W czwartek napisałam, że sytuacja się wyjaśnia, pan od układania gresu
pojawi się u mnie w weekend.
Znając już z grubsza termin tej wizyty, w czwartek oczywiście poczytałam
do pierwszej w nocy, mając w planie pobudkę w piątek tak mniej/więcej
około 9 rano.
I gdy spokojniutko spałam, nagle zostałam dość gwałtownie postawiona
na nogi o godz. 7,00 rano.
W pierwszej chwili byłam przekonana, że mąż mi zasłabł i muszę go ratować
ale w końcu dotarło do mego zaspanego mózgu, że skoro stoi nade mną to
chyba jednak nie zasłabł.
Okazało się, że za niecałą godzinę ma przyjść "pan od gresu", więc trzeba jeszcze przygotować mu miejsce pod cały majdan, zabezpieczyć w domu
podłogi, żeby mógł się swobodnie poruszać, pościelić łóżka, zjeść leki
i śniadanie oraz zmienić bieliznę nocną na ubranie.
Pobiłam chyba rekord świata- gdy przyszedł już kończyłam śniadanie
a podłogę dekorowała folia i karton falisty.
Układanie gresu trwało cztery godziny. Potem pan od gresu poszedł
w jakąś niedaleką siną dal, bo wrócił o godz. 20,00 by zafugować ułożone
płytki.
Przy okazji wszyściutko po sobie elegancko posprzątał, a nawet wyniósł
do śmietnika to co było do wyrzucenia. Dał rachunek na materiały oraz
na usługę, którą wykonał. Robocizna i materiały - 610,00 złotych.
Jutro już mogę wejść na loggię i ją zmyć po fugowaniu.
Pan od gresu robi również remonty mieszkań, jako że ma własną firmę,
a takie drobne, jak nasze zlecenie przyjmuje gdy ma jakiś przestój
w trakcie dużego remontu i może na kilka godzin wpaść, np. by ułożyć
kafelki. Firmę po prostu przejął po swym ojcu. Istniała jeszcze za
czasów PRL.
Jestem zachwycona jego pracą - prawdziwy profesjonalista. Firmę ma
zgłoszoną do Le Roy Merlin i właśnie przez nich na niego trafiliśmy.
Nic nie zapaćkał, sam był niezwykle starannie i czysto ubrany, niepalący.
A językiem polskim operował lepiej niż niejeden radiowy redaktor.
No wreszcie jakiś normalny "przedwojenny" fachowiec.
Poniżej- tak dziś wygląda podłoga mojej loggii
Jeszcze tylko ją trzeba przemyć. Jak widzicie bałagan przed
budynkiem w dalszym ciągu kwitnie. Podobno w poniedziałek
będą zdejmować rusztowania.
Miłego weekendu wszystkim życzę:))
drewniana rzezba
sobota, 2 lipca 2016
czwartek, 30 czerwca 2016
I zanim się obejrzałam.....
.....co poniektórzy mają już wakacje.
Jedni mają wakacje, a ja ciągle mam bardak pod oknami.
Ale jest postęp - mój ślubny, który zwykle marga tylko pod moim
adresem, tym razem zmienił adresata i zadzwonił do Działu Technicznego
naszej ADM i .....NAKRZYCZAŁ na pana kierownika.
Słuchałam wręcz oniemiała z wrażenia.
W pewnej chwili wrzasnął w słuchawkę "ja nie krzyczę, tylko mówię co mi
się nie podoba!" a ja przezornie wyszłam z pokoju by się swobodnie
wyśmiać.
Ale mała awanturka zaowocowała tym, że mam teraz loggię cudnie
odnowioną, wszystkie dziury i odpryski zaszpachlowane a całość jest
pięknie pomalowana, czego wcale nie było w planie tych robót.
Nawet gdy się tu wprowadzaliśmy 43 lata temu loggia nie była w tak
dobrym stanie.
Teraz czekam na pana od układania gresu - prawdopodobnie będzie ten
gres układał w weekend. Bardzo się ucieszył, że nam nie przeszkadza
fakt, że będzie pracował w sobotę i niedzielę.
Upał mi przeszkadza. Dziwne, bo przez wiele,wiele lat zupełnie mi nie
przeszkadzał. Śmiali się ze mnie, że powinnam służyć w Korpusie
Afrykańskim, z uwagi na moją odporność na wysokie temperatury.
No cóż, było,minęło, podobnie jak tyle innych rzeczy.
No a skoro gorąco to napiszę o czymś chłodnym.
W XX wieku uznano, że już nie ma na naszym globie żadnych nie
odkrytych terenów- wszystko juz znane i skatalogowane, nawet jakieś
małe odnózki dopływów Amazonki, skryte w głębokim lesie.
