Wszyscy się czasem zastanawiamy jak powstało życie, co się dzieje"potem"
gdy juz ustaną nasze funkcje życiowe.
I tak naprawdę nikt nie wie, choć hipotez jest sporo. Czy istnieje świat
równoległy w innym wymiarze? Czy umiera tylko nasze ciało, ten pokrowiec
na nasze narządy? Co się dzieje z energią, która nas ożywia? Ponoć energia
energia nie ginie, może tylko zmienia swą postać?
Głowią się nad tym problemem lekarze, fizycy, teolodzy. Każdy ma inny
pogląd - jedni twierdzą, że umieramy całkiem nieodwołalnie, żadnej
duszy nie ma, inni tłumaczą, że gdy umrzemy nasze ciało, wszystkie tkanki,
rozpadną się na atomy i jeszcze jakiś czas pokrążą w przestrzeni, a wg
różnych religii kiedyś, kiedyś znów powrócimy do życia. Jakie to będzie
życie i w jakim wymiarze będzie funkcjonować zależy od religii.
Od dwudziestego listopada 1951 roku świat naukowy ma nową zagadkę.
W tym własnie dniu zmarła w Baltimore pacjentka chora na raka macicy.
Przed śmiercią lekarze pobrali do badań jej zdrowe i oraz rakowe
komórki. Jak wszyscy wiedzą, wszystkie komórki naszego organizmu
mają ograniczony czas życia. Dzielą się 52 razy, po czym umierają.
Zdrowe komórki pani Henrietty Lacks, jak przystało na wszystkie
porządne komórki, po 52 podziałach, spokojnie umarły.
Ale komórki rakowe , wbrew zasadom nadal żyją, nadal się powielają.
Mało tego, są one dziś obecne niemal we wszystkich laboratoriach
świata.
Są ich miliardy i pomagają uczonym rozszyfrować tajemnicę
chorób nowotworowych. Dziś każdy może sobie zakupić probówkę
z rakowymi komórkami Henrietty Lacks, kosztuje tylko 260 dolarów.
Uczonych wielce zadziwia fakt, że zdrowe komórki już dawno,
niemal natychmiast po pobraniu zginęły, a te rakowe nadal żyją i
mają się świetnie.
Komórki dostały nawet nazwę - HeLa-celle. Były już nawet w kosmosie
i też im ta podróż nie zaszkodziła.
W 1965 roku brytyjscy badacze połączyli HeLa-celle z komórkami
myszy i tak powstała pierwsza hybryda, człowiek-zwierzę. Nieco
pózniej powtórzono ten eksperyment z komórkami kury i HeLa-cell.
Nikt nie potrafi dać odpowiedzi na pytanie dlaczego te komórki są
nieśmiertelne i kto lub co to powoduje.
P.S.
Rodzina pani Henrietty Lacks nie dostała nigdy ani centa za to, że
jej komórki rakowe są wykorzystywane do różnych badań.
na podst. artykułu
Andrzeja Jordana, "Nieznany Świat"8/2012
drewniana rzezba
wtorek, 23 października 2012
niedziela, 21 października 2012
Wydało się,
że kiepski ze mnie fotograf. Namordowałam się i z siedmiu zdjęć z trudem
udało mi się wybrać jedno.
Otóż popełniłam broszkę - tak na wszelki wypadek napiszę co to jest,
bo nie jestem pewna, czy można to ze zdjęcia wydedukować.
Otóż jest to wściekle zielony liść a na nim ułożone trzy kwiatki-
szafirowy, kremowy i... no właśnie - nie wiem jaki to kolor. Tu wygląda
jak bordowy, w naturze nieco inny.
Ale cała ta zabawa miała na celu zrobienie kwiatków, bo krąży mi
po głowie pewien projekt, z kwiatkami i listkami. No ale wpierw muszę
się nauczyć robienia kwiatków.
A ta broszka na razie wygląda tak:
Z całą pewnością ulegnie jeszcze metamorfozie, gdy tylko "podciągnę"
technikę plecenia kwiatków i listków.
udało mi się wybrać jedno.
Otóż popełniłam broszkę - tak na wszelki wypadek napiszę co to jest,
bo nie jestem pewna, czy można to ze zdjęcia wydedukować.
Otóż jest to wściekle zielony liść a na nim ułożone trzy kwiatki-
szafirowy, kremowy i... no właśnie - nie wiem jaki to kolor. Tu wygląda
jak bordowy, w naturze nieco inny.
