drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 18 lutego 2013

Kropelki na.... miłość

Każdy z nas jest wielkim kombinatem chemicznym. Pomyślcie tylko -
wszystko co konsumujemy zostaje przez nasz organizm przetworzone na
składniki potrzebne nam do życia.  To mało romantyczne, prawda?
Na domiar złego w roku 1628 angielski fizjolog obalił mit, jakoby
serce było siedliskiem wszelkich uczuć.
To straszne - serce to zwykła pompa do tłoczenia krwi! Wprawdzie
wydajna, niezwykle trwała - czy widzieliście kiedyś pompę, która
działałaby nieprzerwanie przez tyle lat co serce człowieka? - no ale serce
to tylko pompa.
I okazało się, że kochamy nie sercem a mózgiem.
Więc te wszystkie serduszka  "walentynkowe", te serca wyryte na
korze biednych drzew to jedna , wielka ściema. Serce nie ma nic
do naszych uczuć.
Bo kochamy, lubimy, nienawidzimy mózgiem. Myślimy też, choć
prawdę mówiąc czasami mało racjonalnie i zdecydowanie za mało.
I na kartkach "walentynkowych" powinien być wymalowany mózg.
Wyobrazcie sobie- mózg w otoczeniu czerwonych różyczek.  Ekstra
sprawa.

Wracając do mózgu - to osobliwy narząd -wielce wyspecjalizowana
fabryka chemiczna. Wystarczy drobne zakłócenie w wydzielaniu
któregoś z hormonów, zakłócenia w krążeniu substancji chemicznych
pomiędzy komórkami nerwowymi i już są poważne nieprawidłowości
w działaniu mózgu.
Tym wszystkim procesom przyglądają się uważnie  neurobiolodzy i być
 może kiedyś opracują koktajl, którego regularne spożywanie pozwoli
nam uzyskać stan zakochania.
Już dziś wiadomo, że mieszanka dopaminy z noradrenaliną  powoduje
miłość namiętną i pełną euforii. Dodatek fenyloetyloaminy sprawia,
że wielbimy obiekt miłości bez względu na  jego wady.
Gdy do tego wszystkiego dojdzie duża ilość monoaminooksydazy i
wazopresyny mamy zapewnioną stałość uczuć, a odrobina oksytocyny
wyostrzy nasze zmysły i spotęguje uczucie rozkoszy.
Jakie to proste- prawda?
Nie wiadomo jednak, czy taki koktajl nie  znalazłby się na liście
środków zabronionych, bo miłosne zadurzenie bywa również
porównywane do poważnych kryzysów psychicznych zaburzających
codzienne nasze funkcjonowanie i wypaczających rzeczywistość.

Na razie  takiej mieszanki nigdzie nie wyprodukowano, ale pomyślcie-
kiedyś nie było syntetycznych leków hormonalnych, a teraz są.
Dobry lekarz endokrynolog jest  teraz w stanie zniwelować niedobór
niektórych hormonów, który powoduje różne stany chorobowe.

 A może kiedyś takie  "kropelki na miłość" będą zapisywane stadłom,
które są bliskie rozpadu?


Ciekawych odsyłam do Polityki nr 7/2013r.

czwartek, 14 lutego 2013

Walentynki.....

... a ja od wczoraj chodzę  nabuzowana  i zła jak osa.
Ze trzy tygodnie  temu miałam kłopot z akumulatorem. Postało sobie nasze
autko kilka dni na mrozie  i padł roczny akumulator.
No cóż, niby normalka, jak  masz dzieci i samochód to wiadomo, że masz
kłopot,  jak mawia  moja koleżanka.
Akumulator został  naładowany, akcelerator sprawdzony, wszystko było
dobrze.
Do wczoraj - gdy już rano z lekka  oprzytomniałam, postanowiliśmy ze
ślubnym pojechać na cotygodniowe zakupy i jeszcze kilka spraw  po drodze
załatwić.
Sprężyłam się, zrobiłam listę zakupów i spraw do załatwienia,  wytaszczyłam
michę dla kotów , pomiziałam czarnego, bo się łasił i rozsiadłam się
wygodnie w autku. Ślubny przekręcił kluczyk i rozległo się cichuteńkie
"pssss" i.... cześć- akumulator znów padnięty. No normalnie  wściekłość mnie
 ogarnęła . Po telefonie mieli  dowiezć nam  zasilanie w ciągu godziny. Dowiezli
dziś - w efekcie samochód stoi w warsztacie. Głównym podejrzanym jest
alarm, który prawdopodobnie się zbiesił i ma gdzieś przebicie. Ja zupełnie nie
rozumiem po jaką nagłą cholerę ten alarm jest zainstalowany - gdy zacznie
wyć to ani my, ani nikt inny złodzieja nie dorwie.Tłumaczyłam do mężowi 100
 razy, ale on uparty  bo zawsze miał alarm, więc niech dalej będzie.
Dziś załadują akumulator, na wszelki wypadek odetną alarm i może wreszcie
będzie spokój.
No i jak mam w tych warunkach świętować Walentynki??? Zresztą mój mąż
nie uznaje Walentynek, podobnie jak Dnia Kobiet. Matki, Babci, Dziadka.

