Po pierwsze to dostałam psa - jamnika. Tym razem jest to jamnik
krótkowłosy. Ze świetnej hodowli u Joanny.
Jest bardzo grzeczny, ale widać , że rozpieszczony.
Joanna zrobiła mi tym jamnikiem cudowną niespodziankę -to
osoba, która najwyrazniej czyta w myślach.
Popatrzcie na niego, jak go nie pokochać???
Z jakichś względów doszedł do wniosku, że najlepiej jest
pobawić się moją bransoletką z howlitu.
****
A tu prezentuję to, co można robić w czasie nocy, gdy zamiast
spania trzeba czuwać. Robiąc ten naszyjnik spędziłam
noc z czwartku na piątek.
Oczywiście nie jest to jeszcze skończony naszyjnik. To dopiero
połowa pracy. Teraz muszę dać podkład, obrębić całość
koralikami no i upleść jakiś "sznurek" i zapięcie.
Ponieważ bałam się, że czytając przysnę, zabrałam się za koraliki.
Przyczyna mej zarwanej nocy dość prozaiczna - mąż dostał bardzo
wysokiej gorączki i musiałam mu ściągać temperaturę starymi,
domowymi sposobami, czyli okładami. Niestety jest w grupie
osób, którym z uwagi na schorzenia i brane leki nie można podać
aspiryny lub paracetamolu a jednocześnie nie można dopuścić by
temperatura przekraczała 38,5., co udało mi się z wielkim trudem,
a temperatura dochodziła mu do 39,5.
W piątek musiałam wezwać do domu lekarza- oczywiście prywatnie.
Niestety lekarka nie wiedziała co to jest, ale wykluczyła płuca i
ewentualnie zapalenie wsierdzia. Zapisała antybiotyk, pochwaliła ,że
dobrze ściągałam gorączkę i pojęczała, że ma związane ręce przy
tych lekach i jego stanie zdrowia.
Antybiotyk kosztował grosze, poniżej 10 zł, ale za wizytę zapłaciłam
równiutko 200 zł.
No ale mnie pochwaliła, to też coś warte, no nie?
drewniana rzezba
niedziela, 3 marca 2013
czwartek, 28 lutego 2013
Kocham pana.....
panie Planck! I choć od 1947 roku jest pan gdzieś w innym wymiarze,
zakochałam się w pana teorii kwantowej.
Dzięki niej, pana następcy, fizycy i astrofizycy interpretują Wszechświat.
A przecież jesteśmy cząstką tego Wszechświata.
Podobnie jak on jesteśmy zbudowani z komórek, które są złożone
z oszałamiającej wprost liczby atomów i cząstek elementarnych, ich
istnienie polega na stałym ruchu i wymianie informacji, które są
zawarte w otaczającym nas powietrzu, którym oddychamy, pokarmie,
który spożywamy, wodzie, którą pijemy.I wszystkie te atomy posiadają
informacje znajdujące się we Wszechświecie. Pobieramy je i wydalamy,
biorąc udział w wielkim procesie Brania i Dawania.
I biorą w tym procesie udział wszystkie żywe organizmy.
Fizyk Jean E.Charon, uważany za największego znawcę teorii kwantów,
napisał książkę "Duch Materii". Wg J.E.Charona w każdym z nas jest
cząstka tych wszystkich, którzy odeszli - Buddy, Jezusa, Einsteina.
I raczej nie jest to mrzonka - współczesne badania ludzkiego ciała z
wykorzystaniem radioaktywnych izotopów potwierdzają tę teorię.
Jeżeli ktoś z Was interesował się buddyzmem z pewnością zetknął
się ze sformułowaniem, że każdy z nas jest....bogiem. I w świetle
teorii kwantów ma to nawet sens.
Niektórzy fizycy uważają, że Wielki Wybuch, który nastąpił ponad
13 miliardów lat temu powiązał ze sobą Kosmos i dzięki temu
może on się ze sobą porozumiewać. I wielu z nich uważa, że ludzka
świadomość może egzystować w związku z tym poza ciałem, bo
jest powiązana z Kosmosem. A więc chyba jesteśmy w pewien
sposób nieśmiertelni.
