drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 12 stycznia 2012

254. W niedzielę mnie naszło...

i zrobiłam koralikową   "torebkę" na amulet. Prawdę mówiąc wpierw
miałam  zamiar  zrobic etui na komórkę, ale potem doszłam do wniosku,
że mam za  mało koralików ,  poza  tym, jak siebie  znam to nie będę go
używała. Może jeszcze coś zrobię i zaczaruję, żeby był do tego amulet.
Jakieś drzewko,  a  raczej krzaczek  szczęścia:)))

Poza tym oplotłam dwa jaspisy i tu jakby opuściła mnie wena. Ogłosiła strajk,
niczym  któreś tam odłamy służb mundurowych.





Może zrobię z tego bransoletkę a może wisior?  Sama jeszcze nie wiem.
Jeśli wisior, to muszę wymyślić jakiś ciekawy sposób zawieszenia  go.
Patrzę się i patrzę na ten jaspis i tylko pustkę w głowie czuję.

Ale to pewnie dlatego, że jestem  myślami już  w pierwszych dniach
lutego, bo przyjeżdża córka ze starszym synkiem. Przylatuje jak po
ogień, raptem na 3 dni. Ale i tak będzie zamieszanie i  radość.
Przez cały rok widywałam małego tylko na skype, a  rok w życiu
dziecka to bardzo dużo. Kilka dni temu skończył 3 lata. Ostatnio
powiedział do córki: "mamo, ja kiedyś byłem mały, teraz jestem duży".
A więc zobaczę niedługo swego "dużego" wnuka.

