drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 8 kwietnia 2018

Chyba jednak......

.....zaczęła się wiosna.
Bo zupełnie bez powodu wywlokłam się z łóżka jakoś tak zaraz po  siódmej.
Słońce świeciło na bezchmurnym niebie, a kwiatki w skrzynkach na balkonie
przywabiły....najprawdziwsze pszczoły.
Mam w skrzynkach dwa rodzaje prymulek, jedne niziutkie o dużych kwiatach,
bardzo  ciemno różowych  z dużymi, żółtymi środkami, w drugiej skrzynce  są
 prymule o drobniejszych kwiatach ale na wyższych  łodyżkach, żółte i białe
 a w trzeciej skrzynce panoszą się białe i  żółte bratki, miniaturowe.
Zaraz po śniadaniu poszliśmy z mężem na spacer -nie chciało się nam brać
samochodu i podjechać do lasu, wybraliśmy się do pobliskiego Volksparku.
W cieniu to było raptem 15 stopni, ale na słońcu było naprawdę gorąco.
Tyle tylko, że chwilami wiał całkiem chłodny wiatr.
Wyobrazcie sobie, że w tym parku "dorosłe" drzewa  są  zewidencjonowane
i mają swoje  numerki. Środkowa część parku to olbrzymi trawnik, o bardzo
urozmaiconej konfiguracji. Można tu grać w piłkę, urządzać pikniki,
rozkładać na trawie koce . Bardzo często rodzice urządzają tu piknikowe
przyjęcia urodzinowe dla dzieci i jest to niewątpliwie znacznie mniej kosztowna
impreza niż wynajmowanie sali.
Po obu stronach tego długiego i szerokiego trawnika są alejki, którymi jedni
spacerują, inni z kolei biegają lub jeżdżą  rowerem.
 Jest też  ogrodzony całkiem spory teren dla piesków by mogły się  swobodnie
wybiegać , a na nim , pod płotem ławki dla ich właścicieli.
Dziś "odkryłam" na obrzeżu niedużą restaurację  z całkiem ładnym ogródkiem
piwnym, a niemal na końcu parku ogródek kawiarniany i lodziarnię.
Nie byłam jeszcze w berlińskim ogródku piwnym,  znam tylko piwne ogródki
w Monachium. To były bardzo miłe miejsca, wiele osób przychodzi tam
z małymi dziećmi i nigdy nie widziałam tam nikogo pijanego.
Mam nadzieję, że tu też będzie podobnie.
Podglądaliśmy też parkę kowalików najwyrażniej szukających odpowiedniego
miejsca na gniazdo.  A potem dwa tłukące się zajadle ...kosy.
Ptaki od razu dostają amoku wiosennego, zewsząd słychać było ich głosy.
A potem trafiliśmy na trzy łączki porośnięte gęsto fiołkami leśnymi.
W życiu nie widziałam takiej ilości fiołków naraz. Stałam i gapiłam się.
W tej części parku, w której dziś byliśmy, kiedyś było naturalne kąpielisko
i najprawdziwsza plaża. Teraz jest tylko małe jeziorko  z zasilającym je
strumykiem. Wiele krzewów jest już niezle zazielenionych, znalazłam też
kilka kwitnących drzewek. Duże, stare drzewa jeszcze nie "pączkują".
Jeżeli nadal będzie tak ciepło i spadnie deszcz, to szybko zrobi się zielono.
Po powrocie do domu, gdy wyszłam na balkon nieco się zdziwiłam,
bo na podłodze balkonu leżały grudki ziemi, a rano, gdy podlewałam kwiaty
nic takiego nie było. Podeszłam do skrzynek i lekko zdębiałam- w skrzynce
z tymi wyższymi prymulami leżały 2 orzechy arachidowe w łupinach, lekko
 schowane w ziemi i pod listkiem. Naprawdę rano tego nie było.
Mam podejrzenie, że to robota wrony szarej- to bardzo mądre i sprytne ptaki.
Wczoraj widziałam, jak buszowała w skrzynkach balkonowych na IV
piętrze kamienicy po drugiej stronie ulicy.
Jak widać balkon będzie służył nie tylko nam ale i pszczołom i ptakom.
Czekam z utęsknieniem na "ulistnienie się" drzew na  naszej ulicy, bo niektóre
z drzew mam tuż pod balkonem.
Jesienią tak to wyglądało, więc gdy się na nowo drzewa zazielenią  to
powinno być całkiem ciekawie.



