Najlepszym dniem mijającego tygodnia był dla mnie czwartek - nie tylko
były sprzyjające warunki meteo ale spotkałam się z dwiema uroczymi, a do tego kochanymi koleżankami.
Czasem mamy trudności by się spotkać, bo wszystkie jesteśmy emerytkami,
a więc notorycznie dla każdej z nas dzień jest za krótki a obowiązków jakby
nieco zbyt dużo.
Spotkanie było w kawiarni w Ogrodzie Botanicznym. Otaczała nas zieleń
w różnych odcieniach i kształtach, poprzetykana kolorami różnych kwiatów,
ptaki popisywały się swymi trelami i....odwiedzała nasz stolik maleńka
sikorka, która postanowiła spróbować tego, co znajdowało się na naszych
talerzykach. Ptaszyna maleńka, ale bardzo odważna.
*****
Prace na loggii postępują, chociaż wczoraj zostały przerwane nagłą wichurą
i wściekłym deszczem. Przez kilka chwil nic nie było widać poprzez ścianę
deszczu. Połamało na osiedlu nieco gałęzi i kilka niedużych drzewek.
Dziś już zakupiliśmy gres mrozoodporny (kolor- capucino? kawa z mlekiem?),
farbę do malowania balustrady (ciemna zieleń, czyli kolor taki jaki był), nową drabinkę dla mnie, bo z poprzedniej z trudem dosięgałam do karniszy i
upinanie firanek lub zasłon było niezłym dla mnie wyzwaniem, a do tego
wreszcie udało mi się kupić fajny, niski podnóżek.
A wszystko kupiliśmy w jednym miejscu, czyli w jednym ze sklepów sieci
Le Roy Merlin, w dzielnicy Skorosze. W moim odczuciu to jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów tej sieci w moim mieście. I już planuję tam następną wyprawę, bo zobaczyłam ,że jest tam bardzo duży wybór balkonowej zieleni.
*****
Zadziwiła mnie w tym tygodnia jedna rzecz - zostałam zaproszona na ślub
znajomej, o której zawsze myślałam, że jest mężatką.
Po prostu, gdy się poznałyśmy, nie dociekałam czy mężczyzna, z którym
mieszka jest czy nie jest jej "regularnym" mężem.
I dlatego, gdy zatelefonowała do mnie i nadała tekst: "słuchaj, owdowiałam
i wychodzę czym prędzej za mąż" to nie bardzo wiedziałam co mam mówić.
Wydukałam tylko: o, to przykre... ale nie dokończyłam zdania, bo znajoma
domyśliła się, że ja nie byłam nigdy wtajemniczona w jej życie intymne.
Okazuje się, że pan, z którym mieszka razem drobne trzydzieści lat, nie jest
jej mężem. A zmarł ten człowiek, który nie chciał jej dać rozwodu.
Ponieważ sprawa wlokła się latami, machnęła ręką na rozwód,zmieniła miejsce zamieszkania, tudzież zawód, zakupiła mieszkanie (na siebie, bo miała rozdzielność majątkową) i po jakimś czasie zamieszkała z mężczyzną, z którym jest do teraz.
Gdy tylko dowiedziała się, poprzez znajomych, że jej prawowity małżonek
przeniósł się w zaświaty, postanowiła wziąć ślub ze swym partnerem.
Nie było miłe spotkanie się z rodziną zmarłego - pierwsze co usłyszała, to
informacja, że nie należy jej się żaden spadek. Potem były cyrki by wydostać
od rodziny oryginał aktu zgonu. No cóż, bywa i tak. Gdy już załatwiła
wszystkie sprawy związane z przeszłością, zajęła się terazniejszością i tym
samym przyszłością.
Bo jeśli coś się jej stanie , np. umrze pierwsza, jej partner zostanie "na
lodzie" i bez mieszkania. Jak zapewne wiecie, to w Polsce osoby pozostające
w związku partnerskim mają dokładnie "przechlapane", są pozbawione
wszelkich praw. Wszystko dziedziczy rodzina zmarłego partnera, nawet jeśli wieki całe nie utrzymywała ze zmarłym kontaktów, a partner zmarłego
ponosił część wydatków związanych z prowadzeniem wspólnego gospodarstwa
ze zmarłą osobą.
Oczywiście wystarczy im do szczęścia ślub cywilny. Będzie poza stolicą,
w rodzinnym mieście partnera.
Zabawne, ale w warszawskim USC brak szybkich terminów.
Nie ukrywają, bo i po co, że ten ślub jest w pewnym sensie wymuszony i
gdyby nie te niedoważone przepisy wcale by ślubu nie brali.
Podejrzewam, że u nas nigdy nie zostanie rozwiązana kwestia związków
partnerskich.
A są kraje, (i to całkiem blisko), w których przepisy zabezpieczają interesy
osób żyjących w związku partnerskim -wystarcza zgłoszenie tego faktu
w urzędzie.
No ale w kraju, w którym króluje histeria kościelna- rzecz jest niemożliwa.
drewniana rzezba
sobota, 18 czerwca 2016
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Ogłoszenie parafialne
Uprzejmie wszystkich informuję, że właśnie miałam napad sklerozy i ostatni post jest do przeczytania na moim drugim blogu.