Ale cała ta zabawa miała na celu zrobienie kwiatków, bo krąży mi
po głowie pewien projekt, z kwiatkami i listkami. No ale wpierw muszę
się nauczyć robienia kwiatków.
A ta broszka na razie wygląda tak:
Z całą pewnością ulegnie jeszcze metamorfozie, gdy tylko "podciągnę"
technikę plecenia kwiatków i listków.
piątek, 19 października 2012
Piątkowy mix
Coś jest ze mną nie tak - pomału zaczyna mi się wszystko z rąk wymykać,
coś planuję, a potem plany diabli biorą.
Juz zaplanowałam jak ma być urządzona łazienka, wszystko rozrysowałam
i.... wcale tak nie będzie.
A wszystko przez inny typ kabiny prysznicowej. Córka mi podpowiedziała,
żebym z uwagi na naprawdę małą powierzchnię łazienki wyszukała kabinę
z łamanymi drzwiami, nawet mi wynalazła taką na necie.
Bywają importowane ale i w Polsce też są produkowane, przez jedną
z firm. Córka ma taką właśnie kabinę, a jej niewątpliwą zaletą jest, że ma
wygodne, szerokie wejście, a dzięki temu, że drzwi są składane, nie zajmują
po otwarciu połowy łazienki. U niej takie kabiny to "normalka", u nas
raczej ewenement.
Byliśmy dziś w salonie firmowym producenta - rzeczywiście kabina
naprawdę praktyczna, tylko że - za te składane drzwi, boczną ściankę,
brodzik i wszystkie pozostałe części będę musiała wydać tysiąc zł więcej
niż planowałam. Dobra strona zakupu - po opłaceniu mogę już za darmo
trzymać u nich całość aż do chwili montażu.
Nadreptałam się po tym ich salonie (500m kwadratowych), napasłam
oczy pięknymi wannami, umywalkami i innymi eksponatami, popłakałam
w duchu nad tym, że moja łazienka taka mała i pół żywa z gorąca
wybrałam się jeszcze do hurtowni meblowej. Przedreptałam cztery
kondygnacje, by dojśc do wniosku, że jedyne co mi pasuje to pewien
wieszak-garderoba do przedpokoju. Przechodząc przez te wszystkie
piętra doszłam do wniosku, że Polska to bardzo bogaty kraj- aż strach
gdy się pomyśli ile zmarnowano materiału na te meble, a tak naprawdę
to nie ma co kupić.
Jutro i w niedzielę musimy się zająć cmentarzami - każdy w innym
końcu Warszawy. Do tego jeszcze dochodzi jeden aż w Radziejowicach.
Ale tam to czeka nas dodatkowo wizyta u proboszcza i grzebanie
w księgach parafialnych.
****
Po niemal sześciu latach używania, mieliśmy dziś pierwszą awarię -
przepaliła się żarówka lewego światła mijania. A tak trudno ją
wymienić, że w końcu trzeba było podjechać do warsztatu.
W poprzednim samochodzie, tego samego producenta, żarówka
wysiadła po siedmiu latach używania. Ale wtedy nie jeżdziło się na
światłach jak rok długi.
****
Musiałam nieco odreagować dzisiejszy dzień, więc zrobiłam
kolejne "drewniaczki", tym razem z filigranem miedzianym. Miedz
dobrze się komponuje z turkusowym kolorem tych koralików.
Drewniane koraliki rozdzieliłam szklanymi, matowymi toho.
****
Szykuje mi się obłędny tydzień - nie dość, że mam musową wizytę
u ortopedy we wtorek, wymianę okien w czwartek, to dostałam
informację, że przyjeżdżają mi goście z Niemiec i z jeden dzień
będę musiała im poświęcić. Jak znam życie, to zadzwonią na
pewno w czwartek, że właśnie są juz w drodze do nas i będą za
pół godziny.
coś planuję, a potem plany diabli biorą.
Juz zaplanowałam jak ma być urządzona łazienka, wszystko rozrysowałam
i.... wcale tak nie będzie.
A wszystko przez inny typ kabiny prysznicowej. Córka mi podpowiedziała,
żebym z uwagi na naprawdę małą powierzchnię łazienki wyszukała kabinę
z łamanymi drzwiami, nawet mi wynalazła taką na necie.