A tu nagle, w 1996 roku, na Antarktydzie, rosyjscy polarnicy odkryli
pod powierzchnią lodu o grubości 4 km olbrzymie jezioro.
Badania sejsmiczne wykazały, że jezioro ma długość 250 km, szerokość
50 km, głębokość- ponad 1200 m i zajmuje powierzchnię 15,500 km
kwadratowych.
Od 14 milionów lat jest całkowicie odizolowane od kontaktu ze słońcem, powietrzem i całym naziemnym życiem .Temperatura jego wody wynosi
+10 stopni C , co świadczy o jakimś podziemnym zródle ciepła.
Jezioro nazwano WOSTOK od rosyjskiej stacji polarnej, która znajduje się
zaledwie o 4 km powyżej tego jeziora.
I tu pierwsza ciekawostka -istnienie tego jeziora jak i innych podlodowych
jezior zostało przepowiedziane przez znanego uczonego Andrieja Kapicę
w latach 1955- 57.
Badaniem tego niezwykłego jeziora zajęli się Rosjanie i Amerykanie.
Dane z amerykańskich satelitów wykazały, że nad powierzchnią wód
jeziora istnieje przestrzeń wolna od lodu o wysokości ok. 800 metrów, a
w jego zachodniej części odnotowano silną anomalię magnetyczną.
W lutym 2000 roku dotychczasowy amerykański program badawczy
został wstrzymany, a wszystkich cywilnych specjalistów wycofano.
Kierowanie projektem przejęła Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA).
Do rosyjskiej stacji Wostok przybyli nowi specjaliści wyposażeni w ultra
drogi, super nowoczesny sprzęt badawczy. Wszystkie te zmiany toczyły się
w najgłębszej tajemnicy.
W jakiś czas potem, z australijskiej stacji Casey wyruszyły dwie ekstremalne turystki, planujące pokonać na nartach Antarktydą w poprzek.
Gdy przemierzały lodową pokrywę jeziora wylądował przy nich samolot USAF
i jego umundurowani pasażerowie kazali wejść turystkom na pokład,
twierdząc, że przylecieli by je ratować.
Co prawda turystki nie wzywały pomocy, ale w czasie marszu informowały
przez telefon satelitarny rodzinę i przyjaciół, że po powrocie opowiedzą im
"o czymś najzupełniej niewiarygodnym".
Gdy już znalazły się w domu nic nikomu nie opowiedziały, nie udzielały
żadnych wywiadów a zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie
odbyła.
Od tego czasu wszystkie prace prowadzone w rejonie jeziora WOSTOK
mają status najwyższej tajności.
10 kwietnia 2013 roku uczeni rosyjscy otrzymali w drodze b.głębokiego
odwiertu rdzeń lodowy z głębokości ponad 3769,3m.
Znaleziono w nim nieznane wcześniej nauce gatunki bakterii, które
uzyskiwały energię z reakcji oksydacyjnych a nie z organicznych
związków chemicznych.
W lipcu 2013 roku, dzięki metodom metagenomiki, uczonym udało
się wyróżnić ponad 3500 gatunków żywych organizmów zamieszkujących
jezioro.
Prace prowadzone przez Amerykanów nadal okrywa głęboka tajemnica.
"Tajny XX wieka" przypomina, że w tym rejonie rosyjskie i amerykańskie satelity zwiadowcze niejednokrotnie odnotowywały starty UFO spod wody,
a wyniki badań podane do publicznej wiadomości są tylko swoistą
zasłoną dymną skrywającą prawdziwe badania prowadzone przez
Amerykanów.
Na podst. artykułu Wiktora Miednikowa, Nieznany Świat 6/2016
Jedni mają wakacje, a ja ciągle mam bardak pod oknami.
Ale jest postęp - mój ślubny, który zwykle marga tylko pod moim
adresem, tym razem zmienił adresata i zadzwonił do Działu Technicznego
naszej ADM i .....NAKRZYCZAŁ na pana kierownika.
Słuchałam wręcz oniemiała z wrażenia.
W pewnej chwili wrzasnął w słuchawkę "ja nie krzyczę, tylko mówię co mi
się nie podoba!" a ja przezornie wyszłam z pokoju by się swobodnie
wyśmiać.
Ale mała awanturka zaowocowała tym, że mam teraz loggię cudnie
odnowioną, wszystkie dziury i odpryski zaszpachlowane a całość jest
pięknie pomalowana, czego wcale nie było w planie tych robót.
Nawet gdy się tu wprowadzaliśmy 43 lata temu loggia nie była w tak
dobrym stanie.
Teraz czekam na pana od układania gresu - prawdopodobnie będzie ten
gres układał w weekend. Bardzo się ucieszył, że nam nie przeszkadza
fakt, że będzie pracował w sobotę i niedzielę.