Dla niezorientowanych: wystarczy kliknąć na prawym marginesie na obrazek Klimta pod napisem "zapraszam na mój drugi blog".
Dla niezorientowanych: wystarczy kliknąć na prawym marginesie na obrazek Klimta pod napisem "zapraszam na mój drugi blog".
czwartek, 9 czerwca 2016
Mix
Wczorajsze popołudnie zakłócił nam dzwięk domofonu. Mój spojrzał się
na mnie pytająco- umawiałaś się z kimś?- zapytał.
Pokręciłam przecząco głową i odpowiedziałam wymijająco- chyba nie?-
i poczłapałam do domofonu.
W słuchawce męski, lekko schrypnięty głos poinformował mnie, że rano,
o godz. 7.00 zaczną prace remontowe na mojej loggii, więc powinnam ją:
a) opróżnić doszczętnie,bo na parapecie jeszcze stoją doniczki
b) otworzyć kratę
Z lekka mnie przytkało, bo nie zwykłam ostatnio wstawać o świcie.
Męski głos z domofonu wydedukował, że rozmawia z jakąś niedojdą i tak
na wszelki wypadek zapytał, czy aby wszystko zrozumiałam.
Nie - odpowiedziałam szczerze- nie rozumiem dlaczego dopiero o siódmej
rano a nie np. o szóstej lub o piątej ?
Głos zaniemówił i po kilku długich sekundach odpowiedział - bo my zawsze
zaczynamy o siódmej. I będziemy pracować do osiemnastej.
Co jest niezgodne z regulaminem pracy- dokończyłam za niego.
W końcu, już po ludzku powiedziałam "dobrze, otworzę kratę" i pożegnałam
głos.
Dziś zwlokłam się o świcie, dokończyłam opróżnianie loggii, otworzyłam
kratę , zamknęłam szczelnie okna, zasłoniłam je żaluzjami.
Zarzuciłam na dziś działalność "koralikową", przeniosłam swe zwłoki do
drugiego pokoju i czekałam w napięciu na warkot wiertła.
Owi pracowicie ludzie przywlekli się około godz. 13,00 i do 17,30 ryli świdrem
skrupulatnie podłogę na mojej loggii.
Niech mi ktoś wytłumaczy po jakie licho musiałam się zwlec z łóżka o świcie?
*****
Zaczynam czytać książkę "Słowiańscy królowie Lechii. Polska Starożytna".
I zastanawiam się ile lat musi jeszcze upłynąć, by w szkołach dzieci zaczęły
się uczyć, że historia Polski jest starsza o całe 1000 lat w stosunku do daty
podawanej obecnie.
Książka powstała w oparciu o ponad 50 kronik i materiałów żródłowych
polskich i zagranicznych oraz 36 starych map cudzoziemskich.
Jest to pierwsza publikacja na temat organizacji władzy i funkcjonowania
Lechii, czyli starożytnej Polski, zwanej też Imperium Lechitów, Scytią
Europejską lub Sarmacją Europejską.
Znajdziemy tu opis terytorium Lechii, jej gospodarki, handlu, budowy miast,
grodów, portów, żeglugi, głównych wojen i bitew.
Dowiemy się tu również o najnowszych wynikach badań genetycznych
Ario-Słowian, prowadzonych w latach 2010-2013 przez laboratoria polskie
i zagraniczne.
A wszystko to potwierdzają ostatnie odkrycia polskich archeologów
dokonane w obrębie grodów, miast, osad obronnych i grobowców na terenie obecnej Polski.
I oczywiście, znów czuję się jak dziecko we mgle, bo zupełnie nie wiem,
dlaczego tak cicho jest o tych nowych archeologicznych odkryciach.
A może, tak jak w wielu innych przypadkach odkryć archeologicznych, to
co nie pasuje do raz napisanej historii skrzętnie się usuwa pod dywan
zapomnienia i chowa w przepastnych muzealnych szafach?
Książkę wydało wydawnictwo Bellona, nabyłam w empiku.
P.S.
Jak już zapewne wiecie, nie reklamuję niczego, nie zarabiam na blogu.
na mnie pytająco- umawiałaś się z kimś?- zapytał.
Pokręciłam przecząco głową i odpowiedziałam wymijająco- chyba nie?-
i poczłapałam do domofonu.
W słuchawce męski, lekko schrypnięty głos poinformował mnie, że rano,
o godz. 7.00 zaczną prace remontowe na mojej loggii, więc powinnam ją:
a) opróżnić doszczętnie,bo na parapecie jeszcze stoją doniczki
b) otworzyć kratę
Z lekka mnie przytkało, bo nie zwykłam ostatnio wstawać o świcie.
Męski głos z domofonu wydedukował, że rozmawia z jakąś niedojdą i tak
na wszelki wypadek zapytał, czy aby wszystko zrozumiałam.
Nie - odpowiedziałam szczerze- nie rozumiem dlaczego dopiero o siódmej
rano a nie np. o szóstej lub o piątej ?