Profesor Roman Schnabel z hanowerskiego Instytutu Maxa Plancka
uważa, że wszyscy pochodzimy z pyłu gwiazdowego, a myśli ludzkie
są informacjami kwantowymi.
Sekunduje mu pogląd amerykańskiego fizyka, prof.Amit Goswami'ego,
który jest zdania, że pozostajemy w stałym związku z każdym
dowolnym punktem Wszechświata.
Amerykański fizyk Jack Sarfati uważa, że fizyka kwantowa jest kluczem
do rozwiązania zagadnienia dualizmu ciała i duszy.Wg niego każda nasza
myśl, każde działanie gromadzimy nie tylko we własnym mózgu ale
i we Wszechświecie.
Teorii powstaje coraz więcej, wysnuwają je nie tylko fizycy i astrofizycy,
pracują nad tym zagadnieniem i neurobiolodzy, neurofizjolodzy i ...
filozofowie. Pytań jest coraz więcej : czy nasz mózg pracuje jak kwantowy
komputer? Czy Wszechświat jest ogromnym mózgiem? Czy świadomość
egzystuje również poza ciałem?
Czy świadomość jest tylko elektrochemicznym procesem zachodzącym
w naszym mózgu? Na jakiej zasadzie te procesy są przeprowadzane przez
nasz mózg? Dlaczego podczas hipnozy w każdej niemal sekundzie są
przywoływane zdarzenia z naszego życia? Jak to jest biologicznie mozliwe,
że mózg ludzki, w wieku 70 lat magazynuje ponad 280 trylionów
informacyjnych bitów? A może wcale ich nie składuje, ale wysyła do
"magazynu", którym jest Wszechświat i stamtąd, w razie potrzeby, je
pobiera? A może Wszechświat to rodzaj ogromnego komputera?
Pytania się mnożą i być może, że każdy dzień przybliża nas do poznania
na nie odpowiedzi.
A póki co, ciekawych odsyłam do artykułu Jacka Lewandowskiego
zamieszczonego w numerze 3 mies. "Nieznany Świat".
Wierzcie mi, warto przeczytać bez względu na światopogląd i stopień
wiedzy z dziedziny fizyki.
zakochałam się w pana teorii kwantowej.
Dzięki niej, pana następcy, fizycy i astrofizycy interpretują Wszechświat.
A przecież jesteśmy cząstką tego Wszechświata.
Podobnie jak on jesteśmy zbudowani z komórek, które są złożone
z oszałamiającej wprost liczby atomów i cząstek elementarnych, ich
istnienie polega na stałym ruchu i wymianie informacji, które są
zawarte w otaczającym nas powietrzu, którym oddychamy, pokarmie,
który spożywamy, wodzie, którą pijemy.I wszystkie te atomy posiadają
informacje znajdujące się we Wszechświecie. Pobieramy je i wydalamy,
biorąc udział w wielkim procesie Brania i Dawania.
I biorą w tym procesie udział wszystkie żywe organizmy.
Fizyk Jean E.Charon, uważany za największego znawcę teorii kwantów,
napisał książkę "Duch Materii". Wg J.E.Charona w każdym z nas jest
cząstka tych wszystkich, którzy odeszli - Buddy, Jezusa, Einsteina.
I raczej nie jest to mrzonka - współczesne badania ludzkiego ciała z
wykorzystaniem radioaktywnych izotopów potwierdzają tę teorię.
Jeżeli ktoś z Was interesował się buddyzmem z pewnością zetknął
się ze sformułowaniem, że każdy z nas jest....bogiem. I w świetle
teorii kwantów ma to nawet sens.
Niektórzy fizycy uważają, że Wielki Wybuch, który nastąpił ponad
13 miliardów lat temu powiązał ze sobą Kosmos i dzięki temu
może on się ze sobą porozumiewać. I wielu z nich uważa, że ludzka
świadomość może egzystować w związku z tym poza ciałem, bo
jest powiązana z Kosmosem. A więc chyba jesteśmy w pewien
sposób nieśmiertelni.
Profesor Roman Schnabel z hanowerskiego Instytutu Maxa Plancka
uważa, że wszyscy pochodzimy z pyłu gwiazdowego, a myśli ludzkie
są informacjami kwantowymi.
