunki
za rządów Gierka (1970-1980), rozbicie Muru  Berlińskiego i początek
transformacji ustrojowej w Polsce (1989), rozpad ZSRR (1991),
wstąpienie Polski do NATO (1997) i wstąpienie Polski do Unii
Europejskiej w 2004 roku.
To chyba dość sporo wydarzeń jak na jedno życie, wiele się działo, ale
ja tkwiłam wciąż w jednym mieście, w Warszawie. więc należy uznać,
że nie było za bardzo źle, bo nikt mnie z domu nie  wyrzucał, cały czas
byłam Polką, nikt mnie nie przesiedlał, nie zmieniał mi narodowości.
Pani Genowefa, z którą spędziłam dwa tygodnie w szpitalu, miała
znacznie gorzej.
Urodziła się w 1934 roku w województwie Poleskim, nad Niemnem.
W II Rzeczypospolitej województwo Poleskie utworzono w 1921 roku.
Obejmowało 10 powiatów i 17 miast, zajmując obszar 42280km  kw.
Pod względem narodowościowym była to niezła mieszanka - najwięcej
żyło tam Białorusinów bo aż 42,6%, Polaków było 24,3%, Ukraińców
17,7%,  Żydów 10,4%, 4,4 Poleszuków, ),5% Rosjan i 0,1 % Niemców.
Pod względem ekonomicznym był to ubogie tereny, bardzo wiele
osób było niepiśmiennych , nie potrafiących określić swej narodowości,
pytani o narodowość określali się mianem  "my? - jesteśmy tutejsi".
Pani Gienia była Polką. Bardzo wcześnie, w wieku 4 lat straciła matkę,
a że w domu już były dzieci, jej ojciec ożenił się ponownie.
Ale mała Gienia  miała szczęście, bo "druga matka" z wielką troską
zajmowała się osieroconymi dziećmi, a gdy na  świat przyszły i jej
dzieci, nie robiła  różnic między nimi.
W 1939 roku, na podstawie porozumienia Ribbentrop  -Mołotow
województwo Poleskie przestało  istnieć - jego część południowa
została przydzielona do Ukrainy Radzieckiej, część  północna do
Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. I zupełnie
nieoczekiwanie pani Gienia stała się obywatelką Białoruskiej Republiki
ZSRR.Wysiedlono ich z dotychczasowego miejsca zamieszkania,
część ludzi trafiła do radzieckich łagrów, niektórym udało się
przedostać do Polski. Gdy do ZSRR wkroczyli Niemcy województwo
Poleskie zostało podzielone na obwód  białoruski oraz komisariaty
Rzeszy. I znów "oberwało się" ludności cywilnej, w Białymstoku,
Pińsku i  Grodnie powstały getta, likwidowano ludność żydowską.
Zakończenie II wojny światowej niewiele zmieniło w geografii tego
rejonu- niewielkie fragmenty  województwa  Poleskiego wróciły
do Polski, do Podlasia. Obwód  brzeski i piński zostały przy
Białoruskiej Republice ZSRR, a wołyński i rówieński przy Ukrainie.
W 1955 r. pani Gienia kończyła trzyletnie studia ekonomiczne, które
robiła w Brześciu.Gdy po rozdaniu dyplomów wracała z koleżankami
i kolegami do akademika, jeden z kolegów, starszy od niej, którego
lubiła, podszedł do niej i powiedział: "wiesz, wymyśliłem coś,
byśmy mogli tu zostać w Brześciu, by nas gdzieś nie wysłali w drugi
koniec kraju. Pójdziemy się zarejestrować w urzędzie, w USC.
Złożymy tylko podpisy a potem  będziemy mieszkać każde u siebie.
W ten sposób będziemy mogli zostać w Brześciu".
I pani Gienia zgodziła się po chwili namysłu. Były to czasy, gdy nie
było trudno o rozwód. I w ten sposób pani Gienia wyszła za mąż.
Nie było żadnych oświadczyn, pierścionka, narzeczeństwa.
I znów p. Gienię nie opuściło  szczęście - jej teściowa przyjęła ją
bardzo serdecznie, zawsze  służąc pomocą i darząc miłością.
A to zawarte  tak jakby na chybcika małżeństwo przetrwało
w  zgodzie i miłości 47 lat.
Po śmierci męża pani Gienia pozałatwiała mnóstwo formalności by
powrócić na stałe do Polski. A ponieważ jej córka w międzyczasie
osiadła na stałe w Niemczech, pani Gienia od kilku lat mieszka
w Berlinie.
Pani Gienia ma obecnie 85 lat, ale nadal jest w pełni sprawna
intelektualnie, jak na osobę w tym  wieku ma bardzo nowoczesne
poglądy ( zresztą podobne do moich), bez problemu posługuje się
 i-padem i smartfonem, lubi rytmiczną muzykę i taniec.
Byłyśmy z panią Gienią  "polską wyspą" na niemieckim oddziale.