Głos zaniemówił i po kilku długich sekundach odpowiedział - bo my zawsze
zaczynamy o siódmej. I będziemy pracować do osiemnastej.
Co jest niezgodne z regulaminem pracy- dokończyłam za niego.
W końcu, już po ludzku powiedziałam "dobrze, otworzę kratę" i pożegnałam
głos.
Dziś zwlokłam się o świcie, dokończyłam opróżnianie loggii, otworzyłam
kratę , zamknęłam szczelnie okna, zasłoniłam je żaluzjami.
Zarzuciłam na dziś działalność "koralikową", przeniosłam swe zwłoki do
drugiego pokoju i czekałam w napięciu na warkot wiertła.
Owi pracowicie ludzie przywlekli się około godz. 13,00 i do 17,30 ryli świdrem
skrupulatnie podłogę na mojej loggii.
Niech mi ktoś wytłumaczy po jakie licho musiałam się zwlec z łóżka o świcie?
*****
Zaczynam czytać książkę "Słowiańscy królowie Lechii. Polska Starożytna".
I zastanawiam się ile lat musi jeszcze upłynąć, by w szkołach dzieci zaczęły
się uczyć, że historia Polski jest starsza o całe 1000 lat w stosunku do daty
podawanej obecnie.
Książka powstała w oparciu o ponad 50 kronik i materiałów żródłowych
polskich i zagranicznych oraz 36 starych map cudzoziemskich.
Jest to pierwsza publikacja na temat organizacji władzy i funkcjonowania
Lechii, czyli starożytnej Polski, zwanej też Imperium Lechitów, Scytią
Europejską lub Sarmacją Europejską.
Znajdziemy tu opis terytorium Lechii, jej gospodarki, handlu, budowy miast,
grodów, portów, żeglugi, głównych wojen i bitew.
Dowiemy się tu również o najnowszych wynikach badań genetycznych
Ario-Słowian, prowadzonych w latach 2010-2013 przez laboratoria polskie
i zagraniczne.
A wszystko to potwierdzają ostatnie odkrycia polskich archeologów
dokonane w obrębie grodów, miast, osad obronnych i grobowców na terenie obecnej Polski.
I oczywiście, znów czuję się jak dziecko we mgle, bo zupełnie nie wiem,
dlaczego tak cicho jest o tych nowych archeologicznych odkryciach.
A może, tak jak w wielu innych przypadkach odkryć archeologicznych, to
co nie pasuje do raz napisanej historii skrzętnie się usuwa pod dywan
zapomnienia i chowa w przepastnych muzealnych szafach?
Książkę wydało wydawnictwo Bellona, nabyłam w empiku.
P.S.
Jak już zapewne wiecie, nie reklamuję niczego, nie zarabiam na blogu.
poniedziałek, 6 czerwca 2016
Co tam słychać w Watykanie???
Oooo, jak zwykle- co innego słychać oficjalnie, a co innego za zamkniętymi
szczelnie drzwiami.
A rzecz cała dotyczy zjawiska transkomunikacji, czyli łączności ze zmarłymi
za pomocą urządzeń elektronicznych.
Ogólnie rzecz ujmując stosunek Kościoła katolickiego jest nieco pokrętny-
z jednej strony oficjalnie zabrania się wiernym uczestniczenia w seansach mających na celu nawiązywanie kontaktów ze Światem Zmarłych, ale
jednocześnie wielu wykształconych duchownych, z doktorskimi tytułami,
często zajmujących wysokie stanowiska w hierarchii kościelnej, propaguje
elektroniczną łączność z zaświatami.
Kościół rzymski zainteresował się transkomunikacją po pewnym incydencie,
który miał miejsce we wrześniu 1952 roku, podczas prac dwóch księży nad
wyeliminowaniem szumów z nagrań chorałów gregoriańskich.
Ówczesny sprzęt był wtedy (w porównaniu z dzisiejszym) nieco zawodny,
a taśma magnetofonowa dość często się zrywała i wtedy jeden z
duchownych, o.Gemelli, wykrzykiwał- "och tato,pomóż mi".
Kilka dni pózniej , po ukończeniu prac, duchowny przesłuchiwał taśmę i...
zamiast chorału usłyszał głos swego zmarłego ojca: -"Oczywiście, że ci
pomagam. Zawsze jestem przy Tobie".
Zdumiony zawezwał swego współpracownika i odtworzyli ponownie
nagranie i tym razem obaj usłyszeli głos ojca ks. Gemelli, który zwracał się
do syna, używając przy tym jego przezwiska z lat dzieciństwa.
O całym wydarzeniu obaj zakonnicy poinformowali papieża Piusa XII.
Papież uznał, że istnienie tego głosu jest faktem naukowym i nie ma nic wspólnego ze spirytyzmem, bo magnetofon jest przedmiotem całkowicie
obiektywnym. Po prostu odbiera i zapisuje jedynie fale dzwiękowe, niezależnie
skąd pochodzą. A ten eksperyment okaże się kamieniem węgielnym dla
studiów naukowych, które umocnią ludzką wiarę w przyszłe życie.