piątek, 6 kwietnia 2018

Dwa dni.....

....na placach zabaw w Berlinie.
Marzyłam o ciepełku, słoneczku i tp. i niemal się marzenie spełniło.
We wtorek było cudnie, temperatura skoczyła do +20, słońce świeciło od rana do
zachodu, ptaszory wydzierały gardła aż do przesady.
Wczoraj zrobiło się znacznie chłodniej, ale słońce nie nawalało, starając się
wygrywać  walkę  z chmurami o miejsce na błękitnym niebie.
Akurat zdążyłam skonsumować w ślimaczym tempie śniadanie gdy rozległ się
uroczy dzwięk mego smartfona- "mami, może wezmiecie dziś chłopców na  plac
zabaw? Bo nie chcę by tam szli sami, a ja dziś pracuję w domu".
No jasne, lepiej by sami nie szli na plac zabaw, chociaż jest on blisko. Od  naszego
mieszkania z 750 metrów, od córki- 250m.
Poszliśmy po Krasnale - wyszli uzbrojeni w naładowany plecak- piłka, coś do
rzucania i łapania, picie, jakaś przegryzka.
W pobliskim parku jest kilka placów zabaw- są obszerne, podzielone na strefy
wiekowe i każda strefa jest świetnie wyposażona w różne przyrządy.
Wpierw Krasnale zajmowały się "piłką kopaną", potem przypomnieli sobie, że
to człekokształtne były naszymi przodkami i wyruszyły na plac zabaw.
A my siedzieliśmy na  ławce, patrząc z odrazą na coraz  bardziej zachmurzone
niebo i żałując, że nie ubraliśmy się cieplej, bo słońce coraz dłużej było za
chmurami a wiatr był coraz większy. Po 2 godzinach Krasnalom znudził się
plac zabaw, więc odprowadziliśmy ich do domu.
Dziś znów Krasnale doszły do wniosku, że plac zabaw to fajna rzecz, nawet
w towarzystwie dziadków, bo siedzą, nie czepiają się i jak mawia starszy
Krasnal "jest święty spokój".
Ale dziś Krasnale zaprowadziły nas w zupełnie inny, dość oddalony fragment
parku, gdzie były trzy ogromne place zabaw, plac do kolarstwa "wyczynowego",
bardzo długie i wysokie zjeżdżalnie, ścianki wspinaczkowe, przeróżne ścieżki
ćwiczące równowagę,  huśtawki tradycyjne i takie z opon samochodowych,
maszt  po którym można było zjeżdżać niczym strażak w remizie z okazji
alarmu oraz kolejka linowa - samoobsługowa, zjeżdżająca z górki.
Poza tym jakieś różne chybotliwe ustrojstwa do skakania lub biegania.
Oczywiście po bitych dwóch godzinach ciągłych wygibasów na przeróżnych
przyborach, młodszy Krasnal niemal padł ze zmęczenia i dzieci stwierdziły,
że jednak poszukamy domu;)
A ja, przez te dwie godziny poprzygladałam się mamom i dzieciakom.
Pierwsze wrażenie - tu chyba wcale nie ma Niemców.
Mamy młode, w większości bardzo ładne, ciemnowłose, bardzo ładne buzie,
