drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 10 lutego 2018

Uzupełnienie poprzedniego posta

Dziś wykupiłam lek, który mi przepisał lekarz.
Lek nazywa się  ZOSTEX.
Substancją czynną jest  BRIVUDIN.
Z tego co wyczytałam lek należy do nukleozydów analogicznych  i  zwalcza 
namnażanie się wirusów opryszczki-półpaśca.
Lek jest przepisywany głównie osobom po 50 roku życia.
Bierze  się go 1 tabletkę dziennie przez siedem dni. Nie należy przerywać brania 
leku, chyba że wystąpi silna reakcja alergiczna i wtedy trzeba natychmiast
skontaktować się z lekarzem. Lek nie chroni przed nawrotami choroby, ale
minimalizuje komplikacje chorobowe oraz obniża ryzyko wystąpienia neuralgii
po półpaścu.
Nie wolno go stosować u osób leczonych chemioterapią oraz lekami, które
zawierają 5-flurouracyl, kapecytabinę, floksarydynę, tegafar.
U jednej na 10 osób lek może powodować nudności.
 Nie brać na czczo, stosować zawsze o tej samej porze.
A jeśli idzie o nawracanie półpaśca, to czynnikiem wyzwalającym jest stres i 
osłabienie odporności wywołane mieszanką stresu, zmęczenia, kontaktu z wirusami
występującymi w okresie wzmożonych zachorowań na grypopodobne infekcje.
Pan doktor mówił mi, że to najnowszy lek jaki opracowali na półpaśca. 
Z tego co wyczytałam wynika, że substancja lecznicza jest wbudowana w  DNA
wirusa.
W Polsce nie jest zarejestrowany .
Tu, bez ubezpieczenia  7 tabletek leku kosztuje 97,00 euro, a na ubezpieczalnię
zapłaciłam 9,70 euro.

 

piątek, 9 lutego 2018

Będziecie rozczarowani- chyba

A więc pojechaliśmy dziś do tego polskiego lekarza. Dobrze, że wyjechaliśmy
z domu nieco wcześniej, bo były cyrki ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.
W końcu jakaś jedna miejscóweczka się znalazła, wrzuciliśmy 2 euro do
parkomatu, rezerwując miejsce na dwie godzinki.
W jednym miejscu (mieszkanie wielopokojowe) przyjmuje  równolegle trzech
lekarzy: polski, rosyjski i zabijcie mnie, ale trzeciej narodowości nie odgadłam,
bo język jakim się posługiwali pacjenci trzeciego lekarza niczego mi nie zdradził.
Osoba tego lekarza też mi się z żadną nacją nie skojarzyła.
Recepcję obsługiwały dwie  panie pielęgniarki, o jednej wiem, że jest po
wyższych studiach.
Plusem jest to, że można tu bez trudu oddać  krew do badania, nie trzeba
gdzieś się tułać po przychodniach przyszpitalnych.
Poczekalnia była wielkości mojego pokoju, ludzi sporo. Do gabinetu wezwano
nas z poślizgiem 20 minutowym.
Pan doktor sympatyczny i dociekliwy. Dociekliwy, bo dopytywał się o stan
 mego wątłego zdrowia niczym rasowy śledczy.
Przejrzał moje papierki od endokrynolożki, potwierdził,   że Hashimoto mi
wszystko  "zamula", w końcu rozochocona zapytałam się, czy mógłby mi zapisać
coś na opryszczkę, która zrobiła mi się na brodzie i nie tylko.
I okazało się, że mam wcale nie opryszczkę ale zaczyna mi się półpasiec i stąd
znów mam ból w rejonie zakończeń korzonków i tam już są cztery krostki całe
i jedna rozdrapana. A tak mówił o tych krostkach jakbym tam  miała guzy
z gatunku nowotworowych.
Przejechał mi po okolicznym nerwie obwodowym a ja myślałam, że zejdę- tak
zabolało.
No i okazało się, że weszłam zdrowa- wyszłam chora.
Przejrzał potem całą dokumentację mego męża, i trochę się nam skomplikowało,
bo część leków nie ma tu odpowiedników i trzeba wpierw skontaktować się
z polską apteką w Berlinie, która albo napisze co i jak można stosować w zamian
lub sprowadzi leki z Polski.
No a  polska  apteka jest w Kapenick, coś jakby dość daleko od nas, choć to
jeszcze administracyjnie Berlin.
Czyli- niedługo, któregoś pięknego dnia pojedziemy na wycieczkę.
Generalnie pan doktor b. sympatyczny i zawodowo w porządku, a cała nasza
dokumentacja medyczna  została zeskanowana.
Biletu parkingowego na szczęście wystarczyło na tę wizytę. Następnym razem
wykupię na dłuższy czas, bo chcę odwiedzić sklepy na pobliskim Kudamie.
No cóż, w końcu jestem kobietą, a tu takie  fajne zaopatrzenie.


czwartek, 8 lutego 2018

Jak zawsze- czyli....

