drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 10 marca 2012

280. Remanent

Robię remanent w klamotach koralikowych, bo pomału przestaję
ogarniać co mam w rozmaitych pudełkach.  Więc przeglądam i na
bieżąco zagospodarowuję, zwłaszcza,że czekam na brakujące koraliki.
Znalazłam jeszcze poduszeczki  z korala i hematyty, więc powstał
taki naszyjnik:
Znalazłam też owalne korale z obsydianu śnieżnego i szybciutko zrobiłam
następny,  taki:
Poza tym w ramach ćwiczenia ściegu zrobiłam naszyjnik siateczkowy.
Oooo, taki:
A teraz czas wziąć się za własne gary, w kuchni.

czwartek, 8 marca 2012

279. Obraz nędzy i rozpaczy....

widzę gdy spoglądam w lustro. Znów mam wylew w oku, na szczęście
tym razem niewielki, poprzedni był koszmarny. Ciekawe, czy to może od
nadmiernego leniuchowania? Niemal nic nie robię, a coś  takiego się zdarzyło.
Ale dość biadolenia, obiecałam napisać o tym co jeszcze oglądałam na
Planete+. Były to dwa filmy, nakręcone w dwóch różnych krajach -
w Kenii i Albanii.Oba dotyczyły tego, jak sobie radzą ludzie w krajach
biednych, o niskim poziomie rozwoju gospodarczego .
Jak wiecie kraje afrykańskie mają bardzo wysoki poziom ubóstwa,
choć niektóre z nich notują  duży przyrost PKB. Zaimponowali mi
młodzi Kenijczycy, którzy są niesamowicie pomysłowymi ludzmi.
Wyobrazcie sobie skraj pustyni, chaty typu lepianki, i coś, co jest
właściwie jednoosobową budką skleconą z resztek desek, tektury
i odpowiednio  udrapowanych szmat. Ale to wcale nie jest zwykła
budka - to jest kawiarenka internetowa. Godzina korzystania z netu
kosztuje zaledwie kilkanaście centymów. Wszystko jest z odzysku-
bateria słoneczna, cała instalacja, metalowa przedpotopowa klawia-
tura i coś co jest rzekomo "myszą". I to wszystko działa.
Wokół stolicy Kenii, Nairobi, od wielu, wielu lat są olbrzymie slamsy.
Policja już nawet przestała wysiedlać tych ludzi, żyje tam już drugie
pokolenie tych, co się kiedyś osiedlili. I ci młodzi ludzie starają się
organizować samozatrudnienie. Przede wszystkim zajmują się
swoistym recyklingiem - rzeczom wyrzuconym dają nowe, inne życie.
Między innymi z kości zwierząt produkują fantastyczne ozdoby,
biżuterię popielniczki, świeczniki itp. Barwią je gotując w...nadman-
ganianie potasu. Przed barwieniem nanoszą wzór silikonem, potem
silikon usuwają i te miejsca pozostają niezabarwione.
A jeden z tych młodych  wymyślił  i skonstruował  małą lampkę
solarną, która jest przeznaczona dla dzieci chodzących do szkoły
wszędzie tam, gdzie nie ma elektryczności. Lampka umożliwia odrabianie
lekcji po zmroku i każde dziecko dostaje ją za darmo. Jej zmyślna
konstrukcja sprawia, że daje b. jasne światło, a świeci ok.6 godzin.
Wystarczy ją rano wystawić na działanie słońca. Oczywiście  niemal
wszystkie elementy są z odzysku.
Podobał mi się ten film - przede wszystkim zmienia obraz
Afrykanina jako bezmózgowego dzikusa, pokazuje jaki w nich
drzemie potencjał. Druga sprawa - każdy kto coś wymyśli, dzieli się
swym pomysłem i jego wykorzystywaniem z innymi. Ten, który
prowadzi warsztat wytwórczy biżuterii zatrudnia kilka  osób -
każdy pracownik i on także, dostaje taką samą ilość pieniędzy -
odliczają koszty, resztą dzielą się po równo. A zbyt mają wśród
wszystkich placówek turystyczno-hotelowych.
Albania wciąż nie może sobie poradzić z tym wszystkim co
pozostało po starym systemie. Jest to kraj, w którym na czterech
mieszkańców przypada jeden bunkier, zbudowany ze zbrojonego
betonu.  Obecnie najprostszym sposobem wykorzystania tych
nikomu niepotrzebnych budowli jest ich rozbiórka i pozyskanie
grubych, metalowych prętów i płyt. Albańczycy też się cały
czas zajmują swoistym recyklingiem , wszystko się przyda, nie ma
tak starego silnika, który by tam już nie działał. Widok turbin w
prywatnej elektrowni wodnej przyprawiał o dreszcz- na wszelki
wypadek każdy zwiedzający musi trzymać ręce w kieszeniach, żeby
przypadkiem nie dotknąć  któregoś z urządzeń - zero izolacji, zero BHP.
Ale ten odcinek filmu zrobił na mnie bardzo przygnębiające wrażenie.
Wiele spraw wygląda tam zbyt znajomo - z przeszłości.
                                                 ****
A teraz coś dla  pań urodzonych w roku Smoka.  Lata , które są latami
Smoka znajdziecie w Google, horoskop  też. "Smoczyce" powinny
nosić dodatki z kolorem czerwonym i złotym . Wśród  Smoczyc chętnych
na coś czerwonego, rozlosuję ten oto "biżutek".
Zdjęcie nie jest najlepsze, te małe koraliki są naprawdę mocno czerwone,
a nie różowe.

