Dziś miałam małe interwiew,u pana dentysty, na które dostarczyłam
swoje portfolio.
Tak dokładnie portfolio dotyczyło raczej mojej paszczęki - klisza
nie miała za grosz litości i ukazała każdy ząb wraz z kanałami i wadami.
Trochę mi pan dentysta współczuł, bo gdy ktoś do 60 roku życia
posiadał ząb mleczny, to nie wiadomo co o kimś takim tak naprawdę
myśleć.
Pan dentysta z uwagą oglądał podobiznę mojej paszczęki co jakiś czas
zerkając na "oryginał', w końcu grobowym głosem oznajmił, że czegoś
mu na tej kliszy bardzo brakuje, a tym czymś jest kanał zęba, w którym
ma umieścić wkład korzeniowo-koronowy.
W końcu głęboko westchnął, znieczulił mnie i zaczął poszukiwać wejścia
do kanału by zatruć nerw.
Owe poszukiwania trwały dość długo i nawet wysnułam tezę, że może
jestem pozbawiona czegoś takiego, bo tak naprawdę to jestem bardzo
wybrakowanym egzemplarzem, no ale w końcu po kolejnych odwiertach
udało się ten kanał odnalezć.
Kanał odnaleziony (wlot był zarośnięty), trucizna założona a ja mam
kolejną wizytę w piątek rano.
Po raz pierwszy miałam zrobione znieczulenie takie, że nie zdrętwiało
mi pół szczęki , co wprowadziło mnie w dobry nastrój na resztę dnia.
Ten dentysta należy do tych, którzy są zainteresowani ogólnym
stanem zdrowia pacjenta i którzy dokładnie tłumaczą co i dlaczego robią.
Koleżance, która mnie do niego "dopuściła" i jeszcze sprawiła, że
zostałam przyjęta nadprogramowo, wyraziłam dziś dozgonną wdzięczność.
Ogółem czeka mnie instalacja jeszcze jednego takiego wkładu i już tylko
pozostanie "łatwizna", czyli dwie korony a na pożegnanie założenie
"normalnej" plomby w trzecim zębie.
Człowiek to jednak wielce niedoskonały twór. Wciąż nie rozumiem jakim
cudem zostaliśmy "panami świata".
drewniana rzezba
środa, 16 marca 2016
niedziela, 13 marca 2016
Post niejako ku przestrodze....
......czyli nie zawsze warto we wszystko wierzyć co się nam w głowie
wylęgnie.
Był rok 1428. Na zamku Vaucoulers pojawiła się skromnie odziana mloda
dziewczyna, żądając audiencji u miejscowego burmistrza, niejakiego
Roberta de Baudricourt.
Twierdziła, że przyszła za namową trzech świętych: Małgorzaty,
Katarzyny i Michała, którzy powierzyli jej misję wygnania Anglików
z Francji oraz osadzenia na tronie delfina Karola, prawowitego następcy
tronu.
Poruszony jej słowami burmistrz de Baudricourt zaprowadził ją do Karola
Lotaryńskiego, którego owa dziwna dziewczyna zaczęła przekonywać do
porzucenia niemoralnego stylu życia.
W zamian za te nauki książę podarował dziewczynie konia, a burmistrz
dorzucił miecz.
Książę zabrał dziewczynę do Chinon na spotkanie z delfinem.
Aby przetestować jej nadzwyczajne zdolności, delfin dostał polecenie
ubrania się w zwykły, codzienny strój swych dworzan, wśród których
miał się ukryć.
Po przybyciu do Chinon, dziewczyna bez trudu odnalazła wśród dworzan
delfina i zaczęli rozmawiać. Jak potem powiedział delfin, mówiła mu
o rzeczach, o których wiedział tylko on i jego spowiednik.
Następnie dziewczyną zajęli się księża i....lekarze.
Ci pierwsi wypytywali ją dokładnie o głosy świętych, które słyszała, a
lekarze stwierdzili, że dziewczyna była......dziewicą, co w tych czasach
było raczej rzadkością.
Po tych wszystkich "sprawdzianach" delfin wyposażył dziewczynę w zbroję,
lancę i sztandar (konia i miecz już posiadała) a następnie oddał
w jej dowództwo swoje armie, co nie wzbudziło zupełnie entuzjazmu wśród
arystokratów, którzy nie chcieli się podporządkować prostej wieśniaczce.
Rok pózniej, pod Orleanem, wojska pod dowództwem tej wieśniaczki odniosły
zwycięstwo nad Anglikami a ona od tej pory była znana jako Joanna d'Arc, Dziewica Orleańska.
Kolejne bitwy również były dla Joanny d'Arc zwycięskie i w końcu , w dniu
17 lipca 1429 roku Joanna poprowadziła delfina do koronacji w Rheims.
Karol uznał sprawę za załatwioną i zdemobilizował armię we wrześniu.
Ale Joanna czuła się nadal zobowiązana przysięgą złożoną świętym, że
przepędzi całkowicie wszystkich Anglików z Francji, więc rozpoczęła
samotną walkę z minimalną ilością wojska i ponosiła porażkę za porażką.