wtorek, 10 stycznia 2012

253. Oczy mi się same zamykają, ale....

muszę o tym napisać. Coś mnie wczoraj podkusiło by wieczorem poczytać
świeżo  nabyte FORUM.
Jak zwykle zaczęłam od przedostatniej strony, bo bardzo lubię "magię
liczb". Najbardziej mnie rozbawiła wiadomość, że do całodobowej
obsługi bezzałogowego samolotu typu Predator potrzeba aż  168 osób.
Pocieszyła mnie również wiadomość, że pewna 10 letnia kotka z hrabstwa
Devon w Anglii, po 4  latach nieobecności powróciła do swego domu.
A powaliła mnie  na kolana wiadomość, że 15 tysięcy  Czechów podczas
spisu ludności w rubryce "wyznanie" podało "zakon Jedi".
                                                 ****
A potem już mi nie było wesoło, bo przeczytałam  przedruk z  "Die Zeit."
Może wpierw powinnam Wam wyjaśnić moje stanowisko w  dwóch
sprawach: przeszczepów  oraz eutanazji. Wiem, to bardzo kontrowersyjne
tematy i zwykle prowadzą ludzi do kłótni. Ale nie da się ukryć, że oba tematy
mogą w pewnej chwili i nas dotknąć.
Z wypiekami na twarzy przeczytałam dawno temu książkę o pierwszym
przeszczepie serca,dokonanym w Kapsztadzie przez dr Barnarda. Potem z
uwagą śledziłam ten temat nie tylko w zakresie kardiologii ale i implantologii
w ogóle. Udało mi się obejrzeć sporo ciekawych filmów dokumentalnych z
tego zakresu,w czasie których zdobyłam sporo wiedzy na ten temat.
I pomału, pomału, mój entuzjazm dotyczący implantologii   zaczął opadać.
Oczywiście, do wiadomości ogółu podaje się tylko pozytywne przypadki,
a jeśli  cały wysiłek spełznie na niczym, komunikat brzmi "organizm  niestety
odrzucił przeszczep". Ale nikt nie podaje szczegółów, a okazuje się, że
bardzo często przeszczepiony narząd zaczyna chorować tak samo jak ten,
w miejsce którego go wszczepiono. Tak bywa w przeszczepach nerek,
serca również. Moją uwagę zwróciła wypowiedz pewnego kardiochirurga,
który powiedział, że w trakcie pobierania serca do przeszczepu czuł się
jak szaman indiański.
Wiecie dlaczego? Bo oni wyrywali z serce z żyjącego jeszcze człowieka.
Skojarzyło mi się, że faktycznie, dawca do samego końca jest podłączony
do respiratora, bo martwego serca nie bierze się do przeszczepu.
A potem  córka mojej znajomej  wpadła pod samochód i leżała w śpiączce.
Po mniej-więcej miesiącu zaczęli rodzinę namawiać, by jednak odłączyć
dziewczynę od respiratora, bo jest już  odkorowana, mózg nie pracuje,
nie ma żadnej nadziei, a jej serce mogłoby komuś uratować życie.
Ale matka  nie chciała się zgodzić, całą dobę ktoś był przy dziewczynie,
trzymali za rękę, przemawiali do niej, głaskali, całowali i stał się cud.
Zaczęła sama oddychać, pomaleńku wróciła do świata żywych.
I w tym momencie zaczęłam się zastanawiać na ile można ufać opinii, że
ktoś już jest martwy, bo wykres pracy mózgu jest płaski.
Co do eutanazji - osobiście chciałabym mieć możliwość przeniesienia się
w niebyt , zwłaszcza w sytuacji gdy będę bardzo cierpieć lub stanę się
roślinką. Skoro na ogół nie możemy rodzić z godnością to może choć
umrzeć można by z godnością?
                                              ***
W Europie eutanazja jest prawnie dozwolona w Holandii, Belgii, Albanii,
Luxemburgu oraz w pewien ograniczony sposób w Szwajcarii. Poza
Europą - w Japonii oraz w dwóch stanach USA : Teksasie i Oregonie.
                                              ***
Przypadek, opisany w Die Zeit miał miejsce w Belgii, w 2005 roku, ale
sprawa została ujawniona dopiero 4 lata pózniej. Dotyczył 43-letniej
kobiety, która w wyniku udaru mózgu stała się niepełnosprawną,
wymagającą pomocy we wszystkich sytuacjach życiowych, ponadto
miała uszkodzony wzrok. Kobieta podjęła decyzję o eutanazji. I nie
byłoby żadnych kontrowersji, gdyby nie fakt, że kobieta zażądała, by jej
zdrowe narządy przeznaczono do przeszczepów osobom tego
potrzebującym. W związku z tym śmiertelny zastrzyk (wszystko było
uzgodnione) pacjentka otrzymała na sali operacyjnej. Pobrano od niej
trzustkę, wątrobę, nerki , co pozwoliło ponoć uratować życie pięciorga
dzieci, bo wątrobę rozdzielono pomiędzy dwóch biorców. Serca nie
pobrano, nie pobiera się martwego serca.
A ja, po przeczytaniu tego wszystkiego zaczęłam się zastanawiać czy
fakt, że na swoje życzenie została dawcą organów nie spowoduje,
że eutanazja, w obawie przed nadużyciami , zejdzie w pewnym sensie
do podziemia.
A skąd te obawy? Transplantologia się rozwija, a organów wciąż brak.
Jak zabezpieczyć dobro pacjenta, który ma dość życia w cierpieniu?
I , czy pacjent może w testamencie zaznaczyć,że  gdy zachoruje i nie
będzie dla niego ratunku to chce być uśpiony na zawsze?
No i zamiast spać, leżałam  i rozmyślałam nad pozytywami i negatywami
postępu w medycynie. Zasnęłam nad ranem, a musiałam niestety
wcześnie wstać i cały dzień chodziłam z lekka nieprzytomna. No cóż,
głupich nie sieją, sami się rodzą.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