Nie wiem czy wiecie,że papież Pius XII doprowadził do otwarcia nowoczesnego
centrum radiowego w Santa Maria di Galeria, a audiowizualnym środkom
masowego przekazu poświęcił w 1957 r. obszerną encyklikę "Miranda
Prorsus".
Ks. Gemelli (jeden z fundatorów kliniki Gemelli), który usłyszał głos swego
ojca z taśmy, nie należał do rozhisteryzowanych duchownych. Do zakonu
franciszkanów wstąpił w wieku lat 25, po ukończeniu studiów medycznych,
miał umysł ścisły, a w Kościele zajmował się miedzy innymi badaniem
stygmatów, które uznawał za efekt histerii, między innymi wydał druzgocące
świadectwo na temat o.Pio.
Od czasu pierwszych kontaktów drogą transkomunikacji rozpoczęły się
intensywne badania tego zjawiska. Zajmowali się nim zarówno duchowni jak
i laiccy naukowcy.
Badania Watykanu nad tym tematem nadal trwają, tyle tylko, że za szczelnie
zamkniętymi drzwiami i Watykan nie ujawnia obecnie ich wyników.
Prominentny teolog watykański, Gino Concetti , w 1966 roku udzielił wywiadu,
w którym stwierdził, że zajmowanie się transkomunikacją nie jest grzechem, o ile czyni się to w dobrej wierze. Niestety nie ma wyjaśnienia pojęcia "dobra wiara".
W gronie księży pozytywnie nastawionych do badań zjawiska
transkomunikacji poczesne miejsce zajmuje belgijski ksiądz Jean Martin,
z wykształcenia filozof.
To jeden z niewielu księży, który jest jest przekonany, że nie tylko ludzie dostępują życia po życiu, ale dotyczy ono również naszych braci
mniejszych. Swoje doświadczenia w tym zakresie opisał w książce "Kapłan,medium i pies.Rozmowy z naszymi zmarłymi zwierzętami".
Niestety książka ta nie została przetłumaczona na język polski.
Za to w sierpniu ukaże się w jednym z miesięczników wywiad z księdzem
Jeanem Martinem nt. transkomunikacji.
Zapewne nie oprę się pokusie, przeczytam i ....może coś napiszę.
szczelnie drzwiami.
A rzecz cała dotyczy zjawiska transkomunikacji, czyli łączności ze zmarłymi
za pomocą urządzeń elektronicznych.
Ogólnie rzecz ujmując stosunek Kościoła katolickiego jest nieco pokrętny-
z jednej strony oficjalnie zabrania się wiernym uczestniczenia w seansach mających na celu nawiązywanie kontaktów ze Światem Zmarłych, ale
jednocześnie wielu wykształconych duchownych, z doktorskimi tytułami,
często zajmujących wysokie stanowiska w hierarchii kościelnej, propaguje
elektroniczną łączność z zaświatami.
Kościół rzymski zainteresował się transkomunikacją po pewnym incydencie,
który miał miejsce we wrześniu 1952 roku, podczas prac dwóch księży nad
wyeliminowaniem szumów z nagrań chorałów gregoriańskich.
Ówczesny sprzęt był wtedy (w porównaniu z dzisiejszym) nieco zawodny,
a taśma magnetofonowa dość często się zrywała i wtedy jeden z
duchownych, o.Gemelli, wykrzykiwał- "och tato,pomóż mi".
Kilka dni pózniej , po ukończeniu prac, duchowny przesłuchiwał taśmę i...
zamiast chorału usłyszał głos swego zmarłego ojca: -"Oczywiście, że ci
pomagam. Zawsze jestem przy Tobie".
Zdumiony zawezwał swego współpracownika i odtworzyli ponownie
nagranie i tym razem obaj usłyszeli głos ojca ks. Gemelli, który zwracał się
do syna, używając przy tym jego przezwiska z lat dzieciństwa.
O całym wydarzeniu obaj zakonnicy poinformowali papieża Piusa XII.
Papież uznał, że istnienie tego głosu jest faktem naukowym i nie ma nic wspólnego ze spirytyzmem, bo magnetofon jest przedmiotem całkowicie
obiektywnym. Po prostu odbiera i zapisuje jedynie fale dzwiękowe, niezależnie
skąd pochodzą. A ten eksperyment okaże się kamieniem węgielnym dla
studiów naukowych, które umocnią ludzką wiarę w przyszłe życie.
Nie wiem czy wiecie,że papież Pius XII doprowadził do otwarcia nowoczesnego
centrum radiowego w Santa Maria di Galeria, a audiowizualnym środkom
masowego przekazu poświęcił w 1957 r. obszerną encyklikę "Miranda
Prorsus".
Ks. Gemelli (jeden z fundatorów kliniki Gemelli), który usłyszał głos swego
ojca z taśmy, nie należał do rozhisteryzowanych duchownych. Do zakonu
franciszkanów wstąpił w wieku lat 25, po ukończeniu studiów medycznych,
miał umysł ścisły, a w Kościele zajmował się miedzy innymi badaniem
stygmatów, które uznawał za efekt histerii, między innymi wydał druzgocące
świadectwo na temat o.Pio.
