drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 11 listopada 2019

To tylko......

.......6 minut i 27 sekund.
Zaczyna się nowy tydzień- wyhamujcie nieco, wieczny pęd marnuje nam
życie, nie pozwala dostrzec jego uroków.
Posłuchajcie duetu  Hausera i Ceku, posłuchajcie Adagio z Concierto de
Aranjuez.
To koncert dobry  i na smutek i na radosne chwile, taki moment
zadumy, króciutka medytacja, złapanie oddechu i perspektywy.
A ja dalej się mebluję, urządzam swój "buduar". Doszły trzy nowe elementy.
Wczoraj była tu "niedziela handlowa", otwarte były sklepy, ale nie wszystkie,
te, których personel się na to zgodził. Odwiedziłam  więc sklep IKEI. Zawsze
mnie  rozśmiesza widok ludzi testujących łóżka, fotele, krzesła czy też kanapy.
Niektórzy są tu wręcz zadomowieni, siedzą lub leżą i.....czytają książki.
 A ja wczoraj poszukiwałam małego fotela, który miał spełniać kilka moich
warunków - miał być mały, wygodny do siadania, siedzenia w nim oraz do
wstawania, bo od czasu mej kontuzji  biodra - te parametry nabrały znaczenia.
No i znalazłam, po przymierzeniu się do co najmniej dwudziestu modeli,
a ten wybrany przeze mnie prezentuje się tak :




 A to co widzicie na ścianie to "obraz" utworzony  z fototapety. Gdy z tego
pokoju wywędrowały ponure regały, ściana w kilku miejscach była nieco
"nieświeża". Malowanie pokoju o ścianach wysokości 3,5 metra zajęłoby
sporo czasu, więc wszystkie  "niedoskonałości" są zakryte tym "obrazem".
U dołu zięć zrobił ledowe podświetlenie.
Poza tym zamiast dostawianego z boku nocnego stolika mam zrobiony
"nocny zagłówek" z półkami na  książki lub jakieś drobiazgi.
Takie rozwiązanie wymusza poniekąd  kształt pokoju, który jest dość wąski,
za to długi. A wygląda to tak:

Przybył też mebelek zwany "kwietnikiem"
Jak na razie króluje tu tylko jeden scindapsus, ale postaram się o jakieś
towarzystwo dla niego.
Jeszcze tylko dojdzie mały, okrągły stoliczek i lampa stojąca i będzie
koniec meblowania. Oba elementy już zamówione i chyba są już w drodze.
I.....dobrego nowego tygodnia  Wszystkim życzę.