Ale tym wszystkim , którzy dziś świętują życzę
                       Wesołych Walentynek

wtorek, 12 lutego 2013

Ktoś wymyślił.....

......karnawał , ostatki i na dodatek Bal  Kostiumowy.
Jak widać moje krasnoludki nie są tym zachwycone,  zwłaszcza
młodszy.
Starszy już "zahartowany" w takich imprezach.
W ubiegłym roku starszy robił za papugę, a mały był jeszcze
za mały na przebieranki.

A ja nadal eksperymentuję i wygląda to tak:
Jakoś bardzo mnie pociąga "drutowanie" kamyków.

Poza tym zrobiłam jesienny liść jako broszkę, centralnym
punktem jest agat Bostwana:
No i mały eksperyment- połączenie szkła weneckiego ze skórką
i sieczką z mokaitu:

Ale podkusiło mnie jeszcze zrobienie czegoś "od czuba"- znów
skórka, małe koraliki i dwa kółka, niczym zwinięte w kłębek
śpiące koty:


A teraz     UWAGA!    UWAGA!
Mam nadzieję, że poznajecie  - to broszka zrobiona przez Alinę. I właśnie
dziś do mnie dotarła. Jest śliczna, uniwersalna i będzie przeze mnie
mocno eksploatowana.
Alinko - jeszcze raz dziękuję!!!!
Alinka robi naprawdę śliczne i ciekawe rzeczy więc zróbcie klik
i podziwiajcie Jej prace.





niedziela, 10 lutego 2013

Okazało się.....

że jestem opózniona w rozwoju - i to wielce opózniona.
Kilka tygodni temu usłyszałam melodię pt. "Albatros". Jest to utwór
instrumentalny, trwa raptem 3 minuty z kawalątkiem. Ogromnie mi się
spodobał, ale zupełnie nie dotarło do mnie jaki zespół to grał.
W końcu wczoraj postanowiłam poszukać w Google. Wrzuciłam frazę
"utwór muzyczny albatros" i.....rewelka- znalazłam. I teraz już wiem- utwór
"Albatross", wykonywany przez zespół Fleetwood Mac, a jest z ich albumu
"The definitive 60's".
Przy okazji "odkryłam", że zespół jest niemal tak młody jak ja, tylko jakimś
cudem nigdy go nie słyszałam.
Ale zrobiłam sobie od razu "nockę z zespołem Fleetwood Mac" i dziś ledwo
na oczy patrzę.

Poza tym zapózniona jestem w robótkach. Znów wena poszła na wagary.
I nawet nie powiedziała na odchodne, że kiedyś wróci.
Nim odleciała w nieznane, zdążyłam wydłubać zaczętą przez kogoś różę
w bursztynie.Dostałam ten piękny bursztyn od Joter i bardzo  długo nie
miałam odwagi do wydłubania jej do końca. Bursztyn jest dość kapryśny
w obróbce - namorduje się człowiek, namorduje, a ten, znudzony obróbką
potrafi nagle się rozpaść. I teraz różyczka wygląda tak:
Poza tym zrobiłam kolejną ważkę:
I odrutowałam kilka kamyków drucikiem srebrzonym oraz
miedzianym:
A teraz wpatruję się tępym wzrokiem w leżące przede mną szkło
weneckie i czuję pustkę w głowie - całkowitą. Zamykam oczy i
jedyne co widzę to śnieżna pustynia - to chyba  Antarktyda.



czwartek, 7 lutego 2013

Mix

Zasypało nas na biało, a już na niektórych blogach czytałam, że wiosna
już stuka do drzwi.
Podobno dziś po mieście krążyło  179 pługopiaskarek. Jedną to nawet
osobiście widziałam.
W każdym razie paskudnie się dziś  jezdziło i chodziło. Gdy wracałam
do domu około 20-tej to na własnym osiedlu czułam się niemal   tak,
jakbym była daleko, daleko za miastem. Śniegu multum, drzewa, krzewy,
samochody, żywopłoty- wszystko oblepione dokładnie śniegiem.
Wygląda to bajecznie, tylko zaczęło być ślisko.