Sekunduje mu pogląd amerykańskiego fizyka, prof.Amit Goswami'ego,
który jest zdania, że pozostajemy w stałym związku z każdym
dowolnym punktem Wszechświata.
Amerykański fizyk Jack Sarfati uważa, że fizyka kwantowa jest kluczem
do rozwiązania zagadnienia dualizmu ciała i duszy.Wg niego każda nasza
myśl, każde działanie gromadzimy nie tylko we własnym mózgu ale
i we Wszechświecie.
Teorii powstaje coraz więcej, wysnuwają je nie tylko fizycy i astrofizycy,
pracują nad tym zagadnieniem i neurobiolodzy, neurofizjolodzy i ...
filozofowie. Pytań jest coraz więcej : czy nasz mózg pracuje jak kwantowy
komputer? Czy Wszechświat jest ogromnym mózgiem? Czy świadomość
egzystuje również poza ciałem?
Czy świadomość jest tylko elektrochemicznym procesem zachodzącym
w naszym mózgu? Na jakiej zasadzie te procesy są przeprowadzane przez
nasz mózg? Dlaczego podczas hipnozy w każdej niemal sekundzie są
przywoływane zdarzenia z naszego życia? Jak to jest biologicznie mozliwe,
że mózg ludzki, w wieku 70 lat magazynuje ponad 280 trylionów
informacyjnych bitów? A może wcale ich nie składuje, ale wysyła do
"magazynu", którym jest Wszechświat i stamtąd, w razie potrzeby, je
pobiera? A może Wszechświat to rodzaj ogromnego komputera?
Pytania się mnożą i być może, że każdy dzień przybliża nas do poznania
na nie odpowiedzi.
A póki co, ciekawych odsyłam do artykułu Jacka Lewandowskiego
zamieszczonego w numerze 3 mies. "Nieznany Świat".
Wierzcie mi, warto przeczytać bez względu na światopogląd i stopień
wiedzy z dziedziny fizyki.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Mix
Odreagowałam ból kolana w taki sposób:
I zrobiłam drugą wersję kotów na gałęzi:
A dziś zrobiłam eksperyment kulinarny.
Jestem od kilku tygodni na diecie bezglutenowej, choć wcale nie mam
celiakli. Ale nie da się ukryć , że znacznie lepiej się czuję.
A dziś postanowiłam upiec chleb bezglutenowy w automacie.
Zakupiłam mąkę bezglutenową, przestudiowałam przepis ( na opakowaniu),
załadowałam wszystko wg wytycznych, włączyłam wypiekacz i zaczęłam
czekać na efekty. Maszyna kręciła, kręciła, kręciła i kręciła w nieskończoność
składniki. Jak dla mnie robiła to zdecydowanie zbyt długo, a zawartość
pojemnika wciąż przypominała konsystencją masę na kotlety mielone.
Wreszcie dotarło do mnie, że mój wypiekacz do chleba nie ma opcji Gluten
free i prędzej zatrze się silnik mieszadła niż konsystencja zawartości
pojemnika będzie taka, by spełniała warunki programu "basic", który mam
włączony.
A ustrojstwo jest tak zaprogramowane, że będzie tak długo pracowało aż
osiągnie dobrze wyrobiony bochenek surowego ciasta , a nie taką paciaję.
Koniec końców zawartość pojemnika przełożyłam do normalnej formy,
załadowałam do piecyka i upiekłam jak zwykłe ciasto.
Efekt nieco mnie poraził- jeszcze nic mi tak w życiu nie urosło, ale smakowo
ten wyrób jest w porządku.
I wygląda to tak:
A dziś , skoro już pichcę bezglutenowo, mam zamiar zrobić naleśniki z mąki
ciecierzycowej. Ciekawa jestem co mi z tego wyjdzie. Kiedyś robiłam placki
z gotowanych kartofli i tej właśnie mąki i smażyłam je na maśle klarowanym.
Było to proste i naprawdę smaczne no i bezglutenowe. Ślubnemu też te
placuszki smakowały. Mam podejrzenie, że można też zrobić z tą mąką
placki kartoflane z surowych kartofli. Gdy wypróbuję to "sprawozdam".
