drewniana rzezba

drewniana rzezba

piątek, 29 lipca 2016

Trochę.....

.....się rozbisurmaniłam.
Ale musiałam jakoś odreagować to co się wydarzyło w Monachium.
Najlepszy sposób na uspokojenie - zająć czymś ręce i oczy.
A więc zakupiłam i posadziłam kwiatki na loggii. Odporne  na mój
ogrodniczy antytalent.
To jest niecierpek nowogwinejski, idealny do "półcienia".

Wprawdzie każda doniczka z innej parafii, ale stwierdziłam, że te są porządnie
szkliwione, więc nie widzę powodu by inwestować w nowe, a te wyrzucić.
Zrobiłam  też (wreszcie) naszyjniczek i kolczyki dla znajomej, bo wkrótce ma
chrzciny swej pierwszej wnuczki.
Trudność w wykonaniu polegała głównie na tym, że musiałam wykorzystać TE
PEREŁKI, bo to pamiątka po mamie mej znajomej. Taki "łącznik" pomiędzy
nieżyjącą już prababcią a niedawno urodzoną malutką Oliwią.

Pod naszyjnikiem jest bransoletka, też zrobiona w ramach ratowania pamiątkowych
koralików. Tu koraliki są pamiątkowe a elementy łączące już nie.
Ale wg mnie wygląda to całkiem stylowo.
Mam cichą nadzieję, że to już ostatnie pamiątki, bo ostatnio musiałam przerabiać
sporo tych pamiątkowych naszyjniczków - w każdym czegoś  brakowało i musiałam
niezle się nagłowić by przywrócić im życie i urodę.

Dziś nabyłam nową książkę- Grahama Hancocka "Ślady palców bogów". Mam zamiar
nabyć również drugą jego książkę- "Magowie  bogów".
Obydwie książki znane na świecie od dawna, czyli od 1995 roku, u nas wydane  teraz
przez Wydawnictwo Amber.
Poza tym aktualnie czytam zebrane przez Danikena artykuły i fragmenty prac różnych
naukowców,  dotyczące prehistorii ludzkości. Czyli nadal tkwię w tym samym, wciąż
interesującym  mnie temacie. Tytuł  tej książki-"Ciekawość zakazana".
A z "normalnej" lektury mam Jane  Austen "Emma".
To niemal studium psychologiczne, nie taka typowa Austen.
Zanosi się na to, że będę czytać trzy książki  jednocześnie. Nie pierwszy raz, zresztą.

Wyrosła mi dziś na trawniku pod oknem pusta butelka po piwie.
Sądząc z jej umiejscowienia ciepnął ją ktoś z góry. Dziwne, bo jak widzę lokatorów,
którzy mieszkają nade mną to żaden nie wygląda na takiego co ciska pustymi
butelkami po piwie. No cóż, pozory jednak mylą.




poniedziałek, 25 lipca 2016

Migawki, czyli groch z....

.....no nie wiem z czym. Może z czekoladą a nie  z kapustą.
                                                                   ****
Gorąco, duszno, byle jak. Sąsiad-emeryt  nagle pokazał swoje nowe oblicze.
Wytoczył się z domu w pomiętych szortach, rozciągniętej podkoszulce, demonstrując
swą ciążę pokarmową- na oko  rozwiązanie  za 3 tygodnie.
Zastanawia mnie na czym utrzymują mu się te szorty pod brzuchem. Może są
przyszyte do podkoszulki?
Na jego uprzejmie "witam, sąsiadko" burknęłam: ojej, nie poznałam pana i czym
prędzej dałam  nura pomiędzy regały w sklepie.
                                                                  ****
Pomału dochodzę do równowagi - w dniu, w którym młody niemiecki Irańczyk
strzelał do ludzi, moi z dziećmi właśnie pojechali do Monachium.
Wiedziałam, że na pewno nie byli w owym markecie, ale jakoś to mnie nie uspokoiło,
bo wiadomości na ten temat napływały sprzeczne.
No ale gdy się to wydarzyło już byli na miejscu, w domu.
Teoretycznie jestem spokojna, a tak naprawdę to przerażona.
Cały świat zwariował.
                                                                  ****
 Zakończył się wczoraj Tour de France. Nasz Rafał Majka wygrał klasyfikację na
najlepszego "górala". Jechał chłopak dobrze i bardzo mądrze.
Wprawdzie ja i rower to dwa przeciwieństwa, ale lubię oglądać ten wyścig.
Kusi mnie by pojezdzić po Francji samochodem. Ale to już mało realne - Francja
zawsze była droga, a trasa, którą chciałabym zrobić to minimum dwa tygodnie.
Bez campera ani rusz.
                                                                  ****
Na całym naszym osiedlu trwają wszelakie remonty, głównie te prowadzone
przez administrację.
Na okrągło albo słychać zgrzyt pił albo warkot świdrów rozwalających podłogi
balkonów i loggii. I już teraz widać, że ADM będzie musiała rewitalizować
trawniki na całym osiedlu, bo nikt nie wpadł na pomysł by je okryć i ochronić
przed cementem.Nie bardzo rozumiem dlaczego worki z cementem i "gruszka"
do wyrobu cementu musiały stać  bezpośrednio na trawie.
                                                                  ****
Leń mnie dziś ogarnął a mam coś pilnego do "skoralikowania".
Powietrze jakieś lepkie i ciężkie. Poczekam, może przyjdzie jakaś fajna burza???