24 maja 1430 roku wyruszyła z Compiegne na spotkanie sił angielskich
i ich burgundzkich sojuszników.
Wzięta w kleszcze usiłowała dostać się z powrotem do miasta, ale bramy
były zamknięte i podniesiony zwodzony most nad głęboką fosą.
W ciągu kilku godzin stała się więzniem Burgundczyków.
Rok pózniej stanęła przed sądem inkwizycji. Wyrok wydany przez tę
ponurą formację brzmiał:
"zważywszy cele, sposoby i tematy objawień Joanny, jakość jej osoby,
a także miejsce czynów i inne okoliczności, głosy które słyszała są
albo kłamstwami wyobrazni zgubnymi i zepsutymi, albo wspomniane
zjawiska i objawienia są wymyślone i pochodzą od złośliwych i
diabolicznych duchów, Beliala, Szatana czy Behamota".
We wrześniu 1430 roku wojska Burgundów sprzedały ją Anglikom.
24 maja 1931r została spalona na stosie tak wysokim, że kat nie mógł
nawet zadać jej zwyczajowego ciosu miłosierdzia, by nieco krócej
cierpiała.
Gwoli przypomnienia - Inkwizycja, która skazała Joannę, została
ustanowiona 200 lat wcześniej z myślą o zwalczaniu herezji katarów,
sekty propagującej życie w ubóstwie i wolną miłość a co gorsze,
postulowała zrzeczenie się przez Kościół wszelkich dóbr doczesnych.
W 1209 roku rozpoczęła się szeroko zakrojona krucjata przeciwko
katarom i tysiące katarów pozbawiono życia.
W 1215 r papież Innocenty III powołal nowy zakon- dominikanów,
na czele którego stanął hiszpański ksiądz Domingo de Guzman.
Uzbrojeni w bullę papieską Ad Extirpanda ("o tych, którzy muszą być
zniszczeni") inkwizytorzy mogli wtrącać do więzienia każdego, kogo
uznali za podejrzanego, bez żadnego procesu, a także poddawać
torturom, konfiskować ich własność oraz- skazywać na stos.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że duch Inkwizycji nadal żyje, tylko
przysiadł cichutko w kąciku , zmienił szatki duchowne na świeckie
i czeka na swą kolej w nowej odsłonie.
wylęgnie.
Był rok 1428. Na zamku Vaucoulers pojawiła się skromnie odziana mloda
dziewczyna, żądając audiencji u miejscowego burmistrza, niejakiego
Roberta de Baudricourt.
Twierdziła, że przyszła za namową trzech świętych: Małgorzaty,
Katarzyny i Michała, którzy powierzyli jej misję wygnania Anglików
z Francji oraz osadzenia na tronie delfina Karola, prawowitego następcy
tronu.
Poruszony jej słowami burmistrz de Baudricourt zaprowadził ją do Karola
Lotaryńskiego, którego owa dziwna dziewczyna zaczęła przekonywać do
porzucenia niemoralnego stylu życia.
W zamian za te nauki książę podarował dziewczynie konia, a burmistrz
dorzucił miecz.
Książę zabrał dziewczynę do Chinon na spotkanie z delfinem.
Aby przetestować jej nadzwyczajne zdolności, delfin dostał polecenie
ubrania się w zwykły, codzienny strój swych dworzan, wśród których
miał się ukryć.
Po przybyciu do Chinon, dziewczyna bez trudu odnalazła wśród dworzan
delfina i zaczęli rozmawiać. Jak potem powiedział delfin, mówiła mu
o rzeczach, o których wiedział tylko on i jego spowiednik.
Następnie dziewczyną zajęli się księża i....lekarze.
Ci pierwsi wypytywali ją dokładnie o głosy świętych, które słyszała, a
lekarze stwierdzili, że dziewczyna była......dziewicą, co w tych czasach
było raczej rzadkością.
Po tych wszystkich "sprawdzianach" delfin wyposażył dziewczynę w zbroję,
lancę i sztandar (konia i miecz już posiadała) a następnie oddał
w jej dowództwo swoje armie, co nie wzbudziło zupełnie entuzjazmu wśród
arystokratów, którzy nie chcieli się podporządkować prostej wieśniaczce.
Rok pózniej, pod Orleanem, wojska pod dowództwem tej wieśniaczki odniosły
zwycięstwo nad Anglikami a ona od tej pory była znana jako Joanna d'Arc, Dziewica Orleańska.
Kolejne bitwy również były dla Joanny d'Arc zwycięskie i w końcu , w dniu
17 lipca 1429 roku Joanna poprowadziła delfina do koronacji w Rheims.
Karol uznał sprawę za załatwioną i zdemobilizował armię we wrześniu.
Ale Joanna czuła się nadal zobowiązana przysięgą złożoną świętym, że
przepędzi całkowicie wszystkich Anglików z Francji, więc rozpoczęła
samotną walkę z minimalną ilością wojska i ponosiła porażkę za porażką.
24 maja 1430 roku wyruszyła z Compiegne na spotkanie sił angielskich
i ich burgundzkich sojuszników.
Wzięta w kleszcze usiłowała dostać się z powrotem do miasta, ale bramy
były zamknięte i podniesiony zwodzony most nad głęboką fosą.