252. Z autobusowego podsłuchu

Wierzcie mi, nie podsłuchuję celowo, ale gdy ktoś mi ćwierka nad głową
to trudno ,  jego strata.
Tym razem jest to lekcja ekonomii, zresztą  naprawdę całkiem fajna.
Siedziałam obok dość młodego człowieka, pewnie miał z 8 lub 9 lat.
Jego tata szarmancko ustąpił mi miejsca.
W pewnej chwili młody człowiek zapytał  swego tatę, czy pożyczy mu
pieniędzy, bo mu nieco brakuje na zakupienie nowej gry.
Tata pod nosem warknął: "nie jestem bankiem, nie pożyczam". Młody
chwilę pomilczał i radośnie zaćwierkał: " no to pójdę do banku albo
Stefczyka i tam mi pożyczą".
Tata zaśmiał się radośnie i powiedział, że banki dzieciom nie pożyczają
pieniedzy, pan Stefczyk też nie. A w ogóle to banki i tak za wielu osobom
pożyczają pieniądze i przez to jest kryzys gospodarczy. Młody
wybałuszył oczęta i zapytał: "no to może tobie by Stefczyk pożyczył
na tę grę, wtedy ty  tato, mógłbyś mnie pożyczyć, a ja oddałbym  z
następnego kieszonkowego i  z tego co babcia mi wrzuci do
skarbonki?"
"To babcia ci dorzuca pieniążków do skarbonki?"- zainteresował  się
tata- "a często to robi"?
"No zawsze, kiedy jest u nas, ale ta skarbonka się nie otwiera i trzeba
ją zniszczyć,żeby wziąć pieniądze" - młody był wyraznie zasmucony tym
faktem. Tata młodego w tym momencie wyraznie nabrał wiatru w żagle:
"Widzisz synku, przecież właśnie po to jest skarbonka, żebyś sobie
zbierał pieniądze na  co masz ochotę. Na przyjemności trzeba pieniądze
zbierać, a nie pożyczać. Pożycza się na ważne cele, takie jak mieszkanie
lub samochód."   " A  wakacje? to przyjemność czy ważna sprawa?-
dopytywał się młody. Tata wyraznie próbował zyskać na czasie, bo
zapytał młodego  jak on ocenia ważność wakacji. Młody chwilę
milczał, wreszcie wydukał:  "chyba ważna, bo przecież braliście
pożyczkę na ten wyjazd". Tata wyraznie się zapowietrzył , ale już
nie znam jego odpowiedzi, bo musiałam wysiąść z autobusu.
Nie pamiętam, bym z moją małolatą prowadziła takie dyskusje- wtedy
było bardzo mało reklam w TV namawiających ludzi do brania
kredytów różnej maści, jeśli już jakis bank się reklamował to raczej
tylko jako miejsce gromadzenia pieniędzy w bezpieczny sposób.
No cóż, czasy się zmieniły, ale w tym wypadku nie jestem pewna czy
na lepsze.