Miłego przed- przedwiośnia wszystkim życzę. U mnie śnieg się topi, ale nic
wiosennego w tym nie widzę. Ponurość straszliwa.
I zrobiłam drugą wersję kotów na gałęzi:
A dziś zrobiłam eksperyment kulinarny.
Jestem od kilku tygodni na diecie bezglutenowej, choć wcale nie mam
celiakli. Ale nie da się ukryć , że znacznie lepiej się czuję.
A dziś postanowiłam upiec chleb bezglutenowy w automacie.
Zakupiłam mąkę bezglutenową, przestudiowałam przepis ( na opakowaniu),
załadowałam wszystko wg wytycznych, włączyłam wypiekacz i zaczęłam
czekać na efekty. Maszyna kręciła, kręciła, kręciła i kręciła w nieskończoność
składniki. Jak dla mnie robiła to zdecydowanie zbyt długo, a zawartość
pojemnika wciąż przypominała konsystencją masę na kotlety mielone.
Wreszcie dotarło do mnie, że mój wypiekacz do chleba nie ma opcji Gluten
free i prędzej zatrze się silnik mieszadła niż konsystencja zawartości
pojemnika będzie taka, by spełniała warunki programu "basic", który mam
włączony.
A ustrojstwo jest tak zaprogramowane, że będzie tak długo pracowało aż
osiągnie dobrze wyrobiony bochenek surowego ciasta , a nie taką paciaję.
Koniec końców zawartość pojemnika przełożyłam do normalnej formy,
załadowałam do piecyka i upiekłam jak zwykłe ciasto.
Efekt nieco mnie poraził- jeszcze nic mi tak w życiu nie urosło, ale smakowo
ten wyrób jest w porządku.
I wygląda to tak:
A dziś , skoro już pichcę bezglutenowo, mam zamiar zrobić naleśniki z mąki
ciecierzycowej. Ciekawa jestem co mi z tego wyjdzie. Kiedyś robiłam placki
z gotowanych kartofli i tej właśnie mąki i smażyłam je na maśle klarowanym.
Było to proste i naprawdę smaczne no i bezglutenowe. Ślubnemu też te
placuszki smakowały. Mam podejrzenie, że można też zrobić z tą mąką
placki kartoflane z surowych kartofli. Gdy wypróbuję to "sprawozdam".
Miłego przed- przedwiośnia wszystkim życzę. U mnie śnieg się topi, ale nic
wiosennego w tym nie widzę. Ponurość straszliwa.
piątek, 22 lutego 2013
A więc......
.....kolano mi wysiadło, zostały jeszcze 2 półki do "obróbki", ale dałam
sobie na luz.
Tym razem mam większy kłopot z siedzeniem niż chodzeniem. Muszę
tę nogę mieć na wysokości siedziszcza. Paranoja.
Jak zapewne pamiętacie wisi nade mną widmo remontu mieszkania - ale
po instalacji nowych okien w jednej połowie mieszkania nabrałam do tej
sprawy super niechęci. Bo zrobili te okna na "odwal się" i dotarło do
mnie, że teraz każdy tak robi.
Dziś podpisaliśmy umowę o instalację następnych okien, ale tym
razem już z inną firmą. Poza tym oni zrobią nam część mebli do kuchni,
które są z założenia nietypowe. To trzęsienie ziemi będzie pewnie po
świętach, chyba , że zrobi się nagle upał. Nie mam ochoty znowu marznąć
tak jak poprzednio.
Na początku grudnia miał do nas przyjść i omówić zakres i koszt prac
pewien pan "M". Na początku stycznia ślubny go zdybał telefonicznie
i pan "M" miał "wpaść któregoś dnia". Nie wpadł, widocznie wpadać
nie lubi.
Dziś zatelefonował, że póki co to jedzie na "roboty do Niemiec", a jak
wróci to będzie. Jak nie wróci to da kogoś na zastępstwo.
Rozbawiło mnie to, bo właśnie dziś już nam polecono kogoś innego.
Ale nic mu o tym nie powiedziałam. Wpierw się dowiem co i za ile
wykona ten drugi człowiek.