W ciągu kilku godzin stała się więzniem Burgundczyków.
Rok pózniej stanęła przed sądem inkwizycji. Wyrok wydany przez tę
ponurą formację brzmiał:
"zważywszy cele, sposoby i tematy objawień Joanny, jakość jej osoby,
a także miejsce czynów i inne okoliczności, głosy które słyszała są
albo kłamstwami wyobrazni zgubnymi i zepsutymi, albo wspomniane
zjawiska i objawienia są wymyślone i pochodzą od złośliwych i
diabolicznych duchów, Beliala, Szatana czy Behamota".
We wrześniu 1430 roku wojska Burgundów sprzedały ją Anglikom.
24 maja 1931r została spalona na stosie tak wysokim, że kat nie mógł
nawet zadać jej zwyczajowego ciosu miłosierdzia, by nieco krócej
cierpiała.
Gwoli przypomnienia - Inkwizycja, która skazała Joannę, została
ustanowiona 200 lat wcześniej z myślą o zwalczaniu herezji katarów,
sekty propagującej życie w ubóstwie i wolną miłość a co gorsze,
postulowała zrzeczenie się przez Kościół wszelkich dóbr doczesnych.
W 1209 roku rozpoczęła się szeroko zakrojona krucjata przeciwko
katarom i tysiące katarów pozbawiono życia.
W 1215 r papież Innocenty III powołal nowy zakon- dominikanów,
na czele którego stanął hiszpański ksiądz Domingo de Guzman.
Uzbrojeni w bullę papieską Ad Extirpanda ("o tych, którzy muszą być
zniszczeni") inkwizytorzy mogli wtrącać do więzienia każdego, kogo
uznali za podejrzanego, bez żadnego procesu, a także poddawać
torturom, konfiskować ich własność oraz- skazywać na stos.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że duch Inkwizycji nadal żyje, tylko
przysiadł cichutko w kąciku , zmienił szatki duchowne na świeckie
i czeka na swą kolej w nowej odsłonie.
piątek, 11 marca 2016
Byłam dziś......
....u ortopedy, w Konstancinie, w Centrum Kompleksowej Rehabilitacji.
Stali czytacze wiedzą, że regularnie co pół roku mam dwutygodniowy
cykl zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie da się ukryć, że od chwili zapisu do owej pożytecznej placówki do
pierwszej wizyty minęło ponad dwa lata, za to teraz, regularnie co pół
roku jestem dopuszczana do ortopedy, a ten kieruje mnie na zabiegi.
Dziś co prawda nie było prowadzącego mnie lekarza, ale był inny ortopeda,
w zastępstwie. Bardzo sympatyczny - sam wyruszył na poszukiwanie
opisu mojego wyniku Rtg, który miał podobno już na mnie czekać
w gabinecie lekarza prowadzącego . Usiłował co prawda odczytać wynik
z płytki CD, którą otrzymałam zaraz po prześwietleniu kręgosłupa, ale ku
jego i mojemu zdziwieniu, płytka nie dała się odczytać. Nie ten program.
Dowiedziałam się, że od pierwszych dni życia zarabiamy rzetelnie na
wszystkie bóle, które nas potem "na starość" prześladują.
Na pożegnanie dostałam oczywiście skierowanie na zabiegi i informację,
która mnie uradowała -jest trochę gorzej niż było, ale nie ma osteoporozy
ani martwicy aseptycznej.
Mniej fajna sprawa - muszę ćwiczyć codziennie do końca życia, więc
znów do wystroju pokoju wraca piłka. No cóż zieleń pasuje i do moich
mebli i do ścian w kolorze ecru.
Wracałam do Warszawy radosna jak szczeniak na łące i nawet fakt, że
zabiegi będę miała dopiero od 11 kwietnia mnie nie zmartwił.
I taka radosna obserwowałam kraj w ruinie.
Jeszcze kilka lat temu, wzdłuż drogi do Konstancina ciągnęły się pola
uprawne- cały przekrój upraw. Teraz ciągną się szeregi domów -osiedle za osiedlem.
Szosa biegnie równolegle do Wisły i sądzę, że całkiem niedługo cały teren
od wałów przeciwpowodziowych do szosy zostanie równo zabudowany.
W pobliżu tegoż wału już stoi sporo domów.
Po drugiej stronie szosy teren budowy jest ograniczony Lasem Kabackim.
Jest tylko nadzieja, że Lasu Kabackiego nie wyrąbią, może minister
od pól i lasów nie zauważy go i las ocaleje? Jest znacznie mniej rzucający
się w oczy niż Puszcza Białowieska i żubrów w nim nie ma.
Poza budownictwem wielorodzinnym, jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosły osiedla domków jednorodzinnych. I nie są to jak kiedyś małe domki, typu
"buda dla dużego psa" ale "skromne pałacyki" dla nieco mniej bogatych
szejków. I ciągle coś się buduje.