....zupełnie nic ciekawego.
Jest zima, a więc pora, w której "zamieram" wewnętrznie.
Przyznam się bez bicia- najchętniej przespałabym calutką zimę w jakiejś gawrze.
Ten tydzień mamy wypoczynkowy, bo Krasnale jeszcze na feriach, ale od
poniedziałku przybędzie  zajęć.
Zamiast spać w tej wymarzonej gawrze "zakopałam"się w czytaniu.
Przeczytałam cztery  zupełnie różne książki.
Wpierw  dość spore tomisko J.Douglasa Kenyona "Zakazana historia Ludzkości".
Książka jest zbiorem wybranych przez J.D.Kenyona  fragmentów prac oraz
artykułów o tym, jak oficjalna nauka fałszuje prawdziwe początki  cywilizacji.
Autorami wybranych prac są archeolodzy, geolodzy, biolodzy, historycy.
Następnie przeczytałam napisaną przez prof. Piotra Nesterowicza książkę
"Każdy został człowiekiem", wydaną przez Wydawnictwo Czarne w 2016r.
Jestem zdania, że każdy z dzisiejszych czterdziestolatków powinien tę
książkę przeczytać. To praca powstała na podstawie pamiętników młodzieży
wiejskiej wydanych przed laty i opatrzonych wspólnym tytułem "Młode
pokolenie wsi Polski Ludowej".
Prof. Nestorowicz oprócz przestudiowania tych ocenzurowanych wszak
pamiętników postarał się o jeszcze inne dokumenty oraz dotarł do  rodzin
ówczesnych autorów, tworząc dla nas bardziej odpowiadający prawdzie obraz
polskiego społeczeństwa z okresu błędów i wypaczeń.
Przeczytałam tę książkę z ciekawości bo w tamtych czasach Polska oglądana
z perspektywy stolicy wyglądała zupełnie inaczej  niż ta opisana  w tej  książce.
I smutno mi, bo dziwnie łatwo można w niej odnależc zbyt wiele podobieństw
w działaniu rządów- tamtego i dzisiejszego.
By sobie poprawić nastrój sięgnęłam po jednego z moich ulubionych autorów-
Johna Irvinga. Tym razem przeczytałam wydaną przez wydawnictwo
Prószyński i Spółka książkę "Czwarta Ręka".
Bardzo lubię prozę Irvinga, choć niektóre moje znajome twierdzą, że autor ma
wyrażnie obsesję na punkcie  seksu.
Zawsze wtedy mówię, że zapewne każdy ma, ale nie każdy ma odwagę o tym
pisać, poza  tym w moim odczuciu seks jest tu często tylko nośnikiem do
przemycenia znacznie ważniejszych spraw, podobnie  zresztą jak w książce
Nienackiego, "skandalicznej" Raz  w roku w Skiroławkach.
Jak na Irvinga to mało tu seksu a myślą przewodnią jest...miłość, która potrafi
zmienić charakter człowieka. To już szósta przeczytana przeze mnie książka
tegoż autora. I bardzo mi się podobała.
Brakuje mi jeszcze trzech by mieć przeczytane wszystkie jego książki wydane
w Polsce.
A dziś skończyłam książkę Carmen Posados "Małe niegodziwości".
Świetnie się ją czytało, do końca nie było wiadomo dlaczego zginął kucharz
a myślą przewodnią jest to, że tzw. przypadek właściwie nie  istnieje,  bowiem
każdy przypadek ma jednak swą przyczynę. Czasem ukrytą w dalekiej
przeszłości.
Czeka na mnie jeszcze kilka książek, tym razem Igora Witkowskiego.
A jutro mamy wyprawę do polskiego lekarza. Ciekawa jestem jak będzie.


niedziela, 4 lutego 2018

Prywata. Na dodatek....