czwartek, 7 listopada 2019

Jestem zabójczo zdolna

Wpadłam kilka dni temu na pomysł, że powinnam sobie ugotować zupę, bo coś
jakby się jesień uparła by tu się rozgościć.
Rzut oka w lodówkę , w której odkąd nie ma męża z reguły króluje światło i
grecki  jogurt, pieczarki, marchew, ziemniaki i coś na kształt włoszczyzny.
I bulion, z kurczaka. A więc  do garnka powędrowało 60 dag pieczarek, resztę
składników "wkroiłam" na oko. Gdy się wszystko ugotowało zmiksowałam
całość "na  gładko", na wypadek gdyby młodszy Krasnal zechciał zjeść zupę.
Ale akurat młodszy nie chciał, bo zjadł przyzwoicie obiad w szkole, starszy
zup nie jada i została  mi zupa "na zaś".
Gęsta, mocno pieczarkowa, ciemno brązowa, bo to były brązowe pieczarki.
Wczoraj mi się przypomniało, że mam jeszcze zupę, więc ją postawiłam na
kuchence, żeby się odgrzała, bo była  długo w lodówce.
A że  jakoś ostatnio nie mam serca do gotowania, to zapomniałam by ją wpierw
porządnie zamieszać, postawiłam  na kuchence i spłynęłam do pokoju.
I wiecie co ? - najzwyczajniej w świecie przypaliłam zupę, która była szalenie
gęsta.  Gdybym ją porządnie zamieszała to pewnie by się nie przypaliła.
W ramach sprawdzania co kryje w swych szufladach zamrażarka, odkryłam
"alaskańskiego łososia", oczywiście zamrożonego.  A więc na weekend zrobię
 pieczonego łososia. Jeszcze ważny, więc trzeba go zużyć.
Do zrobienia go potrzeba:
lekko rozmrożonego łososia,
2 pomarańcze, bio, wyszorowane,
pęczek koperku,
2 łyżeczki miodu,
sól, pieprz i łyżkę musztardy
100 ml białego wina. 50 ml topionego masła, szklanka wywaru warzywnego
zagęstnik do sosu
i....naczynie żaroodporne.
Pomarańcze kroimy w cienkie plastry, połową wykładamy dno naczynia
Koperek drobno siekamy, mieszamy z masłem, solą i musztardą.
Układamy łososia na pomarańczach, smarujemy  masłem z dodatkami,
układamy na nim pozostałe plastry pomarańczy, polewamy delikatnie wywarem
z warzyw.
Wstawiamy do piekarnika  nagrzanego do 190 stopni i pieczemy 20 minut.
Wyłączamy piekarnik. Z naczynia wybieramy starannie wywar z pieczenia,
łączymy go z miodem i winem i krótko zagotowujemy.
Do tak powstałego sosu dodajemy zagęstnik, w razie potrzeby dosmaczamy.
Polewamy sosem łososia, nakrywamy naczynie i podgrzewamy łososia
w piekarniku.
Kiedyś go już robiłam i był całkiem jadalny, choć ja ryb nie lubię.
Mam nadzieję, że Wam będzie smakował ten łosoś w pomarańczach.


wtorek, 5 listopada 2019

Dzień bez tanga.....

....to dzień stracony;))
Dopiero teraz znalazłam filmik z moimi ulubieńcami, którzy w maju
tańczyli na Meetingu w Casercie.
Caserta to miasto i gmina w Kampanii. Caserta  słynie  z pięknego, olbrzymiego
pałacu, który ma 1200 pokoi, cztery dziedzińce i został zbudowany na wzór
Wersalu w czasach panowania dynastii Burbonów. Pospacerować można po
parku, prześlicznym i olbrzymim, którego powierzchnia to 1200 hektarów.
Prawdę mówiąc to nie wyobrażam sobie bym przedreptała na własnych nogach
taką odległość. W 1996 roku cały kompleks  pałacowy został wpisany na listę
światowego dziedzictwa UNESCO.
I właśnie w Casercie Roxana Suarez i Sebastian Achaval tak tańczyli:



A tak tańczyli w Bari w czasie Tango Congress



Bari jest stolicą regionu Apulia, to region w którym  spędzają swe wakacje
Włosi zajadając się ryżem z ziemniakami i omułkami, focaccią z ziemniakami
oliwkami i ziołami, oraz cebulowym ciastem.
To jeden z biedniejszych regionów, atrakcji mało, ale ludzie sympatyczni.
I Bari ma bardzo ładną  starówkę.
A ja nadal porządkuję, segreguję, układam, czytam i drę na kawałki.
A dziś byłam u akustyka, ponownie  miałam badanie słuchu i w pierwszej
kolejności będę miała uzupełnienie w tym gorzej słyszącym uchu. Dziś
zrobiono  "odlew"  wnętrza mego ucha, bo będzie to aparat dopasowany  do
moich potrzeb. Moja dopłata do "interesu" wyniesie 20 €, resztę pokryje  Kasa
Chorych. Dla mnie idealne jest to, że nie muszę nigdzie "latać i załatwiać",
oni sami wszystko z Kasą Chorych załatwią.
Przy okazji nie mogli się nadziwić, że w Polsce odmówiono mi aparatu
słuchowego twierdząc, że to nic nie pomoże.
Tu twierdzą, że należy jak najwcześniej dawać aparat słuchowy by nerwy były
cały czas pobudzane do pracy dźwiękami a nie wyłączały się z ich braku.
I nie będzie to wcale niewidoczny aparat. Te niewidoczne nie są dla każdego, bo
nie każdy ma odpowiednio długi przewód słuchowy w uchu a do tego mało
uszkodzony słuch.
A teraz pieśćcie oczy i uszy, oglądając filmy na You Tube i dając przynajmniej
tryb kinowy lub cały ekran.
Miłego tygodnia Wszystkim;)