Jechałam statecznie z prędkością 70 km na godzinę ( bo na większości
drogi obowiązuje 60km/h ) i...byłam wciąż ostatnia wśród aut osobowych-
a wyprzedzały mnie strasznie stare samochody,wśród których najstarsze
było sprzed pięciu lat- reszta nówki lub prawie nówki, same wypasione
bryki jak audi,bmw, infinity, lexus i mój pięcio miejscowy samochodzik getz
wyglądał przy nich jak 126p przy autobusie. No cóż, bieda aż piszczy i te
ruiny dookoła.
I z rozrzewnieniem wspominałam czas, gdy do Powsina i Konstancina
jechało się kolejką wąskotorową - wlokła się sapała, gwizdała, ale dowoziła
do celu.
I nikt nie mówił, że kraj jest w ruinie, choć nie wszystkie zburzone w czasie
wojny domy były odbudowane.
Miłego weekendu!
Stali czytacze wiedzą, że regularnie co pół roku mam dwutygodniowy
cykl zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie da się ukryć, że od chwili zapisu do owej pożytecznej placówki do
pierwszej wizyty minęło ponad dwa lata, za to teraz, regularnie co pół
roku jestem dopuszczana do ortopedy, a ten kieruje mnie na zabiegi.
Dziś co prawda nie było prowadzącego mnie lekarza, ale był inny ortopeda,
w zastępstwie. Bardzo sympatyczny - sam wyruszył na poszukiwanie
opisu mojego wyniku Rtg, który miał podobno już na mnie czekać
w gabinecie lekarza prowadzącego . Usiłował co prawda odczytać wynik
z płytki CD, którą otrzymałam zaraz po prześwietleniu kręgosłupa, ale ku
jego i mojemu zdziwieniu, płytka nie dała się odczytać. Nie ten program.
Dowiedziałam się, że od pierwszych dni życia zarabiamy rzetelnie na
wszystkie bóle, które nas potem "na starość" prześladują.
Na pożegnanie dostałam oczywiście skierowanie na zabiegi i informację,
która mnie uradowała -jest trochę gorzej niż było, ale nie ma osteoporozy
ani martwicy aseptycznej.
Mniej fajna sprawa - muszę ćwiczyć codziennie do końca życia, więc
znów do wystroju pokoju wraca piłka. No cóż zieleń pasuje i do moich
mebli i do ścian w kolorze ecru.
Wracałam do Warszawy radosna jak szczeniak na łące i nawet fakt, że
zabiegi będę miała dopiero od 11 kwietnia mnie nie zmartwił.
I taka radosna obserwowałam kraj w ruinie.
Jeszcze kilka lat temu, wzdłuż drogi do Konstancina ciągnęły się pola
uprawne- cały przekrój upraw. Teraz ciągną się szeregi domów -osiedle za osiedlem.
Szosa biegnie równolegle do Wisły i sądzę, że całkiem niedługo cały teren
od wałów przeciwpowodziowych do szosy zostanie równo zabudowany.
W pobliżu tegoż wału już stoi sporo domów.
Po drugiej stronie szosy teren budowy jest ograniczony Lasem Kabackim.
Jest tylko nadzieja, że Lasu Kabackiego nie wyrąbią, może minister
od pól i lasów nie zauważy go i las ocaleje? Jest znacznie mniej rzucający
się w oczy niż Puszcza Białowieska i żubrów w nim nie ma.
Poza budownictwem wielorodzinnym, jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosły osiedla domków jednorodzinnych. I nie są to jak kiedyś małe domki, typu
"buda dla dużego psa" ale "skromne pałacyki" dla nieco mniej bogatych
szejków. I ciągle coś się buduje.
Jechałam statecznie z prędkością 70 km na godzinę ( bo na większości
drogi obowiązuje 60km/h ) i...byłam wciąż ostatnia wśród aut osobowych-
a wyprzedzały mnie strasznie stare samochody,wśród których najstarsze
było sprzed pięciu lat- reszta nówki lub prawie nówki, same wypasione
bryki jak audi,bmw, infinity, lexus i mój pięcio miejscowy samochodzik getz
wyglądał przy nich jak 126p przy autobusie. No cóż, bieda aż piszczy i te
ruiny dookoła.
I z rozrzewnieniem wspominałam czas, gdy do Powsina i Konstancina
jechało się kolejką wąskotorową - wlokła się sapała, gwizdała, ale dowoziła
do celu.
I nikt nie mówił, że kraj jest w ruinie, choć nie wszystkie zburzone w czasie
wojny domy były odbudowane.
Miłego weekendu!
piątek, 4 marca 2016
Wczoraj.....
....dołączyłam do grona tych, co gromy rzucają na instytucję zwaną
NFZ.
Bo akurat wczoraj nastąpił dzień, w którym zgodnie z pomysłem NFZ
mogłam, po rocznej przerwie, ujrzeć twarz pani endokrynolog.
W związku z tym musiałam się zwlec bladym świtem z łóżka i pojechać
do przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Trafił mi się autobus z kierowcą, który zapewne był przekonany, że wozi
wory kartofli a nie ludzi- człowiek hamował z takim impetem, że za każdym
razem tłum pasażerów (to była godzina szczytu porannego) wpierw
leciał w przód, by zaraz potem zgodnie polecieć w tył.
Ale jakoś dotarłam, tylko nieznacznie byłam zdeptana, ale mam wrażenie,
że wszyscy którzy nie mieli miejsca siedzącego byli w tej samej sytuacji.