dobrze ubrane-trudno określić  kraj pochodzenia, bo chociaż z dziećmi rozmawiały
po niemiecku, między sobą w jakimś zupełnie mi obco brzmiącym języku.
Tak prawdę mówiąc to niemiecki też dla mnie obco brzmiący język.
Najmłodsze dzieciaczki, co ledwo stoją na nóżkach  raczkują po całym terenie,
nie robi im różnicy czy to piasek czy chodnik. Mamy z anielskim spokojem
patrzą jak dzieciny zapracowują na dziury w spodenkach kombinezoników, jak
usiłują jeść podłoże, lub się wdrapać na którąś z zabawek. A maluszki dzielne,
ryją buziami w piach, ale nie ryczą, wstają i dzielnie dalej prą do przodu.
Nie widać tego co na  polskim placu zabaw - polska mamusia pomaga dobrze
chodzącemu dziecku wejść po schodkach na zjeżdżalnię, asekuruje gdy dziecko
wspina się po ściance, popycha huśtawkę gdy dziecko jeszcze nie potrafi się
samo huśtać.  Tu wszystkie mamy przyjmują niemiecki model - niech sobie radzi
samo, to się nauczy oceniać własne możliwości i krzywdy sobie nie zrobi.
I byłam pełna podziwu dla maluszka, który stanął na skraju chodnika, potem
klapnął na pupę, przekręcił się na  brzuszek i dzielnie  zsunął się w dół do
piachu, który był ze 40 cm  niżej. Potem wziął od mamy siatkę z zabawkami
i spokojnie zajął się produkcją  babek z piasku.
A mama  zajęła się czytaniem książki na stojącej  nieopodal ławce.
Nasze Krasnale hodowały się od 10 miesiąca życia w żłobku, potem w przedszkolu.
Opowieści córki o tym jak wygląda ten żłobkowy wychów wprawiały mnie
notorycznie w zdumienie i moja córka, znająca  realia tylko niemieckiego żłobka
nie mogła pojąć dlaczego ja jej nie  oddałam te czterdzieści lat wcześniej do
żłobka,  tylko po prostu wzięłam bezpłatny urlop wychowawczy, po którym już
nie miałam do czego wracać. Zresztą do przedszkola  też nie chodziła, bo wg
przepisów nie przysługiwało nam przedszkole państwowe.
Kończą się już  świąteczne ferie, od poniedziałku Krasnale wracają do szkoły.
We wtorek córka z  zięciem przywiezli nam skrzynki na kwiaty, ziemię, kwiatki
i mam teraz na  balkonie dwa rodzaje prymulek i bratki, poza tym hederę.
A na parapecie kuchennego okna postawili mi w skrzynce  jakieś  zioła-
rozpoznałam  tylko szczypiorek i pietruszkę, ale jest tego dużo, dużo więcej.
W życiu nie miałam w skrzynce ziół.
I poinformowana zostałam , że na lato będą posadzone pelargonie rabatowe bo
mamy  bardzo słoneczny balkon.
A ja, idiotka, zostawiłam w  Warszawie dwie konewki. Muszę jutro wybrać się
do jakiegoś sklepu i kupić konewkę.
Miłego weekendu dla Was. ze słoneczkiem i ciepełkiem;)