Upał mi przeszkadza. Dziwne, bo przez wiele,wiele lat zupełnie mi nie
przeszkadzał. Śmiali się ze mnie, że powinnam służyć w Korpusie
Afrykańskim, z uwagi na moją odporność na wysokie temperatury.
No cóż, było,minęło, podobnie jak tyle innych rzeczy.
No a skoro gorąco to napiszę o czymś chłodnym.
W XX wieku uznano, że już nie ma na naszym globie żadnych nie
odkrytych terenów- wszystko juz znane i skatalogowane, nawet jakieś
małe odnózki dopływów Amazonki, skryte w głębokim lesie.
A tu nagle, w 1996 roku, na Antarktydzie, rosyjscy polarnicy odkryli
pod powierzchnią lodu o grubości 4 km olbrzymie jezioro.
Badania sejsmiczne wykazały, że jezioro ma długość 250 km, szerokość
50 km, głębokość- ponad 1200 m i zajmuje powierzchnię 15,500 km
kwadratowych.
Od 14 milionów lat jest całkowicie odizolowane od kontaktu ze słońcem, powietrzem i całym naziemnym życiem .Temperatura jego wody wynosi
+10 stopni C , co świadczy o jakimś podziemnym zródle ciepła.
Jezioro nazwano WOSTOK od rosyjskiej stacji polarnej, która znajduje się
zaledwie o 4 km powyżej tego jeziora.
I tu pierwsza ciekawostka -istnienie tego jeziora jak i innych podlodowych
jezior zostało przepowiedziane przez znanego uczonego Andrieja Kapicę
w latach 1955- 57.
Badaniem tego niezwykłego jeziora zajęli się Rosjanie i Amerykanie.
Dane z amerykańskich satelitów wykazały, że nad powierzchnią wód
jeziora istnieje przestrzeń wolna od lodu o wysokości ok. 800 metrów, a
w jego zachodniej części odnotowano silną anomalię magnetyczną.
W lutym 2000 roku dotychczasowy amerykański program badawczy
został wstrzymany, a wszystkich cywilnych specjalistów wycofano.
Kierowanie projektem przejęła Narodowa Agencja Bezpieczeństwa (NSA).
Do rosyjskiej stacji Wostok przybyli nowi specjaliści wyposażeni w ultra
drogi, super nowoczesny sprzęt badawczy. Wszystkie te zmiany toczyły się
w najgłębszej tajemnicy.
W jakiś czas potem, z australijskiej stacji Casey wyruszyły dwie ekstremalne turystki, planujące pokonać na nartach Antarktydą w poprzek.
Gdy przemierzały lodową pokrywę jeziora wylądował przy nich samolot USAF
i jego umundurowani pasażerowie kazali wejść turystkom na pokład,
twierdząc, że przylecieli by je ratować.
Co prawda turystki nie wzywały pomocy, ale w czasie marszu informowały
przez telefon satelitarny rodzinę i przyjaciół, że po powrocie opowiedzą im
"o czymś najzupełniej niewiarygodnym".
Gdy już znalazły się w domu nic nikomu nie opowiedziały, nie udzielały
żadnych wywiadów a zapowiedziana konferencja prasowa nigdy się nie
odbyła.
Od tego czasu wszystkie prace prowadzone w rejonie jeziora WOSTOK
mają status najwyższej tajności.
10 kwietnia 2013 roku uczeni rosyjscy otrzymali w drodze b.głębokiego
odwiertu rdzeń lodowy z głębokości ponad 3769,3m.
Znaleziono w nim nieznane wcześniej nauce gatunki bakterii, które
uzyskiwały energię z reakcji oksydacyjnych a nie z organicznych
związków chemicznych.
W lipcu 2013 roku, dzięki metodom metagenomiki, uczonym udało
się wyróżnić ponad 3500 gatunków żywych organizmów zamieszkujących
jezioro.
Prace prowadzone przez Amerykanów nadal okrywa głęboka tajemnica.
"Tajny XX wieka" przypomina, że w tym rejonie rosyjskie i amerykańskie satelity zwiadowcze niejednokrotnie odnotowywały starty UFO spod wody,
a wyniki badań podane do publicznej wiadomości są tylko swoistą
zasłoną dymną skrywającą prawdziwe badania prowadzone przez
Amerykanów.
Na podst. artykułu Wiktora Miednikowa, Nieznany Świat 6/2016
wtorek, 28 czerwca 2016
Uśmiechnij się....
....bo to łańcuszek zdarzeń.
Prezes wzywa sekretarkę:
-Pani Halinko, jedziemy na weekend do Czech. Proszę się spakować.