Dobrze, że przyjechałam nieco wcześniej, bo pierwsze co mnie zaskoczyło
to fakt, że gabinety poradni endokrynologicznej zostały przeniesione do
innego budynku. Wyruszyłam więc na poszukiwania nowej lokalizacji,
pokonując kilometry szpitalnego budynku. Od chwili, gdy zaczęłam się
leczyć w tej przychodni, gabinety już 4 razy zmieniały swe miejsce.
Budynek jest ogromny, a ktoś obdarzony wielkim poczuciem humoru tak
go zaprojektował, że korytarze przypominają swym układem labirynt.
Efekt taki, że wchodząc do tego molocha oznaczonego literą A, nagle
się człowiek znajduje w budynku oznaczonym jako bud. C, tyle tylko, że
nic o tym nie wie, bo oznaczenia są widoczne tylko ....na zewnątrz.
Na wszystkich korytarzach kłębiły się tłumy pacjentów - jedni szukali
pożądanej przez siebie przychodni, inni szatni, a jeszcze inni szukali
rejestracji. Bo w ramach "Ulepszeń", jakiś geniusz zlikwidował centralną
rejestrację pacjentów i teraz porozdzielano rejestracje do specjalistów
w różne miejsca. I może to nie był całkiem zły pomysł, gdyby nie fakt, że
nigdzie nie wisi dokładna informacja co gdzie można znalezć.
W końcu , na kilka minut przed wyznaczonym czasem wylądowałam pod
właściwym gabinetem. I tu niespodzianka - miałam wizytę wyznaczoną
na godz. 9,50, a tu oczekiwało 6 osób zapisanych na godz.9,00 no i
oczywiście ci pozapisywani na pózniejsze godziny musieli spokojnie
przeczekać tych sześć dodatkowych osób.
I cała ta sytuacja to wina NFZ, bo ich zdaniem pacjent "endo" nie ma
potrzeby oglądania swego specjalisty częściej niż raz na rok.
Częściej to sobie pacjent może chodzić do endokrynologa prywatnie,
średnio za 150 zł, z tym, że wszelkie potrzebne badania też musi
wtedy robić na własny koszt.
Pani endo zmartwiła się nieco moimi wynikami, no ale przecież nie może
być w tej sytuacji inaczej i zostałam zakwalifikowana do tych
pacjentów, którym trzeba na nowo ustawić dawkę hormonu i w maju
znów mam się stawić przed jej oblicze.
Fakt ten musiała odnotować w jakimś wykazie.
Trochę mnie siekło, bo rok temu już miałam nieco gorsze niż trzeba
wyniki, to wtedy stwierdziła, że latem mi się poprawi.
No i się nie poprawiło a znacznie pogorszyło.
I w tym miejscu powinnam zacytować poprzednią panią endo - lepsze
Hashimoto niż rak. Zapewne.
W następny piątek mam kolejną fajną wizytę, tym razem u ortopedy-
w Konstancinie.
Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała pobyć tam 2 lub 3 tygodnie, a wystarczy rehabilitacja "na przychodne".
Pożyjemy- zobaczymy.
Ciekawość mnie zżera jak mi będzie po nowej dawce tyroksyny.
NFZ.
Bo akurat wczoraj nastąpił dzień, w którym zgodnie z pomysłem NFZ
mogłam, po rocznej przerwie, ujrzeć twarz pani endokrynolog.
W związku z tym musiałam się zwlec bladym świtem z łóżka i pojechać
do przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Trafił mi się autobus z kierowcą, który zapewne był przekonany, że wozi
wory kartofli a nie ludzi- człowiek hamował z takim impetem, że za każdym
razem tłum pasażerów (to była godzina szczytu porannego) wpierw
leciał w przód, by zaraz potem zgodnie polecieć w tył.
Ale jakoś dotarłam, tylko nieznacznie byłam zdeptana, ale mam wrażenie,
że wszyscy którzy nie mieli miejsca siedzącego byli w tej samej sytuacji.
Dobrze, że przyjechałam nieco wcześniej, bo pierwsze co mnie zaskoczyło
to fakt, że gabinety poradni endokrynologicznej zostały przeniesione do
innego budynku. Wyruszyłam więc na poszukiwania nowej lokalizacji,
pokonując kilometry szpitalnego budynku. Od chwili, gdy zaczęłam się
leczyć w tej przychodni, gabinety już 4 razy zmieniały swe miejsce.
Budynek jest ogromny, a ktoś obdarzony wielkim poczuciem humoru tak
go zaprojektował, że korytarze przypominają swym układem labirynt.
Efekt taki, że wchodząc do tego molocha oznaczonego literą A, nagle
się człowiek znajduje w budynku oznaczonym jako bud. C, tyle tylko, że
nic o tym nie wie, bo oznaczenia są widoczne tylko ....na zewnątrz.