wtorek, 3 kwietnia 2018

Tak jakby po świętach

Wczoraj póznym popołudniem nasze dzieci i Krasnale wrócili z tygodniowego
pobytu  na Sycylii.
Więc dziś było oglądanie zdjęć, wspólny dłuuuugi obiad  a na koniec Krasnale
zorganizowały dla nas koncert.
A ja wymyśliłam  na ten wspólny obiad kurczaka w sosie czekoladowym.
Oczywiście wcale nie byłam pewna, czy Krasnale raczą owo novum
skonsumować, bo nie są to dzieci wszystko jedzące. Na wszelki wypadek
podałam kurczaka oddzielnie, a sos tylko do polania.
Tak naprawdę powinno się tego kurczaka pogotować z 10 minut w owym
sosie. Na szczęście Krasnalom sos odpowiadał, bo był czekoladowy wszak.
Do mięsa córka i ja jadłyśmy spaghetti z cukinii ze świeżą kurkumą, reszta
konsumowała normalne, włoskie spaghetti.
Do poobiedniej kawy upiekłam ciasto pomarańczowe wg przepisu Doroty.
A dla  Krasnali, znając ich niewybredny gust, upiekłam sernik w bardzo
śmiesznej  foremce, podzielonej na 8 przegródek, co dało 8 mini serników.
Ciasto pomarańczowe jest niestety pyszne a do tego wcale nie trudne do
wykonania. Krasnale oczywiście zaanektowały te serniczki.
Z przyjemnością oglądałam zdjęcia z Sycylii. W górach jeszcze leży tam
śnieg, ale na plaży już widać było kilku plażowiczów.
Moi wynajęli mieszkanie w Cefalu i stamtąd jezdzili wypożyczonym
samochodem na różne wycieczki.
Oczywiście byli również na Etnie, która jest pokryta jeszcze grubą
warstwą śniegu. Zwiedzili chyba trzy nieczynne już kratery Etny, ale  za
długo tam nie przebywali, bo było zimno i wiał bardzo silny wiatr.
Starszemu Krasnalowi wycieczka na Etnę się podobała, ale młodszy nie
 był zadowolony, bo bał się cały czas, że wiatr go porwie.
Poza tym zwiedzili jeszcze kilka miast, między innymi Palermo i Taorminę.
No a po obiedzie i poobiedniej kawie Krasnale dały koncert.
Młodszy grał na gitarze, starszy grał na pianinie. Dodatkowo  młodszy
wykonywał jakies dzikie tańce.
Najbardziej rozbawiła nas strona organizacyna, bo młodszy wymyślił,
że muszą być bilety wstępu i ponumerowane miejsca.
Porobili numerki na krzesła i rozdali nam bilety.
A gwozdziem programu były ogłaszane co 15 minut przerwy. No cóż,
Krasnale prowadzą "światowe życie", są kilka razy w roku w Operze
Berlińskiej na przedstawieniach i koncertach dla  dzieci.
Myślałam, że się rozpadnę z hamowanego śmiechu gdy przerwę młodszy
ogłosił.....gwizdkiem.

A dla tych, którzy chcieliby "błysnąć" kurczakiem w sosie czekoladowym
podaję przepis:
Piersi z kurczaka myjemy, osuszamy, przekrawamy wzdłuż na wąskie  filety.
Każdy filet delikatnie  solimy, posypujemy niewielką ilością cynamonu i
łagodnego curry i wstawiamy na  noc do lodówki.
Rano przygotowujemy bulion i do gorącego  bulionu wrzucamy obrumienione
dokładnie  na maśle klarowanym mięso. Dusimy pod przykryciem do miękkości.
Miękkie mięso wyjmujemy z bulionu,dopełniamy  ewentualnie jego ilość by było
go 0,5 litra i do gorącego bulionu dodajemy 1 tabliczkę czekolady  (70% kakao)
połupaną na kawałki, dokładnie ją rozpuszczamy cały  czas mieszając, dodajemy
1 łyżeczkę od  herbaty cynamonu, 1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru,
chili (wg upodobania), szczyptę mielonego gozdzika i szczyptę mielonej gałki
muszkatołowej. Starannie mieszamy i na 10 minut wrzucamy uduszonego
już kurczaka. Mieszamy co chwilę, żeby sos  się nie przypalił.

Spaghetti z cukinii robi się w specjalnym przyrządziku. Nitki cukinii wrzucamy
na gorący olej (ja na kokosowy), dodajemy jeden kawałek startej na tarce
świeżej kurkumy- tu jedna uwaga - do obierania i tarcia kurkumy koniecznie
załóżcie rękawiczki- kurkuma barwi dłonie na pomarańczowo i schodzi z rąk
dopiero po 2 dwóch dniach częstego mycia.
Smacznego życzę;))




czwartek, 29 marca 2018

Ode mnie....