Od czasu pierwszych kontaktów drogą transkomunikacji rozpoczęły się
intensywne badania tego zjawiska. Zajmowali się nim zarówno duchowni jak
i laiccy naukowcy.
Badania Watykanu nad tym tematem nadal trwają, tyle tylko, że za szczelnie
zamkniętymi drzwiami i Watykan nie ujawnia obecnie ich wyników.
Prominentny teolog watykański, Gino Concetti , w 1966 roku udzielił wywiadu,
w którym stwierdził, że zajmowanie się transkomunikacją nie jest grzechem, o ile czyni się to w dobrej wierze. Niestety nie ma wyjaśnienia pojęcia "dobra wiara".
W gronie księży pozytywnie nastawionych do badań zjawiska
transkomunikacji poczesne miejsce zajmuje belgijski ksiądz Jean Martin,
z wykształcenia filozof.
To jeden z niewielu księży, który jest jest przekonany, że nie tylko ludzie dostępują życia po życiu, ale dotyczy ono również naszych braci
mniejszych. Swoje doświadczenia w tym zakresie opisał w książce "Kapłan,medium i pies.Rozmowy z naszymi zmarłymi zwierzętami".
Niestety książka ta nie została przetłumaczona na język polski.
Za to w sierpniu ukaże się w jednym z miesięczników wywiad z księdzem
Jeanem Martinem nt. transkomunikacji.
Zapewne nie oprę się pokusie, przeczytam i ....może coś napiszę.
sobota, 4 czerwca 2016
Czy róże......
.......rozkwitają nocą???
Bo gdy weszłam dziś rano do kuchni, za oknem pyszniły się moje
"podkuchenne" róże:
Wczoraj było zaledwie kilka, a teraz orgia czerwieni.
I teraz pozostaje sobie życzyć by nie nadszedł jakiś upiorny grad
i nie zniszczył tych pięknych kwiatów.
A nasze peonie wyraznie strajkują - nawet pół pączka nie ma!
W ubiegłym roku był jeden, jedyny kwiatek a i to niedługo, bo
wyraznie się komuś spodobał i pewnego ranka - zniknął.
Śmieliśmy się, że pewnie jakiś kot go zerwał dla swej wybranki,
bo na tym naszym zacisznym trawniku notorycznie urzędują koty.
Albo wygrzewają się w słońcu pod żywopłotem gdy jeszcze nie ma
upału, albo wczołgują się pod płożący jałowiec i tam przesypiają upał.
Dookoła trawnika jest bardzo gęsty żywopłot, więc żaden pies nie
zakłóca kotom spokoju.
Bo gdy weszłam dziś rano do kuchni, za oknem pyszniły się moje
"podkuchenne" róże:
Wczoraj było zaledwie kilka, a teraz orgia czerwieni.
I teraz pozostaje sobie życzyć by nie nadszedł jakiś upiorny grad
i nie zniszczył tych pięknych kwiatów.
A nasze peonie wyraznie strajkują - nawet pół pączka nie ma!
W ubiegłym roku był jeden, jedyny kwiatek a i to niedługo, bo
wyraznie się komuś spodobał i pewnego ranka - zniknął.
Śmieliśmy się, że pewnie jakiś kot go zerwał dla swej wybranki,
bo na tym naszym zacisznym trawniku notorycznie urzędują koty.
Albo wygrzewają się w słońcu pod żywopłotem gdy jeszcze nie ma
upału, albo wczołgują się pod płożący jałowiec i tam przesypiają upał.
Dookoła trawnika jest bardzo gęsty żywopłot, więc żaden pies nie
zakłóca kotom spokoju.
piątek, 3 czerwca 2016
Jak zwykle ostatnio.....
......post o niczym ważnym.
Od niemal tygodnia mam całą masę dodatkowych wrażeń. Nasza ADM
dostrzegła konieczność wymiany podłóg loggi i balkonów.
Osiedle było oddawane w 1973 roku dość pospiesznie, w tzw. "czynie
lipcowym".
Zapewne połowa czytelników nie ma pojęcia, co to znaczy- ale przed transformacją dzień 22 lipca był świętem narodowym.Nie da się ukryć,
że lipiec był z całą pewnością lepszym okresem do świętowania niż
dzień 11 listopada, gdy już jest na ogół zimno, ponuro i dzień krótki.
Pomijam już fakt, że jak dla mnie ta data jest mocno niejasna. No ale
z braku laku...
I wtedy, dawno, dawno temu, było kilka oficjalnych dat, dla uczczenia
których oddawano jakieś nowe obiekty - a to most, a to osiedle, a to
jakąś nową trasę komunikacyjną.
No a jeżeli jakiś obiekt był "czynem lipcowym" lub "pierwszomajowym",
to nie było zmiłuj i taki obiekt był oddawany w terminie, nawet gdy jego wykończenie było byle jakie i w krótkim czasie po oddaniu wymagało
renowacji lub poprawki.