wtorek, 12 marca 2019

Siedzę i siedzę.....

......myślę i myślę niczym pewna polska piosenkarka.
A myślę o tym, czego  naprawdę mi brak i już wiem - otóż brak mi bardzo
wychodzenia z domu.
Mam co prawda do przeczytania bardzo mądrą książkę, ale chyba to pęknięcie
kości w jakimś stopniu uszkodziło mi przy okazji resztki mego intelektu.
Ta mądra książka to Daniela Kahnemana "Pułapki myślenia.O myśleniu szybkim
i wolnym".
Autor jest profesorem psychologii Uniwersytetu Princeton, a w 2002 roku
dostał Nobla z dziedziny nauk ekonomicznych za psychologiczne odkrycia,
które podważyły model racjonalności ludzkich osądów i decyzji.
Przebrnęłam przez pierwszy rozdział i książka wróciła na półkę. Ale kiedyś
ją przeczytam.
W szpitalu przeczytałam w trzy dni piękną ( dla mnie) książkę Salmana
Rushdie "Ziemia pod jej stopami".
Ilekroć czytam  powieści Rushdie'go zżera mnie obrzydliwa zazdrość i smutek-
dlaczego, choć tak bardzo lubię pisać, natura nie obdarowała mnie takim
talentem i wyobraźnią???
To piękna powieść o miłości, namiętnej a jednak nieco dziwnej i jak zawsze
u Rushdie'go o zderzeniu kultur, obyczajów, o życiu poza krajem swego
pochodzenia. O życiu które z daleka jawi się jako coś pięknego, wyśnionego,
ale w rzeczywistości takie nie jest i niesie wielkie rozczarowanie.
Po kilku dniach telefonowania do lekarza rodzinnego udało nam się wreszcie
dodzwonić i w piątek mam wizytę, na której powinnam dostać skierowanie na
rehabilitację, dalsze ewentualne leczenie jakimiś lekami oraz skierowanie na
kontrolne Rtg. Nie powiem że mnie to raduje, bo tak naprawdę mam już po
uszy tej kontuzji i jej leczenia.Tuptam po domu o jednej kuli, czasem zdarzy mi
się jej zapomnieć i sobie tuptam "normalnie", ale pamiętam o niedociążaniu
lewej nogi.
Wreszcie dokończyłam rozgrzebane kolczyki i wreszcie je odesłałam - mam
nadzieję, że będą noszone. Tuż przed tą kontuzją miałam do skończenia tylko
jeden kolczyk i tak się to wszystko przeciągnęło.
A wczoraj wpadła mi w ręce wariacka robótka, czyli decoupage pudełka -
tyle tylko, że jadąc tu zlikwidowałam  wszystkie swe przydasie do tej zabawy.
Już kilka lat nie robiłam nic tą techniką i teraz kombinuję niczym koń pod
górę jak sobie poradzić bez materiałów przeznaczonych do tego celu.
Ale skoro młodszy Krasnal ma zapotrzebowanie na takie pudełko muszę się
sprężyć i coś wymodzić. Na szczęście pudełko jest małe, a Krasnal nie zna
się na prawdziwym decoupage'u, więc jakoś to będzie.
Na moim podwórku zaczyna czuć wiosnę drzewko śliwki - są  malutkie
pączki listków i coś jakby mini pączki kwiatowe. Ale  drzewa wzdłuż mojej
ulicy wymachują na wietrze nagimi gałęziami a na platanach, niczym małe
bombki na choince,  dyndają platanowe "orzeszki". Gdy naprawdę przyjdzie
wiosna- spadną.