Na wszystkich korytarzach kłębiły się tłumy pacjentów - jedni szukali
pożądanej przez siebie przychodni, inni szatni, a jeszcze inni szukali
rejestracji. Bo w ramach "Ulepszeń", jakiś geniusz zlikwidował centralną
rejestrację pacjentów i teraz porozdzielano rejestracje do specjalistów
w różne miejsca. I może to nie był całkiem zły pomysł, gdyby nie fakt, że
nigdzie nie wisi dokładna informacja co gdzie można znalezć.
W końcu , na kilka minut przed wyznaczonym czasem wylądowałam pod
właściwym gabinetem. I tu niespodzianka - miałam wizytę wyznaczoną
na godz. 9,50, a tu oczekiwało 6 osób zapisanych na godz.9,00 no i
oczywiście ci pozapisywani na pózniejsze godziny musieli spokojnie
przeczekać tych sześć dodatkowych osób.
I cała ta sytuacja to wina NFZ, bo ich zdaniem pacjent "endo" nie ma
potrzeby oglądania swego specjalisty częściej niż raz na rok.
Częściej to sobie pacjent może chodzić do endokrynologa prywatnie,
średnio za 150 zł, z tym, że wszelkie potrzebne badania też musi
wtedy robić na własny koszt.
Pani endo zmartwiła się nieco moimi wynikami, no ale przecież nie może
być w tej sytuacji inaczej i zostałam zakwalifikowana do tych
pacjentów, którym trzeba na nowo ustawić dawkę hormonu i w maju
znów mam się stawić przed jej oblicze.
Fakt ten musiała odnotować w jakimś wykazie.
Trochę mnie siekło, bo rok temu już miałam nieco gorsze niż trzeba
wyniki, to wtedy stwierdziła, że latem mi się poprawi.
No i się nie poprawiło a znacznie pogorszyło.
I w tym miejscu powinnam zacytować poprzednią panią endo - lepsze
Hashimoto niż rak. Zapewne.
W następny piątek mam kolejną fajną wizytę, tym razem u ortopedy-
w Konstancinie.
Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała pobyć tam 2 lub 3 tygodnie, a wystarczy rehabilitacja "na przychodne".
Pożyjemy- zobaczymy.
Ciekawość mnie zżera jak mi będzie po nowej dawce tyroksyny.
niedziela, 28 lutego 2016
Na ukojenie nerwów
A teraz coś na poprawę humoru - druga część cytatów
z zeszytów szkolnych.
Znajoma nauczycielka stwierdziła, że po 25 latach pracy
jakoś mało ją to bawi, raczej przyprawia o smutek, bo ona ma
"takie kwiatki" w realu.
No ale nie wszyscy mają to w realu, więc:
*****
Rak jest stawonogiem, bo trzyma nogi w stawie.
W szpitalu ciężko chorym podali kaczki jako przystawkę.
Danuśka stanęła na ławie i zagrała na lutownicy.
Chcę studiować filozofię polską, aby zostać pełnowartościową
krawcową.
W dniu wiosny poszliśmy nad rzekę wesołym konduktem.
Na klimat Europy wpływa morze, które nas olewa.
Rozalkę leczono niekonwencjonalnie- w piecu.
Pszczoła gryzie tyłem, bo przód ma do zbierania miodu.
Kury w zimie zawsze znoszą droższe jajka.
Ślimak to jednocześnie płeć męska i żeńska, ale z niej nie korzysta.
Lato spędzę w górach u kuzynek, z których zejdę po wakacjach.
Mimo śmierci Norwid nie załamuje się i dalej wierzy w zwycięstwo.
Kochali się do utraty tchu, ale bez wzajemności.
Jurand był rycerzem szybkiego reagowania.
Klara była ładna i hoża jak dynia.
Darek miał na plecach tornister i niebieskie oczy.
*****
"To byłoby na tyle"- jak mawiał klasyk. Jeszcze nie wracam, bo będę się jeszcze nieco leczyć, mam nadzieję że nie będzie to niekonwencjonalne
leczenie w piecu.
A tak w ogóle to bardzo mi się podobał wesoły kondukt maszerujący
wczoraj przez stolicę.
I myślę, że powinnam brać przykład z Norwida, on nie stracił nadziei
i wiary w zwycięstwo.
Miłego nowego tygodnia!!!
Humorek z zeszytów szkolnych z "Nieznany Świat", nr3/2016
poniedziałek, 22 lutego 2016
Chyba.......
....... mam dość- wszystkiego.
Spróbuję się jakoś "ogarnąć" , choć "czarno to widzę", jak mawiała wróżka.
Zapewne za jakiś czas tu wrócę i coś naklikam, w końcu przyzwyczajenie
jest drugą naturą człowieka.
Do poczytania;)
Spróbuję się jakoś "ogarnąć" , choć "czarno to widzę", jak mawiała wróżka.
Zapewne za jakiś czas tu wrócę i coś naklikam, w końcu przyzwyczajenie
jest drugą naturą człowieka.
Do poczytania;)
poniedziałek, 15 lutego 2016
Smutna rocznica
To był zimny, prawdziwie lutowy dzień 15 lutego 1979 roku.
I wtedy, z przyczyn do dziś nie do końca wyjaśnionych, o godz. 12, 37
budynek Rotundy PKO, w którym aktualnie przebywało około 300 osób,
uniósł się z hukiem w górę, a następnie opadł w dół, pod ziemię,
rozsiewając dookoła swą zawartość.