         Widok na "moją" uliczkę.


Zdziwiły mnie dwie wiadomości - po terenie  Warszawy buszują .... dziki,
a  jest ich około 300 sztuk. Najlepiej odpowiada im prawobrzeżna część
miasta - Targówek, Wawer i ...okolice Stadionu Narodowego.
Oprócz dzików dzielnica Targówek może się też pochwalić bobrami.
I z tymi bobrami to jest kłopot - niszczą tereny w pobliżu Kanału
Żerańskiego, ale są pod ochroną i nie wolno ich stamtąd tak zwyczajnie
przepędzić., chociaż dewastują okolicę.
Tak wygląda sytuacja, gdy  człowiekowi się zdaje, że potrafi "zarządzać"
przyrodą.
W wielu miejscach w  Polsce bobry  bardzo zwiększyły swą liczebność
i teraz powodują szkody, za które potem poszkodowani rolnicy dostają
odszkodowania - z naszych podatków.
Przesiedlenie bobrów to  wcale nie jest prosta sprawa, bo trzeba im
wynalezć nowe miejsce, umiejętnie towarzystwo wyłapać i w odpowiednich
warunkach przetransportować.
Jeśli się jeszcze bardziej rozmnożą to może będziemy organizować
"odstrzał kontrolowany" dla obcokrajowców?
Ja już mam nawet pomysł - można organizować "Obozy dla  traperów".
Urządzone byłyby w oparciu o lekturę książek Londona, Curwooda
czy też Karola Maya. Mogłabym  wtedy produkować indiańskie
ozdoby z koralików i torebki-amulety.
                                          ****
Jeżeli myślicie, że tylko USA mają superwulkan "na wyposażeniu", to się
bardzo mylicie. Europa też ma takowy. I gdyby doszło do jego erupcji
to mogłaby nastąpić zagłada cywilizacji w Europie.
Bo wybuch Wezuwiusza, który zniszczył Herkulanum, Pompeje i
Stabie, zatruł i udusił tysiące ludzi to niemal nic wobec tego, co może
zrobić aktywny, szeroki na 6,4 km zatopiony pod powierzchnią  morza
superwulkan  Campi di  Flegrei.
Spójrzcie przy okazji na mapę Włoch - Neapol  leży pomiędzy dwoma
wulkanami - po prawej stronie ma Wezuwiusz, który jest na mapach
widoczny, po lewej stronie Campi di  Flegrei ukryty w wodach Zatoki
di Pozzuoli.
Naukowcy obliczają, że może to być eksplozja 200 razy silniejsza od
wybuchu islandzkiego wulkanu Eyjafjallajokull.
Pomyślałam sobie, że powiedzenie "zobaczyć Neapol i umrzeć" ma w tym
układzie rację bytu.
Na razie 25-osobowa grupa naukowców monitoruje cały teren. Mają
nadzieję, że może uda się na czas ewakuować mieszkańców Neapolu
i okolic.
O tym superwulkanie wyczytałam w 2 nr mies."Nieznany Świat".

środa, 6 lutego 2013

Nie doceniłam....

....że przedstawiciel pewnej kolorowej sieci komórkowej chce za wszelką
cenę zrobić mi dobrze i w tym właśnie celu obudził mnie z rana.
Otóż  ów miły człowiek przez ponad 15 minut tłumaczył mi ze swadą, że
moja kolorowa sieć komórkowa  , pragnie mi zmienić mój dotychczasowy
abonament, bo jest on przestarzały i niegodny tak miłej i pożądanej dla owej
sieci osoby - czyli mnie. Gdy nadeszła chwila, by człowiek nabrał oddechu,
skorzystałam  z tego faktu, by mu  uświadomić, że mnie jest dobrze z tą
dotychczasową taryfą i jakoś nie widzę   nic korzystnego w fakcie, że nowa
taryfa byłaby powiązana z podwyższeniem o 10 zł miesięcznie opłaty za
abonament.  Poza tym mnie zupełnie wystarcza dotychczasowa opcja
darmowych połączeń, nawet tego co mam nie jestem w stanie przegadać.
Niezrażony moją "ignorancją" człowiek zaczął mi tłumaczyć, że przecież
dzięki zmianie "przestarzałego abonamentu" zyskam więcej darmowych
rozmów, co jest dla mnie wszak najlepsze.
Gdy znów zrobił przerwę na nabranie kolejnego oddechu, skorzystałam
z tej okazji i powiedziałam najsłodszym głosem na jaki mogłam się
zdobyć, że jedyną korzyść odniesie w takim  wypadku moja sieć
komórkowa a nie ja.
Pan poczuł się tak  dotknięty tym powiedzeniem, że w kilka sekund
zakończył rozmowę.
I tym sposobem mam starą taryfę i 80 minut darmowych w abonamencie.