czwartek, 21 lipca 2016

Kraj RAJ

Nie da się ukryć, że nasz kraj wciąż stanowi niezłą zagadkę dla innych nacji.
Bo czyż nie jest dziwne, że:
*-w kraju liczącym 38 milionów mieszkańców w sejmie zasiada  aż 465
    posłów, a w Izbie Reprezentantów USA (mieszkańców ponad 314 milionów)
    jest tylko 435 posłów;
* -w dobie niżu demograficznego od lat żłobki, przedszkola i "poprawczaki"
     są wciąż przepełnione;
* -bardziej opłaca się zniszczyć niesprzedaną  żywność niż oddać ją do Domu
    Dziecka lub Domu Opieki;
*-kawa z mlekiem obłożona jest 23% VAT, a kawa bez mleka tylko 8%.
   Kołyski dla niemowląt, pomimo niżu, mają 23% VAT, ale trumny tylko 8%;
*- podatek VAT jest tak skomplikowany, że komentarz do niego liczy 2 tys.stron;
*- kwota wolna od podatku jest nieco wyższa niższa niż w Ghanie , a niższa
     niż w Zambii;
*- w sferze budżetowej zarabia się lepiej niż w prywatnej;
*-w dziale "KULTURA" prasa informuje o dokonaniach pijanych i naćpanych
   piosenkarek popowych;
*-zwierzęta, w sprywatyzowanej weterynarii mają szybszy dostęp do pomocy
   medycznej niż polski pacjent w państwowych szpitalach;
*-niepracujący i nie  posiadający żadnej firmy emeryt musi płacić podatek
   dochodowy;
*- łatwiej jest zrobić licencję pilota szybowca niż samochodowe prawo jazdy;
*-Polska to kraj, w którym głównym  towarem eksportowym są i zapewne
    nadal będą jej obywatele.
Jedno jest pewne - po każdych wyborach władze fundują nam same atrakcje
i bardzo dbają o to, byśmy się nie  nudzili i ćwiczyli swe szare komórki
wymyślaniem jak odnalezć sens w chorych do cna przepisach.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że owe władze nie spadły nam
nagle  z Kosmosu.
Takich "dziwów"jest u nas więcej, ale nie chcę Was dołować przed
weekendem;)))





  

poniedziałek, 18 lipca 2016

Czterdziestolatka

Równiutko 40 lat temu, o 5,15 rano raczyła się pojawić na świecie moja
córcia.
Pojawiła się w dzień, w którym wg. lekarza miała się pojawić, co się ponoć
przydarza tylko 4% dzieci.
Było to tak  wielce traumatyczne dla mnie przeżycie ,że gdy tylko moje
uszy poraziło Jej wysokie "C", z którym opuściła swe dotychczasowe
miejsce, stwierdziłam, że - NIGDY WIĘCEJ żadnego dziecka nie urodzę.
Urodziła się w niedzielę o świcie, a w czwartek przed południem wypisano
nas do domu.
Tej nocy pomiędzy godz. 22,30 a godziną 5,15 rano,przyszło na świat
kilkanaścioro dzieciaków.W pewnej  chwili  na porodówce pozostały już
tylko dwie pacjentki, obie z problemami ułożenia dziecka.
W materii złego ułożenia dziecka też wyrobiłam  niski procent - takie 
ułożenie to też zaledwie 4% porodów.
Za to niemal dziedziczne - tak samo ułożona byłam ja oraz obaj synkowie 
mojej córki.
Słowa dotrzymałam - pozostała jedynaczką. 
                                                         *****