Sekretarka po przyjściu do domu mówi do męża:
-Krystian, jadę z szefem w delegację. Bedziesz musiał poradzić sobie sam,
biedaku.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, jest dobrze. Stara wyjeżdża na weekend, zabawimy się nieco.
Kochanka, nauczycielka matematyki w gimnazjum telefonuje do swego
ucznia:
-Kamilek, będę zajęta w weekend.Korepetycje odwołane.
Zadowolony uczeń telefonuje do dziadka:
-Dziadku, mogę wpaść do ciebie w weekend, korki odwołane!
Dziadek (prezes) telefonuje do sekretarki:
-Pani Halinko, wyjazd odwołany, pojedziemy za tydzień.
Sekretarka dzwoni do męża:
-Krystian, szef odwołał wyjazd.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, beznadzieja. Stara zostaje w chacie.
Kochanka -nauczycielka telefonuje do ucznia:
-Kamil, korepetycje będą o 10 rano, w sobotę.
Uczeń dzwoni do dziadka:
-Dziadziu, lekcje jednak będą.Nie mogę do ciebie wpaść.
Dziadek -prezes do sekretarki:
- Pani Halinko, a jednak wyjeżdżamy w ten weekend.
Pamiętajcie - jeżeli nagle zmieniacie swe plany mogą z tego wyniknąć komplikacje dla wielu osób;))
na podst."Nieznany Świat 7/2016
Prezes wzywa sekretarkę:
-Pani Halinko, jedziemy na weekend do Czech. Proszę się spakować.
Sekretarka po przyjściu do domu mówi do męża:
-Krystian, jadę z szefem w delegację. Bedziesz musiał poradzić sobie sam,
biedaku.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, jest dobrze. Stara wyjeżdża na weekend, zabawimy się nieco.
Kochanka, nauczycielka matematyki w gimnazjum telefonuje do swego
ucznia:
-Kamilek, będę zajęta w weekend.Korepetycje odwołane.
Zadowolony uczeń telefonuje do dziadka:
-Dziadku, mogę wpaść do ciebie w weekend, korki odwołane!
Dziadek (prezes) telefonuje do sekretarki:
-Pani Halinko, wyjazd odwołany, pojedziemy za tydzień.
Sekretarka dzwoni do męża:
-Krystian, szef odwołał wyjazd.
Facet dzwoni do kochanki:
-Weronika, beznadzieja. Stara zostaje w chacie.
Kochanka -nauczycielka telefonuje do ucznia:
-Kamil, korepetycje będą o 10 rano, w sobotę.
Uczeń dzwoni do dziadka:
-Dziadziu, lekcje jednak będą.Nie mogę do ciebie wpaść.
Dziadek -prezes do sekretarki:
- Pani Halinko, a jednak wyjeżdżamy w ten weekend.
Pamiętajcie - jeżeli nagle zmieniacie swe plany mogą z tego wyniknąć komplikacje dla wielu osób;))
na podst."Nieznany Świat 7/2016
piątek, 24 czerwca 2016
Czarny piątek
Puszka Pandory została otwarta.
I nikt nie wie co z niej, oprócz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jeszcze wyleci.
Scenariuszy jest kilka, a wśród nich również możliwość rozczłonkowania
Wielkiej Brytanii.
Bo Szkocja może teraz zażyczyć sobie oddzielenia się od WB, bo Szkotom akurat Unia Europejska bardzo pasuje.
Irlandia też się może odłączyć.
Nie da się ukryć, że chęć pana Camerona pozostania za wszelką cenę na
swym stanowisku, podpowiedziała Mu zorganizowanie referendum.
Nie przewidział, zupełnie jak pewna partia u nas, że część społeczeństwa
nie myśli ani perspektywicznie ani racjonalnie.
I zrobiło mi się tak jakoś smutno - nie dlatego, że darzę Brytyjczyków
jakimś gorącym uczuciem przyjazni lub miłości- smutno mi, bo idea
silnej, zjednoczonej Europy była i nadal mi jest bliska. I to bardzo.
I przyszła mi na myśl pewna piosenka, którą słyszałam będąc dzieckiem.
Na jakichś szkolnych występach dzieciaki brały udział w przedstawieniu,
którego ideą przewodnią była krytyka postępowania USA, dążącego
ponoć do III wojny światowej i chórek śpiewał co jakiś czas:
"świat już za długo był spokojny, my chcemy wojny, my chcemy wojny".
Wszędzie ożywają ruchy nacjonalistyczne, a to do niczego dobrego nie
prowadzi.
Czyżby ludziom znudził się spokój, względny dobrobyt i stabilizacja?
A może część z nas jest obciążona jakimiś zmutowanymi genami i dla
tych osób stabilizacja, jest po prostu nudna i męcząca?