                  Wszystkim
  tym co obchodzą Wielkanoc i tym
  co po prostu mają dni wolne od
  codziennych obowiązków -
  życzę wszystkiego najlepszego i
  najpiękniejszego. 





P.S.
Rok temu, gdy składałam Wam życzenia ktoś "Anonimowy" raczył stwierdzić,
że jestem  zakłamana, bo sama nie obchodzę świąt a składam życzenia
z tej okazji.
 Więc dziś, chcę wszystkich poinformować, że to czy coś  obchodzę czy też nie nie jest sprawą istotną-  po prostu szanuję swoich Blogowych Gości- i tych
co te Święta obchodzę i tych co nie obchodzą i niezależnie od ich poglądów
religijnych życzę wszystkiego co najlepsze. 
 

piątek, 23 marca 2018

I stało się......

........mamy rejestrację  berlińską!
                           Tak wygląda herb Berlina na naszej tablicy rejestracyjnej

O dziewiątej rano,  zgodnie z wcześniejszym zapisem, stawiliśmy się w Wydziale
Komunikacji, który zajmuje się rejestracją  samochodów osób spoza Niemiec.
"Poślizg" czasowy wyniósł 45 minut, spowodowany wprowadzeniem nieco na
"łapu-capu" nowego systemu komputerowego, bez dokładnego przeanalizowania
poprzedniego systemu.
Pani urzędniczka przepraszała nas serdecznie i tłumaczyła skąd to opóznienie-
otóż w  dotychczasowym systemie gdy interesant mailowo zajmował sobie
kolejkę u urzędnika to jego dane były automatycznie wciągane do systemu
i w dniu wizyty urzędnik już tylko sprawdzał jego papiery i cała sprawa trwała
pięć lub 10 minut.
A ten nowy system tak nie działa i urzędnik musi wszystkie dane interesanta
wprowadzać gdy już interesant stoi przy biurku. Dodatkowo to system jest
nieco niedopracowany i urzędnicy  miewają chwilami rozrywkę umysłową
co i jak wpisać, żeby to miało ręce i nogi.
Chyba jednak jest coś na rzeczy w powiedzeniu "lepiej jest wrogiem dobrego".
Tutaj interesant nie dostaje tablic rejestracyjnych w Urzędzie Kominikacji -
dostaje tylko pisemko do upoważnionego punktu wykonywania tablic.
Po drugiej stronie ulicy, przy której jest UK, jest cała masa tych punktów.
Wykonanie tablicy to DWIE minuty i 50 euro z kieszeni. Potem z tablicami
wraca się  do urzędnika, który wtedy wydaje nowy dowód rejestracyjny,
zamawia za pieniądze interesanta "zieloną plakietkę", którą nam przyślą do
domu, a na tablicach rejestracyjnych przykleja  znaczki- na obu herb Berlina  i
dodatkowo na jednej z nich znaczek informacyjny do kiedy jest ważne aktualne
badanie techniczne samochodu. Polski dowód rejestracyjny samochodu
oczywiście nam zabrano.
Teraz, w ciągu najbliższego tygodnia muszę poinformować swój dotychczasowy
Urząd Komunikacji, że mamy  samochód przerejestrowany, bo mieszkamy w Berlinie.
Wracaliśmy z  UK jeszcze na starych tablicach rejestracyjnych ale już z nowym
Dowodem Rejestracyjnym. Po prostu obie stare tablice były tak zapaprane, że
ciężko było je usunąć, nie uświniwszy się przy tym jak dzika świnia  w błocie.
A po południu przyszedł zięć z Krasnalami i męska połowa rodziny poszła
zdejmować stare i zakładać nowe tablice.
A ja w tym czasie oglądałam skoki Kamila  Stocha w Planicy. Oczywiście
kolejny raz wygrał.
Dziś Krasnale miały ostatni dzień nauki. Przed nimi dwa tygodnie ferii. Na
pierwszy tydzień jadą z rodzicami na Sycylię, w  drugim tygodniu będziemy się
pewnie z nimi w różne miejsca wyprawiać. Już czuję, że z pewnością nie ominiemy
Muzeum Techniki. A jeśli będzie ciepło to może odwiedzimy Ogród Zoologiczny.