poniedziałek, 5 marca 2012

278. Robię NIC

Co robisz? -zapytała mnie koleżanka przez telefon. NIC- odpowiedziałam
zgodnie z prawdą.
Bo naprawdę to robię NIC. Coś podłubałam w koralikach, ale jakoś nie
zauważyłam, że teraz są sprzedawane po 5 gramów i oczywiście mi ich
zabrakło.
Tak mnie to zezłościło, że straciłam ochotę do robienia czegokolwiek.
Ale obejrzałam kilka dobrych filmów dokumentalnych i trochę sportu.
                                                 ****
Na początek obejrzałam mocno wzruszający film o in vitro. To była
historia młodego małżeństwa (Korea Płd.) - ona- śliczna, wykształcona
dziewczyna, chorująca na samoistną łamliwość kości. Piękna młoda
kobieta o wzroście 5 letniego dziecka, po 60 złamaniach kości, licznych
zabiegach operacyjnych , z kośćmi usztywnionymi prętami, poruszająca
się z trudem o kulach. I on- zakochany w niej niemiłosiernie, dbający,
pomagający na każdym kroku. Po pięciu latach małżeństwa, gdy wciąż
nie było dziecka, postanowili, że należy tę sprawę omówić z lekarzem.
Badania wykazały, że oboje są  sprawni pod względem rozrodczym,
ale istnieje 50% szans, że dziecko odziedziczy wadliwy gen matki i też
będzie cierpieć na wrodzoną, samoistną łamliwość kości. Ponieważ
młodzi ogromnie pragnęli dziecka,  zaproponowano im zapłodnienie
in vitro, ich własnym materiałem genetycznym, jeżeli uda się wyodrębnić
i zlokalizować wadliwy gen. Dotychczas  tylko raz udała się taka
operacja. Tu mam coś dla przeciwników metody in vitro- zapewniam
was, że całe to działanie ani przez minutę nie niesie za sobą  choć
odrobiny przyjemności - to ból, złe samopoczucie i wielka niepewność,
bo powodzenie osiąga się w zaledwie 30% przypadków.
Badania nad wyodrębnieniem i zlokalizowaniem wadliwego genu powiodły
się i zapadła decyzja o zapłodnieniu in vitro, choć nie ulegało wątpliwości,
że ciąża i poród będą dla organizmu matki wielkim ryzykiem.
Udało się  pobranie jajeczek od matki (po uprzedniej stymulacji
hormonalnej) , oraz ich zapłodnienie. Oczywiście nie wszystkie pobrane
komórki jajowe udało się zapłodnić. Gdy dokonał się podział zapłodnionych
komórek jajowych , usunięto komórki, w których zlokalizowano wadliwy
gen, pozostawiając tylko te zdrowe. Dwa zdrowe zarodki zaimplantowano
w macicy, resztę zamrożono i czekano z niecierpliwością, co dalej. Niestety,
zarodki nie zagniezdziły się, ciąży nie było. Rozpacz obojga była wielka,  ale
w 5  miesięcy pózniej ponowiono całą procedurę.  Tym razem udało się,
jeden z zarodków zaczął się w macicy rozwijać. I w ten sposób pojawił się
na świecie chłopczyk, którego uratowano zabiegiem in vitro przed
odziedziczeniem nieuleczalnej, ciężkiej choroby.
I między innymi dlatego jestem za in vitro.
O dwóch pozostałych filmach napiszę następnym razem.

