drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 3 stycznia 2015

Musiałam odreagować

Takie sobie kryształki Preciosa i koraliki toho
I czarny motyl. Tym razem bez jedwabiu, same  koraliki toho.

Chyba mam  dziwny sposób odreagowywania  złych i smutnych wieści.
Zaledwie rozpoczął się nowy rok a już dwie lubiane przeze mnie osoby
odeszły.
I nic nikt na to nie poradzi - życie i śmierć idą w parze.



piątek, 2 stycznia 2015

Obiecałam....

.......a więc dzielę się z Wami tym co obejrzałam.
Jak wiecie świat ogarnia plaga otyłości , nie tylko nadwagi. I sprawa dotyczy nie tylko
krajów wysoko rozwiniętych, to samo zaczyna się w krajach znacznie uboższych.
Początkowo przyczyny upatrywano tylko i wyłącznie w złym sposobie odżywiania się
ludzi i notorycznym  braku ruchu.
Lekarze biją na alarm, bo wielokrotnie wzrosła ilość zachorowań na cukrzycę typu II,
raka, choroby serca, choroby tarczycy.
Zaczęto namawiać ludzi do zmiany sposobu odżywiania się i do ćwiczeń. Powstawały
przeróżne diety, tudzież kliniki je propagujące i stosujące u  swych pacjentów.
Tyle tylko, że wszystkie te zabiegi przynosiły chwilową poprawę, a na świecie niemal
co drugi człowiek ma nadwagę a co szósty jest otyły.
Zaobserwowano, że od pewnego czasu noworodki ważą więcej niż kilkanaście lat
temu- tyją nie tylko ludzie- tyją też zwierzęta domowe.
Zmiany objętościowo- wagowe zaobserwowali też producenci odzieży i "rozmiarówka
odzieżowa" uległa zmianie. Dzisiejszy damski rozmiar 36 odpowiada  rozmiarowi 38
sprzed kilkunastu lat.
Co bardziej bystrym naukowcom wpadło do głów, że nieodpowiednia dieta i brak ruchu
nie są jedynymi winowajcami. Wysnuto podejrzenie, że najprawdopodobniej przyczyna
tkwi w  otaczającym nas środowisku pełnym chemikalii i rozpoczęto cykl badań
"Chemikalia w środowisku a nadwaga". Na pierwszy ogień poszły pestycydy, a głównie
szeroko rozpowszechniona tribulocyna, będąca głównym składnikiem pestycydów.
Zaczęto badania laboratoryjne na myszkach i w krótkim czasie okazało się, że myszki,
którym podawano tribulocynę zaczęły tyć i to naprawdę sporo. Wyglądały jak kuleczki.
Okazało się, że wszystkie pestycydy zaburzają gospodarkę hormonalną co prowadzi do
wzrostu komórek tłuszczowych oraz różnych schorzeń układu hormonalnego.
Tak naprawdę szkodzi nam cała chemia- kilka lat temu odkryto, że bisfenol "A" ,czyli
BPA, będący komponentem w produkcji butelek plastikowych (między innymi też tych
dla niemowląt)  zaburza poważnie gospodarkę hormonalną. Wycofano go i zastąpiono
bisfenolem "S" - ale nie łudzmy się, on też jest szkodliwy.
Nie mamy już w butelkach bisfenolu "A", ale nadal jest on obecny - znalezć go można
 w puszkach z konserwowaną żywnością oraz na wydrukach paragonów kasowych.
Odkryto, tak przy okazji, że bisfenol "A" zamienia nasze komórki macierzyste w komórki
tłuszczowe.
Czy wiecie, że bisfenol wykryto też w mleku karmiących kobiet? Także tych, które
bardzo dbają o właściwą dietę i prowadzą higieniczny tryb życia.
W czasie prowadzonych badań wyodręniono ponad 20 szkodliwych dla ludzi substancji,
które wciąż są obecne w naszym otoczeniu. Nie tylko w otoczeniu - często są dodawane
do naszej żywności .Nazwano je obesogenami.  To obesogeny nas trują i powodują ,że
tyjemy.
I tak sobie myślę, że jakoś nam rozum nie wyszedł na dobre - dorwaliśmy się do
przekształcania naszego środowiska (żeby nam się lepiej i wygodniej żyło) a to wszystko
najprawdopodobniej doprowadzi ludzkość do kresu istnienia.

czwartek, 1 stycznia 2015

Wczoraj....