Bywają importowane ale i w Polsce też są produkowane, przez jedną
z firm. Córka ma taką właśnie kabinę, a jej niewątpliwą zaletą jest, że ma
wygodne, szerokie wejście, a dzięki temu, że drzwi są składane, nie zajmują
po otwarciu połowy łazienki. U niej takie kabiny to "normalka", u nas
raczej ewenement.
Byliśmy dziś w salonie firmowym producenta - rzeczywiście kabina
naprawdę praktyczna, tylko że - za te składane drzwi, boczną ściankę,
brodzik i wszystkie pozostałe części będę musiała wydać tysiąc zł więcej
niż planowałam. Dobra strona zakupu - po opłaceniu mogę już za darmo
trzymać u nich całość aż do chwili montażu.
Nadreptałam się po tym ich salonie (500m kwadratowych), napasłam
oczy pięknymi wannami, umywalkami i innymi eksponatami, popłakałam
w duchu nad tym, że moja łazienka taka mała i pół żywa z gorąca
wybrałam się jeszcze do hurtowni meblowej. Przedreptałam cztery
kondygnacje, by dojśc do wniosku, że jedyne co mi pasuje to pewien
wieszak-garderoba do przedpokoju. Przechodząc przez te wszystkie
piętra doszłam do wniosku, że Polska to bardzo bogaty kraj- aż strach
gdy się pomyśli ile zmarnowano materiału na te meble, a tak naprawdę
to nie ma co kupić.
Jutro i w niedzielę musimy się zająć cmentarzami - każdy w innym
końcu Warszawy. Do tego jeszcze dochodzi jeden aż w Radziejowicach.
Ale tam to czeka nas dodatkowo wizyta u proboszcza i grzebanie
w księgach parafialnych.
****
Po niemal sześciu latach używania, mieliśmy dziś pierwszą awarię -
przepaliła się żarówka lewego światła mijania. A tak trudno ją
wymienić, że w końcu trzeba było podjechać do warsztatu.
W poprzednim samochodzie, tego samego producenta, żarówka
wysiadła po siedmiu latach używania. Ale wtedy nie jeżdziło się na
światłach jak rok długi.
****
Musiałam nieco odreagować dzisiejszy dzień, więc zrobiłam
kolejne "drewniaczki", tym razem z filigranem miedzianym. Miedz
dobrze się komponuje z turkusowym kolorem tych koralików.
Drewniane koraliki rozdzieliłam szklanymi, matowymi toho.
****
Szykuje mi się obłędny tydzień - nie dość, że mam musową wizytę
u ortopedy we wtorek, wymianę okien w czwartek, to dostałam
informację, że przyjeżdżają mi goście z Niemiec i z jeden dzień
będę musiała im poświęcić. Jak znam życie, to zadzwonią na
pewno w czwartek, że właśnie są juz w drodze do nas i będą za
pół godziny.
czwartek, 18 października 2012
Mix
Po raz pierwszy ucieszyłam się z zainstalowanych tzw. "szykan
drogowych". Otóż na naszej osiedlowej obwodnicy zainstalowano
takowe i to co 40 metrów. I bardzo dobrze, bo cwaniaczki wykorzystywali
tę ulicę, by objechać choć część korka na pobliskiej przelotówce. I nie
byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że robili to ze zbyt dużą
prędkością - a ulica wąska, po obu stronach obstawiona parkującymi
samochodami, wyjazdy z parkingów, dzieci przechodzące przez jezdnię,
przebiegające psy, sporo mocno leciwych osób- czyli wąsko, zła
widoczność a ci bliżej setki niz innej prędkości.
I jadę wczoraj, taka uradowana, pokonując kolejną szykanę, a tu nagle,
na kolejnej szykanie, (a wysokie zrobili) robiąc wielkiego kangura
wyprzedza mnie jakaś debilka. Jak widać na głupotę i chamstwo to nic
nie jest w stanie pomóc.
******
Spotkałam jedną z sąsiadek wczoraj. Wyglądała na mocno zgnębioną,
nawet pomyślałam na jej widok, że chyba chora. Wraz z "dzień dobry"
posłałam jej promienny uśmiech i to wystarczyło, by przystanęła i
zaczęła rozmowę. Okazało się, że przyczyną jej przygnębienia jest
sprawa zamążpójścia córki. Pani sąsiadka ma lat 44, jej córka 21
a zięć : "pani sobie wyobraża? on ma tylko dwa lata mniej ode mnie!
i do tego jest rozwodnikiem, ma dzieci! a do tego jest jej wykładowcą na
uczelni! Pani sąsiadka załkała głośno i ukryła twarz w chustce do nosa.