środa, 29 lutego 2012

277. Przepis

Joter  poprosiła mnie o przepis na ten orkiszowy chlebek, więc z chęcią
spełnię tę prośbę.
Składniki:
400 g maki orkiszowej typu 2000,
1 łyżeczka soli,
1 łyżka stołowa oliwy z oliwek,
300 ml ciepłej wody ( nie gorącej),
1/2 łyżeczki miodu,
3/4 saszetki drożdży instant (saszetka na 500 g mąki),
ziarna słonecznika lub sezamu do posypania ( ja nie dałam nic)
Wykonanie:
Wymieszać dokładnie wszystkie sypkie składniki, zrobić dołek,
wlać do niego wodę, oliwę, miód. Ciasto ugniatać ok 10 minut,
powinno odchodzić od ścianek naczynia, od ręki -niekoniecznie.
Przygotować mniejszą foremkę- keksówkę, wysmarować masłem,
włożyć do niej ciasto, nakryć ściereczką, postawić w ciepłym miejscu
na  1 i 1/2 godziny do wyrośnięcia.
Rozgrzać piekarnik do temp.200 stopni C, grzanie góra-dół.
Wyrośnięte ciasto wstawić na dolna półkę, piec w 200 stopniach
40 do 50 minut. Ja piekłam 45.
Po upieczeniu ostudzić na kratce.
Dziś zjedliśmy ostatek , do końca  nie kruszył się i był "świeży".

Przepis wynaleziony w sieci, na jakimś ogólnym forum. W oryginale
podano by dać 1/2 saszetki drożdży, ja dałam 3/4, tak  na logikę,
skoro cała saszetka  jest na 500g mąki.
                                                  ***
Chciałam dziś kupić jeszcze drugą mąkę orkiszową typu 700 by
z niej upiec dwie bułko-bagietki, ale niestety już "wyparowała", nie
ma żadnej.
Chyba poeksperymentuję jutro z mieszanką mąki orkiszowej i
zwykłej pszennej.
Zdam sprawozdanie z tego eksperymentu, przyrzekam.

niedziela, 26 lutego 2012

275. Dylematy

Nie wiem co się dzieje, ale ciągle mi brak czasu, no zwyczajnie  "nie
wyrabiam się", zupełnie. Poza tym już mam zupełnie dość   zimowej
aury. Gdy kładłam się spać, tak około 1 w nocy,  padał deszcz, taki
zupełnie deszczowy, zwyczajny. Gdy rano wstałam - za oknem było
biało, aż  oczy bolały. Teraz pomału, z godnością, śnieg się wycofuje.
                                                   ****