Zakupiłam album z reprodukcjami Alfonsa Muchy. Nie mogę się
wprost napatrzeć na jego plakaty i obrazy. Jeden album już mam ale
ten jest dużo obszerniejszy, ma około 700 stron. Pewnie dam go
w prezencie córce.
I zaraz zachciało mi się coś wyhaftować, muliną, nie koralikami. Bo
ja bardzo lubię haftować.
U mnie wiszą 4 wykonane przeze mnie hafty, wg witraży Tifanny'ego.
Są z cyklu "cztery pory roku".
wiosna
lato
jesień
zima
Mam jeszcze wyhaftowany obraz A. Muchy "Lato" i ciągoty żeby
jeszcze coś Muchy wyhaftować.
sobie na luz.
Tym razem mam większy kłopot z siedzeniem niż chodzeniem. Muszę
tę nogę mieć na wysokości siedziszcza. Paranoja.
Jak zapewne pamiętacie wisi nade mną widmo remontu mieszkania - ale
po instalacji nowych okien w jednej połowie mieszkania nabrałam do tej
sprawy super niechęci. Bo zrobili te okna na "odwal się" i dotarło do
mnie, że teraz każdy tak robi.
Dziś podpisaliśmy umowę o instalację następnych okien, ale tym
razem już z inną firmą. Poza tym oni zrobią nam część mebli do kuchni,
które są z założenia nietypowe. To trzęsienie ziemi będzie pewnie po
świętach, chyba , że zrobi się nagle upał. Nie mam ochoty znowu marznąć
tak jak poprzednio.
Na początku grudnia miał do nas przyjść i omówić zakres i koszt prac
pewien pan "M". Na początku stycznia ślubny go zdybał telefonicznie
i pan "M" miał "wpaść któregoś dnia". Nie wpadł, widocznie wpadać
nie lubi.
Dziś zatelefonował, że póki co to jedzie na "roboty do Niemiec", a jak
wróci to będzie. Jak nie wróci to da kogoś na zastępstwo.
Rozbawiło mnie to, bo właśnie dziś już nam polecono kogoś innego.
Ale nic mu o tym nie powiedziałam. Wpierw się dowiem co i za ile
wykona ten drugi człowiek.
Zakupiłam album z reprodukcjami Alfonsa Muchy. Nie mogę się
wprost napatrzeć na jego plakaty i obrazy. Jeden album już mam ale
ten jest dużo obszerniejszy, ma około 700 stron. Pewnie dam go
w prezencie córce.
I zaraz zachciało mi się coś wyhaftować, muliną, nie koralikami. Bo
ja bardzo lubię haftować.
U mnie wiszą 4 wykonane przeze mnie hafty, wg witraży Tifanny'ego.
Są z cyklu "cztery pory roku".
wiosna
lato
jesień
zima
Mam jeszcze wyhaftowany obraz A. Muchy "Lato" i ciągoty żeby
jeszcze coś Muchy wyhaftować.
środa, 20 lutego 2013
Przesprzątałam się
Czy Wam też się niesamowicie kurzą książki na półkach? Znów musiałam
zabrać się za wycieranie książek i mycie półek, na których stoją.
To strasznie męczące zajęcie. Wczoraj po obskoczeniu zaledwie trzech
półek książek i trzech półek z durnostojkami padłam jak nieboszczka.
Dziś naiwnie pomyślałam, że jeżeli coś stoi w gablotce oszklonej to się
zdecydowanie mniej kurzy - niestety zdecydowanie tak samo.
A ponieważ mam jakieś uczulenie na rękawice"robocze" to teraz mi skóra
złazi z paluszków. Bo każdą jedną książkę przecierałam wilgotną
ściereczką wypłukaną w roztworze "czegoś" do mycia.
Gdy instalowali nam nowe okna, to choć wszystko było osłonięte folią, to
z niesmakiem dziś odkryłam, że jednak nie było to dobre zabezpieczenie.
Patrzę na te wszystkie regały z książkami i sama siebie ochrzaniam, po co
mi tyle książek?.
Marzy mi się mebel na książki, który jest dwurzędowym, szczelnym,
oszklonym regałem.
To całkiem dobry patent - do ściany przylega jeden rząd regałów,
zajmując całą długość ściany, przed nim jest drugi rząd, krótszy o
jeden regał i ten rząd jest przesuwany na kółkach.