Nie zdążyłam jeszcze powiedzieć nic poza "ale", gdy pani sąsiadka
znów głośniej załkała wyrzucając w moją stronę: " co powie cała moja
rodzina? pan młody wygląda starzej niż ojciec panny młodej!!! a ona się
uparła, że kocha, że jest pełnoletnia, że ma prawo..." reszta tekstu stała
się niezrozumiała, bo panią sąsiadką wstrząsały spazmy płaczu.
Machnęła ręką, wyjąkała "przepraszam" i kłusem ruszyła w stronę domu.
A ja zostałam z głupią miną. No cóż, często nasze dzieci nas zaskakują
swoim wyborem drogi życiowej.
Kto wie, a może to będzie bardzo udany związek? Ja w dniu ślubu byłam
pewna, że "wyjdę za mąż, zaraz wrócę" i ciągle mam tego samego męża,
a niektóre życzliwe dusze mówią, że tak długi związek to zboczenie.
******
Dziś wreszcie piękna pogoda. Od rana piękne słońce, ma być cieplutko,
prawdziwe babie lato. I, podobno, tak będzie aż do niedzieli, włącznie.
Ciągnie mnie do lasu, ale mój nie chce jechać. No cóż, sama nie pojadę.
Pewnie się skończy na Wilanowie lub Konstancinie.
drogowych". Otóż na naszej osiedlowej obwodnicy zainstalowano
takowe i to co 40 metrów. I bardzo dobrze, bo cwaniaczki wykorzystywali
tę ulicę, by objechać choć część korka na pobliskiej przelotówce. I nie
byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że robili to ze zbyt dużą
prędkością - a ulica wąska, po obu stronach obstawiona parkującymi
samochodami, wyjazdy z parkingów, dzieci przechodzące przez jezdnię,
przebiegające psy, sporo mocno leciwych osób- czyli wąsko, zła
widoczność a ci bliżej setki niz innej prędkości.
I jadę wczoraj, taka uradowana, pokonując kolejną szykanę, a tu nagle,
na kolejnej szykanie, (a wysokie zrobili) robiąc wielkiego kangura
wyprzedza mnie jakaś debilka. Jak widać na głupotę i chamstwo to nic
nie jest w stanie pomóc.
******
Spotkałam jedną z sąsiadek wczoraj. Wyglądała na mocno zgnębioną,
nawet pomyślałam na jej widok, że chyba chora. Wraz z "dzień dobry"
posłałam jej promienny uśmiech i to wystarczyło, by przystanęła i
zaczęła rozmowę. Okazało się, że przyczyną jej przygnębienia jest
sprawa zamążpójścia córki. Pani sąsiadka ma lat 44, jej córka 21
a zięć : "pani sobie wyobraża? on ma tylko dwa lata mniej ode mnie!
i do tego jest rozwodnikiem, ma dzieci! a do tego jest jej wykładowcą na
uczelni! Pani sąsiadka załkała głośno i ukryła twarz w chustce do nosa.
Nie zdążyłam jeszcze powiedzieć nic poza "ale", gdy pani sąsiadka
znów głośniej załkała wyrzucając w moją stronę: " co powie cała moja
rodzina? pan młody wygląda starzej niż ojciec panny młodej!!! a ona się
uparła, że kocha, że jest pełnoletnia, że ma prawo..." reszta tekstu stała
się niezrozumiała, bo panią sąsiadką wstrząsały spazmy płaczu.
Machnęła ręką, wyjąkała "przepraszam" i kłusem ruszyła w stronę domu.
A ja zostałam z głupią miną. No cóż, często nasze dzieci nas zaskakują
swoim wyborem drogi życiowej.
Kto wie, a może to będzie bardzo udany związek? Ja w dniu ślubu byłam
pewna, że "wyjdę za mąż, zaraz wrócę" i ciągle mam tego samego męża,
a niektóre życzliwe dusze mówią, że tak długi związek to zboczenie.
******
Dziś wreszcie piękna pogoda. Od rana piękne słońce, ma być cieplutko,
prawdziwe babie lato. I, podobno, tak będzie aż do niedzieli, włącznie.