.........nie sponsorowana.
 Niedługo będzie wiosna a pierwsze mocniejsze promienie słońca wywabią na
trawniki małe białe lub lekko różowawe kwiatki- stokrotki.
Tylko  nie zrywajcie ich, bo niektóre stokrotki piszą książki. Znam taką jedną,
dziwną Stokrotkę. Już trzy książki popełniła.

Ostatnia książka Stokrotki jest o Jej i moim mieście  rodzinnym-Warszawie.
Tyle tylko, że ja z racji metryki znam to miasto nieco dłużej i wędrując wraz
z Nią jego ulicami mimo woli widzę różne fragmenty własnego życia.
Obie w dzieciństwie mieszkałyśmy na Mokotowie- Ona na Dolnym, ja na
Górnym. Zdecydowanie miała bliżej ode mnie do Łazienek i zapewne we
wczesnym dzieciństwie częściej w nich bywała niż ja.
Dla mnie Łazienki były w czasach  liceum odskocznią, miejscem wagarów,
spotkań, pierwszych szkiców starych drzew, miejscem gdzie godzinami
mogłam szkicować Pałac na Wodzie, lub pomnik księcia Józefa
Poniatowskiego na koniu, albo fragmenty pomnika  króla Jana III Sobieskiego,
ewentualnie opalać się i leniuchować na kamiennych ławkach Teatru na Wyspie.
Ja po prostu szkołę miałam zbyt  blisko Łazienek i gdy zbyt szybko obok niej
przeszłam to lądowałam w Łazienkach.
A może to wina genów- przed wojną w tym samym budynku było Gimnazjum
Ziemi Mazowieckiej, do którego uczęszczał mój ojciec.
I też, podobnie jak ja, jakimś cudem mijał szkołę wcale jej nie zauważając i
zatrzymywał się dopiero w Łazienkach. Był bardziej konsekwentny ode mnie-
wagarował jednym cięgiem dwa miesiące.
Zaniepokojona tak długą nieobecnością ucznia wychowawczyni zatelefonowała
do domu. Oj działo się wtedy, działo.

W tych odległych czasach gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły, w Alejach
Ujazdowskich, na samym początku maja organizowano Dni Oświaty, Książki
i Prasy. Mnie Aleje Ujazdowskie pozostaną na zawsze w pamięci pełne ludzi
krążących pomiędzy stoiskami z książkami, stojących dość karnie w kolejce
a czasem wyrywających sobie wzajemnie z rąk książki.
I choć wiem, że rozstawione na trawnikach stoiska niszczyły trawę, to wciąż
żałuję, że nie ma już tych dawnych dni będących świętem  dla tych, którzy
kochają książki. Targi w PKiN lub w hali Torwaru to już nie to.

Ukochanym miejscem piszącej Stokrotki jest Stare Miasto . A ja, ilekroć
idę przez  Plac Zamkowy, choć dookoła tłum ludzi, czuję lęk i patrzę pod
nogi -tak jak wtedy, gdy  wąziutką nierówną ścieżką wydeptaną wśród
gruzów szłam z dziadkiem do Katedry. Miałam wtedy prawie 4 lata i ten
widok morza gruzów wraz z pochyloną nad ścieżką samotną starą latarnią
pozostał w mej pamięci jak wypalone znamię.
Dla  Stokrotki Starówka to miejsca- dla mnie wspomnienie naszej wędrówki
przez te gruzy. I ten dawny lęk.
Zapewne dlatego tak rzadko odwiedzam Starówkę.

Ale nie same  smutne rzeczy mi się zdarzały w rodzinnym mieście. Niektóre
zdarzenia bawią mnie do dziś.
Byłam wtedy  w VII klasie podstawówki- był to czas pierwszych "prywatek",
organizowanych zwykle z okazji  urodzin. Rodzice jubilata wspaniałomyślnie
oddawali we władanie  małolatów na kilka godzin jeden pokój, sami koczując
w drugim i ewentualnie donosząc spragnionym bachorom oranżadę lub kompot
i podsuwając  jakieś tartinki.
Praktycznie przez cały ostatni rok podstawówki co tydzień była u kogoś
prywatka.
A jedna z nich była w......więzieniu na Rakowieckiej.
Po prostu ojciec jednej z koleżanek był strażnikiem w tym więzieniu i miał w tym
budynku służbowe mieszkanie.
Nie wiem na czym polegała praca taty naszej koleżanki, ale pamiętam, że nim nas
przepuszczono do jej mieszkania to sprawdzono nasze nazwiska czy się zgadzają
z listą podaną przez jubilatkę, potem w obecności jednego mundurowego faceta
poprowadzono nas wąziutkim korytarzem  do mieszkania naszej koleżanki.
 O tym, że prywatka była w więzieniu powiedziałam w domu dopiero po fakcie.