Z czasem okazało się, że po deszczu woda z większości balkonów na
naszym osiedlu albo podciekała pod spód albo,żeby było jeszcze ciekawiej - zamiast spływać przez krawędz podłogi balkonu, spływała na ścianę
budynku.
Oczywiście po iluś latach notorycznego nieprawidłowego odpływu wody
część balkonów zaczęła się z lekka rozlatywać.
I już kolejny rok trwa wymiana podłóg balkonów i loggii.
I, niestety, przyszedł czas na nasz blok. Od niemal tygodnia dzień umilają
mi odgłosy wiertarki, którą jest rozrywana stara szlichta betonowa na
loggiach.
Kurz pokrywa wszystko równą warstwą. Oczywiście panowie mają poniżej
pleców fakt, że rozłożyli się ze swym sprzętem w dość zadbanych ogródkach.
Rozrzucają wszystko gdzie popadnie -krzaczki, iglaczki -wsio rawno!
To nie ich, oni tu PRACUJĄ!
Słownictwo mają mocno niewybredne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
przekleństwami chcą sprawić wrażenie ludzi mocno zapracowanych.
A do tego wszyscy palą papierochy co razem z obłokiem betonowego kurzu
wpada do mieszkania i pomimo gorąca muszę mieć zamknięte okna.
Według przedstawionego lokatorom harmonogramu loggie w naszym pionie powinny być już skończone, a oni nadal bujają się wciąż w pierwszej klatce.
Wychodzi na to, że całość, jak dobrze pójdzie, może skończą do końca wakacji.
Ponarzekałam , ale- wcale mi nie jest lżej!!!!
A jutro? marsz, marsz!!
Miłego weekendu wszystkim życzę.:)))
Od niemal tygodnia mam całą masę dodatkowych wrażeń. Nasza ADM
dostrzegła konieczność wymiany podłóg loggi i balkonów.
Osiedle było oddawane w 1973 roku dość pospiesznie, w tzw. "czynie
lipcowym".
Zapewne połowa czytelników nie ma pojęcia, co to znaczy- ale przed transformacją dzień 22 lipca był świętem narodowym.Nie da się ukryć,
że lipiec był z całą pewnością lepszym okresem do świętowania niż
dzień 11 listopada, gdy już jest na ogół zimno, ponuro i dzień krótki.
Pomijam już fakt, że jak dla mnie ta data jest mocno niejasna. No ale
z braku laku...
I wtedy, dawno, dawno temu, było kilka oficjalnych dat, dla uczczenia
których oddawano jakieś nowe obiekty - a to most, a to osiedle, a to
jakąś nową trasę komunikacyjną.
No a jeżeli jakiś obiekt był "czynem lipcowym" lub "pierwszomajowym",
to nie było zmiłuj i taki obiekt był oddawany w terminie, nawet gdy jego wykończenie było byle jakie i w krótkim czasie po oddaniu wymagało
renowacji lub poprawki.
Z czasem okazało się, że po deszczu woda z większości balkonów na
naszym osiedlu albo podciekała pod spód albo,żeby było jeszcze ciekawiej - zamiast spływać przez krawędz podłogi balkonu, spływała na ścianę
budynku.
Oczywiście po iluś latach notorycznego nieprawidłowego odpływu wody
część balkonów zaczęła się z lekka rozlatywać.
I już kolejny rok trwa wymiana podłóg balkonów i loggii.
I, niestety, przyszedł czas na nasz blok. Od niemal tygodnia dzień umilają
mi odgłosy wiertarki, którą jest rozrywana stara szlichta betonowa na
loggiach.
Kurz pokrywa wszystko równą warstwą. Oczywiście panowie mają poniżej
pleców fakt, że rozłożyli się ze swym sprzętem w dość zadbanych ogródkach.
Rozrzucają wszystko gdzie popadnie -krzaczki, iglaczki -wsio rawno!
To nie ich, oni tu PRACUJĄ!
Słownictwo mają mocno niewybredne, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że
przekleństwami chcą sprawić wrażenie ludzi mocno zapracowanych.
A do tego wszyscy palą papierochy co razem z obłokiem betonowego kurzu
wpada do mieszkania i pomimo gorąca muszę mieć zamknięte okna.
Według przedstawionego lokatorom harmonogramu loggie w naszym pionie powinny być już skończone, a oni nadal bujają się wciąż w pierwszej klatce.
Wychodzi na to, że całość, jak dobrze pójdzie, może skończą do końca wakacji.
Ponarzekałam , ale- wcale mi nie jest lżej!!!!
A jutro? marsz, marsz!!
Miłego weekendu wszystkim życzę.:)))
wtorek, 31 maja 2016
Miks, czyli groch z kapustą
Jak Wam pisałam, starszy z Krasnali pojechał z klasą na 3-dniową wycieczkę.
Rozmawiałam przedwczoraj z córką, więc pytam, jak się dziecięciu
podobał wyjazd.
"bardzo - wrócił o co najmniej rok starszy i dostał nagrodę za najlepiej
posprzątany pokój" - poinformowała mnie córka.