Ciągnie mnie do lasu, ale mój nie chce jechać. No cóż, sama nie pojadę.
Pewnie się skończy na Wilanowie lub Konstancinie.
wtorek, 16 października 2012
Proste, lekkie,kolorowe
Nie wiem jak gdzie indziej, ale u mnie od wczesnego popołudnia pada.
Teraz to nawet należałoby powiedzieć , że leje obłędnie.
Zabrałam się za odkopywanie moich "koralikowych" skarbów - tak
się podniecilam tymi porządkami w piwnicy, że aż pozaglądałam do
swoich różnych pudełek, pełnych "półfabrykatów do wyrobu biżuterii".
*****
No i wydało się, nakupowałam różnych dupereli, często bez wielkiego
namysłu, jak zwykle pod wpływem "miecia".
Między innymi znalazłam koraliki drewniane, bardzo kolorowe.
Słuchając szumiącego intensywnie deszczu nawlokłam je na
cienki sznurek.
Ciekawie się zapowiada mecz Polska-Anglia, bo deszcz cały czas leje,
a dach Stadionu Narodowego był cały czas otwarty.
Anglicy do mokrego boiska przyzwyczajeni, a my, niezależnie od jego
stanu i tak pewnie przegramy.
Teraz to nawet należałoby powiedzieć , że leje obłędnie.
Zabrałam się za odkopywanie moich "koralikowych" skarbów - tak
się podniecilam tymi porządkami w piwnicy, że aż pozaglądałam do
swoich różnych pudełek, pełnych "półfabrykatów do wyrobu biżuterii".
*****
No i wydało się, nakupowałam różnych dupereli, często bez wielkiego
namysłu, jak zwykle pod wpływem "miecia".
Między innymi znalazłam koraliki drewniane, bardzo kolorowe.
Słuchając szumiącego intensywnie deszczu nawlokłam je na
cienki sznurek.
Ciekawie się zapowiada mecz Polska-Anglia, bo deszcz cały czas leje,
a dach Stadionu Narodowego był cały czas otwarty.
Anglicy do mokrego boiska przyzwyczajeni, a my, niezależnie od jego
stanu i tak pewnie przegramy.
poniedziałek, 15 października 2012
Nie tylko porządkami....
człowiek żyje.
Żeby się nie zamęczyć znów spędziłam w piwnicy tylko 2 godziny.
Dziś odkryłam karimatę i to nie byle jaką, kupowaną jeszcze w....
Pewexie. Bo ja w Pewexie zawsze kupowałam dziwne rzeczy.
Naród kupował wódkę , a ja: majteczki frotowe dla dziecka, deskę
sedesową, folię samoprzylepną, lampę ścienną do łazienki, klocki
LEGO, szynkę Krakus, margarynę Rama, czekoladę.
Karimata jest w świetnym stanie, więc dostąpi zaszczytu pozostania
z nami.
Ale wyleciały składane z rurek leżaki, 6 par płetw, 2 rakiety tenisowe,
4 rakietki do badmingtona, pierwsze polskie skorupy zjazdowe, każdy
but dobre kilka kg wagi, buty do biegówek, 2 kamizelki ratunkowe,
ponton, łóżko namiotowe o wadze 8 kg, składane z jakichś chyba
żelaznych prętów, łóżko polowe typu "bolszewik", kolejna porcja
słoików, tym razem malutkich, ubrania po mojej teściowej, która od
10 lat jest w lepszym wymiarze wszechświata, walizka z moimi
przeróżnymi niedokończonymi dziełami z gatunku haftu, których nigdy
nie dokończę, zbiór książek z serii "nastolatka" wydanych ze 20 lat temu,
szyby do kredensu, którego nigdy nie posiadałam.
W głowę zachodzę skąd te szyby u nas - porządnie zapakowane i nawet
podpisane co to jest. Dziwne.
Jeszcze tylko zostały do wyselekcjonowania różne "patyki" i
deseczki, jakieś tajemnicze pojemniki i będzie w piwnicy klar.
Czekam na ten moment z utęsknieniem.
W ramach odreagowania zrobiłam wisior z wielokolorowego
"tygrysiego" oka. Oprawa i sznur z koralików toho.
A tak mi się świetnie plotło sznur, że zrobiłam za długi, więc znów
wisior jest dziwnie mocowany, od wewnątrz sznura.