Razem mają głębokość 60 cm. Niestety nigdzie czegoś takiego nie
widziałam u nas. A obawiam się, że zrobienie tego na zamówienie będzie
piekielnie drogie.
Jutro dalsze mycie książek i półek. Potem czeka mnie sprzątanie w szafach,
bo ostatnio zrobił mi się w niektórych szafach pełny automat - otwieram
drzwi i......wszystko ląduje na podłodze. Masakra.
Reasumując to - nieco mniej mnie tu będzie.
zabrać się za wycieranie książek i mycie półek, na których stoją.
To strasznie męczące zajęcie. Wczoraj po obskoczeniu zaledwie trzech
półek książek i trzech półek z durnostojkami padłam jak nieboszczka.
Dziś naiwnie pomyślałam, że jeżeli coś stoi w gablotce oszklonej to się
zdecydowanie mniej kurzy - niestety zdecydowanie tak samo.
A ponieważ mam jakieś uczulenie na rękawice"robocze" to teraz mi skóra
złazi z paluszków. Bo każdą jedną książkę przecierałam wilgotną
ściereczką wypłukaną w roztworze "czegoś" do mycia.
Gdy instalowali nam nowe okna, to choć wszystko było osłonięte folią, to
z niesmakiem dziś odkryłam, że jednak nie było to dobre zabezpieczenie.
Patrzę na te wszystkie regały z książkami i sama siebie ochrzaniam, po co
mi tyle książek?.
Marzy mi się mebel na książki, który jest dwurzędowym, szczelnym,
oszklonym regałem.
To całkiem dobry patent - do ściany przylega jeden rząd regałów,
zajmując całą długość ściany, przed nim jest drugi rząd, krótszy o
jeden regał i ten rząd jest przesuwany na kółkach.
Razem mają głębokość 60 cm. Niestety nigdzie czegoś takiego nie
widziałam u nas. A obawiam się, że zrobienie tego na zamówienie będzie
piekielnie drogie.
Jutro dalsze mycie książek i półek. Potem czeka mnie sprzątanie w szafach,
bo ostatnio zrobił mi się w niektórych szafach pełny automat - otwieram
drzwi i......wszystko ląduje na podłodze. Masakra.
Reasumując to - nieco mniej mnie tu będzie.
poniedziałek, 18 lutego 2013
Kropelki na.... miłość
Każdy z nas jest wielkim kombinatem chemicznym. Pomyślcie tylko -
wszystko co konsumujemy zostaje przez nasz organizm przetworzone na
składniki potrzebne nam do życia. To mało romantyczne, prawda?
Na domiar złego w roku 1628 angielski fizjolog obalił mit, jakoby
serce było siedliskiem wszelkich uczuć.
To straszne - serce to zwykła pompa do tłoczenia krwi! Wprawdzie
wydajna, niezwykle trwała - czy widzieliście kiedyś pompę, która
działałaby nieprzerwanie przez tyle lat co serce człowieka? - no ale serce
to tylko pompa.
I okazało się, że kochamy nie sercem a mózgiem.
Więc te wszystkie serduszka "walentynkowe", te serca wyryte na
korze biednych drzew to jedna , wielka ściema. Serce nie ma nic
do naszych uczuć.
Bo kochamy, lubimy, nienawidzimy mózgiem. Myślimy też, choć
prawdę mówiąc czasami mało racjonalnie i zdecydowanie za mało.
I na kartkach "walentynkowych" powinien być wymalowany mózg.
Wyobrazcie sobie- mózg w otoczeniu czerwonych różyczek. Ekstra
sprawa.
Wracając do mózgu - to osobliwy narząd -wielce wyspecjalizowana
fabryka chemiczna. Wystarczy drobne zakłócenie w wydzielaniu
któregoś z hormonów, zakłócenia w krążeniu substancji chemicznych
pomiędzy komórkami nerwowymi i już są poważne nieprawidłowości
w działaniu mózgu.
Tym wszystkim procesom przyglądają się uważnie neurobiolodzy i być
może kiedyś opracują koktajl, którego regularne spożywanie pozwoli
nam uzyskać stan zakochania.