......obejrzałam dwa filmy dokumentalne.
Pierwszy z nich to film biograficzny o Stephenie W. Hawkingu.To już drugi film, który
nakręcono o tym niezwykłym  człowieku. Jest to zapewne jedyny na świecie człowiek,
który od pięćdziesięciu lat choruje na stwardnienie zanikowe boczne, które jest bardzo
ciężką chorobą neurodegeneracyjną. Większość pacjentów umiera po 10 latach od
chwili wykrycia  tej choroby.
Gdy wykryto tę chorobę, Hawking miał zaledwie 21 lat, był zakochany w Jane Wilde i
właśnie szykowali się do ślubu.
Lekarze twierdzili, że zostało mu 2 lub 3 lata życia, bo choroba postępowała bardzo
szybko, ale pomimo tych ponurych zapowiedzi, młodzi pobrali się. Był to rok 1965,
widmo kolejnej wojny wisiało w powietrzu i jak powiedziała Jane, raczej nikt nie
oczekiwał długiego życia. Jak sama powiedziała przed kamerą, była zachwycona jego
inteligencją i urzeczona jego szarymi, łagodnymi oczami.
Stephen i Jane mają troje dzieci. Po 26 latach małżeństwa Jane nie wytrzymała trudów
tego związku - czuła się zmęczona wieczną opieką nad mężem a ponadto zepchnięta
na boczny tor i wystąpiła o separację. W cztery lata pózniej wzięli rozwód, był to
rok 1995. W tym samym roku Hawking poślubił swoją pielęgniarkę. Ten związek
przetrwał 11 lat - rozwiedli się w 2006 roku.
Opiekę medyczną nad Hawkingiem sprawował (aż do swej śmierci) jego ojciec, który
był lekarzem chorób tropikalnych.
Pomimo złych rokowań  i szybkiego postępu choroby Hawking zrobił doktorat i podjął
pracę naukową. Pomimo choroby, która doprowadziła do jego całkowitego paraliżu,
Hawking prowadził i nadal prowadzi bardzo aktywny tryb życia.
W 1985 roku,  w czasie swego pobytu w CERN, zachorował na ciężkie zapalenie płuc
i musiano mu wykonać tracheotomię.
Od tego czasu Hawking stracił zdolność mówienia i porozumiewa  się ze światem
za pomocą syntezatora mowy. Jest to żmudny i powolny proces,bo steruje urządzeniem
przy pomocy mięśnia  policzka, lecz mimo tego bierze czynny udział w konferencjach,
daje odczyty, pisze kolejne książki i artykuły.
Bo jego choroba nie niszczy mózgu - pomimo całkowitego paraliżu fizyk ma nadal
świetnie funkcjonujący mózg. I twierdzi, że to właśnie dzięki swemu mózgowi może
żyć. Sam uważa swe życie osobiste za udane.
Ósmego stycznia tego roku  fizyk Stephen Hawking skończy 73 lata.
Jego pierwsza żona, Jane, napisała książkę "Podróż ku nieskończoności",w której
opisuje swoje  życie z Hawkingiem. Książka została również wydana u nas.
I chyba ją nabędę. Ale wpierw przeczytam książkę Hawkinga "Krótka historia czasu".
Oglądając ten film cały czas się zastanawiałam właśnie nad jej postacią.
Dla nikogo  nie jest tajemnicą, że każdy niepełnosprawny człowiek, przykuty do
wózka a do tego całkowicie sparaliżowany, przy którym trzeba wykonywać wszystkie
prace pielęgnacyjne jak przy noworodku, jest dla rodziny ogromnym problemem.
Gdy niemowlę kąpiesz, karmisz, przewijasz, wiesz, że nadejdzie czas,gdy dziecko
już nie będzie wymagało tak intensywnej opieki.
A gdy to wszystko robisz przy osobie dorosłej to masz świadomość, że jedynym końcem
tej opieki jest  śmierć podopiecznego.
A do tego Hawking jest żądny sławy i świadomy tego, że inteligencją i wiedzą przerasta
swe najbliższe otoczenie i niejednokrotnie dawał im to do zrozumienia.
O drugim obejrzanym przeze mnie filmie napiszę  następnym razem.