niedziela, 3 listopada 2019

Się dzieje.....

.....ino iskry lecą dookoła.
A optycznie wygląda to tak:







Nagle 20 metrów kwadratowych zostało zarzucone zawartością  trzech
regałów przywiezionych  2 lata temu z Warszawy. Demontaż ich na
pojedyncze deski był miły niczym koszmar nocny. Chyba przez całe życie
nie nawyciągałam się tylu gwoździ co  dziś. I jeszcze  nigdy nie brałam
czynnego udziału w dewastowaniu mebli. Udało się wszystko wyprowadzić
z mieszkania nim przyjechały paczki z nowymi meblami.
Po jakimś czasie w pustym pokoju, który będzie moją sypialnią zaczął się
montaż łóżka -  ja się tylko przyglądałam, bo zajmowałam  się głównie
unicestwianiem opakowań z mebli  - bo nie można wrzucać do pojemnika
całych opakowań, one muszą być w niedużych kawałkach. A ja ostatnio mam
wprawę w rozkawałkowywaniu papierów.
Gdy zajrzałam po raz pierwszy zobaczyłam to :




a w jakiś czas potem, wcale nie krótki było tak:
Okazuje się, że mam dwa łóżka, choć byłam pewna, że kupuje się jedno.
No i coś, co jest praktyczne, czyli dwie  szuflady.
Mnóstwo czasu  kosztował demontaż  i ponowny  montaż szafy, która teraz
będzie w sypialni. I całkiem sporo  czasu  zeszło przy montażu komódki-
 jednej z dwóch.
W tak zwanym "międzyczasie"  byliśmy na koncercie  uczniów szkoły
muzycznej, do której chodzi starszy Krasnal. Starszy błysnął, bo wykonał
swoją własną kompozycję ( co było nawet napisane w programie koncertu),
niestety nie załapałam się na program, bo przyczłapaliśmy dość późno.
Oprócz własnego utworu zagrał jeszcze  jakieś boogie. On bardzo lubi grę
na fortepianie, twierdzi, że go gra relaksuje.
 W tej chwili moja sypialnia ma zmontowane  łóżko, komódkę i
szafę ubraniową.
Druga komódka będzie  zmontowana jutro, resztę wyposażenia jeszcze
trzeba dokupić, czyli stolik, lampę stojącą, fotel. Ale do fotela to się wpierw
muszę przymierzyć, nie da się  kupić go z katalogu.
Mam jeszcze do "ogarnięcia", czyli przejrzenia i wyselekcjonowania  całą
masę rzeczy, które mieszkały przedtem w regałach.
Najbliższe dwa tygodnie będę miała co robić- to pewne.









wtorek, 29 października 2019

Ostatnio jestem....

