drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 8 listopada 2018

Po co robisz te zdjęcia....

......przecież będą rozmazane!
Pouczył mnie mój mąż, gdy wyciągnęłam smartka i zaczęłam fotografować
fragmenty drogi ze Słubic.
Bo udało się nam dziś pojechać do Słubic, głównie po to by oddać swe skalpy
w ręce Marii, która jest: ładna, zgrabna, świetnie strzyże. No ma dziewczyna
po prostu talent. Najdłuższe pasemka moich włosów mają aż 4 cm długości.
Poza tym miałam w planie jeszcze nieco zakupów i właściwie wszystko udało
mi  się kupić.
Nie da się ukryć, że większość to przeróżne mąki bezglutenowe, które w Berlinie
są jak dla mnie dość drogie, no bo przecież żyjemy z polskich emerytur.
Przejazd był " w porządku", a mniej więcej ze 30 km przed Odrą była bardzo
malownicza mgła, o której uprzedzał nawet świetlny  napis.
Nawiedziłam dziś sklep Inter Marche- byłam w  tej sieciówce po raz pierwszy
w życiu i ku swemu zdziwieniu obkupiłam się tzw. "do wypęku."
Zakupiłam  sobie również w "Galerii"  (nazwa Galeria jest w tym przypadku
zwyczajnym nadużyciem) ciepłą piżamkę, o taką:
I dostałam na nią 30% rabat, płacąc z tej okazji zaledwie 104 zł
A droga powrotna wglądała tak:
Światełko w jednym z kilku tuneli przed  Berlinem
                     Oooo, ale sporo samochodów wyjeżdża z Berlina!
W sumie cała eskapada  zajęła nam niecałe 5 godzin.





niedziela, 4 listopada 2018

Nie samym pieczeniem ciastek....

...tu żyję.
 Czasami czytam poważne książki - po prostu już nie stać mnie  na trwonienie
czasu na jakieś kryminałki, romansidła itp.
Ciągle dokucza mi myśl, że  czas ucieka a jeszcze tylu  rzeczy nie poznałam,
nie zobaczyłam,  nie przeczytałam, nie nauczyłam się  i zapewne taki stan
pozostanie w mej świadomości do końca mych dni.
Czytam, z dużymi przerwami, Normana Daviesa "Europę". Informacji jest tu
zebranych multum, książka ma format tragiczny i waży kilka kilogramów.
Bardzo niewygodna do czytania, choć niewątpliwie pięknie się prezentuje
na bibliotecznej półce.
Nie mogę  jej  wziąć ot tak, w rękę, muszę to robić oburącz. Nie mogę jej również
czytać w pozycji leżącej, bo jej nie utrzymam. Jednym słowem masakra, mozół
wręcz niebywały mam z jej czytaniem.
Ale czytam. I przy okazji poczytałam o Bramie Brandenburskiej w Berlinie.
Tu akurat Brama Brandenburska z noworoczną choinką - bardzo to zdjęcie
 lubię bo sama je robiłam,  a poza tym  Brama w towarzystwie choinki
milej  wygląda.
Historię Brama Brandenburska ma długą.
Powstała w 1791 roku i była jedną z osiemnastu bram muru otaczającego stary
Berlin. I tylko ona jedna dotrwała do dziś.
Jej dorycka kolumnada została zaprojektowana  na wzór ateńskich Propylejów.
Projektantem był architekt Carl Gotthard Langhans , pochodzący z Kamiennej
Góry, dolnośląskiego miasta, które obecnie wchodzi w skład aglomeracji
wałbrzyskiej.
Brama Brandenburska ma wysokość 26 metrów, jej szerokość to 65,5 metrów.
Wsparta jest na dwóch rzędach 12 kolumn (styl dorycki), które tworzą pięć
przejazdów.
Na szczycie jest olbrzymia rzeźba z brązu przedstawiająca kwadrygę, którą
powozi  Bogini Zwycięstwa.
Brama Brandenburska była i jest nadal niemym świadkiem wydarzeń  które
miały miejsce w Berlinie.
W 1806 roku do Berlina wkroczył Napoleon Bonaparte. Kwadryga oczarowała
cesarza niepomiernie .
Po wygranej bitwie pod Jeną  Kwadryga została zabrana do Paryża. Powróciła
na swe miejsce dopiero po klęsce Napoleona.
W 1933 roku była świadkiem pochodu świętujących sukces zwycięstwa
powstania partii Narodowo-Socjalistycznej.
To na jej szczycie ruin jeden z żołnierzy Armii Czerwonej formacji Żukowa
zatknął radziecki sztandar, na znak zwycięstwa.
W latach 1966 - 1989  Brama Brandenburska stała na ziemi niczyjej, otoczona
Murem Berlińskim. Podobno wówczas władze NRD kazały obrócić kwadrygę
przodem w kierunku wschodnim.
Po roku 1989 stała się symbolem zjednoczenia  Niemiec. I mam nadzieję, że teraz
konie kwadrygi i Bogini Zwycięstwa patrzą z powrotem na zachód.