wtorek, 20 marca 2018

Człowiek o nicku Rasputin

W niewielkiej syberyjskiej wiosce, w 1865 roku, przyszedł na świat Grigorij
Jefimowicz Nowych.
Nie było to jakieś doniosłe wydarzenie, nie biły  z tej okazji dzwony, rodzina
była  chłopska i tak naprawdę nic nie wiadomo o dzieciństwie Rasputina.
No może poza tym, że był analfabetą.
Podobno w wieku lat osiemnastu Rasputin  miał wizję, po której postanowił
wstąpić do klasztoru w miejscowości Wierchoturie. Tam zetknął się z odłamem
religijnym chłystów- grupą łączącą mistycyzm z  hedonizmem.
W klasztorze Rasputin przebywał tylko kilka miesięcy i  został z niego
wydalony. Dlaczego? tak naprawdę nie wiadomo - może dlatego że Cerkiew
rosyjska uznała chłystów za odłam heretycki a może też i dlatego, że wtedy
jeszcze Rasputin był analfabetą, a może jego zachowanie w klasztorze było
jednym pasmem zachowań dziwnych, nie licujących z godnością zakonnika?
Bo chyba trudno jest akceptować  kogoś kto z jednej strony modli się, biczuje
i umartwia a z drugiej pławi się w orgiach seksualnych.
Rasputin ożenił się, ale ani posiadanie żony  ani dzieci nie zmieniło jego
bardzo wybujałych potrzeb seksualnych.
Nadal utrzymywał stosunki seksualne z wieloma kobietami i zapewne wiele
z nich miało z nim potomstwo.
W tym okresie swego życia Rasputin zaczął sobie zdawać sprawę z faktu, że
posiada dziwny dar- potrafi ulżyć  ludziom chorym w ich cierpieniach choć
przecież nie był medykiem oraz wpływać na ich decyzje.
Był pewien, że te jego niezwykłe moce wynikają z jego wyczynów seksualnych
i tym chętniej i częściej "ćwiczył", organizując różne orgie,  nawet we własnym
domu.
Żona, dzieci nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody i gnany jakimś
wewnętrznym przymusem wyruszył w drogę- wędrował po rosyjskim cesarstwie
i nie tylko.
Wszędzie demonstrował swe zdolności paranormalne lecząc chorych- twierdził,
że środkiem leczniczym jest  jego gorąca modlitwa.
Dość szybko jego sukcesy stały się głośne, a on sam trafił nawet do Jerozolimy,
gdzie demonstrował swe umiejętności dostojnikom religijnym.
Ci wszyscy, którym Rasputin pomógł w  zwalczeniu choroby, obdarowywali go
pieniędzmi lub darami w naturze, jednocześnie rozgłaszając dookoła jego moc
jako uzdrowiciela religijnego.
Gdy powrócił do żony i dzieci był już znany w całym regionie.
I wtedy, w chwili gdy pracował na własnym polu, nawiedziła go kolejna wizja -
ujrzał Matkę Boską, która nakazała mu ratować życie małego carewicza
Aleksego Romanowa.
Młody carewicz  Romanow cierpiał na hemofilię- wówczas schorzenie często
występujące w rodzinach królewskich, które były ze sobą blisko spokrewnione.
Nosicielkami wadliwego genu odpowiedzialnego za prawidłowe krzepnięcie
krwi były matki a obdarowywanymi - zawsze ich synowie.
Dziś  jedna na dziesięć tysięcy osób jest chora na hemofilię,która ma aż trzy
warianty.
Posłuszny swej wizji Rasputin wyruszył do Sankt Petersburga. Z miejsca zasłynął
jako człowiek niezwykły, który potrafi skutecznie leczyć wszelakie choroby.
 Rozsławił także swe wyczyny seksualne, wdając się w skandaliczne romanse
z rosyjskimi arystokratkami.
Mniej więcej po dwóch latach pobytu został przedstawiony na cesarskim dworze.
I tu udało mu się zatamować krwotok u małego carewicza. Zupełnie nie wiadomo
jak on to zrobił, ale fakt, że krwotok ustał - takiego cudu  nie dokonał żaden
z lekarzy opiekujących się  rodziną cesarską.
Caryca Aleksandra była wielce wdzięczna za uzdrowienie dziecka, któremu
lekarze przepowiadali rychły zgon. W jej odczuciu Rasputin był obdarzony boską
mocą, a czyn którego dokonał był odpowiedzią na jej błagalne modlitwy o zdrowie
syna.
Nie przeszkadzały jej krążące po mieście  plotki o tym, że Rasputin jest pijakiem