Już dziś wiadomo, że mieszanka dopaminy z noradrenaliną powoduje
miłość namiętną i pełną euforii. Dodatek fenyloetyloaminy sprawia,
że wielbimy obiekt miłości bez względu na jego wady.
Gdy do tego wszystkiego dojdzie duża ilość monoaminooksydazy i
wazopresyny mamy zapewnioną stałość uczuć, a odrobina oksytocyny
wyostrzy nasze zmysły i spotęguje uczucie rozkoszy.
Jakie to proste- prawda?
Nie wiadomo jednak, czy taki koktajl nie znalazłby się na liście
środków zabronionych, bo miłosne zadurzenie bywa również
porównywane do poważnych kryzysów psychicznych zaburzających
codzienne nasze funkcjonowanie i wypaczających rzeczywistość.
Na razie takiej mieszanki nigdzie nie wyprodukowano, ale pomyślcie-
kiedyś nie było syntetycznych leków hormonalnych, a teraz są.
Dobry lekarz endokrynolog jest teraz w stanie zniwelować niedobór
niektórych hormonów, który powoduje różne stany chorobowe.
A może kiedyś takie "kropelki na miłość" będą zapisywane stadłom,
które są bliskie rozpadu?
Ciekawych odsyłam do Polityki nr 7/2013r.
wszystko co konsumujemy zostaje przez nasz organizm przetworzone na
składniki potrzebne nam do życia. To mało romantyczne, prawda?
Na domiar złego w roku 1628 angielski fizjolog obalił mit, jakoby
serce było siedliskiem wszelkich uczuć.
To straszne - serce to zwykła pompa do tłoczenia krwi! Wprawdzie
wydajna, niezwykle trwała - czy widzieliście kiedyś pompę, która
działałaby nieprzerwanie przez tyle lat co serce człowieka? - no ale serce
to tylko pompa.
I okazało się, że kochamy nie sercem a mózgiem.
Więc te wszystkie serduszka "walentynkowe", te serca wyryte na
korze biednych drzew to jedna , wielka ściema. Serce nie ma nic
do naszych uczuć.
Bo kochamy, lubimy, nienawidzimy mózgiem. Myślimy też, choć
prawdę mówiąc czasami mało racjonalnie i zdecydowanie za mało.
I na kartkach "walentynkowych" powinien być wymalowany mózg.
Wyobrazcie sobie- mózg w otoczeniu czerwonych różyczek. Ekstra
sprawa.
Wracając do mózgu - to osobliwy narząd -wielce wyspecjalizowana
fabryka chemiczna. Wystarczy drobne zakłócenie w wydzielaniu
któregoś z hormonów, zakłócenia w krążeniu substancji chemicznych
pomiędzy komórkami nerwowymi i już są poważne nieprawidłowości
w działaniu mózgu.
Tym wszystkim procesom przyglądają się uważnie neurobiolodzy i być
może kiedyś opracują koktajl, którego regularne spożywanie pozwoli
nam uzyskać stan zakochania.
Już dziś wiadomo, że mieszanka dopaminy z noradrenaliną powoduje
miłość namiętną i pełną euforii. Dodatek fenyloetyloaminy sprawia,
że wielbimy obiekt miłości bez względu na jego wady.
Gdy do tego wszystkiego dojdzie duża ilość monoaminooksydazy i
wazopresyny mamy zapewnioną stałość uczuć, a odrobina oksytocyny
wyostrzy nasze zmysły i spotęguje uczucie rozkoszy.
Jakie to proste- prawda?
Nie wiadomo jednak, czy taki koktajl nie znalazłby się na liście
środków zabronionych, bo miłosne zadurzenie bywa również
porównywane do poważnych kryzysów psychicznych zaburzających
codzienne nasze funkcjonowanie i wypaczających rzeczywistość.
Na razie takiej mieszanki nigdzie nie wyprodukowano, ale pomyślcie-
kiedyś nie było syntetycznych leków hormonalnych, a teraz są.
Dobry lekarz endokrynolog jest teraz w stanie zniwelować niedobór
niektórych hormonów, który powoduje różne stany chorobowe.
A może kiedyś takie "kropelki na miłość" będą zapisywane stadłom,
które są bliskie rozpadu?
