drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 27 lipca 2014

Skończył się.....


....Tour de France! I to jak  ładnie się w tym roku skończył  - po raz pierwszy
Polak zdobył prestiżową koszulkę najlepszego kolarza w klasyfikacji górskiej.
Tak na wszelki wypadek napiszę - zdobył ją Rafał Majka, który został w
ostatniej chwili wezwany do udziału w tym wyścigu.
Ostatnie polskie zwycięstwo etapowe na wyścigu TdF było aż 21 lat temu!
To strasznie dawno, a odniósł je Zenon Jaskuła.
Jeżeli ktoś myśli, że oglądam ten wyścig, bo jestem miłośniczką roweru, to
jest w wielkim błędzie - ja nawet nie jeżdżę na rowerze.
Ale od 2002 roku wyścig jest komentowany przez dwóch moich ulubionych
komentatorów- Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego.
A słuchanie ich komentarzy jest zawsze dla mnie wielką przyjemnością -
panowie nie tylko są znawcami sportu, mają również świetne poczucie humoru.
W tym roku tandem Jaroński-Wyrzykowski dał czadu w czasie relacji z TdF!
Nic dziwnego, sama emocjonowałam się nieprzytomnie gdy Majka forsował
Alpy i Pireneje i gdy raz był drugi a dwa razy wygrał piekielnie trudne etapy
górskie.
Jęczałam gdy widziałam jak kolarze zaliczają asfalt, cieszyłam się gdy któryś
wygrywał, no a wygrana naszego kolarza przyprawiała mnie o stan euforii.
Byłam zadziwiona tłumami widzów w Anglii, gdzie rozgrywane były pierwsze
etapy - tam były niesamowite ilości widzów  wzdłuż trasy przejazdu.




sobota, 26 lipca 2014

Podobno.....

...Kosmici są wśród nas. I to są od dość dawna. Na tyle długo już tu są, że zdołali
przybrać ludzkie kształty.
Dotychczas takie rewelacje puszczałam mimo uszu -  teraz zaczynam w to wierzyć.
Bo jak w to nie wierzyć, skoro  kler domaga się od władz wykazu polskich szpitali,
w których jest przeprowadzana zgodnie z  przepisami aborcja.
Odpowiedzi na pytanie "a po co?" mogę Wam udzielić - żeby pozostali Kosmici
mogli pod tymi szpitalami organizować pikiety. To jasne jak wszystkie Słońca we
Wszechświecie.
Bo tylko Kosmitom się wydaje, że aborcja jest czymś miłym, wielce pożądanym
przez kobiety zabiegiem, niemal równym a może wręcz przewyższającym orgazm
doznaniem.
Bo normalni ludzie wiedzą dobrze, że to zabieg niebezpieczny i niesie za sobą kilka
zagrożeń, więc decyzja o poddaniu się jemu  jest  smutną koniecznością.
Ale  Kosmici o tym nie wiedzą.
Ciekawa tylko jestem czy  władze w odpowiedzi zażądają od Kościoła wykazu
parafii i kościołów, w których rezydują księżą- pedofile. Bo że tacy są to rzecz
wiadoma, potwierdzona nawet przez papieża Franciszka I.
Swoją drogą odważny człowiek - w moim odczuciu  dużo ryzykuje.
No a rodziny posyłając dzieci do kościoła, np. by służyły do mszy jako ministranci,
powinny wiedzieć, w której z placówek może ich dziecko spotkać wątpliwa frajda
kontaktu z  księdzem- pedofilem.
Co za niedopatrzenie ze  strony bociana, który mnie zrzucił na ziemię właśnie
w tym kraju!!! Nie mógł  tobołka z niemowlakiem  upuścić gdzieś bardziej
na południu lub  zachodzie Europy?
Miłej  niedzieli wszystkim życzę:)




czwartek, 24 lipca 2014

Warszawa w wakacje....

....jest cudna. Wiem, część z Was mi napisze, że mam fioła, bo to okres wielu prac
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak  po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami  mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając  z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy  expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam  żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza  wakacjami.