I jest mi dziś bardzo smutno i szaro, choć słońce świeci obłędnie i żar
leje się z nieba.
Miłego weekendu Wam życzę;)
I nikt nie wie co z niej, oprócz wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, jeszcze wyleci.
Scenariuszy jest kilka, a wśród nich również możliwość rozczłonkowania
Wielkiej Brytanii.
Bo Szkocja może teraz zażyczyć sobie oddzielenia się od WB, bo Szkotom akurat Unia Europejska bardzo pasuje.
Irlandia też się może odłączyć.
Nie da się ukryć, że chęć pana Camerona pozostania za wszelką cenę na
swym stanowisku, podpowiedziała Mu zorganizowanie referendum.
Nie przewidział, zupełnie jak pewna partia u nas, że część społeczeństwa
nie myśli ani perspektywicznie ani racjonalnie.
I zrobiło mi się tak jakoś smutno - nie dlatego, że darzę Brytyjczyków
jakimś gorącym uczuciem przyjazni lub miłości- smutno mi, bo idea
silnej, zjednoczonej Europy była i nadal mi jest bliska. I to bardzo.
I przyszła mi na myśl pewna piosenka, którą słyszałam będąc dzieckiem.
Na jakichś szkolnych występach dzieciaki brały udział w przedstawieniu,
którego ideą przewodnią była krytyka postępowania USA, dążącego
ponoć do III wojny światowej i chórek śpiewał co jakiś czas:
"świat już za długo był spokojny, my chcemy wojny, my chcemy wojny".
Wszędzie ożywają ruchy nacjonalistyczne, a to do niczego dobrego nie
prowadzi.
Czyżby ludziom znudził się spokój, względny dobrobyt i stabilizacja?
A może część z nas jest obciążona jakimiś zmutowanymi genami i dla
tych osób stabilizacja, jest po prostu nudna i męcząca?
I jest mi dziś bardzo smutno i szaro, choć słońce świeci obłędnie i żar
leje się z nieba.
Miłego weekendu Wam życzę;)
środa, 22 czerwca 2016
Mix
Właściwie to jestem wpieniona- 9 czerwca ekipa wkroczyła na moją loggię.
Dziś jest 22 czerwca i nadal mam totalny bajzel, co udokumentowałam
przed chwilą na zdjęciach:
Zdjęcia robiłam przed chwilą. Tak właśnie panowie robole zostawiają
codziennie swe miejsce pracy.
Owszem, mam nową wylewkę na loggii , ale oczywiście ściany wciąż
nie są pomalowane, a poza tym zachlapali mi cementem lub czymś
w tym stylu mój daszek z poliwęglanu i nie mam wielkiej nadziei, że
to się da oczyścić.
Okna moje wyglądają jak po przejściu burzy cementowej, bo wczoraj
cięli w dwóch miejscach tę nową, już wyschniętą podłogę loggii by zrobić
w niej rowki, które następnie zalano silikonem.
Ma to podobno zapobiec pękaniu podłogi. Pożyjemy- zobaczymy.
Wściekam się, bo nie mogę się dowiedzieć po jakim czasie od
położenia tej nowej podłogi można na niej położyć gres.
Mam już trzy opinie - po kilku dniach, po dwóch lub czterech tygodniach,
po 2 miesiącach. Gorzej, że teraz jest sezon budowlany i najzwyczajniej
w świecie wszyscy już nie mają wolnych terminów, na tak mało
atrakcyjną robótkę. Może i mało atrakcyjna, ale przez to i kosztowna-
sama robocizna będzie zapewne kosztowała 500- 600 zł. Oczywiście
materiały pomocnicze ja kupuję.
Przy tym wszystkim koszt zakupionego już gresu jest śmiesznie niski.
Jeżeli ktoś z Was wie jaki jest "czas ochronny" dla świeżo zrobionej
podłogi balkonowej, to niech się ze mną podzieli tą tajemnicą, proszę:)
Poza tym jestem śpiąca jak kot po nocy pełnej wrażeń- poszłam spać
około pierwszej po północy, a pobudkę miałam około 5,45.
No cóż, takie życie w remontami w tle.
Ciekawa jestem czy ADM odrestauruje nam trawnik. Bo teraz na nim
więcej zaprawy niż trawy i normalnej ziemi.
A do tego dziś było gorąco i choć było słońce to biomet ponoć jest
niekorzystny.
Dziś jest 22 czerwca i nadal mam totalny bajzel, co udokumentowałam
przed chwilą na zdjęciach:
Zdjęcia robiłam przed chwilą. Tak właśnie panowie robole zostawiają
codziennie swe miejsce pracy.