Zauważyłam ze smutkiem,  że robię się coraz mniej cierpliwa. Gorzej,
moja wyrozumiałość dla innych też jakoś zaczyna  spadać w okolice
zera.
Przedwczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka, która wyraznie stała
w złej kolejce, gdy natura rozdawała ludziom zdrowie. Chorób  ma
więcej niż kończyn i trudno znalezć u niej organ, który działa dobrze,
lub przynajmniej w sposób zadowalający.  A zadzwoniła, by się
poradzić, w którym szpitalu ma złożyć swe wątłe ciało. Nie wiem
czemu, ale moja enigmatyczna odpowiedz z gatunku  "tam gdzie
będzie miejsce" jakoś jej nie zadowoliła. Zaczęła naciskać, więc
zaproponowałam, że może w tym, w którym wycięto mi pół roku
temu pęcherzyk żółciowy. "O, nigdy, tam Ela umarła, z braku opieki".
Kiedy , nic o tym nie wiem? - odparłam dość przytomnie. Lunia
całkiem szczerze odpowiedziała: "Bo ty jej nie znałaś, a umarła 10 lat
temu. Była po zawale, leżała tam 2 tygodnie, już było dobrze, miała
iść następnego dnia do domu i w nocy , we śnie umarła, bo nikt  do
niej w nocy nie zaglądał". Wiecie co, wszystko po takim tekście
opada, nie tylko ręce, biust też.  Przecież nie leżała na OIOMie,
nie była  podłączona do żadnej aparatury, była już  praktycznie
jedną nogą w domu, więc niby dlaczego ktoś miał do niej zaglądać?
To niestety się zdarza, widać serduszko było bardzo chore i słabe. A
takie serduszka mają zwyczaj nagle, bez zapowiedzi, wysiadać na
zawsze.
W sumie  się wściekłam i poprosiłam, by nie dzwoniła do mnie
więcej w takich sprawach, bo nie jestem w stanie nic pomóc.
                                                  ****
Przeczytałam, zarywając noc, książkę Nicci French   "Złap mnie,
nim upadnę". Jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny.
Nicci French to pseudonim pary małżeńskiej dziennikarzy, którzy
razem piszą thrillery (Nicci Gerard i Sean French).
Lektura zmusiła mnie do zastanowienia się czy ze mną wszystko jest
w porządku. Chyba jednak tak,  moje zrywy nie trwają długo.
                                                   ****
A tak poza tym to wojuję z ramką do pisanek, uczę się dwóch nowych
ściegów,  zrobiłam "sznurek" do jednego z wisiorów i.........doszłam do
wniosku, że mam za mało koralików, brak mi nici, więc muszę znów
zanurkować w sieci sklepów.  Mam nadzieję,  że nie utonę:)))

czwartek, 23 lutego 2012

274. Ekspresowy naszyjnik

Wczoraj zakupiłam szkło weneckie, dziś zrobiłam, jutro wysyłam do
córki. A oto i on:
Fotografowałam też  w trybie ekspresowym, bo słońce świeciło
raptem po minucie, zaraz zakrywały je czarne chmury.  Korale
ze szkła weneckiego są ciężkie, więc musiałam mocno zredukować ich
ilość, żeby mą "smoczycę" kark nie bolał. Są zawieszone na lince
jubilerskiej, na którą nawlokłam srebrzyste koraliki toho, dodałam też
ażurowe, kwadratowe przekładki.
Przy okazji skończyłam kolejne pisanki i przymierzyłam do posiadanej
ramki. Okazało się, że zmieszczą się tylko 3 pisanki. Oczywiście ramka
wymaga jeszcze zdekupażowania. A wygląda to tak:
To tylko projekt, ramkę muszę zdekupażować   

poniedziałek, 20 lutego 2012

273. Zniosłam wczoraj.....

wieczorem, po kilku godzinach męki twórczej, takie oto
wielkanocne jajko, czyli pisankę.

Informuję, że to zółte to są narcyzy, to zielone to trwa, a to na górze to
kolor nieba po zachodzie słońca. A teraz szczegóły techniczne: haftowałam
koralikami na kanwie, zamiast nici używałam koralików toho nr 11.
Jajko jest dość płaskie (żeby było łatwiej je znieść:)))), leciutko tylko
wypełnione, z tyłu haftu nie ma. Jako efekt końcowy przewiduję
trzy lub cztery takie jajka, umieszczone razem  w zdekupażowanej ramce.
Gdy zrobię całość to oczywiście się pochwalę.
Bo chwalipięta jestem, wszak.