środa, 6 marca 2019

ACHTUNG, ACHTUNG.....

..........WŁAŚNIE WRÓCIŁAM DO DOMU!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak to miło po ponad 2 tygodniach koszulowo -
dresowych wskoczyć w normalne ciuchy!
Dziś od świtu (zakładając, że 6,30 jest świtem)paradowałam po szpitalu
już w "cywilnych" ciuchach, w nadziei, że tym sposobem przyspieszę
przyjazd transportowców.
Bo tu takich co to wychodzą o kulach odwozi do domu transport sanitarny.
Gdy 17 lutego, po ponad 3 godzinach spędzonych na SORze w tutejszym
szpitalu wylądowałam na oddziale chirurgicznym z diagnozą, że rano czeka
mnie operacja, byłam, mówiąc elegancko , nieco wściekła. Byłam wściekła,
głodna i odwodniona.
Podpisałam zgodę na wszczepienie  implantu, na znieczulenie zewnątrzoponowe
i głodna oraz zła spędziłam noc samotnie w trzyosobowej sali.
Rano, wpatrując się tępo w nieczynny odbiornik TV pomyślałam: "no stara, gdy
patrząc w dół zobaczysz siebie na stole, to już wiadomo,  gdzie jesteś".
W tym momencie  wpadł  do  pokoju pan chirurg, który stwierdził, że właściwie
operacja nie jest potrzebna, bo to jest mini pęknięcie i samo się w 8 tygodni
zrośnie. Domyślacie się co dalej - natychmiast odżyłam. Na tej sali poleżałam
jeszcze do wieczora, potem mnie  przenieśli do "pojedynki", a końcu wylądowałam
na sali oddziału rehabilitacyjno-geriatrycznego, który dziś z wielką ulgą opuściłam.
Jedyne zdjęcia, które porobiłam to widoki z pozycji horyzontalnej:



 Generalnie nie było na co narzekać- no może tylko na to, że panie od
rehabilitacji nie wiedziały, że ja z tą pękniętą kością to już dwa tygodnie
byłam w domu, a więc najgorszy ból  był za mną.
Obchodziły się ze mną jak ze stuletnią staruszką (bo chyba taka była średnia lat
pacjentek tegoż oddziału) i nawet nie podejrzewały, że ja za ich plecami
cichcem ćwiczę. Ogromnie się wszyscy dziwili, że nie chcę  żadnych
tabletek przeciwbólowych, że przejście 50 metrów nie wprawia mnie w stan
zadyszki, że bez problemu pojęłam chodzenie po schodach przy pomocy kul.
Tu bardzo chętnie pasą pacjentów środkami p.bólowymi - zawsze pierwsze
pytanie na "dzień dobry" to pytanie czy coś boli, drugie przepytywanie w kwestii
bólu było na "dobranoc".
Żeby było zabawniej, to szpital był swoistą wieżą Babel - leżałam z panią, która
jest Polką rodem z Polesia, w  związku z czym w 1939 roku  została zagarnięta
przez ZSRR, potem została Białorusinką, teraz znów jest Polką, ale od 8 lat
mieszka w Berlinie.
Opiekę medyczną miała nad nami lekarka rodem z Rosji, w związku z czym  nie
miałam problemu żeby się z nią porozumiewać. Z rehabilitantkami też nie było
kłopotu,  ciut na migi, ciut  po niemiecku. Serbka zajmowała się cateringiem, też
nie było problemów językowych, chłonęła jak gąbka polskie nazwy potraw.
Pewnego wieczoru do sali wkroczył  przystojny, czarny jak heban pielęgniarz-
wyobraziłam go sobie w stroju Masaja- wyglądałby o wiele lepiej.
Nie mniej całkiem zgrabnie zrobił mi  zastrzyk  - bo niestety cały czas, każdego
wieczoru, byłyśmy kłute- dostarczano naszym organizmom heparynę, bo
spędzanie wielu godzin w pozycji horyzontalnej sprzyja zakrzepicy.
Przeżyłyśmy we względnym komforcie strajk pielęgniarek .Bo akurat my dwie
nie potrzebowałyśmy takiej opieki, jak pacjentki geriatrii.
Opieka nad nami  sprowadzała  się do regularnego mierzenia ciśnienia  i zrobienia
wieczornego zastrzyku.
A opieka nad pacjentami geriatrycznymi to zupełnie jak nad niemowlakiem - tyle
tylko, że niemowlę z opiekunem nie dyskutuje i bzdur nie gada.
Poza tym niemowlę chyba łatwiej się przewija i karmi.
A propos geriatrii - mam się zastanowić nad wyborem sposobu zejścia z tego świata-
niestety wybór jest pomiędzy śmiercią z głodu lub z odwodnienia. Wybiorę chyba
odwodnienie, należę do tych, co nie odczuwają pragnienia i już kilka razy miałam
solidne odwodnienie.
Zastanawiałyśmy się razem z p. Genowefą,(z mojego pokoju) co jest bardziej
humanitarne- eutanazja czy utrzymywanie przy życiu pacjenta wtedy, gdy już nie
działają żadne przeciwbólowce a wyleczenie jest niemożliwe.
Pani Genowefa ma 85 lat i ogromnie przeżyła śmierć swego męża, który umierał
w straszliwych bólach, spowodowanych obrzękiem płuc.Był nałogowym palaczem.
 A teraz z innej beczki-  dziękuję WSZYSTKIM za "trzymanie kciuków"i wszystkie
dobre, życzliwe słowa. To pewnie dzięki Waszym dobrym myślom ominęła mnie
operacja. DZIĘKUJĘ - JESTEŚCIE WSPANIALI.