Warszawa, którą znam od dziecka pomału się zmienia. Czy zawsze na korzyść?
Pod wieloma względami tak, przestaje być prowincjonalnym grajdołkiem, ale
obawiam się, że pod rządami dobrej zmiany owa grajdołkowatość powróci.

Stokrotka mieszka na prawym brzegu Wisły, a ja, z bardzo osobistych
względów bardzo nie lubię prawobrzeżnej Warszawy, poza leżącą nad Wisłą
Saską Kępą. Saska Kępa  to dla mnie wspomnienie ukochanej cioci-babci, która
była osobą z gatunku tych i do tańca i do różańca.
Pozostała część Pragi była synonimem mego dzieciństwa u matki, okresu
tak traumatycznego, że utkwił w mej pamięci na całe życie, skąd, gdy miałam
cztery lata,  zabrała mnie na stałe babcia, matka mego ojca.

Miasto rozdziela na dwie części Wisła - miejsce mojej pierwszej fascynacji
żeglarstwem, włóczenia się po Wiśle bezpieczną Omegą, potem Słonką.
Czy ktoś z Was jeszcze pamięta, że kiedyś można się było kąpać w Wiśle i nie
groziło to "syfem i kalectwem"?
Ja pamiętam te baseny na Wiśle - były po obu brzegach rzeki.

Kiedyś wydawało mi się, że nie potrafię żyć  bez Warszawy- to bzdura, potrafię.
Przecież ten post piszę z zupełnie innego miasta, które naprawdę polubiłam już
jakiś czas temu.

Niezależnie czy mieszkacie w Warszawie, czy może tylko wpadniecie tam na
 chwilę, przeczytajcie ostatnią  książeczkę Stokrotki bo wiele w niej informacji
o mieście, w którym już nie mieszkam.
A ponieważ to nie recenzja to nie napiszę czy książeczka Jadwigi Śmigiery
"Moje warszawskie zwariowanie" podobała mi się czy też nie.



sobota, 3 lutego 2018

Nic, ale to nic.....

.......się nie dzieje.
Tylko jakoś zalatana jestem tym "niczym".
A może po prostu starość mnie dopada. Ciągle jestem pod kreską czasową.
Na szczęście zaczęły się ferie i moi wyjechali w góry, na narty.
Tu jakieś dziwne te ferie - teraz tylko tydzień.
Mam zamiar wykorzystać ten czas na koralikowanie bo zaczęłam pewien
projekt i wciąż tkwię w  jednym miejscu. Do tego wpadłam na głupi pomysł
splatania tego z najmniejszych koralików - wielkość koralika to 1,5mm 
i splatam z nich rurkę o średnicy 0,5 cm.
Na razie rurka ma  22 cm długości, a całość ma mieć 45 cm, więc jeszcze nieco
roboty  przede mną. Zrobiłam już inny element tego naszyjnika, czyli listki.
A więc do zrobienia zostaje mi tylko 23 cm owej rurki, umocowanie wewnątrz
naszyjnika listków i zrobienie  zapięcia. Może uda mi się to skończyć w ciągu
miesiąca. I będzie do tego jeszcze  bransoletka- mam nadzieję, że będzie.
Pogoda nadal z gatunku "niewiadomojaka", najczęściej to jednak tu mży, ale
generalnie zimy w sensie  mrozu i śniegu nie ma, co mnie zupełnie nie
martwi.
W okolicznych przydomowych ogródkach widać nawet krzaczory mające
pąki. Między innymi całkiem spore pąki są na rododendronie.
A gdy tylko  wychodzi  słońce ptaszyska zaczynają się wydzierać na cały
regulator.
Wzdłuż "mojej" ulicy rosną dęby, ale jeszcze nie widzę w nich chęci do
wypuszczania listków. Już się cieszę na czas, gdy będę spoglądać na zielone
dębowe liście na poziomie swego okna.
W najbliższy piątek mamy pierwszą wizytę u lekarza rodzinnego- lekarza
polskojęzycznego. Ciekawa jestem jak będzie ta wizyta przebiegać.
Mamy do niego z 10 przystanków autobusowych i ok.800 m do przejścia od
autobusu. Drugi wariant to metro z przesiadką i też tyle samo do przejścia.
Wariant z pojechaniem samochodem raczej odpada, bo może nie być miejsca do
zaparkowania. Tu nawet o płatne miejsca parkingowe trudno.
Jutro mam imieniny i urodziny ślubnego, więc muszę wypróbować przepis na
sernik czekoladowy. Jeszcze nie piekłam tu żadnego ciasta, czas spróbować.
Mam nadzieję, że będzie jadalny;)
No i widzicie- naprawdę nic się tu nie dzieje. Lecę więc w gary;)