.....monotematyczna. Ciągle  piszę o sobie.
Doszłam do smętnego wniosku, że życie człowieka współczesnego kręci  się
wokół produkowania "papierków".
Drugi dzień z rzędu tonę w papierach, czyli przeróżnego rodzaju dokumentach,
kwitach, powiadomieniach, zawiadomieniach zezwoleniach, itp., itd.
Tkwię, bo muszę przejrzeć  wszystkie dokumenty, które zgromadził mój mąż.
Przed wyjazdem z Polski oboje robiliśmy taki dziwny "remanent", teraz  muszę
robić to sama. Wtedy było papierów znacznie więcej, bo były jeszcze  dokumenty
firmowe, które zdaniem mego męża powinny być do "końca świata",  bo nigdy
nie wiadomo kiedy władzy  coś się pochrzani, w Urzędzie Skarbowym coś zginie
i się człowieka  "czepną".
Wczoraj pół dnia robiłam za niszczarkę dokumentów, bo nie bardzo miałam ochotę
zejść do piwnicy by tam ten  pożyteczny sprzęt odszukać. Ja się po prostu boję
schodów, które do niej prowadzą- są wyraźnie jakieś mocno "oszczędnościowe"-
wąskie i strome i jakoś dużo ich.
Wiecie zapewne, jak wygląda wypchany segregator  -  wczoraj unicestwiłam
zawartość trzech takich wypchanych segregatorów, w tym całą dokumentację
medyczną  mego męża. No normalnie ręce mnie  bolą od darcia tych papierów.
Mogę zrozumieć, że trzymał epikryzy, one się przydają nawet po latach, bo
wiadomo z nich w jakim  stanie pacjent opuścił szpital, ale litości - po co wyniki
badań, które są ważne tak naprawdę od kilku dni do miesiąca? Tu były wyniki
wszystkich badań od 2009 roku!  Istna paranoja.
Niestety jutro znów czeka mnie przeglądanie kolejnych dokumentów i wybranie
tylko tych, które mogą się jeszcze przydać, lub należy je przechowywać przez
kilka lat.
Jeśli macie kopie swych PITów, to trzeba je przechowywać przez 5 lat od chwili
wysłania. U nas były wszystkie PITy odkąd  weszły w życie. Straszliwe płachty
były na początku, nawet z ciekawością je obejrzałam, nim starannie   podarłam.
Jutro znów zabawię się w niszczarkę dokumentów.
To kolejny krok zaakceptowania nowej dla mnie rzeczywistości. Pierwszym było
rozstanie się z rzeczami osobistymi męża, teraz remanent w dokumentach,
którymi on się głównie zajmował.
Następnym krokiem będzie przemeblowanie mieszkania - w dotychczasowym
jego pokoju zrobię sobie sypialnię, mój pokój będzie "salonem" z dodatkowym
miejscem do spania na sofie. Co prawda  salon liczy się od 40 metrów kw.
powierzchni, a  mój będzie ich miał o połowę mniej, no ale ja nie jestem dużą
kobietą, a więc 20  metrów kwadratowych to dla mnie wystarczy.
Zaczęłam nawet wybierać meble do swej sypialni i część już zamówiłam.
Oczywiście przyjadą w "kawałkach", będzie się działo przy montażu!