Owszem, mam nową wylewkę na loggii , ale oczywiście ściany wciąż
nie są pomalowane, a poza tym zachlapali mi cementem lub czymś
w tym stylu mój daszek z poliwęglanu i nie mam wielkiej nadziei, że
to się da oczyścić.
Okna moje wyglądają jak po przejściu burzy cementowej, bo wczoraj
cięli w dwóch miejscach tę nową, już wyschniętą podłogę loggii by zrobić
w niej rowki, które następnie zalano silikonem.
Ma to podobno zapobiec pękaniu podłogi. Pożyjemy- zobaczymy.
Wściekam się, bo nie mogę się dowiedzieć po jakim czasie od
położenia tej nowej podłogi można na niej położyć gres.
Mam już trzy opinie - po kilku dniach, po dwóch lub czterech tygodniach,
po 2 miesiącach. Gorzej, że teraz jest sezon budowlany i najzwyczajniej
w świecie wszyscy już nie mają wolnych terminów, na tak mało
atrakcyjną robótkę. Może i mało atrakcyjna, ale przez to i kosztowna-
sama robocizna będzie zapewne kosztowała 500- 600 zł. Oczywiście
materiały pomocnicze ja kupuję.
Przy tym wszystkim koszt zakupionego już gresu jest śmiesznie niski.
Jeżeli ktoś z Was wie jaki jest "czas ochronny" dla świeżo zrobionej
podłogi balkonowej, to niech się ze mną podzieli tą tajemnicą, proszę:)
Poza tym jestem śpiąca jak kot po nocy pełnej wrażeń- poszłam spać
około pierwszej po północy, a pobudkę miałam około 5,45.
No cóż, takie życie w remontami w tle.
Ciekawa jestem czy ADM odrestauruje nam trawnik. Bo teraz na nim
więcej zaprawy niż trawy i normalnej ziemi.
A do tego dziś było gorąco i choć było słońce to biomet ponoć jest
niekorzystny.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Paluszki mnie bolą.....
....bo się naplotłam w ciągu dwóch dni nieco koralików.
Wpierw zrobiłam bransoletkę techniką ściegu kwadratowego.
Ścieg wytrzymały ale strasznie powoli się to plecie. Potem dość długo
i intensywnie kombinowałam jaki zrobić naszyjnik. Cały problem
w tym, że koraliki w kolorze turkusu już same z siebie są dość
dekoracyjne, a naszyjnik miał mieć co najmniej dwa zastosowania-
miał być raz w komplecie z bransoletką, lub w komplecie z kolczykami.
Trzeci wariant przewidywał duet bransoletka + kolczyki.
Po naprawdę długim namyśle uplotłam coś takiego:
Mam nadzieję, że adresatka będzie zadowolona, bo turkus to jej
ulubiony kolor.
Gdyby nie dziki pośpiech to poszukałabym maleńkich toho 15
w kolorze miedzi, bo kolor miedzi świetnie współgra z turkusem.
No a tak to połączyłam turkus z czernią.
"Kwiatki" kolczyków i mini wisiorek zrobione są z czarnych kryształków. Bransoletka też "dostała" kryształki - trzy.
No to idę masować paluszki.
Wpierw zrobiłam bransoletkę techniką ściegu kwadratowego.
Ścieg wytrzymały ale strasznie powoli się to plecie. Potem dość długo
i intensywnie kombinowałam jaki zrobić naszyjnik. Cały problem
w tym, że koraliki w kolorze turkusu już same z siebie są dość
dekoracyjne, a naszyjnik miał mieć co najmniej dwa zastosowania-
miał być raz w komplecie z bransoletką, lub w komplecie z kolczykami.
Trzeci wariant przewidywał duet bransoletka + kolczyki.
Po naprawdę długim namyśle uplotłam coś takiego:
Mam nadzieję, że adresatka będzie zadowolona, bo turkus to jej
ulubiony kolor.
Gdyby nie dziki pośpiech to poszukałabym maleńkich toho 15
w kolorze miedzi, bo kolor miedzi świetnie współgra z turkusem.
No a tak to połączyłam turkus z czernią.
"Kwiatki" kolczyków i mini wisiorek zrobione są z czarnych kryształków. Bransoletka też "dostała" kryształki - trzy.
No to idę masować paluszki.
sobota, 18 czerwca 2016
Mijający tydzień
Najlepszym dniem mijającego tygodnia był dla mnie czwartek - nie tylko
były sprzyjające warunki meteo ale spotkałam się z dwiema uroczymi, a do tego kochanymi koleżankami.
Czasem mamy trudności by się spotkać, bo wszystkie jesteśmy emerytkami,
a więc notorycznie dla każdej z nas dzień jest za krótki a obowiązków jakby
nieco zbyt dużo.
