Kto czytał książki Sitchina ten od razu wie o co chodzi. Kto nie czytał, niech przeczyta.Trochę nowych teorii na podstawie starych glinianych sumeryjskich tabliczek na pewno nikomu nie zaszkodzi, a czas pandemii umili.
My tu fiksujemy już z powodu pandemii , a amerykańscy naukowcy przy pomocy teleskopu kosmicznego TESS przeczesują przestrzeń kosmiczną w poszukiwaniu egzoplanet metodą detekcji ich tranzytu na tle ich słońc. I w ten sposób w pasie Kuipera znaleziono już 17 obiektów kandydujących do miana poszukiwanej Dziewiątej Planety. Wyniki badań już zgłoszono do publikacji w The Planetary Science Journal. Ciekawe na jakiej zasadzie wyłonią tę właściwą? To mnie intryguje, naprawdę.
Nie wiem czy wiecie, ale w 2024 roku "wracamy na Księżyc" w ramach nowego projektu o nazwie ARTEMIS. NASA już ma projekt nowego skafandra kosmicznego xEMU. Podobno będzie bezpieczniejszy od tych dotychczas używanych, mniej awaryjny, będzie wytrzymywał bez problemu temperatury od -157 stopni Celsjusza do 121. Do tego będzie dołączony w formie plecaka przenośny system podtrzymywania życia, zapewniający energię elektryczną i tlen oraz usuwający wydychany dwutlenek węgla i nadmiar wilgoci. Będzie również skutecznie regulował wewnętrzną temperaturę skafandra oraz ciśnienie. Całość zapewni możliwość dłuższego przebywania na powierzchni Księżyca poza macierzystym statkiem. Na dodatek będzie tak mądry, że będzie uprzedzał o grożącym niebezpieczeństwie. I tak sobie pomyślałam, że może w tym super skafandrze udałoby się umieścić jakąś sztuczną inteligencję by po odpowiednim przeszkoleniu wszystko przepatrzyła , zapamiętała i z tymi danymi wróciła na Ziemię. Skoro astronomowie już wykorzystuję sztuczną inteligencję do odkrywania wielu nowych planet to może by ją wyszkolili na "odkrywcę".
Ale to nie koniec nowości - amerykańska firma Ultra Safe Nuclear Technologies opracowała koncepcję nowego silnika nuklearnego, którego użycie może wydatnie skrócić podróż z Ziemi na Marsa lub na inną planetę Układu Słonecznego. Co prawda nikt nie podał o ile skróci ten przelot. Trudno, kto przeżyje pandemię to może się o tym przekona.
Dziś wyczytałam, że u mnie wejdą nowe obostrzenia pandemiczne, bo nadal jest strasznie dużo zachorowań. I osoby z grupy podwyższonego ryzyka mają otrzymać nowe, bardziej bezpieczne maseczki.
Na razie szefowie Krajów Związkowych ostro protestują przeciwko kolejnym obostrzeniom i do końca jeszcze nie wiadomo jakie decyzje zapadną.Wideokonferencja szefowej rządu jest bardzo burzliwa, więc możliwe, że część obostrzeń będzie tylko na zasadzie zaleceń, a nie konieczności. Niestety w Berlinie jest naprawdę b. dużo zachorowań.
Wyobraźcie sobie, że 15 listopada 2008 roku , spocona z wrażenia , z duszą na ramieniu, zamieściłam pierwszy post na swoim blogu - był to blog "Procontra- anabell", też na Bloggerze.
Przymierzałam się do założenia bloga niczym pies do schwytania jeża. Ponad rok tylko czytałam różne blogi i je komentowałam. Jacek z blogu "Dziurawy worek" pomógł mi założyć blog, bo byłam w kwestiach komputerowych i blogowych zielona niczym świeżutka wiosenna sałata. W dwa lata później powstał ten blog, na którym teraz czytacie te wspominki, a tamten jest blogiem, na którym "trenuję pióro" pisząc różne opowiadania. Co prawda jakoś mało regularnie, ale piszę.
W ciągu tych dwunastu lat część znajomości wirtualnych zamieniło się w znajomości jak najbardziej realne. I za każdym razem przeżywałam miłe zaskoczenie, że osoba, która widzę po raz pierwszy w realu jest właśnie taka, jak ją sobie wyobrażałam.