A teraz  nagroda dla cierpliwych - krótki  filmik z tegorocznego Festiwalu
Światła w Berlinie - oto Brama Brandenburska w roli głównej:



Miłego nowego tygodnia dla Was.

sobota, 3 listopada 2018

Zgłupłam ?....

.... a może  się uzależniłam?





                                          
To są kolejne bezglutenowe ciasteczka owsiane, które nazywam ciastkami
z dwóch misek.
Miska pierwsza- wsypujemy do niej:
3/4    szklanki  mielonych orzechów - u mnie laskowych,
1/2    szklanki mąki  ryżowej,
1/2    szklanki wiórków kokosowych
1       szklankę płatków owsianych,
1    łyżeczkę proszku do pieczenia  (u mnie bezglutenowy),
garść suszonej żurawiny  - u mnie są pokrojone suszone morele.
I wszystko bardzo starannie mieszamy.

Miska druga :
rozgniatamy w niej na paćkę 1 duży banan, dodajemy 2 kopiaste łyżki oleju
kokosowego, który rozpuszczamy, dodajemy 3 łyżki stołowe syropu klonowego,
lub  trzy łyżki płynnego miodu.

Do miski pierwszej z suchymi, wymieszanymi składnikami, dodajemy zawartość
miski drugiej. Powstałą "nową zawartość" bardzo starannie  mieszamy, ja to
zrobiłam uniwersalnym przyrządem, czyli własną ręką.

Na kratce kładziemy papier do pieczenia, a na nim formujemy łyżką ciastka. Moje
mają średnicę od 6 do 8 cm i wyszło ich  12 sztuk.
Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 160 stopni, 20 minut.
Po wyłączeniu piekarnika wyjmujemy  kratkę z ciastkami, dajemy im całkowicie
ostygnąć, a potem się zajadamy.
Ciasteczka są bardzo kruche, z wierzchu chrupkie, miękkie w środku.
Smacznego!!!

P.S.
Wpadłam na chwilę do kuchni - na jutro zostały tylko CZTERY ciastka;(

środa, 31 października 2018

Nieprzyzwoicie pyszne....

......muffinki czekoladowe udało mi się dziś upiec.
Są bezglutenowe, szybko się robią, są mocno, mocno czekoladowe
i po upieczeniu w środku wilgotne a nie jak większość muffinek nieco
suche.
Znalazłam kilka dni  temu przepis w sieci, nieco go zmodyfikowałam
i z duszą na ramieniu- upiekłam.
Wpierw zaglądałam nerwowo do piekarnika, co oczywiście zaraz
uwieczniłam na zdjęciu:
no pieką się, pieką, ale jakie będą????