i straszliwym rozpustnikiem, że  wiele arystokratek jest jego kochankami.
Po ozdrowieniu carewicza, Rasputin opuszczając pałac ogłosił jedną ze swych
przepowiedni, twierdząc że los rodziny cesarskiej i jego, są ze sobą ściśle
związane.
Łaska cesarzowej zapewniła Rasputinowi poparcie licznych dostojników
kościelnych, a umiejętności wpływania na ich decyzje sprawiły, że zaczęto  się
pozbywać osób, którym Rasputin nie podobał się.
Od roku 1911 Rsputin  dostał od cara pozwolenie  wyznaczania własnych
ministrów w rządzie carskim.
W 1915 roku car Mikołaj II przejął dowództwo nad rosyjskimi siłami zbrojnymi
walczącymi w I wojnie światowej, a samotnie rządząca państwem caryca
bardzo szybko wyznaczyła Rasputina  na swojego osobistego doradcę.
Rasputin nie był mile widziany przez  arystokrację - no bo jak- prosty cham,
pijak, rozpustnik- nagle został wyniesiony na osobistego doradcę carycy?
Co prawda przyznawali, że ma jakieś niebywałe zdolności leczenia wielu
dolegliwości, ale doszli do wniosku, że trzeba się Rasputina pozbyć, a jedynym
sposobem jest po prostu pozbawienie go życia.
Książę Feliks Jusupow, stojący na czele spisku mającego usunąć ze świata
Rasputina, zaprosił go do swej rezydencji, by przedstawić go swej żonie, która
słynęła z urody. Przygotowano dla niecodziennego gościa wino i ciasteczka -
wszystko nafaszerowane  cyjankiem. Ilość trucizny była taka, że mogła bez
trudu wyprawić w  zaświaty sześć osób.
Przy powitaniu poczęstowano  "drogiego  gościa" ciasteczkami i winem.
Co prawda  Rasputin za ciastkami nie przepadał, ale chcąc być uprzejmym zjadł
kilka i zaraz popił obficie winem.
Daremnie książę czekał by Rasputin osunął się martwy na ziemię- dawka
trucizny, która mogłaby  powalić  kilka osób zupełnie nie  działała na gościa.
Zdziwiony i zaskoczony książę pozostawił gościa na chwilę samego by rzekomo
przyspieszyć pojawienie się swej żony, a w rzeczywistości by  naradzic się ze
swoimi równie  zaskoczonymi przyjaciółmi co robić, bo trucizna na Rasputina nie
działa. Wręczono wtedy księciu pistolet by po prostu zastrzelił znienacka swego
gościa. Książę wrócił do Rasputina i z bliskiej odległości strzelił mu w pierś.
Rasputin osunął się na ziemię. Po dłuższej chwili książę i jego towarzysze
uznali, że tym razem  "drogi gość nie żyje" i stanęli wokół leżącego by mu się
dokładniej przyjrzeć. I nagle Rasputin poderwał się i rzucił się na swoich
prześladowców. Mężczyzni zaczęli z nim walczyć i ranili ofiarę nożem by
się uwolnić z jego uścisku. Rasputin odepchnął ich i rzucił się do ucieczki.
Strzelono wtedy do niego po raz drugi a następnie spętano sznurami.
Chcąc mieć pewność, że tym razem pozbyli się swej ofiary na dobre, wrzucili
Rasputina do lodowatej Newy, płynącej obok  pałacu.
Caryca była zrozpaczona utratą swego wiernego doradcy i powiernika.
Nakazała poszukiwania. Ciało znaleziono i przeprowadzono jego dokładne
badanie. Okazało się, że Rasputin zmarł z powodu utonięcia, choć zdołał się
uwolnić z krępujących go więzów i niewiele brakowało by wydostał się na brzeg
rzeki, choć rzucony był w sporej odległości od brzegu.
No i może nie byłoby w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, ale dziewięć dni
wcześniej, 7 grudnia 1916 r.  Rasputin napisał list zawierający przepowiednię,
która głosiła, że on nie dożyje Nowego Roku. Ponadto twierdził, że jeśli on
zostanie  zabity przez zwykłego człowieka, rodzina cara przetrwa, ale jeśli
zginie z ręki arystokraty rodzina cara  zginie w ciągu dwóch lat. A po dwudziestu
pięciu latach od śmierci cara, w Rosji nie ostanie  się żaden arystokrata.
Jak wszyscy wiedzą z historii przepowiednia spełniła się w 100%.
Niewątpliwie Rasputin był wielce barwną postacią.
Dla tych, którzy doczytali do końca nagroda w postaci zdjęcia Rasputina.