Trochę się zmieniła blogosfera w czasie tych lat, niektórzy zmienili wymiar na ten ponoć lepszy, ale zawsze będę o nich pamiętać . Brakuje mi Marii Dory, Trockiego, Petroneli - Ci odeszli na zawsze. A niektórzy po prostu porzucili blogowanie przywaleni trudami życia codziennego.
Po latach wielu spotkań towarzyskich w realu, spotkania w blogosferze właściwie mi w zupełności wystarczają, co nawet mnie samą dziwi, nie mówiąc już o starych znajomych, którzy nie mogą się nadziwić jak bardzo się zmieniłam. No a teraz, gdy jestem w Berlinie to blogosfera jest moim jedynym kontaktem z Polską. No cóż, bywa.
No a że to moje blogowanie świętuję to wielce egoistycznie podejdę do sprawy i zrobię sobie frajdę wstawiając balet Giselle, a dla osłody, bo nie każdy lubi balet , będzie grupa Mad Manouche. Całkiem fajną muzykę grają. No i jeszcze będzie coś dla Melomanów - koncert skrzypcowy Czajkowskiego
Teraz coś lżejszego czyli Nocne Tango i Train to New Orleans
i Giselle z Moskiewskiego Teatru.
A tak przy okazji - dziękuję, że jesteście, że tu zaglądacie i czytacie moje posty.
.......................a do tego trzynasty. Osobiście należę do klubu urodzonych trzynastego, ale wtedy to był podobno wtorek a do tego wiosna a nie jesień.
Wg bliżej mi nie znanych prognostyków w ten weekend ma być tutaj pogoda- pożyjemy, zobaczymy, może się prognoza sprawdzi.
No a skoro piątek, to mam dziś coś nowego, lekkiego- z muzyki:
oraz coś żywszego, czyli The Corrs
I coś co usłyszałam pierwszy raz, bo pewnie jestem nieco opóźniona w rozwoju
A na niedzielę pewnie coś jeszcze wynajdę.
Jeśli posłuchacie a nie będziecie mieli ochoty pisać to posłużcie się znaczkami: takim ";)" lub tym drugim " ;( ".
.................................................że nawet muzykę mi dziś trudno dobrać.
Niebo w kolorze brudnej ścierki do naczyń, chodniki zasłane liśćmi, drzewa wyraźnie zrzucają liściasty przyodziewek, a ja zamiast wziąć się do roboty (znaczy sprzątania) po prostu robię nic, czyli czytam Grahama Hancocka "Ślady palców Bogów". Ten angielski pisarz i dziennikarz, absolwent wydziału socjologii pasjonuje się prehistorią ludzkości.
Książka jest świetnie napisana, w oparciu o "namacalne" pozostałości rozsiane po całym świecie. Są to nie tylko tajemnicze budowle megalityczne, są to też nieomal identyczne mity, podania, obrzędy, wierzenia, które można odnaleźć na całym świecie.
Nie jest co prawda Graham Hancock z wykształcenia archeologiem, ale ukuł teorię, że wszystkie cywilizacje ziemskie pochodzą od jednej, wspólnej wysoko rozwiniętej cywilizacji, która uległa zagładzie około 10,5 tysiąca lat przed naszą erą. Ale w moim odczuciu fakt, że nie jest archeologiem pozwala mu na szersze spojrzenie, zbieranie różnych wiadomości nie tylko ściśle z obszaru archeologii ale i tych z dziedziny szeroko pojętej kultury, której częścią są również wierzenia, powtarzane od wieków podania, czasem przedziwne obrzędy niemal identyczne, choć odnajdujemy je w zupełnie różnych miejscach naszego globu.
Mam tylko żal do wydawnictwa AMBER, że książka, którą dopiero co zaczęłam czytać...rozlatuje się, a cieniutka warstewka plastiku na okładce wyraźnie cierpi na łuszczycę.
No to wracam do czytania -już jestem na 351 stronie, do końca mi zostało 260 stron i jak znam siebie to nie jeden raz jeszcze do niej wrócę. I znów zamarzyła mi się podróż do Peru i Boliwii.