Mam nadzieję, że ten łowca naiwnych nie upolował dziś nikogo.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Niektórzy.....

......to są po prostu łamagi, a wśród nich prym wiodę ja.
Nie lubię schodów (jest to wzajemna antypatia), więc wybrałam
z pełną świadomością  mieszkanie na  parterze.
Schodów  do pokonania mam zaledwie  siedem, więc nim one się
zorientują, że to ja po nich depczę i można mi wyciąć jakiś szpetny numer,
zdążę je  pokonać. Logiczne, prawda?
Ale schody rzadko kiedy kierują się logiką, a ja -rozsądkiem.
Jak już kiedyś pisałam, dokarmiam koty, bezdomne.
Tym,  którzy doskonale wiedzą,  że kot i ja pod jednym dachem to
absurd i dziwią się, że to robię,  nie staram się nawet  wytłumaczyć
czemu to robię.
W piątek postanowiłam sobie nieco usprawnić własne działanie i nie  pętać
się po tych schodach kilka razy - wzięłam: talerzyk pełny po brzegi
kociego żarcia (królik z łososiem), worki ze śmieciami do wyrzucenia,
siatkę na zakupy i klucze do śmietnika.
Udało mi się bez problemu pokonać nasze podwójne drzwi, nawet je
za sobą zamknąć. Potem, wpatrzona w pełniutki po brzegi talerzyk
pokonałam 1 schodek, drugi - zawartość talerzyka bardzo chciała go
opuścić, potem nawet trzeci i czwarty. Siłą wzroku utrzymywałam
zawartośc talerzyka na miejscu, przeklinając w duszy siebie za głupotę -
przecież mogłam dać to do miseczki.
I w tym momencie schody zorientowały się,  że  to ja się nimi wlokę -
wykręciły mi stopę.  Dobrze, że mnie z siebie nie zrzuciły- a mogły.
Jakimś cudem utrzymałam się niemal w pionie i nawet kociego żarcia
nie wywaliłam na schody.
Wykuśtykałam przed dom, "pokiciałam" na koty, dałam jeść i zawróciłam
do  mieszkania.
Wchodząc po tych wrednych schodkach widziałam cały Kosmos, pełen
 gwiazd.
Oczywiście śmiecie  wróciły do domu, zakupów nie zrobiłam. A ślubny
doszedł do wniosku, że zapomniałam  pójść do śmietnika i sklepu.
Następne dwa dni przeleżałam z okładami, maściami itp.

Znalazłam kurację odtruwającą organizm z toksyn, czyli wstęp do
odchudzania, wymyślony cztery tysiące lat temu przez Egipcjanki.
Oto ona:
pierwszego dnia zjadamy na czczo 1 suszoną figę. Każdego następnego
dnia zwiększamy o 1 sztukę zjadaną na czczo figę, aż dojdziemy do
7 sztuk, spożytych na czczo.
Przez następne 14 dni każdy dzień rozpoczynamy od zjedzenia 7 fig
przed śniadaniem.
Po tych 14 dniach zaczynamy  zmniejszanie o jedną sztukę ilość
zjadanych fig. Kurację kończymy 28 dnia zjadając jedną figę.
Przez cały czas wypijamy dziennie minimum 4 filiżanki zielonej herbaty.
Po tej kuracji poprawia się stan skóry, paznokci i włosów oraz poprawia
się "linia" .
Kuracja jest nie tylko odtruwająca, poprawia też metabolizm.

Nie  sprawdziłam do końca działania tej kuracji - jak dla mnie to za
dużo błonnika. Załamałam się na  4 figach dziennie - nie za bardzo
mogłam opuszczać domowe pielesze.