środa, 4 stycznia 2012

251. Podobno podróże kształcą....

ale chyba tylko takie prawdziwe. Od poniedziałku  "podróżuję" dwa
razy dziennie miejskim autobusem i to dla mnie swoiste novum, bo
przeważnie korzystam z własnego środka lokomocji. Ale ponieważ
obok przychodni nie ma szans na zaparkowanie, to się przesiadłam
do autobusu. Wczoraj uśmiałam się setnie - siedziały obok mnie 2
młode istoty - obie z rzęsami niczym reklama tuszu do rzęs  którejś
firmy, a jedna z panienek dodatkowo opanowała do perfekcji sztukę
odrzucania z twarzy grzywki, która zasłaniała jej  pół twarzy. Panienki
obliczały ( z pomocą komórki) średnią  swych ocen na półrocze.
Jednej wypadała średnia 3, jako że z każdego przedmiotu miała
właśnie 3 - w tym również z WF.  Druga  już miała problem  z obli-
czeniem swej średniej, ponieważ z jednego przedmiotu miała 2,
a z innego 1, z pozostałych trójki. Gdy tak namiętnie liczyły tę średnią,
panienka- specjalistka od odgarniania włosów- doradziła koleżance, że
powinna poprosić  "starą" by jej poprawiła tę 1 na  2. Dziewczę jednak
stwierdziło, że i tak nic z tego, bo ona i tak się tego wszystkiego nie
nauczy, bo "kto by spamiętał z tymi żyłami, sercem, krążeniem". Obie
zamilkły i pogrążyły się w liczeniu tej wielce skomplikowanej średniej.
I tak się zastanawiam jak te panny ukończą szkołę i zdadzą maturę
mając takie oceny. Bo wynika z nich, że nauka nie bardzo je interesuje,
skoro ze wszystkich przedmiotów, bez wyjątku, oceny są marne.
A panienki wymalowane, w dobrych ciuszkach, manicure. Tylko jakby
w główkach pustawo.
                                           ****
Ruszyło mnie sumienie i wczoraj zrobiłam naszyjnik dla mojej ulubionej
bratowej, oraz dokończyłam dwa wisiorki. Niestety zdjęcia  są kiepskie
bo robione przy sztucznym świetle i ten bolący bark uniemożliwił mi
wyprasowanie serwety, na której leżały biżutki.
naszyjnik z sigulitu
naszyjnik z malachitem
wisior z kamieniem, którego nazwy nie znam.
Chodzi mi po głowie jakiś naszyjnik w stylu  biżuterii Alfonsa Muchy, ale
wpierw muszę pokończyć to wszystko co zaczęłam.

wtorek, 3 stycznia 2012

250. Czasem nie rozumiem......

ludzi. Może dlatego, że chwilami nie rozumiem samej siebie?
"Pobiegałam" po różnych blogach i zastanawiam się, dlaczego ludziom
tak zwyczajnie brak odwagi i konsekwencji. Dlaczego ktoś, dla kogo
święta BN są synonimem niepotrzebnych wydatków i zamieszania ulega
presji i tak samo "wydaje i szaleje", zaprasza na wspólne obżarstwo tych,
na których patrzeć nie może? I doszłam do prostego wniosku - bo niemal
każdy boi się opinii sąsiadów, znajomych, rodziny. Dla mnie to bardzo
frustrujące, że tak bardzo ważne jest dla niektórych "co ludzie powiedzą"?
Sama na sobie przećwiczyłam , że nie łatwo jest postępować inaczej niż
wszyscy, ale naprawdę nie jest to niemożliwe. Nie wykluczam, że gdybym
żyła w średniowieczu byłabym potępiona i....zlikwidowana.
                                              ****
Przeczytałam napisany przez Rosamundę Lupton thriller pt. "Siostra".
Podobno bestseller brytyjskiego Amazona, a do tego jest to debiut
literacki tej pani. Ciut mroczne i jestem pewna, że po tej książce nasilą
się protesty przeciwko przeróżnym badaniom  naukowym.
                                              ****
Zaczęłam wczoraj fizykoterapię w CKR na Ursynowie. To był dobry
pomysł , żeby przepisać się tu z Konstancina. Nie muszę wydawać
na benzynę, w 15 minut jestem na miejscu, zabiegi zajmują mi raptem
30 minut. Najbardziej jestem zachwycona prądami interferencyjnymi.
Mogłabym cały dzień leżeć podłączona do tego ustrojstwa. Zaraz po
tym zabiegu mam laser, a na zakończenie krio-nawiew. Przystanek
autobusowy jest pod samą przychodnią, powrót to drugie15 minut.
                                             ****
Muszę się zmobilizować - wczoraj okazało się, że mam do skończenia
kilka wisiorów, dwa naszyjniki , ten bursztyn i oczywiście dzianinkę.
Czarno to widzę przy tym bólu barku. Klikanie w klawiaturę też mi
zle idzie, ale nie mam problemu, by "pisać na raty". Ale robienia
biżu na raty jakoś sobie nie wyobrażam. Może mam za małą wyobraznię?