A to chciałabym zobaczyć w naturze:
I skoro marzy mi się Peru i Boliwia znalazłam odpowiednią muzykę:
W nocy z 9 na 10 listopada 1989 padł Mur Berliński, dzielący Berlin na część zachodnią należącą do RFN i część wschodnią, należącą do NRD. Cały pas graniczny długości 160 km był oświetlony i pilnie strzeżony przez wojsko wschodnich Niemiec, by ci co pozostali w części należącej do NRD nie przedostali się do RFN. Mur zaczęto wznosić w 1961 roku, zapewniając jednocześnie władze RFN, że "żadnego muru nie będzie".
Pamiętam co wtedy sobie pomyślałam - mają wprawę w stawianiu murów, w Polsce okalali murem getta, teraz widzą jakie to było miłe dla ludności, karma wraca. Mur Berliński był solidny, betonowy, oprócz niego, w terenie zabudowanym dostępu do strefy zachodniej broniły również płoty ze specjalnej stalowej siatki. Mur miał wysokość od 340 do 420 centymetrów. Był obserwowany z ponad 300 wieżyczek a 250 stanowisk wartowniczych dodatkowo strzegły psy. Pomimo tego w ciągu 25 lat istnienia Muru zorganizowano 5075 udanych ucieczek do Berlina Zachodniego lub RFN.
Stowarzyszenie Muru Berlińskiego i Centrum Badań Historii w Poczdamie ustaliło, że na 268 spraw przez nich zbadanych 125 zakończyło się śmiercią w okolicy Muru Berlińskiego. Ile osób zginęło przekraczając granicę dzielącą oba kraje trudno dziś ustalić, bo władze NRD wiele przypadków utajniły.
Mamy tu również polski akcent- jedyna ofiara Muru Berlińskiego spoza Niemiec to ... dwudziestoczteroletni Polak, Franciszek Piesik, który utonął w jeziorze Nieder Neuendorfer See. Berlin ma w swych granicach i okolicach naprawdę sporo jezior.
A ostatnią ofiarą był Chris Gueffry, który zginął 9 miesięcy przed zburzeniem Muru.
Naprawdę nie mogę pojąć dlaczego ludzie z takim wielkim upodobaniem rzucają się w wir wojny, bo tak naprawdę współczesne wojny są zupełnie bezsensowne, właściwie każda to przysłowiowe Pyrrusowe zwycięstwo. I jakoś tak łatwo ludzie zapominają, że jakimś cudem to wszystko co zrobimy w życiu złego lub dobrego wraca do nas. Zło zawsze wróci złem, a dobro - dobrem.
A tu, ku pamięci tych czasów gdy były dwa Berliny - Wschodni i Zachodni, na Potsdamer Platz stoją fragmenty Muru Berlińskiego.
Przez te kilka dni gdy mnie tu nie było brakowało mi muzyki, której zawsze słucham na YT. A więc wynagrodziłam sobie ten dyskomfort i obejrzałam dziś balet Coppelia, do którego muzykę skomponował Leo Delibes.
Balet leciwy, po raz pierwszy był wykonany na scenie paryskiej, w 1870 roku. Delibes był wyraźnie zafascynowany tańcami słowiańskimi i węgierskimi. Usłyszymy i zobaczymy tu mazura oraz czardasza.
Libretto oparte jest na opowieści, której negatywnym bohaterem jest stary doktor, twórca mechanicznych lalek, który chce za wszelką cenę ożywić piękną mechaniczną lalkę umieszczając w niej duszę żywego człowieka.
Spośród kilku filmów wybrałam film nagrany w australijskiej operze- moim skromnym zdaniem to bardzo ładnie wystawiony balet, chociaż w scenach zbiorowych nie mamy wrażenia absolutnej precyzji wykonania, jak wtedy, gdy oglądamy taniec wykonany przez balet rosyjski.
Wyobraźcie sobie, że nigdy nie widziałam tego baletu na warszawskiej scenie Teatru Wielkiego, a starałam się nie przepuścić żadnego baletu tam wystawianego. Nie wiem dlaczego nigdy go nie wystawiono- może dlatego, że w założeniu jest to balet komiczny, przeznaczony dla dzieci. Tak, tak, dla dzieci, kiedyś karmiono dzieciaki takimi nieco makabrycznymi opowieściami. "Dziadka do orzechów" Czajkowskiego wystawiali, ale tej opowieści o dziewczynie ze szklanymi oczami- nie.
Mam nadzieję, że nie podpadnę Wam za bardzo tym baletem- wytrzymacie tę godzinę z kawałkiem.