I wreszcie już się studzą:
i tak się prezentują. Są naprawdę b. b. smaczne.
Jutro robię  następną partię, bo większość dziś powędrowała do córki.
A tu podaję przepis:
Do miski wsypujemy:
niepełną szklankę mąki ryżowej, (1,5 cm wolnego miejsca do jej brzegu)
1/2 szklanki wiórków kokosowych,
1 szklankę mielonych orzechów laskowych, lub migdałów
1/2 szklanki prawdziwego kakao,
1/2 szklanki nierafinowanego cukru trzcinowego,
1 i 1/2 łyżeczki bezglutenowego proszku do pieczenia,
1/2 łyżeczki sody,
1 łyżeczkę prawdziwego cukru waniliowego
4 drobno pokrojone kostki gorzkiej czekolady 80 lub 85 % kakao
          i wszystko razem starannie mieszamy.
W tym momencie włączamy piekarnik ustawiając  temp. 170 stopni

Do drugiej miski lub garnuszka wlewamy:
200 ml  gęstego jogurtu , (u mnie był to jogurt kokosowy)
100 ml wody o temp. pokojowej,
2 całe jajka,
1/2 szklanki oleju kokosowego w postaci płynnej
i wszystko razem dobrze mieszamy trzepaczką  lub mikserem.

Teraz do miski z sypkimi składnikami wlewamy  płynną zawartość
i dokladnie mieszamy, najlepiej szpatułką silikonową.
Napełniamy papilotki muffinkowe niemal do pełna, ciasto jest ciężkie, nie
urośnie za bardzo.
Pieczemy 17 -20 minut.
Wyłączamy piekarnik i pozostawiamy w nim blaszkę z muffinkami
na 15 minut.
 Po tym czasie wyjmujemy blaszkę i studzimy muffinki na kratce.
A potem się zajadamy  nimi nieprzytomnie.

P.S.
Jestem wredna babcia- upiekłam muffiny czekoladowe a dzieci nie lubią
ciasta czekoladowego, ale wszyscy dorośli w tej rodzinie  lubią;)))))



wtorek, 30 października 2018

Nic się nie dzieje.......

.....nudno jak na działkach pod Warszawą.
Wczoraj zmarzłam w łepetynę - było  +5 stopni pana Celsjusza, wiał
wiatr i łepetyna mi zmarzła.
Ponieważ czapki to  mam na ogół b. ciepłe, takie "na minusy" to w drodze
do domu postanowiłam zrobić sobie nową czapkę - z microfibry.
Zasiadłam z szydełkiem w garści i zaczęłam knocić - pierwszy urobek
sprułam niemal do zera, drugi przypomina nieco czepek pływacki,  no
ale jakoś da się to nosić:
Trudno się tym zachwycić, ale "obleci". Włóczkę miałam z odzysku.
Ponieważ pod koniec już miałam nieco dość tego heklowania to do
szydełkowego ściegu strukturalnego  dorobiłam lamówkę na drutach.
Ale nic nie ma lekko, jak mówi przysłowie, dziś wiem, że posiadam
prawy nadgarstek - spuchnięty po zewnętrznej stronie i boli.
Nie mam bladego pojęcia co mnie dziś obudziło o wpół do trzeciej w nocy.
Obudziłam się "trzeżwa jak świnia" i za nic w świecie nie mogłam zasnąć.
Zastanawiałam się nawet, czy może wstać i  zająć się czymś pożytecznym.
Odebrałam maila od koleżanki (nadanego 2 godziny wcześniej) i zupełnie
niepotrzebnie wpędziłam się w wyrzuty sumienia - bo jakoś tak mi się
przypomniało, że mam bardzo, bardzo dużo różnych nie  ukończonych
robótek biżuteryjnych, niektóre  są już zapewne w wieku szkolnym i
wielce cierpliwie czekają aż je dokończę lub przerobię.
Zaduma nad  moim paskudnym  brakiem wytrwałości i bałaganiarstwem,
w końcu mnie jednak uśpiła.
Wczoraj zmarzłam, a dziś ma być tu +19 stopni. No normalnie świruje ta
pogoda. Aktualnie świeci słońce i jest +14.
Ale nie jest to coś nadzwyczajnego  pamiętam jesienie gdy 1 listopada
pływałam żaglówką po Wiśle i siedziałam na burcie w T-shircie, a pamiętam
i takie dni, gdy 1 listopada brnęłam na cmentarzu w śniegu po kostki, otulona
futrem. I wcale nie było mi za ciepło.
Miałam szczery zamiar pojechać dziś do Charlottenburga by pozachwycać się
przypałacowym parkiem, ale mój mąż nie miał na to ochoty, więc skończyło
się na krążeniu po okolicy.
Przy okazji zrobiłam portret platana, który jest jednym z czterech rosnących
na dużym podwórku okolonym kamienicami.
Oto on, pamiętający jeszcze początek dwudziestego stulecia:

Niestety nie udało mi się sfotografować go w całości. Ten duży trawnik jest
ogródkiem dla kilku dzikich królików i jest ogrodzony by żaden pies nie mógł
uprzykrzać życia królikom.W lecie gdy były takie upały króliki miały
serwowaną zieloną sałatę i świeżą wodę.
A niedaleko jest ulica bardzo typowa dla wielu dawnych uliczek Berlina-
środkiem ulicy ciągnie się szeroki , porośnięty drzewami  i krzewami trawnik,
co wymusza jednokierunkowy ruch samochodów.
Uliczka  to "Zaułek Wilhelma". Nie  wiem niestety którego, nie napisali.
Podoba mi się ten budynek stojący na narożniku Zaułku Wilhelma, zawsze
gdy go mijam uśmiecham się - jest  jakiś taki wesoły.




A na drugim narożniku orgia nowoczesności - lustro dla tego wesołego
domu.
Jak widać  można "obżenić"  tradycję z nowoczesnością.


środa, 24 października 2018

Ferie wykopkowe

Od poniedziałku są jesienne ferie - to relikt  dawnych czasów, gdy dzieci miały
ferie bo musiały pomagać rodzicom w wykopkach kartofli.
W poniedziałek dzieciaczki siedziały u nas od 15,00 do wieczora i zażyczyły
sobie powtórki wczoraj, niemal od rana do 15,00.
Bo bycie u dziadków to możliwość włączenia sobie któregoś z programów
 dziecięcych TV i babcia pozwala pograć na kompie, choć jest paskudną
babcią, bo nie daje pograć w jakieś  zombi i bicie łącznie z kopaniem.
Wczoraj siedzieli we dwóch przy kompie, starszy wynalazł grę dla dwojga
i nawet nie wiedziałam,  że są dzieci w domu.
Starszy pokazywał młodszemu jak grać, czasami grali na  zmianę. Żadnych
kłótni, pełna zgoda. Zresztą oni się nie kłócą. Ze trzy lata temu nieco mniej
zgodnie się bawili, ale teraz wszystko jest w porządku.
Między nimi jest równo 2 lata i 40 dni różnicy- starszy jest  ze stycznia 2009r,
młodszy z lutego 2011r.
Córka nawet chciała by każdy miał własny pokój, ale oni  nie chcą, wolą
mieszkać w jednym. Pokój duży, drobne 30 metrów, więc krzywdy nie mają.