Spotkanie było w kawiarni w Ogrodzie Botanicznym. Otaczała nas zieleń
w różnych odcieniach i kształtach, poprzetykana kolorami różnych kwiatów,
ptaki popisywały się swymi trelami i....odwiedzała nasz stolik maleńka
sikorka, która postanowiła spróbować tego, co znajdowało się na naszych
talerzykach. Ptaszyna maleńka, ale bardzo odważna.
*****
Prace na loggii postępują, chociaż wczoraj zostały przerwane nagłą wichurą
i wściekłym deszczem. Przez kilka chwil nic nie było widać poprzez ścianę
deszczu. Połamało na osiedlu nieco gałęzi i kilka niedużych drzewek.
Dziś już zakupiliśmy gres mrozoodporny (kolor- capucino? kawa z mlekiem?),
farbę do malowania balustrady (ciemna zieleń, czyli kolor taki jaki był), nową drabinkę dla mnie, bo z poprzedniej z trudem dosięgałam do karniszy i
upinanie firanek lub zasłon było niezłym dla mnie wyzwaniem, a do tego
wreszcie udało mi się kupić fajny, niski podnóżek.
A wszystko kupiliśmy w jednym miejscu, czyli w jednym ze sklepów sieci
Le Roy Merlin, w dzielnicy Skorosze. W moim odczuciu to jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów tej sieci w moim mieście. I już planuję tam następną wyprawę, bo zobaczyłam ,że jest tam bardzo duży wybór balkonowej zieleni.
*****
Zadziwiła mnie w tym tygodnia jedna rzecz - zostałam zaproszona na ślub
znajomej, o której zawsze myślałam, że jest mężatką.
Po prostu, gdy się poznałyśmy, nie dociekałam czy mężczyzna, z którym
mieszka jest czy nie jest jej "regularnym" mężem.
I dlatego, gdy zatelefonowała do mnie i nadała tekst: "słuchaj, owdowiałam
i wychodzę czym prędzej za mąż" to nie bardzo wiedziałam co mam mówić.
Wydukałam tylko: o, to przykre... ale nie dokończyłam zdania, bo znajoma
domyśliła się, że ja nie byłam nigdy wtajemniczona w jej życie intymne.
Okazuje się, że pan, z którym mieszka razem drobne trzydzieści lat, nie jest
jej mężem. A zmarł ten człowiek, który nie chciał jej dać rozwodu.
Ponieważ sprawa wlokła się latami, machnęła ręką na rozwód,zmieniła miejsce zamieszkania, tudzież zawód, zakupiła mieszkanie (na siebie, bo miała rozdzielność majątkową) i po jakimś czasie zamieszkała z mężczyzną, z którym jest do teraz.
Gdy tylko dowiedziała się, poprzez znajomych, że jej prawowity małżonek
przeniósł się w zaświaty, postanowiła wziąć ślub ze swym partnerem.
Nie było miłe spotkanie się z rodziną zmarłego - pierwsze co usłyszała, to
informacja, że nie należy jej się żaden spadek. Potem były cyrki by wydostać
od rodziny oryginał aktu zgonu. No cóż, bywa i tak. Gdy już załatwiła
wszystkie sprawy związane z przeszłością, zajęła się terazniejszością i tym
samym przyszłością.
Bo jeśli coś się jej stanie , np. umrze pierwsza, jej partner zostanie "na
lodzie" i bez mieszkania. Jak zapewne wiecie, to w Polsce osoby pozostające
w związku partnerskim mają dokładnie "przechlapane", są pozbawione
wszelkich praw. Wszystko dziedziczy rodzina zmarłego partnera, nawet jeśli wieki całe nie utrzymywała ze zmarłym kontaktów, a partner zmarłego
ponosił część wydatków związanych z prowadzeniem wspólnego gospodarstwa
ze zmarłą osobą.
Oczywiście wystarczy im do szczęścia ślub cywilny. Będzie poza stolicą,
w rodzinnym mieście partnera.
Zabawne, ale w warszawskim USC brak szybkich terminów.
Nie ukrywają, bo i po co, że ten ślub jest w pewnym sensie wymuszony i
gdyby nie te niedoważone przepisy wcale by ślubu nie brali.
Podejrzewam, że u nas nigdy nie zostanie rozwiązana kwestia związków
partnerskich.
A są kraje, (i to całkiem blisko), w których przepisy zabezpieczają interesy
osób żyjących w związku partnerskim -wystarcza zgłoszenie tego faktu
w urzędzie.
No ale w kraju, w którym króluje histeria kościelna- rzecz jest niemożliwa.
były sprzyjające warunki meteo ale spotkałam się z dwiema uroczymi, a do tego kochanymi koleżankami.
Czasem mamy trudności by się spotkać, bo wszystkie jesteśmy emerytkami,
a więc notorycznie dla każdej z nas dzień jest za krótki a obowiązków jakby
nieco zbyt dużo.