I obie ryknęłyśmy śmiechem, głównie dlatego, że pamiętamy jak wyglądało
kiedyś Krasnalowe sprzątanie pokoju- po prostu wszystko to co leżało na
podłodze wylądowało na łóżkach chłopców.
Ale jednak na tym "samodzielnym wyjezdzie" Krasnal naprawdę posprzątał, nawet łóżko porządnie zaścielił.
Młodszy Krasnal miał zacząć kurs taekwondo. Właściwie wszystko skończyło
się na "miał"- na pierwszych zajęciach nawet wykonywał polecenia, ale na
drugich przestało mu się to podobać "bo po co ja mam skakać?" i stwierdził,
że mu się owe zajęcia nie podobają.
I tym sposobem zaoszczędzone 100 euro zostało zainwestowane w
porządną deskorolkę, a Młody zachwycony niemożebnie, zdobywa nowe umiejętności.
Pamiętam jak szalał na hulajnodze i co na niej wyczyniał, to wyobrażam
sobie jak szaleje na deskorolce - oczywiście w kasku .
*****
Nowa, dobra zmiana wkracza chyłkiem pod niektóre strzechy. Kiedyś pod
strzechy trafiały książki i oświata a teraz dobra zmiana.
Jak większość z Was wie, nie należę do osób "rodzinnych" - na spędy
rodzinne nie latam na miotle, unikam różnych uroczystości jak śluby i
pogrzeby, a mimo tego zawsze jakiś odprysk rodzinny do mnie trafi.
Na przykład w postaci ciotki, która mnie niestety rozpoznała na ulicy,
a już myślałam, że postarzałam się na tyle, że przestałam być
rozpoznawalna.
Ojej- zajęczała- przyszlibyście kiedyś do nas na jakiś obiad! Tak dawno
nie byliście!
Fakt- przeleciałam w pamięci "ten ostatni raz" i wypadło mi, że było to
nim jeszcze zostałam matką. Wtedy właśnie byłam tam na obiedzie.
Potem widywałam ten odłam rodziny raczej sporadycznie, bo to rodzina
mojej matki, a ja nawet z matką miałam nie za częste kontakty.
Słuchaj- niezrażona niczym cioteczka kontynuowała rozmowę- a ty masz
córkę, prawda?
Prawda- odpowiedziałam. Przecież się dziecka nie wyprę- pomyślałam.
A ona już wyszła za mąż?
Wyszła, kilka lat po ślubie Twojej córki - poinformowałam uprzejmie.
I co?- ciotka nie odpuszczała, żądna wiadomości.
No nic- odpowiedziałam-normalnie, wyszła za mąż ma dwoje dzieci.
Och, no to tym bardziej do nas przyjdzcie!
Ciociu, ona nie mieszka w Polsce i prawie tu nie bywa, więc będzie trudno.
Ooo- to szkoda. Mogłaby moja Marysia zobaczyć, jak to jednak dobrze
mieć dzieci.Jak ostatnio był ksiądz po kolędzie, to mi powiedział, że
Marysia i jej mąż nie są rodziną i że ona powinna była jednak urodzić
następne dziecko.
I wiesz, ja to powiedziałam Marysi i ona się przestała do mnie odzywać.
Ciociu, zawsze mówiłam, że Marysia ma dobrze w głowie poukładane
i wcale się nie dziwię, że przestała się do ciebie odzywać.
A tak poza tym, to ja się bardzo spieszę, bo idę na określoną godzinę do
lekarza. Cmoknęłam powietrze obok zwiędłego policzka ciotki i szybko
odeszłam.
I tu winna jestem jedno wyjaśnienie- Marysia jest nosicielem zmutowanego genu odpowiedzialnego za mukowiscydozę.
Jedna na 25 osób posiada ten gen zmutowany. Jego mutacje są powodem
nie tylko mukowiscydozy ale i kilku innych chorób.
Jak na złość, mąż Marysi też jest nosicielem tego genu, a więc każde ich
dziecko będzie chore.
Ich pierworodny synek żył zaledwie dwa miesiące i to cały czas na sali szpitalnej, był zupełnie niezdolny do samodzielnego oddychania, do tego
miał rozszczep podniebienia.
I wtedy dopiero okazało się, że każde następne ich wspólne dziecko też
urodzi się z tą wadą genetyczną.
Po śmierci dziecka najbliższa rodzina Marysi orzekła, że Marysia powinna
rozejść się z mężem, wyjść za innego (już nie nosiciela wadliwego genu),
bo wtedy byłoby 50% szans, że dziecko urodzi się zdrowe.
No ale pech chciał, że oni wcale a wcale nie chcieli się rozejść i są nadal
razem, już dwadzieścia lat.
A cioteczka, która bardzo chce być babcią, wyżaliła się wszystkim na
lewo i prawo, nowemu księdzu także.
No i chyba teraz niewiele osób będzie się dziwić, że stosuję metodę
przebywania z daleka od rodziny.
Do rodzinnych zdjęć też nie pozuję;)
Rozmawiałam przedwczoraj z córką, więc pytam, jak się dziecięciu
podobał wyjazd.