Oto i on:
Żeby się nie zamęczyć znów spędziłam w piwnicy tylko 2 godziny.
Dziś odkryłam karimatę i to nie byle jaką, kupowaną jeszcze w....
Pewexie. Bo ja w Pewexie zawsze kupowałam dziwne rzeczy.
Naród kupował wódkę , a ja: majteczki frotowe dla dziecka, deskę
sedesową, folię samoprzylepną, lampę ścienną do łazienki, klocki
LEGO, szynkę Krakus, margarynę Rama, czekoladę.
Karimata jest w świetnym stanie, więc dostąpi zaszczytu pozostania
z nami.
Ale wyleciały składane z rurek leżaki, 6 par płetw, 2 rakiety tenisowe,
4 rakietki do badmingtona, pierwsze polskie skorupy zjazdowe, każdy
but dobre kilka kg wagi, buty do biegówek, 2 kamizelki ratunkowe,
ponton, łóżko namiotowe o wadze 8 kg, składane z jakichś chyba
żelaznych prętów, łóżko polowe typu "bolszewik", kolejna porcja
słoików, tym razem malutkich, ubrania po mojej teściowej, która od
10 lat jest w lepszym wymiarze wszechświata, walizka z moimi
przeróżnymi niedokończonymi dziełami z gatunku haftu, których nigdy
nie dokończę, zbiór książek z serii "nastolatka" wydanych ze 20 lat temu,
szyby do kredensu, którego nigdy nie posiadałam.
W głowę zachodzę skąd te szyby u nas - porządnie zapakowane i nawet
podpisane co to jest. Dziwne.
Jeszcze tylko zostały do wyselekcjonowania różne "patyki" i
deseczki, jakieś tajemnicze pojemniki i będzie w piwnicy klar.
Czekam na ten moment z utęsknieniem.
W ramach odreagowania zrobiłam wisior z wielokolorowego
"tygrysiego" oka. Oprawa i sznur z koralików toho.
A tak mi się świetnie plotło sznur, że zrobiłam za długi, więc znów
wisior jest dziwnie mocowany, od wewnątrz sznura.
Oto i on:
sobota, 13 października 2012
Piwnica - ciąg dalszy
Gdy się powie A, to należy również powiedzieć B.
Zgodnie z tym, dziś znów poszliśmy do piwnicy. Tym razem nadeszła
kolej na "niespodzianki". Bo na półkach regałów leżą ,w torbach
foliowych lub zapakowane w papier, różne rzeczy. Za każdym razem
staram się jeszcze przed rozpakowaniem odgadnąć co to może być
w środku.
I zawsze jest to pełne zaskoczenie.Tym sposobem odkryłam dziś:
raz używany uchwyt do nart, mocowany do bagażnika dachowego.
Tyle tylko, że ma na oko ponad 20 lat, łańcuchy na koła do 126p,
patent- lejek i wąż - do nalewania benzyny z kanistra, poręczny kanister
5 litrowy, baniak 30 litrowy metalowy, cuchnący nadal benzyną, przewody
do podłączania się do cudzego akumulatora, jakiś wynalazek na fotel do
malucha, robiony na zamówienie. Istne muzeum, naprawdę.
Potem były jeszcze dziwniejsze rzeczy - kłódki w liczbie bardzo mnogiej,
stos pustych segregatorów i pustych skoroszytów plastikowych, tysiąc
szt. spinaczy biurowych, jeszcze w pudełkach, koperty , w których już
klej się rozłożył na czynniki pierwsze, papier maszynowy, który z jakiegoś
powodu (pewnie ze starości) osiągnął barwę ecru, jakie tajemnicze klucze,
kilka zamków do drzwi, jakaś zużyta armatura umywalkowa, koszmarnej
urody kinkiet wraz z abażurem, plastikowy stojak na płyty CD.
Z równie dziwnych rzeczy to były dwie nożne pompki do kół , 2 do rowerów,
jedna do piłki, padnięta piłka do siatkówki, dwie teczki męskie (wiecie -
mężczyzna do pracy z teczką chadzał).
Oczywiście to wszystko wywędrowało na tzw. "gabaryty". Poza tym dziś
padło na niszczenie starych dokumentów. Na razie "nadarłam" dwa worki
dokumentów i muszę zrobić przerwę, bo mam dość.
Doszłam do wniosku, że jestem wydajniejsza od mojej niszczarki, która
się zbyt szybko przegrzewa.