wtorek, 30 grudnia 2014

Okołonoworoczne rozmyślania

Gdy byłam  dzieckiem zawsze z utęsknieniem czekałam na Boże Narodzenie
i na Sylwestrowy wieczór.
Boże Narodzenie  było przeze mnie wyczekiwane głównie  dlatego, że mogłam
wtedy robić z dziadkiem przeróżne  ozdoby na choinkę - pamiętam te "kilometry"
łańcucha klejonego z pasków glansowanego papieru i mnóstwo różnych zabawek.
Tak naprawdę to były jedyne dni,  w których nie krzyczano na mnie, że śmiecę.
Śmiecenie było wszak usankcjonowane ważnym celem.
A w Sylwestrowy wieczór, gdy już wybiła godzina dwunasta, mogłam sama
zawiesić nowy kalendarz. Nie wiem dlaczego, ale to było dla mnie ogromnie ważne.
Gdy już byłam pełnoletnia wyczekiwałam Sylwestra i karnawału - przez cały
karnawał w każdą sobotę gdzieś balowałam.
Dość pózno doszłam do wniosku, że tak naprawdę nie ma z czego się cieszyć,
że nadchodzi kolejny rok -przecież będziemy o rok starsi.
Przestałam również robić jakiekolwiek noworoczne postanowienia - przecież
jeśli coś mnie uwiera w moim życiu, to powinnam to usunąć "od ręki", a nie
czekać do nowego roku.
Zamiast noworocznych postanowień wprowadziłam pewne novum - starałam się
zachowywać do wszystkiego dystans i wyciszyć emocje.
Przy moim dość wybuchowym charakterze wcale to nie było łatwe, ale jak wiadomo
nawet jedna kropla wody spadająca stale w to samo miejsce może skruszyć skałę.
Widziałam się ostatnio z koleżanką, z którą wiele lat pracowałam w jednej firmie.
Nieomal od samego początku spotkania co chwilę powtarzała: ależ ty się zmieniłaś!
No jasne, że się zmieniłam - wyokrągliłam się tu i tam, nieco przywiędłam - w końcu
mijający czas zrobił swoje.
Ale jej szło o zmiany natury duchowej - a ja wreszcie zaczęłam dbać o swój dobrostan,
 przestałam wpadać w rezonans z byle powodu i gdzieś przepadł mój radykalizm.
Gdzieś przez te wszystkie lata przepadła wielce towarzyska, zabawowa dziewczyna
gotowa góry przenosić -  jej miejsce  zajęła stara kobieta ceniąca ciszę i spokój.
I tak jest dobrze- naprawdę.

Wszystkim, którzy dotarli aż do tego miejsca
życzę, by w Nowym Roku spełniły się ich
wszystkie plany i marzenia a każdy dzień
był pełen słońca.


Podróże....