Ciekawych odsyłam do Polityki nr 7/2013r.
czwartek, 14 lutego 2013
Walentynki.....
... a ja od wczoraj chodzę nabuzowana i zła jak osa.
Ze trzy tygodnie temu miałam kłopot z akumulatorem. Postało sobie nasze
autko kilka dni na mrozie i padł roczny akumulator.
No cóż, niby normalka, jak masz dzieci i samochód to wiadomo, że masz
kłopot, jak mawia moja koleżanka.
Akumulator został naładowany, akcelerator sprawdzony, wszystko było
dobrze.
Do wczoraj - gdy już rano z lekka oprzytomniałam, postanowiliśmy ze
ślubnym pojechać na cotygodniowe zakupy i jeszcze kilka spraw po drodze
załatwić.
Sprężyłam się, zrobiłam listę zakupów i spraw do załatwienia, wytaszczyłam
michę dla kotów , pomiziałam czarnego, bo się łasił i rozsiadłam się
wygodnie w autku. Ślubny przekręcił kluczyk i rozległo się cichuteńkie
"pssss" i.... cześć- akumulator znów padnięty. No normalnie wściekłość mnie
ogarnęła . Po telefonie mieli dowiezć nam zasilanie w ciągu godziny. Dowiezli
dziś - w efekcie samochód stoi w warsztacie. Głównym podejrzanym jest
alarm, który prawdopodobnie się zbiesił i ma gdzieś przebicie. Ja zupełnie nie
rozumiem po jaką nagłą cholerę ten alarm jest zainstalowany - gdy zacznie
wyć to ani my, ani nikt inny złodzieja nie dorwie.Tłumaczyłam do mężowi 100
razy, ale on uparty bo zawsze miał alarm, więc niech dalej będzie.
Dziś załadują akumulator, na wszelki wypadek odetną alarm i może wreszcie
będzie spokój.
No i jak mam w tych warunkach świętować Walentynki??? Zresztą mój mąż
nie uznaje Walentynek, podobnie jak Dnia Kobiet. Matki, Babci, Dziadka.
Ale tym wszystkim , którzy dziś świętują życzę
Wesołych Walentynek
Ze trzy tygodnie temu miałam kłopot z akumulatorem. Postało sobie nasze
autko kilka dni na mrozie i padł roczny akumulator.
No cóż, niby normalka, jak masz dzieci i samochód to wiadomo, że masz
kłopot, jak mawia moja koleżanka.
Akumulator został naładowany, akcelerator sprawdzony, wszystko było
dobrze.
Do wczoraj - gdy już rano z lekka oprzytomniałam, postanowiliśmy ze
ślubnym pojechać na cotygodniowe zakupy i jeszcze kilka spraw po drodze
załatwić.
Sprężyłam się, zrobiłam listę zakupów i spraw do załatwienia, wytaszczyłam
michę dla kotów , pomiziałam czarnego, bo się łasił i rozsiadłam się
wygodnie w autku. Ślubny przekręcił kluczyk i rozległo się cichuteńkie
"pssss" i.... cześć- akumulator znów padnięty. No normalnie wściekłość mnie
ogarnęła . Po telefonie mieli dowiezć nam zasilanie w ciągu godziny. Dowiezli
dziś - w efekcie samochód stoi w warsztacie. Głównym podejrzanym jest
alarm, który prawdopodobnie się zbiesił i ma gdzieś przebicie. Ja zupełnie nie
rozumiem po jaką nagłą cholerę ten alarm jest zainstalowany - gdy zacznie
wyć to ani my, ani nikt inny złodzieja nie dorwie.Tłumaczyłam do mężowi 100
razy, ale on uparty bo zawsze miał alarm, więc niech dalej będzie.
Dziś załadują akumulator, na wszelki wypadek odetną alarm i może wreszcie
będzie spokój.
No i jak mam w tych warunkach świętować Walentynki??? Zresztą mój mąż
nie uznaje Walentynek, podobnie jak Dnia Kobiet. Matki, Babci, Dziadka.
Ale tym wszystkim , którzy dziś świętują życzę
Wesołych Walentynek
Subskrybuj:
Posty (Atom)