                                                          Rasputin czyli Rozpustnik






poniedziałek, 19 marca 2018

Hurra, hurra....

......właśnie wróciliśmy z badania  technicznego TUV, które  nasz samochodzik
przeszedł bez najmniejszego problemu.
W Berlinie  są tylko dwa punkty TUV, które są upoważnione do przeprowadzania
badań technicznych samochodów celem  uzyskania po raz pierwszy rejestracji
w Niemczech. Jeden na  południu miasta, drugi na północy.  Wybraliśmy ten
na południu, bo  jest zdecydowanie bliżej nas.
Wprawdzie opózniło się ono o  20 minut i troszkę zmarzliśmy (jest -4, obłędne
słońce i silny wiatr), ale gdy wóz był przez  pół godziny badany to już byliśmy
wtedy w cieplutkiej poczekalni. Badanie kosztowało 155 euro.
Teraz tylko go musimy ubezpieczyć, może nawet dziś po południu, a 23 b.m.
mamy zarezerwowany termin rejestracji w Urzędzie Komunikacji.
No to nieco odetchnęłam. Wprawdzie wiedziałam, że wóz jest w porządku,
ale nie wiedzieliśmy, czy to takie same badania jak w Polsce.
No bo Unia Unią, a jest jednak sporo różnic - choćby nawet te,  o których
już pisałam, w zakresie ubezpieczenia.
Przy okazji zwiedziliśmy okolice starego lotniska  Tempelhof . I znów
podziwiałam stare, piękne kamienice.
Nie wiem co się dziś działo, ale od samiutkiego rana jakieś straszliwe korki
na mieście - podejrzewam, że pewnie na autostradzie, której odcinki "robią"
za berlińską obwodnicę, są  jakieś prace drogowe, bo nawet poranna droga do
szkoły była "drogą przez mękę" w obie strony.
No to idę się polenić- poczytam o Rasputinie to,  czego jeszcze nie wiem
i jeśli będzie to coś ciekawego i dziwnego-  napiszę  Wam.