Babcia-wariatka, gdy tylko dzieci przyszły, natychmiast pognała do kuchni
i usmażyła jogurtowe racuszki z jabłkami.
Wystarczy mieć 250 ml gęstego jogurtu (u mnie waniliowy), dodać do niego
2 jajka, 2 łyżki stołowe  mąki (u mnie kokosowa), 2 opakowania budyniu
śmietankowego bez cukru. Jabłka starłam na tarce z dużymi oczkami.
Wszystko razem mieszamy, smażymy na rumiano, można potem delikatnie
posypać cukrem pudrem.
Cały duży talerz racuszków ułożonych  " w kwiatek" zniknął w zabójczym
tempie, a ja awansowałam na nadworną babcię racuszkową.
Wczoraj wieczorem dzieci wraz z rodzicami wyjechały do Szwecji, a my
w związku z tym też mamy ferie.
Pogoda na szczęście się poprawiła, słońce od rana świeci, wiatr wieje, jest tylko
+11 stopni, no ale najważniejsze, że nie pada, bo w poniedziałek i wtorek było
paskudnie- wiało i padało i było bardzo zimno.

Nie wiem jeszcze jak spędzimy te "wykopkowe  ferie", ale raczej nie na
wykopkach  kartofli.
Może zwiedzimy pałac w Charlottenburgu? A może wybierzemy się przejść
po dawnym Wschodnim Berlinie? Albo wybierzemy się do Muzeum Techniki?
Możliwości sporo, oby tylko chęci nie zabrakło;))

sobota, 20 października 2018

Rocznicowe muffinki

Równo rok temu przyjechaliśmy z całym niemal dobytkiem do Berlina.
I z tej okazji, jako wielce leniwa osoba, zamiast tortu upiekłam muffinki.
Bezglutenowe.
A "rocznicowe muffinki" , zaraz po wyjęciu z blachy wyglądają tak:




Jak smakują jeszcze nie wiem, bo są jeszcze gorące.
Lubię piec muffinki, bo nie muszę potem szorować blachy.
Zrobienie ciasta to też żadna filozofia ani wysiłek.
Teraz jest sezon na dynie, więc muffinki są dyniowe, wystarczy zrobić
wcześniej pure z dyni.  Mam zamiar zrobić kilka słoików pure i je zamrozić.
Przepis na muffinki jest prosty niczym budowa cepa:
Składniki:
1 szklanka pure z dyni,**
6 jajek (dałam 5, bo więcej nie miałam)
1/3 szklanki ksylitolu, czyli cukru brzozowego,
2 łyżki płynnego oleju kokosowego,
3/4 szklanki mąki kokosowej, świeżo przesianej
1 łyżeczka sody
1 łyżka cynamonu,
szczypta mielonych gozdzików.
1 łyżka domowego octu jabłkowego
optymalnie- garść rodzynek lub suszonej żurawiny, u mnie suszone wiśnie,
nowość Bakalandu

Wykonanie:

Zaczynamy od ubicia  mikserem całych jajek z ksylitolem. Dodajemy pozostałe
składniki, cały czas miksując. Mąkę kokosową należy koniecznie przesiać nad
miską, bo  ma tendencję do zbijania się w  grudki, czasem całkiem duże.
Nakładamy ciasto do 12 papilotek, prawie do pełna.
Wstawiamy do piecyka nagrzanego do 175 stopni, pieczemy 4o miniut. Przed
wyjęciem sprawdzamy drewnianym patyczkiem czy muffinki już się upiekły.
Patyczek ma być suchy.
 Gdy muffinki ostygną można je albo polukrować albo potraktować polewą
czekoladową.
Jak widzicie to nie jest trudne ciasto.
Zostało mi jeszcze pure, chyba muszę jeszcze coś z niego jutro zmajstrować.

**najprościej jest zrobić pure w piekarniku- myjemy dynię, osuszamy,
przekrawamy na  pół,  usuwamy łyżką środek z pestkami,układamy na  blasze
miąższem do góry. Miąższ smarujemy oliwą lub olejem by w czasie pieczenia
dynia nie wyschła za bardzo. pieczemy w temp. 180 stopni do chwili aż widelec
bez trudu wejdzie w miąższ. Najczęściej trwa to 45 minut.
Miąższ wybieramy łyżką.
Można też umytą  i pozbawioną pestek dynię ugotować do miękkości na parze,
ale trzeba pamiętać by potem zdjąć z niej skórkę.