Spotkanie było w kawiarni w Ogrodzie Botanicznym. Otaczała nas zieleń
w różnych odcieniach i kształtach, poprzetykana kolorami różnych kwiatów,
ptaki popisywały się swymi trelami i....odwiedzała nasz stolik maleńka
sikorka, która postanowiła spróbować tego, co znajdowało się na naszych
talerzykach. Ptaszyna maleńka, ale bardzo odważna.
*****
Prace na loggii postępują, chociaż wczoraj zostały przerwane nagłą wichurą
i wściekłym deszczem. Przez kilka chwil nic nie było widać poprzez ścianę
deszczu. Połamało na osiedlu nieco gałęzi i kilka niedużych drzewek.
Dziś już zakupiliśmy gres mrozoodporny (kolor- capucino? kawa z mlekiem?),
farbę do malowania balustrady (ciemna zieleń, czyli kolor taki jaki był), nową drabinkę dla mnie, bo z poprzedniej z trudem dosięgałam do karniszy i
upinanie firanek lub zasłon było niezłym dla mnie wyzwaniem, a do tego
wreszcie udało mi się kupić fajny, niski podnóżek.
A wszystko kupiliśmy w jednym miejscu, czyli w jednym ze sklepów sieci
Le Roy Merlin, w dzielnicy Skorosze. W moim odczuciu to jeden z najlepiej zaopatrzonych sklepów tej sieci w moim mieście. I już planuję tam następną wyprawę, bo zobaczyłam ,że jest tam bardzo duży wybór balkonowej zieleni.
*****
Zadziwiła mnie w tym tygodnia jedna rzecz - zostałam zaproszona na ślub
znajomej, o której zawsze myślałam, że jest mężatką.
Po prostu, gdy się poznałyśmy, nie dociekałam czy mężczyzna, z którym
mieszka jest czy nie jest jej "regularnym" mężem.
I dlatego, gdy zatelefonowała do mnie i nadała tekst: "słuchaj, owdowiałam
i wychodzę czym prędzej za mąż" to nie bardzo wiedziałam co mam mówić.
Wydukałam tylko: o, to przykre... ale nie dokończyłam zdania, bo znajoma
domyśliła się, że ja nie byłam nigdy wtajemniczona w jej życie intymne.
Okazuje się, że pan, z którym mieszka razem drobne trzydzieści lat, nie jest
jej mężem. A zmarł ten człowiek, który nie chciał jej dać rozwodu.
Ponieważ sprawa wlokła się latami, machnęła ręką na rozwód,zmieniła miejsce zamieszkania, tudzież zawód, zakupiła mieszkanie (na siebie, bo miała rozdzielność majątkową) i po jakimś czasie zamieszkała z mężczyzną, z którym jest do teraz.
Gdy tylko dowiedziała się, poprzez znajomych, że jej prawowity małżonek
przeniósł się w zaświaty, postanowiła wziąć ślub ze swym partnerem.
Nie było miłe spotkanie się z rodziną zmarłego - pierwsze co usłyszała, to
informacja, że nie należy jej się żaden spadek. Potem były cyrki by wydostać
od rodziny oryginał aktu zgonu. No cóż, bywa i tak. Gdy już załatwiła
wszystkie sprawy związane z przeszłością, zajęła się terazniejszością i tym
samym przyszłością.
Bo jeśli coś się jej stanie , np. umrze pierwsza, jej partner zostanie "na
lodzie" i bez mieszkania. Jak zapewne wiecie, to w Polsce osoby pozostające
w związku partnerskim mają dokładnie "przechlapane", są pozbawione
wszelkich praw. Wszystko dziedziczy rodzina zmarłego partnera, nawet jeśli wieki całe nie utrzymywała ze zmarłym kontaktów, a partner zmarłego
ponosił część wydatków związanych z prowadzeniem wspólnego gospodarstwa
ze zmarłą osobą.
Oczywiście wystarczy im do szczęścia ślub cywilny. Będzie poza stolicą,
w rodzinnym mieście partnera.
Zabawne, ale w warszawskim USC brak szybkich terminów.
Nie ukrywają, bo i po co, że ten ślub jest w pewnym sensie wymuszony i
gdyby nie te niedoważone przepisy wcale by ślubu nie brali.
Podejrzewam, że u nas nigdy nie zostanie rozwiązana kwestia związków
partnerskich.
A są kraje, (i to całkiem blisko), w których przepisy zabezpieczają interesy
osób żyjących w związku partnerskim -wystarcza zgłoszenie tego faktu
w urzędzie.
No ale w kraju, w którym króluje histeria kościelna- rzecz jest niemożliwa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)