piątek, 30 grudnia 2011

249. Sylwestrowo?

Po wielu latach badań i doświadczeń,  doszłam do epokowego
odkrycia - jeżeli chcecie czuć się w kolejnym roku lepiej niż
w  minionym to... UWAGA...
nie róbcie żadnych noworocznych postanowień z gatunku:
*wreszcie poćwiczę angielski/chiński/ hiszpański,
*schudnę, co najmniej 2 rozmiary odzieżowe,
*będę miła dla  teściowej/tej zołzy z przeciwka/szwagierki,
*będę  regularnie ćwiczyć, pływać, chodzić na spacery,
*tu możecie wyliczyć inne postanowienia, które usiłowaliście
  wcielić bezskutecznie w życie .
Niczego sami sobie nie obiecujcie, bo potem świadomość tego,
że  z przeróżnych względów  nic z tych  postanowień nie wyszło,
będzie Was ugniatała niczym  ostry kamyk w bucie. Życie dostarcza
nam dostatecznie dużo niemiłych doznań, więc po co ten dodatkowy
stres??? Ale marzyć możecie.
A gdy  będziecie spełniali  Noworoczny Toast, pamiętajcie, proszę, że:

            Wszystkim Odwiedzającym życzę
           by spełniły się ich plany i marzenia,
          nawet te pozornie nierealne i szalone.
 

czwartek, 29 grudnia 2011

248. Takie tam...

drobiazgi. Wspominałam niedawno, że zakupiłam nowe kamyki, między
innymi sugilit. No i wydłubałam z nich takie coś, czyli naszyjnik i
bransoletkę. Te małe, szarawe to koraliki toho, w kolorze tanzanitu.




Idzie mi to jakoś wolniutko, bo mi się przyplątało zapalenie prawego
stawu barkowego. Już  kiedyś miałam, nie sądziłam, że znów się odezwie.

Poza tym niedługo mój starszy wnuczek kończy 3 lata, więc oprócz
wysłanych już zabawek zrobiłam dla niego kartkę z  życzeniami.
Musiałam zrobić sama, bo nigdzie nie było kartki urodzinowej dla
3-latka. Były z okazji 18-tek lub 50-tek. Tło dostało koloru już
po "obfoceniu", gdy już napisaliśmy życzenia. I wygląda to tak:
Kartka jest przestrzenna i są to zwierzątka, które mały lubi.




Zabrałam się też za dzierganie, ale jakoś też mi nie idzie, przez ten bark.
Najzabawniejsze, że nawet nie wiem jeszcze jaki fason tego zrobię. Na
razie robię plecy. A włóczka to mikrofibra. A wygląda to tak:

A dziś upiekłam  ciasteczka noworoczne, kruche.  Roboty mało, a pyszne.
Jeśli macie ochotę, to bez trudu zdążycie je zrobić w sobotę rano.
Składniki:
220 dag miękkiego masła,  pół szklanki cukru, 2 łyżki mleka, 1/2 łyżeczki
soli,  1 cukier waniliowy, pół szklanki rodzynek lub żurawin, pół szklanki
posiekanych dowolnych orzechów, dwie i pół szklanki mąki.
Wykonanie:
Utrzeć masło z cukrem, dodać mleko, cukier waniliowy, sól, stopniowo dodać
mąkę i resztę składników. Wyrobić szybko ciasto, uformować dwa wałki.
Każdy wałek zawinąć w folię spożywczą i wstawić do lodówki ( ja
wstawiam do zamrażalnika na 1 godz.). Po tym czasie pokroić ciasto na
cienkie plasterki, 4-ro milimetrowe. Ułożyć na blasze wyłożonej papierem.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Piec 12 minut, gdy
już zbrązowieją krawędzie ciastek należy je wyjąć z piekarnika.
Ja zrobiłam z żurawinami. Są niestety bardzo pyszne. Smacznego życzę!