środa, 23 lipca 2014

Nie wiem- optymizm to czy trzezwość oceny

Jakiś czas temu poznałam w naszym osiedlowym sklepie starszą panią, która
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz  osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się  spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ  zawsze chodzę  do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie  łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na  ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich  sporo.
Chyba  zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie  śpiewu. Czasem uroda może  kobietę uratować, choć niestety
częściej  z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam  służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam  zszokowana- z pani Hani  została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała  do sprawności, bo jednak wiek robił  swoje.
Gdy ją spotkałam  ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak  dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".

wtorek, 22 lipca 2014

Mix

Teoretycznie  dobrze mieć tuż obok domu wiele drzew. O tak, jak u mnie.
Tłumią hałas od pobliskiej przelotowej arterii komunikacyjnej, chronią przed
nadmiernym słońcem i kurzem. To duże drzewa, mają co najmniej po 40 lat.
Ale w tym roku nie jestem szczęśliwa z ich sąsiedztwa , bo bardzo się one
spodobały srokom. Dzień w dzień,  skoro świt, sroki zaczynają wrzeszczeć.
Niestety, choć mają tyle samo mięśni w gardle co ptaki śpiewające jak np.
słowiki, to zupełnie nie potrafią ich wykorzystywać. Obrzydliwie skrzeczą
a do tego na cały regulator. Pierwsze wrzaski rozlegają się gdy jest jeszcze szaro.
Potem na  godzinę lub nieco dłużej łaskawie milkną i znów rozlegają się ich
wrzaski.
W tym roku chyba dość pózno odbyły lęgi, bo dopiero niedawno wyprowadziły
młode z gniazda.
 Młode już potrafią nieco latać, ale jeszcze nie potrafią same znalezć dla siebie
pokarmu.
Codziennie obserwuję jak dorosłe "tresują"  młode. To metoda wychowania przez
nagrody. Młode siedzi na trawie pod drzewem i drze dziób dopominając się
pokarmu. Rodzic odlatuje poza ogrodzenie trawnika, coś znajduje do jedzenia  i
siada na szczycie ogrodzenia, nawołując młode. Młode zadziera łepek do góry,
niezdarnie rozkłada skrzydła i płaczliwie skrzeczy. Ale rodzic jest twardy - czeka
na swe dziecię na ogrodzeniu. W końcu małe się mobilizuje i bez problemu
dolatuje do rodzica. W nagrodę jakiś kąsek  ląduje w dziobie malca. Obserwując
sroki myślę, że wielu ludzkich rodziców powinno się uczyć od ptaków konsekwencji w
wychowaniu potomstwa.
Przez sroki i cudze koty mam  na loggii zainstalowaną wolierową siatkę.
Gdy stróż loggii, mój pies, odszedł na wieczne łowy,  "parterowe" koty z miejsca
odnotowały ten fakt w swoich móżdżkach i zaczęły się meldować na mojej loggii-
wreszcie mogły się dorwać do fotela i sztucznej trawki i nawet bezczelnie zajrzeć
przez otwarte okno do pokoju.
A sroki codziennie rano robiły dokładną inspekcję na loggii sprawdzając dość
dokładnie zawartość skrzynek balkonowych i doniczek.
Po zainstalowaniu siatki skończyły się kocie i srocze wizyty.
Wizytują  mnie tylko od pazdziernika do wiosny sikorki, bo mam na  zewnątrz
zainstalowany dla nich karmnik, który przezornie usuwam na okres lata.
Kolejnym mankamentem tych wielkich drzew jest to, że nic już pod nimi nie
rośnie - drzewa skutecznie wysysają z podłoża wszelkie składniki pokarmowe i
wilgoć.
No tak - upał jest a ja muszę  się wywlec z domu.

sobota, 19 lipca 2014

Czasami.....