piątek, 25 października 2019

Wizyta u audiologa

Jakby na  to nie spojrzeć to młódką nie jestem.
Od wielu  lat mam wrażenie, że jedno moje ucho jest czymś zatkane, no ale wcale
tak nie jest - po prostu od ponad 40 lat zawsze gorzej słyszałam tym uchem.
Pierwszy raz wykryto to w chwili badań na prawo jazdy, a więc 44 lata temu.
W Warszawie nawet byłam pacjentką Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu .
Instytut był placówką znaną, dostanie  się tam w charakterze pacjenta  nie było
proste. Na dodatek była to niemal wycieczka, bo aby się tam dostać  musiałam się
przewlec przez całą Warszawę, potem znaleźć jakies miejsce do zaparkowania, co
czasem zabierało i pół godziny, bo parking był malutki a zmotoryzowanych
pacjentów dużo. Oczywiście nie było mowy o tym by się tam dodzwonić, trzeba
było tam przyjechać, postać w gigantycznej kolejce by się zapisać. Zresztą  stanie
w kolejce było i wtedy, gdy już wizyta była umówiona, bo mistrzostwa  świata
w dziedzinie organizacji pracy to ten Instytut nigdy nie  zdobył.
W końcu po wielu tygodniach bywania tam na różnych mało miłych badaniach
dowiedziałam się, że po prostu mam 70% niedosłuch lewego ucha, ale niczego
w nim  nie mam, to tylko złudzenie.
No i oczywiście  tak już pozostanie do końca moich dni i że  żaden aparat
słuchowy mi nie pomoże.
Od tamtego czasu minęło spokojnie 9 lat i ostatnio odkryłam, że pogorszył mi się
słuch w drugim uchu, więc córka czym prędzej zapisała mnie do audiologa.
Bez skierowania, bez problemu,  bez kolejki, bez uciążliwego dojazdu.
Do audiologa  doczłapałam się w 15 minut bo to jest niedaleko mego miejsca
zamieszkania, na wejście do lekarza poczekałam "aż" 15 minut, wszystkie badania
były wykonane na miejscu, aparatura nowoczesna, pani audiolog młoda, ale już
z doktoratem.
Dostałam skierowanie do akustyka na dobranie dwóch aparatów- wpierw będę
nosiła je próbnie i byłoby dobrze, żebym nosiła oba aparaciki, bo jednak zdrowiej
dla nas gdy słyszymy na dwoje uszu. Podobno wtedy poprawia się również nasza
percepcja i samopoczucie.
No i zostałam pochwalona, że już teraz zgłosiłam, że nieco gorzej słyszę tym
drugim uchem, bo z zaopatrzeniem w aparat słuchowy nie należy czekać aż do
chwili gdy się już niemal nic nie słyszy.
Zdaniem pani doktor choć słyszę tylko "ciut" gorzej warto już teraz poprawić
sobie komfort słyszenia.
Podobno te nowe aparaciki są miniaturowe i zupełnie w niczym nie przeszkadzają
i są niemal niewidoczne.  Pożyjemy - zobaczymy.
Może mi to pomoże w nauce niemieckiego? Kto wie?
A na zakończenie , tak zupełnie nie na temat - Asmodeusz poprosił bym wrzuciła
na blog, zamiast kolejnej porcji tanga .....taniec na rurze.
No więc oto dla Asmodeusza taniec na rurze:

Mam nadzieję, że będzie usatysfakcjonowany;)

środa, 23 października 2019

Tango .......

......aż kilka razy.
Oczywiście w wykonaniu mojej ulubionej pary argentyńskiej, Roxany
Suarez i Sebastiana Achavala.
Tańczyli w Regensburgu 4 - 6 października, ale filmiki dotarły dopiero teraz.
Jeszcze we wrześniu tańczyli w Sztokholmie i też dopiero teraz pokazały się
filmy.

Regensburg , czyli Ratyzbona, jest jednym z najstarszych miast niemieckich.
Bardziej podoba mi się nazwa Ratyzbona, a Wam?
Jak zwał tak zwał, ale nie zmienia to faktu, że miasto leży w Bawarii, w miejscu
gdzie do Dunaju wpadają dwie rzeki- Naab i Regen.
W tłumaczeniu na polski nazwa miasta Regensburg to po prostu Zamek nad
Regenem.
W tym miejscu w I wieku, w 179 roku , za panowania cesarza Marka Aureliusza,
III Legion Rzymski założył swą warownię.
A w VI wieku miasto było rezydencją książąt Agilolf, stając się pierwszą,
oficjalną stolicą Bawarii.
Dziś Regensburg jest 5 co do wielkości miastem Bawarii,  po Monachium.
Wizytówką Regensburga jest największa średniowieczna Starówka , Kamienny
Most i Katedra.
W lipcu 2006 roku ta największa niemiecka Starówka została wpisana na
listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.


 




 A we wrześniu  moi ulubieńcy w Sztokholmie tańczyli tak:



 Trochę mnie złości, że filmiki na YT spływają ze sporym opóźnieniem