Mam jeszcze do przejrzenia dwie bardzo długie półki naładowane na
gęsto, usunięcie całej masy różnych słoików (bez zakrętek, bo gdzieś
wyparowały), wywiezienie rosyjskiej produkcji grzejnika olejowego, łóżka
typu "bolszewik" i łóżka namiotowego o wadze pewnie z 7 kg, pontonu,
który zakupiliśmy dobrze ponad 30 lat temu (wiosła do niego wywaliłam
wczoraj), kilku rakiet tenisowych i pudełek z piłkami.
Na deser zostawiam deseczki, listewki oraz inne dziwne duperele, które
mój drogi mąż pieczołowicie przechowywał, a które zajmują całkiem spore
pudło kartonowe. Lekko licząc to zajmie mi jeszcze ze 3 dni, jak nie dłużej.
Zaczynam się zastanawiać co tam jeszcze na tych półkach się mieści.
A gdy już wszystko powywalam, poukładam to co zachowam, to zamknę
piwnicę i schowam do niej klucz w tylko sobie znane miejsce.
Zgodnie z tym, dziś znów poszliśmy do piwnicy. Tym razem nadeszła
kolej na "niespodzianki". Bo na półkach regałów leżą ,w torbach
foliowych lub zapakowane w papier, różne rzeczy. Za każdym razem
staram się jeszcze przed rozpakowaniem odgadnąć co to może być
w środku.
I zawsze jest to pełne zaskoczenie.Tym sposobem odkryłam dziś:
raz używany uchwyt do nart, mocowany do bagażnika dachowego.
Tyle tylko, że ma na oko ponad 20 lat, łańcuchy na koła do 126p,
patent- lejek i wąż - do nalewania benzyny z kanistra, poręczny kanister
5 litrowy, baniak 30 litrowy metalowy, cuchnący nadal benzyną, przewody
do podłączania się do cudzego akumulatora, jakiś wynalazek na fotel do
malucha, robiony na zamówienie. Istne muzeum, naprawdę.
Potem były jeszcze dziwniejsze rzeczy - kłódki w liczbie bardzo mnogiej,
stos pustych segregatorów i pustych skoroszytów plastikowych, tysiąc
szt. spinaczy biurowych, jeszcze w pudełkach, koperty , w których już
klej się rozłożył na czynniki pierwsze, papier maszynowy, który z jakiegoś
powodu (pewnie ze starości) osiągnął barwę ecru, jakie tajemnicze klucze,
kilka zamków do drzwi, jakaś zużyta armatura umywalkowa, koszmarnej
urody kinkiet wraz z abażurem, plastikowy stojak na płyty CD.
Z równie dziwnych rzeczy to były dwie nożne pompki do kół , 2 do rowerów,
jedna do piłki, padnięta piłka do siatkówki, dwie teczki męskie (wiecie -
mężczyzna do pracy z teczką chadzał).
Oczywiście to wszystko wywędrowało na tzw. "gabaryty". Poza tym dziś
padło na niszczenie starych dokumentów. Na razie "nadarłam" dwa worki
dokumentów i muszę zrobić przerwę, bo mam dość.
Doszłam do wniosku, że jestem wydajniejsza od mojej niszczarki, która
się zbyt szybko przegrzewa.
Mam jeszcze do przejrzenia dwie bardzo długie półki naładowane na
gęsto, usunięcie całej masy różnych słoików (bez zakrętek, bo gdzieś
wyparowały), wywiezienie rosyjskiej produkcji grzejnika olejowego, łóżka
typu "bolszewik" i łóżka namiotowego o wadze pewnie z 7 kg, pontonu,
który zakupiliśmy dobrze ponad 30 lat temu (wiosła do niego wywaliłam
wczoraj), kilku rakiet tenisowych i pudełek z piłkami.
Na deser zostawiam deseczki, listewki oraz inne dziwne duperele, które
mój drogi mąż pieczołowicie przechowywał, a które zajmują całkiem spore
pudło kartonowe. Lekko licząc to zajmie mi jeszcze ze 3 dni, jak nie dłużej.
Zaczynam się zastanawiać co tam jeszcze na tych półkach się mieści.
A gdy już wszystko powywalam, poukładam to co zachowam, to zamknę
piwnicę i schowam do niej klucz w tylko sobie znane miejsce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)