"bardzo - wrócił o co najmniej rok starszy i dostał nagrodę za najlepiej
posprzątany pokój" - poinformowała mnie córka.
I obie ryknęłyśmy śmiechem, głównie dlatego, że pamiętamy jak wyglądało
kiedyś Krasnalowe sprzątanie pokoju- po prostu wszystko to co leżało na
podłodze wylądowało na łóżkach chłopców.
Ale jednak na tym "samodzielnym wyjezdzie" Krasnal naprawdę posprzątał, nawet łóżko porządnie zaścielił.
Młodszy Krasnal miał zacząć kurs taekwondo. Właściwie wszystko skończyło
się na "miał"- na pierwszych zajęciach nawet wykonywał polecenia, ale na
drugich przestało mu się to podobać "bo po co ja mam skakać?" i stwierdził,
że mu się owe zajęcia nie podobają.
I tym sposobem zaoszczędzone 100 euro zostało zainwestowane w
porządną deskorolkę, a Młody zachwycony niemożebnie, zdobywa nowe umiejętności.
Pamiętam jak szalał na hulajnodze i co na niej wyczyniał, to wyobrażam
sobie jak szaleje na deskorolce - oczywiście w kasku .
*****
Nowa, dobra zmiana wkracza chyłkiem pod niektóre strzechy. Kiedyś pod
strzechy trafiały książki i oświata a teraz dobra zmiana.
Jak większość z Was wie, nie należę do osób "rodzinnych" - na spędy
rodzinne nie latam na miotle, unikam różnych uroczystości jak śluby i
pogrzeby, a mimo tego zawsze jakiś odprysk rodzinny do mnie trafi.
Na przykład w postaci ciotki, która mnie niestety rozpoznała na ulicy,
a już myślałam, że postarzałam się na tyle, że przestałam być
rozpoznawalna.
Ojej- zajęczała- przyszlibyście kiedyś do nas na jakiś obiad! Tak dawno
nie byliście!
Fakt- przeleciałam w pamięci "ten ostatni raz" i wypadło mi, że było to
nim jeszcze zostałam matką. Wtedy właśnie byłam tam na obiedzie.
Potem widywałam ten odłam rodziny raczej sporadycznie, bo to rodzina
mojej matki, a ja nawet z matką miałam nie za częste kontakty.
Słuchaj- niezrażona niczym cioteczka kontynuowała rozmowę- a ty masz
córkę, prawda?
Prawda- odpowiedziałam. Przecież się dziecka nie wyprę- pomyślałam.
A ona już wyszła za mąż?
Wyszła, kilka lat po ślubie Twojej córki - poinformowałam uprzejmie.
I co?- ciotka nie odpuszczała, żądna wiadomości.
No nic- odpowiedziałam-normalnie, wyszła za mąż ma dwoje dzieci.
Och, no to tym bardziej do nas przyjdzcie!
Ciociu, ona nie mieszka w Polsce i prawie tu nie bywa, więc będzie trudno.
Ooo- to szkoda. Mogłaby moja Marysia zobaczyć, jak to jednak dobrze
mieć dzieci.Jak ostatnio był ksiądz po kolędzie, to mi powiedział, że
Marysia i jej mąż nie są rodziną i że ona powinna była jednak urodzić
następne dziecko.
I wiesz, ja to powiedziałam Marysi i ona się przestała do mnie odzywać.
Ciociu, zawsze mówiłam, że Marysia ma dobrze w głowie poukładane
i wcale się nie dziwię, że przestała się do ciebie odzywać.
A tak poza tym, to ja się bardzo spieszę, bo idę na określoną godzinę do
lekarza. Cmoknęłam powietrze obok zwiędłego policzka ciotki i szybko
odeszłam.
I tu winna jestem jedno wyjaśnienie- Marysia jest nosicielem zmutowanego genu odpowiedzialnego za mukowiscydozę.
Jedna na 25 osób posiada ten gen zmutowany. Jego mutacje są powodem
nie tylko mukowiscydozy ale i kilku innych chorób.
Jak na złość, mąż Marysi też jest nosicielem tego genu, a więc każde ich
dziecko będzie chore.
Ich pierworodny synek żył zaledwie dwa miesiące i to cały czas na sali szpitalnej, był zupełnie niezdolny do samodzielnego oddychania, do tego
miał rozszczep podniebienia.
I wtedy dopiero okazało się, że każde następne ich wspólne dziecko też
urodzi się z tą wadą genetyczną.
Po śmierci dziecka najbliższa rodzina Marysi orzekła, że Marysia powinna
rozejść się z mężem, wyjść za innego (już nie nosiciela wadliwego genu),
bo wtedy byłoby 50% szans, że dziecko urodzi się zdrowe.
No ale pech chciał, że oni wcale a wcale nie chcieli się rozejść i są nadal
razem, już dwadzieścia lat.
A cioteczka, która bardzo chce być babcią, wyżaliła się wszystkim na
lewo i prawo, nowemu księdzu także.
No i chyba teraz niewiele osób będzie się dziwić, że stosuję metodę
przebywania z daleka od rodziny.
Do rodzinnych zdjęć też nie pozuję;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)