....mnie zatyka. Dziwne, bo z natury  "wyszczekana" jestem.
Ale gdy moja bardzo bliska koleżanka przynosi mi kolejną nowiutką bluzkę, jeszcze
z metką i nadaje  tekst, że kupiła "bo to taka  ładna bluzka a jest dla niej zbyt mała",
więc dla mnie będzie na pewno dobra, to mnie zatyka.
Na domiar złego nie chce wziąć za nią pieniędzy. Czasami mam szczęście, bo bluzka
dla mnie też jest rozmiarowo nie trafiona - dla niej za mała, dla mnie za duża.
Wiem, że Ona zakupami "zabija" stres i może to lepszy sposób niż zajadanie stresu
słodyczami, ale stałam się w ten sposób w pewien sposób ofiarą jej stresów.
Już kilka razy tłumaczyłam jak komu mądremu, że ta sytuacja mnie krępuje, że już
mam za dużo bluzek, ale następnego dnia po mojej przemowie przynosi kolejną.
Może ktoś zna sposób jak to rozwiązać?
                                                           *****

Jestem zmęczona upałami, jak chyba większość. Wczoraj postanowiłam, że wyjdę
z domu dopiero wieczorem, po zachodzie słońca. I.....nie wyszłam, co chwilę padało.
                                                           *****

Choć tego nie widać, nie porzuciłam koralików. Wymyśliłam nowy naszyjnik, nawet
go ochrzciłam "Fale Dunaju", wyszyłam i utknęłam - nie bardzo wiem z czego
zrobić "nośnik". Jak się zdecyduję co wybrać- dokończę i wrzucę fotkę.
Na razie waham się pomiędzy drobnymi kamykami, aksamitką lub szyfonową
wstążką.
Poza tym mam dość tego ciepełka- przecież gdyby było wszystkiego 20 stopni w cieniu
to byłoby znacznie  łatwiej żyć.
Miłej niedzieli wszystkim  życzę, choć ma być ponoć 32 stopieńki w cieniu.

czwartek, 17 lipca 2014

Mix konsumpcyjny

"Odkryłam" dziś słodkie ziemniaki. Nie znaczy to, że pierwszy raz mi wpadły w oko.
Widywałam je i wcześniej, ale omijałam z daleka. Ale dziś  "coś mnie napadło" i
kupiłam  aż dwie sztuki, czyli kilogram.
Mąż patrzył się na mnie i na mój zakup z wyrazną dezaprobatą. Bo co powiedzieć
o kobiecie, która nagle kupuje  dwie sztuki niekształtnych, dużych bulw w dziwnym
kolorze - ni  to ziemniaka ni to marchwi.
Obrać się to dało bez problemu obieraczką do kartofli, a ponieważ się spieszyłam,
postanowiłam pokroić bulwę  na mniejsze kawałki przed gotowaniem.
Krojenie go było istną korridą - żałowałam, że się pozbyłam tasaka.
Ugotowało się  szybko, w lekko osolonej wodzie, po ugotowaniu miało kolor lekko
wyblakłej marchwi. Było mięciutkie, wystarczyło podziabać widelcem na talerzu by
uzyskać pure.
Dodałam do tego masełko ziołowe i tym sposobem miałam bezglutenowy obiad.
Smak - mnie odpowiadał, choć nieco przypomina gotowaną marchewkę.
Jutro zrobię sobie  frytki.
Przy okazji napiszę kilka słów o tym dziwnym słodkim ziemniaku który nosi też
nazwę patat i batat.
Ojczyzną jego jest Ameryka Południowa i  Środkowa. Uprawiali go Inkowie i Majowie.
Do Europy przywiezli go hiszpańscy konkwistadorzy.
Ma znacznie więcej substancji odżywczych niż zwykły ziemniak- 100 g patata pokrywa
dobowe zapotrzebowanie  człowieka na beta-karoten. Ponadto zawiera wit.C, wit.B6,
błonnik, żelazo, potas, mangan, miedz  i kwas chlorogenowy.
Posiada enzymy redukujące  skrobię niemal do zera. Zapobiega  nowotworom  jelita
cienkiego i okrężnicy, wskazany jest  przy astmie i osteoporozie.
Przechowywać należy w ciemnym miejscu, nie w lodówce. Ale ugotowany w skórce
patat można z powodzeniem zamrozić. I to dla mnie dobra wiadomość.
Najlepiej jest gotować go w całości w skórce (uprzednio dokładnie wyszorowanej),
w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu skórka  bez trudu odchodzi.
Piecze się  ze skórką w całości lub w dużych cząstkach, w temp. 220 stopni.
Podawać można na słodko  lub ostro, wg własnego upodobania.