Budynek stał (i odbudowany nadal stoi) w centrum Warszawy, pomiędzy
Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi i Widok.
Ogromnie nie lubiłam tego oddziału PKO, bo przez cały dzień panował tam ogromny tłok i sytuacji wcale nie ratował fakt, że kas było chyba 30.
Trzydzieści kas, a przy każdej kolejka interesantów.
W tym czasie przebywałam z dzieckiem w domu na urlopie wychowawczym.
W pewnej chwili słyszałam daleki huk, ale była ostra zima i często
kruszyli lód na Wiśle i tak też odebrałam ten huk.
Około godziny 15,00 zatelefonował do mnie mąż, mówiąc, żebym się nie
denerwowała, bo jemu nic się nie stało, ale nie wie kiedy wróci i nie wie
czy jeszcze mamy samochód. Zupełnie nie mogłam się w tym wszystkim połapać, więc zapytałam o co mu idzie.
"To ty nie wiesz? Budynek Rotundy wyleciał w powietrze i to niedługo po
moim przyjezdzie do budynku Uniwersalu, a samochód postawiłem na wysokości Rotundy koło wielkiej zaspy usypanej z odgarniętego śniegu.
Nie widzę go, a dookoła jest pełno milicji, karetek pogotowia i mnóstwo
ludzi biega w tę i z powrotem. Baliśmy się ,że i ten budynek runie, ale
chyba tylko kilka szyb wyleciało, choć zatrzęsło mocno. Będą chyba
profilaktycznie ewakuować budynek. No to pa." i odłożył słuchawkę.
Dla mało wtajemniczonych wyjaśnienie - budynek Uniwersalu stoi
kilkanaście metrów od Rotundy, jest całkiem wysokim wieżowcem i w tym
czasie był siedzibą kilku central Handlu Zagranicznego i innych biur.
Po szesnastej mąż wrócił do domu - pryzma śniegu, wyższa znacznie od
naszego samochodu, przy której zaparkował mąż, osłoniła go przed
różnymi elementami rozrzuconymi przez wybuch.
Jakiś sympatyczny milicjant, który blokował ruch pojazdów, pozwolił
mężowi dojść do samochodu i spokojnie odjechać.
Według oficjalnych danych, w wybuchu zginęło 49 osób a 135 zostało
rannych.
Sprawa od razu wszystkim warszawiakom wydała się podejrzana-
po pierwsze jakimś cudem zginęło "tylko" 49 osób.
Gdyby zginęła jeszcze jedna osoba, należałoby powołać międzynarodową
komisję d.s. katastrof. Z tych 135 rannych w krótkim czasie zmarło
jeszcze kilka osób, no ale nie zginęły na miejscu, więc do rachunku nie
weszły.
Druga sprawa - ten i okoliczne budynki nie miały wcale instalacji gazowej,
więc komunikat, że to był wybuch gazu, nikogo nie przekonał.
Następnego dnia zaczęło krążyć po mieście powiedzenie, że chyba
ktoś się pomylił bo wybuch miał zapewne być na skrzyżowaniu
Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, w pobliżu budynku KC.
Nie wiem jak naprawdę było, ale moja bliska koleżanka pracowała w tym
czasie jako kasjerka w PKO przy ul. Sienkiewicza, niedaleko od tego
feralnego skrzyżowania. Tego dnia zamieniła się dyżurem z koleżanką i
zamiast po południu pracowała na porannej zmianie. W bardzo krótkim
czasie po wybuchu, na salę kasową wpadła z krzykiem młoda dziewczyna.
Płaszcz miała tylko zarzucony na ramiona, była blada i nie za bardzo
kontaktowała. Twierdziła, że z 10 minut przed wybuchem chodził po hali
kasowej Rotundy młody człowiek i głośno mówił, żeby ludzie uciekali.
Nikt na to nie reagował, ale ona akurat weszła do budynku i to słyszała.
Wyszła czym prędzej i poszła w stronę Sienkiewicza i zaraz nastąpił
wybuch, ją powaliło na chodnik, miała potłuczone kolana, podarte
rajstopy, skaleczoną rękę. Dziewczyna była krewną jednej z kasjerek
pracujących w oddziale na Sienkiewicza.
Śledztwo prowadzone przez ówczesne władze właściwie nie wskazało
nikogo winnego, wg nich był to zbieg okoliczności, bo ktoś w złym
miejscu zaprojektował kanał wentylacyjny, ktoś zapewne zbyt mocno
zakręcił zawór i jego zbyt wysokie ciśnienie spowodowało powstanie
szczeliny, przez którą spokojnie ulatniał się gaz, ktoś nie reagował
na sygnały pracowników PKO, że cuchnie gaz i ktoś nie sprawdził na czas
stanu instalacji elektrycznej i wreszcie ktoś przekręcił kontakt, a iskra
w kontakcie spowodowała wybuch.
I tak naprawdę nic nie wiadomo.
Wiadomo tylko, że zginęło wiele osób. Przypadek, podobno.