...ponoć kształcą. Dodałabym, że i męczą. A tak naprawdę męczy mnie przebywanie
poza własnym domem. I im większa liczba w metryce, tym gorzej mi poza domem.
Samo pokonywanie odległości mnie nie zmęczyło - pociąg jechał cichutko, nic nie
szarpał, opóznił się zaledwie 15 minut, zięć z krasnalami nas odebrał z dworca.
Pociąg nie był jeszcze przepełniony, w naszym  przedziale były jeszcze tylko 2 osoby.
Jedna z nich mnie serdecznie rozbawiła - wparowała z dwiema super ciężkimi
walizami, które nawet ciągnąć było ciężko a co dopiero wstawić na półkę.
Spojrzała się wymownie na mego męża, ale on dzielnie wytrzymał to przenikliwe
spojrzenie i spokojnie wyjaśnił, że on niestety jej nie pomoże, bo nie może dzwigać.
Pani była nieco zawiedziona, ale po chwili sprowadziła jakiegoś młodego człowieka
z sąsiedniego przedziału, który z  trudem wrzucił jej bagaż na półkę.
..."bo ja do córki jadę i wiozę  dla niej różne domowe przysmaki"- poinformowała nas.
Potem dowiedzieliśmy się, że jej córka mieszka w Dreznie, że ma tam duży dom,
że ma męża Niemca, że ma doktorat w dziedzinie nanotechnologii, że w  Dreznie
niezbyt miło traktują Polaków.
Potem dowiedzieliśmy się, że pani już miała: własny bank, własne firmy a życzliwe
donosy rodaków sprawiły, że bank padł, a ona straciła pieniądze, firmy padły, bo
odbiorcy nie płacili, że teraz wciąż się procesuje i końca nie  widać.
W ramach podtrzymania rozmowy ( bo tak naprawdę to nie bardzo mi pasowało to
wszystko co mówiła) zapytałam się, dlaczego jej bank padł. Pani zamrugała oczkami i
powiedziała: no nie wiem dlaczego banki padają. Więc jej podpowiedziałam dlaczego
na ogół banki padają i że trochę to dziwne, że "mając własny bank" ona nie wie,
dlaczego jej bank padł. W tym momencie pani się lekko zapowietrzyła i jeszcze
nas  poinformowała, że ona wiele lat harowała w USA fizycznie, by zdobyć pieniądze
a bank padł. A ponieważ, jak wiecie, z natury wredna jestem, to jej powiedziałam ,że
użyła złego sformułowania bo bank nie był jej własnością, a tylko przechowywała
w nim pieniądze i że jak się lokuje duże pieniądze to trzeba wiedzieć, czy dany bank
ma gwarancje państwowe no a poza tym to zawsze zdrowiej trzymać większą ilość
pieniędzy w dwóch lub trzech bankach.
Pani znów się zapowietrzyła i tym razem już na długo.
Zapadła w drzemkę i ocknęła się dopiero tuż przed Berlinem.
Wyobrazcie sobie, że wszystkie przygotowania świąteczne rozpoczęły się dopiero
we wtorek - gdy przyjechaliśmy w poniedziałek, to jedynym gotowym elementem
świątecznym była ubrana choinka a pod nią stos prezentów oraz duszący się w kuchni
bigos.
I  wszystkie przygotowania świąteczne spadły na mnie, bo córka  z mężem montowali
nowe łóżka i szafy dla chłopców, ja urzędowałam w kuchni, mój mąż nieco pomagał im
w skręcaniu mebli, a druga babcia, która przyjechała w poniedziałek pod wieczór,
wzięła dzieciaki na ostatnie zakupy. I chwała  Jej za to.
W wigilię nadal trwało wykończanie prac meblowych. Tak naprawdę to wigilii
nie było - byliśmy wszyscy niezle umęczeni.
Wigilia polegała na rozdaniu i rozpakowaniu prezentów i zjedzeniu spokojnie
obiado - kolacji przy dzwiękach dziecięcej gitary oraz keyboardu.
Młodszy z zapałem szarpał struny gitary bez ładu i składu, starszy ustawił wgraną
firmowo kolędę i na okrągło dzwoniły nam dzwoneczki, a starszy dodatkowo nam
umilał czas śpiewając  w kółko do tej melodii. Masakra, wierzcie mi.
Tak naprawdę to byłam bliska  załamania. Naprawdę nie mam pojęcia po co oni
kupili dzieciakom tyle prezentów- tak naprawdę to oni wszystkie co prawda nawet
rozpakowali, ale  bawili się tylko  tymi instrumentami. Reszta leżała "odłogiem".
Mając w perspektywie Sylwestra z dodatkową ilością dzieci postanowiliśmy wracać
czym prędzej do domu. Dobrze, że udało się kupić bilety.
W sobotę byłam wieczorem na  kopule Reichstagu - cała ta konstrukcja robi wrażenie.
Jest przestronna, duża, a jednocześnie nie przytłacza. Spiralna droga  na samą górę
nie jest męcząca, ma bardzo wygodne nachylenie.
By zwiedzić to miejsce należy się wpierw mailowo zarejestrować imiennie, na
konkretną godzinę.
Nam przypadła godzina 16,45. Po przybyciu każdy musi okazać dowód osobisty
lub paszport, potem przechodzi się przez kontrolę bezpieczeństwa, czyli daje się do
prześwietlenia zawartość torebki, zdejmuje się  ubranie wierzchnie i czapkę i wszystko
jest prześwietlane. Potem olbrzymią windą wjeżdża się na taras u podnóża kopuły,
kto chce może wziąć bezpłatnie audio-przewodnik ( wzięłam) i wędruje się pomału
spiralą w górę. Audio-przewodnik opowiada krótką historię tego budynku, a potem
wymienia  charakterystyczne dla Berlina punkty, widoczne z kopuły.
Stając przy wewnętrznej barierze "spirali" można w dole zobaczyć salę posiedzeń-
fotele są w kolorze fioletowym.
Jeżeli będziecie w Berlinie to polecam tę wycieczkę, ale koniecznie w dzień bo inaczej
niewiele zobaczycie.
Okolice Reichstagu aż po Bramę Brandeburską będą miejscem super zabawy
sylwestrowej. Już od kilku dni teren ogradzano, w sobotę wieczorem wznoszono estrady.
Drugą moją zimową wyprawą (w niedzielę)była wyprawa z córką do KaDeWe i innych
dużych  sklepów. Takich tłumów klientów w KaDeWe jeszcze nie widziałam- naprawdę
był kłopot z poruszaniem się. Powód - poświąteczne przeceny.
"Zmarnowałyśmy" ze 3 godziny na włóczenie się po sklepach i po powrocie do domu
padłam jak  nieboszczyk.
A teraz  nadrabiam blogowe zaległości, bo tam nie miałam na to czasu.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Wróciłam....

....ale jestem pół żywa.
Przede wszystkim  dziękuję za życzenia - oby miały moc sprawczą.
Perspektywa spędzenia Sylwestra w towarzystwie  siedmiu mocno nieletnich krasnali
tak mnie przeraziła, że "dałam nogę".
Jestem nieco zmordowana fizycznie  tymi  świętami, było nas po prostu sporo, co
sprawiło, że było więcej pracy niż dotychczas, więc musiałam córce pomóc.
Niewiele tym razem kursowałam po mieście, bo nie bardzo miałam na to czas no i
pogoda też nie zachęcała do spacerów.
Ale o tym wszystkim napiszę  następnym razem.

sobota, 13 grudnia 2014

"Ferie zimowe"

Gościom stałym i przechodnim
życzę
Wesołych i Spokojnych  Świąt,
oraz spełnienia marzeń w Nowym Roku