sobota, 16 lutego 2019

Uprzejmie donoszę.........

...że dziś było u mnie cały dzień obłędne słońce i drobne +15stopni ciepła
na termometrze.
Jutro ma być już nieco chłodniej a słońce ma się wybrać w inne regiony.
Bardzo mnie ubawiły ostatnie wieści  z nad Wisły - najbardziej mi się
podoba, że pewien kryształowy polityk okazał się być zwykłym, mocno
porysowanym szkłem okiennym, nie nadającym się nawet na mały lufcik.
Drugą radochę sprawił mi widok innego polityka demonstrującego żałobę
po człowieku, którego rząd obalił swą niewydarzoną działalnością.
Z frontu "poobijana anabell"  nieco lepsze wieści - dziś wędrowałam po
mieszkaniu bez czepiania się mebli i ścian- wolniutko , małymi krokami,
ale jednak szłam.
Przy okazji zaczerpnęłam wiedzy z encyklopedii zdrowia i ucieszyłam się,
że mimo sklerozy dobrze pamiętałam, że potłuczonego mięśnia nie wolno
zbyt wcześnie ćwiczyć- musi wpierw przestać boleć. Nie będę Wam  tu
robiła wykładu dlaczego, ale po prostu przyjmijcie to do wiadomości.
Żeby sobie poprawić humor posłuchałam starych, dobrych przebojów.
Tak starych, że pewnie już je zapomnieliście.
Engelbert Humperdinck jest z rocznika 1936

Tom Jones - rocznik 1940


Paul Anka - rocznik 1941

Rod Stewart - rocznik 1945

Najfajniejsze, że wszyscy ci panowie nadal koncertują.

Poza tym nadal jeszcze trwa  karnawał, więc jest też trochę tańca:

Oto dwaj panowie Filipeli- popatrzcie jak super tańczą, na zmianę kroki
męskie i kobiece. Patrzyłam na nich z zazdrością.

A to taki pocieszający filmik- żaden z  niego Adonis, ale tańczy i bierze
udział w konkursach. Nawet mu ta ciąża pokarmowa nie przeszkadza;)

Mąż widząc, że znów zaglądam na strony taneczne powiedział:
"tylko żebys nie zaczęła tańczyć"! więc przypomniałam mu, że zaliczyłam
podłogę nie z powodu tańca ale  zakładania spodni.
Miłej niedzieli Wszystkim!!!!