I wtedy, z przyczyn do dziś nie do końca wyjaśnionych, o godz. 12, 37
budynek Rotundy PKO, w którym aktualnie przebywało około 300 osób,
uniósł się z hukiem w górę, a następnie opadł w dół, pod ziemię,
rozsiewając dookoła swą zawartość.
Budynek stał (i odbudowany nadal stoi) w centrum Warszawy, pomiędzy
Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi i Widok.
Ogromnie nie lubiłam tego oddziału PKO, bo przez cały dzień panował tam ogromny tłok i sytuacji wcale nie ratował fakt, że kas było chyba 30.
Trzydzieści kas, a przy każdej kolejka interesantów.
W tym czasie przebywałam z dzieckiem w domu na urlopie wychowawczym.
W pewnej chwili słyszałam daleki huk, ale była ostra zima i często
kruszyli lód na Wiśle i tak też odebrałam ten huk.
Około godziny 15,00 zatelefonował do mnie mąż, mówiąc, żebym się nie
denerwowała, bo jemu nic się nie stało, ale nie wie kiedy wróci i nie wie
czy jeszcze mamy samochód. Zupełnie nie mogłam się w tym wszystkim połapać, więc zapytałam o co mu idzie.
"To ty nie wiesz? Budynek Rotundy wyleciał w powietrze i to niedługo po
moim przyjezdzie do budynku Uniwersalu, a samochód postawiłem na wysokości Rotundy koło wielkiej zaspy usypanej z odgarniętego śniegu.
Nie widzę go, a dookoła jest pełno milicji, karetek pogotowia i mnóstwo
ludzi biega w tę i z powrotem. Baliśmy się ,że i ten budynek runie, ale
chyba tylko kilka szyb wyleciało, choć zatrzęsło mocno. Będą chyba
profilaktycznie ewakuować budynek. No to pa." i odłożył słuchawkę.
Dla mało wtajemniczonych wyjaśnienie - budynek Uniwersalu stoi
kilkanaście metrów od Rotundy, jest całkiem wysokim wieżowcem i w tym
czasie był siedzibą kilku central Handlu Zagranicznego i innych biur.
Po szesnastej mąż wrócił do domu - pryzma śniegu, wyższa znacznie od
naszego samochodu, przy której zaparkował mąż, osłoniła go przed
różnymi elementami rozrzuconymi przez wybuch.
Jakiś sympatyczny milicjant, który blokował ruch pojazdów, pozwolił
mężowi dojść do samochodu i spokojnie odjechać.
Według oficjalnych danych, w wybuchu zginęło 49 osób a 135 zostało
rannych.
Sprawa od razu wszystkim warszawiakom wydała się podejrzana-
po pierwsze jakimś cudem zginęło "tylko" 49 osób.
Gdyby zginęła jeszcze jedna osoba, należałoby powołać międzynarodową
komisję d.s. katastrof. Z tych 135 rannych w krótkim czasie zmarło
jeszcze kilka osób, no ale nie zginęły na miejscu, więc do rachunku nie
weszły.
Druga sprawa - ten i okoliczne budynki nie miały wcale instalacji gazowej,
więc komunikat, że to był wybuch gazu, nikogo nie przekonał.
Następnego dnia zaczęło krążyć po mieście powiedzenie, że chyba
ktoś się pomylił bo wybuch miał zapewne być na skrzyżowaniu
Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, w pobliżu budynku KC.
Nie wiem jak naprawdę było, ale moja bliska koleżanka pracowała w tym
czasie jako kasjerka w PKO przy ul. Sienkiewicza, niedaleko od tego
feralnego skrzyżowania. Tego dnia zamieniła się dyżurem z koleżanką i
zamiast po południu pracowała na porannej zmianie. W bardzo krótkim
czasie po wybuchu, na salę kasową wpadła z krzykiem młoda dziewczyna.
Płaszcz miała tylko zarzucony na ramiona, była blada i nie za bardzo
kontaktowała. Twierdziła, że z 10 minut przed wybuchem chodził po hali
kasowej Rotundy młody człowiek i głośno mówił, żeby ludzie uciekali.
Nikt na to nie reagował, ale ona akurat weszła do budynku i to słyszała.
Wyszła czym prędzej i poszła w stronę Sienkiewicza i zaraz nastąpił
wybuch, ją powaliło na chodnik, miała potłuczone kolana, podarte
rajstopy, skaleczoną rękę. Dziewczyna była krewną jednej z kasjerek
pracujących w oddziale na Sienkiewicza.
Śledztwo prowadzone przez ówczesne władze właściwie nie wskazało
nikogo winnego, wg nich był to zbieg okoliczności, bo ktoś w złym
miejscu zaprojektował kanał wentylacyjny, ktoś zapewne zbyt mocno
zakręcił zawór i jego zbyt wysokie ciśnienie spowodowało powstanie
szczeliny, przez którą spokojnie ulatniał się gaz, ktoś nie reagował
na sygnały pracowników PKO, że cuchnie gaz i ktoś nie sprawdził na czas
stanu instalacji elektrycznej i wreszcie ktoś przekręcił kontakt, a iskra
w kontakcie spowodowała wybuch.
I tak naprawdę nic nie wiadomo.
Wiadomo tylko, że zginęło wiele osób. Przypadek, podobno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)