czwartek, 25 stycznia 2018

Byłam dziś w Poczdamie


Mój starszy Krasnal miał dziś dzień wolny od szkoły, bo nauczyciele dziś się
szkolili., więc trzeba było Krasnalowi jakoś zagospodarować dzień.

I Krasnal wymyślił, że on najchętniej pojechałby z nami do Poczdamu, gdzie
niemal  od piętnastu lat istnieje miejsce poświęcone strefie tropikalnej, Biosfera
Park.
Zgromadzono tu 20 tysięcy roślin zapewniając im klimat i temperaturę lasów
równikowych. A pośród tej roślinności są i nieduże zwierzęta, ptaki i ryby.
Frajdę miałam ogromną, bo jeszcze nigdy w jednym  miejscu nie widziałam tylu
rodzajów gekonów, jaszczurek, węży. Tęczowego boa znałam dotąd tylko z filmu
lub fotografii, dziś zobaczyłam go żywego, w  naturze. Zachwyciły mnie nawet
żaby, niektóre o jadowitej skórze, ale prześliczne.
I jeszcze nigdzie nie widziałam akwarium z tak pięknymi  koralowcami, ukwiałami,
a nawet i rak pustelnik się trafił wędrujący po dnie akwarium w cudzej muszelce.
Dodatkową atrakcją były nieprawdopodobnie kolorowe rybki.
No i jeszcze nigdy nie oglądałam tylu roślin tropikalnych w jednym miejscu i  z tylu
stron, ponieważ można je podziwiać nie  tylko z dołu ale i w połowie ich wysokości
 i z góry.
Do tego cały czas towarzyszyły nam odgłosy ptaków, z których część latała
swobodnie poza wolierami, w koronach drzew.
Jest tu również przesympatycznie urządzona kawiarnia z bardzo dobrymi ciastami,
a jeśli komuś dokuczy głód może skorzystać z restauracji.
Jest też świetnie zaopatrzony sklep z pamiątkami i maskotkami zwierząt żyjących
w tropikalnych lasach. Krasnalom kupiliśmy po pluszowej jaszczurce.
Jest tu również motylarium ale dziś, nie wiem z jakich przyczyn było nieczynne.
Dodatkową atrakcją jest imitacja  lotu nad lasem deszczowym- myślę, że każdemu
się taka zabawa spodoba.
Oczywiście cały obiekt ma zadanie edukacyjne, więc wszystko jest dokładnie
opisane, oznaczone, wyjaśnione.
Wstęp  za dwie osoby dorosłe i jedną nieletnią kosztował 31.80 Euro. Obiekt
dysponuje bardzo dużym parkingiem.
Z ciekawostek - polskie grupy mogą być oprowadzane z polsko języcznym
przewodnikiem.
To był bardzo miły dzień.
Dziś u mnie jest + 11stopni  chwilami  padał nieduzy deszcz.  


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Post "na zamówienie"

W komentarzu pod moim poprzednim postem Joanna wyraziła zainteresowanie
niedawno przeczytaną przeze mnie książką autorstwa Petera Wohllebena ,
pt. "Duchowe życie zwierząt", więc spełniam Jej życzenie i piszę  kilka słów o tej
książce.
Wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek bliski kontakt ze zwierzętami nieraz  się
zapewne zastanawiają czy zwierzęta myślą i odczuwają podobnie jak ludzie.
Ogólnie biorąc, człowiek w swym wielkim zadufaniu w swą mądrość i wyższość
nad wszystkim co  istnieje na  Ziemi, odmówił zwierzętom  wszelkich praw do
posiadania uczuć i odczuć takich, jakie sam  posiadania, a wszystko to co
zwierzęta odczuwają określił tylko i jedynie instynktem.
Na szczęście są ludzie, którzy są wrażliwsi, bardziej myślący, obserwujący
bacznie zwierzęta z którymi mają bliski kontakt i wykorzystujący swą wiedzę
by wreszcie docenić otaczająca nas  faunę.
Mam wrażenie, że ci wszyscy z Was, którzy mają obok siebie, na co dzień, koty
lub psy, już dawno są przekonani, że zwierzęta, podobnie  jak my mają uczucia
oraz bardzo różne charaktery - zupełnie  jak  ludzie.
Peter Wohlleben od ponad dwudziestu lat jest pracownikiem Zarządu Lasów
Państwowych. Nie pracuje "za biurkiem", ale będąc leśnikiem opiekuje się na
co dzień lasami w Reńskich Górach  Łupkowych. Codziennie przemierza leśne
ścieżki, przygląda się bacznie i roślinom i zwierzakom na powierzonym jego
opiece terenie i wciela w życie własną wizję ochrony przyrody.Interesuje się
też badaniami naukowców, którzy zajmują się badaniem psychiki zwierząt.
Badania tychże naukowców w wielu przypadkach potwierdzają to, co Peter
Wohlleben  sam zaobserwował.
Obserwując codziennie zwierzęta w ich naturalnym środowisku można bez trudu
zauważyć, że podobnie jak u ludzi wśród zwierząt występują takie same uczucia-
miłość, radość, gniew, altruizm, egoizm. A u ludzi tak samo jak i u zwierząt
działają instynkty.
W 2008 roku Instytut im. Maxa Plancka rozpoczął badania nad mózgiem przy
pomocy tomografów rezonansu magnetycznego. Badania niezbicie wykazały, że
w mózgu ludzkim proces podejmowania decyzji zaczyna się ok. siedem sekund
wcześniej nim człowiek świadomie podejmie decyzję. A więc  okazuje się, że
decyzję podejmujemy podświadomie, instynktownie, a nie świadomie. Badania
nadal trwają i wynika  z nich, że i nami kieruje instynkt.
Sceptycy uważają, "że psiarze i kociarze" mylą się, twierdząc, że  zwierzaki
kochają swych właścicieli- ich zdaniem te zwierzaki są tylko zainteresowane tym,
co im  wkładamy do miski i to łatwość zdobycia pokarmu jest istotnym powodem
ich obecności w naszym domu.
Ale to nieprawda, co wykazały badania prowadzone wśród dzikich zwierząt.
Np. delfiny zawsze garną się do człowieka choć nigdy nie są przywabiane jakimś
odpowiednim dla nich pokarmem. Na otwartym morzu same, bez żadnej zachęty
w postaci smacznej rybki, towarzyszą odważnym pływakom.
Mało kto wie, że do przetwarzania uczuć, jakich my ludzie doświadczamy,
niezbędna jest pewna struktura mózgu, zwana układem limbicznym. To dzięki
tej strukturze przeżywamy całą gamę uczuć- radość, smutek, lęk, rozkosz, a
wraz z innymi obszarami mózgu  możliwe są odpowiednie reakcje naszego ciała.
Układ limbiczny dzielimy jednak z wieloma ssakami- których lista jest  bardzo
długa. Ale ostatnie badania wykazały, że do tej listy należy dodać również ptaki
i....ryby.
I w trakcie tych badań odkryto, że ryby odczuwają ból gdy haczyk wędkarza
wbija  im  się w ciało i męczą się gdy są wyławiane w sieciach i powoli duszą się
z braku tlenu, który mogłyby przyswoić sobie zgodnie ze swą fizjologią w wodzie.
Kolejne badania wykazują, że mamy wiele wspólnych cech, które nas łączą ze
zwierzętami. A to, że być może one słabiej reagują na te same doznania, wcale
nie znaczy, że zwierzęta są pozbawione uczuć i wrażliwości.
Książka jest naprawdę ciekawa. Znajdziemy tu przykłady uczuć zwierząt, takich
samych jakie występują u ludzi.
Podoba mi się również jej forma- można czytać "na wyrywki" i nie  straci się nic
na treści.
Wszystkie naukowe tłumaczenia nie są dla treści obciążeniem, wszystko jest
napisane w sposób zrozumiały nawet dla zupełnego laika.  Narracja spokojna, bez
emfazy , rzeczowa, ale zawsze widać, że autor lubi to co robi i nie jest dyletantem.
Przeczytajcie tę książkę a dowiecie się wielu ciekawych rzeczy o zwierzętach.
Mam wrażenie, że każdy po jej przeczytaniu nigdy nie powie: "to tylko zwierzę".