Rusztowania w sąsiednim pionie nadal stoją. Okazało się, że panowie 
robole pomylili się  i zerwali podłogę loggii(wraz z terakotą), która nie
wymagała żadnego remontu. 
Oczywiście ponieważ włażą na loggię od strony zewnętrznej tak naprawdę
nie wiedzą  jaki to numer mieszkania, a "rozpiskę" dostają tylko z numerami
mieszkań  i stojąc przed blokiem od strony podwórka kombinują na pałę
którą to loggię mają zrobić. 
No i sobie  chłopcy zle wyliczyli, a nie wpadło im do głowy zapytać się 
"pana technicznego" czy aby na pewno ta loggia jest do wymiany parapecika.
Jeśli okapnikowy parapet jest mocno zniszczony, to wiedzą, że dobrze trafili.
A np. u mnie dopiero gdy "pan techniczny" szarpnął parapecik, okazało się,
że jest zardzewiały i odchodzi od podłoża, a na oko wszystko wyglądało OK.
Więc spokojniutko w ciągu dnia zrobili co do nich należało i gdy sąsiad wrócił
wieczorem do domu przeżył szok- podłoga loggii była w ruinie, a on doskonale
wiedział, że wg rozpiski (która wisiała spokojnie na drzwiach  wejściowych do
klatki) jego loggia nie podlega  remontowi.
W efekcie założyli sąsiadowi nowy parapecik, położyli nowe dwie warstwy 
betonu i uważali, że jest wszystko w porządku. Ale sąsiad pognał do zarządu
naszej spółdzielni i wydębił od nich, że wykonawca musi mu położyć na
własny koszt nową terakotę.Stąd te rusztowania.
A grzebią  się  z tym koncertowo.
A my skończyliśmy malowanie kraty (proponuję włączenie  tego rodzaju prac
jako dotkliwą karę dla drobnych przestępców), zamontowaliśmy daszek
chroniący przed "opadami" od sąsiadów, założyliśmy również siatkę wolierową,
by podczas naszej nieobecności nie zagniezdziły się jakieś gołębie.  
Przemalowałam też dotychczasowy regalik, na którym kiedyś stały doniczki
z ziołami  i będzie spełniał rolę balkonowego barku. Jutro już tylko przyniosę
fotele z piwnicy i balkon będzie do użytku.
Jeszcze tylko czeka mnie umycie okien i wymiana moskitier.
Tak wygląda krata z daszkiem i siatką wolierową. Zdjęcie robiłam już po zachodzie słońca.

Tak się prezentuje "balkonowy barek". Akurat na  dwa kubki kawy.
A najważniejsze, że jest mały i posiada kółka.

Mąż zauważył, że skoro już tak jestem "w  gazie", to można też pomalować
na zielono parapety, ale tu już zaprotestowałam.
Lata temu, gdy mi odbiło i krata wraz z balustradą były pomalowane na
biało, przeleciałam z pełnym poświęceniem i oba parapety, ale to nie był
dobry pomysł, bo po pewnym czasie musiałam je skrupulatnie z odłażącej
farby oskrobać .
No to teraz kolej na jakąś żywą zieleń. 




  
  

czwartek, 14 lipca 2016

Codziennie niedziela

Jak wiecie jestem mocno udomowioną kobietą, która nie potrafiła połączyć
kariery zawodowej z obowiązkami niańki, fizjoterapeutki, kucharki, sprzątaczki 
i żony, z pracą zawodową.
A gdy już  mogłam wrócić do pracy, okazało się, że jestem......za stara, bo
miałam już niemal 40 wiosen. 
Nie to nie, wcale mi zle w domu nie było (no może mało fajnie finansowo) ale
mogłam sporo czasu poświęcić na własne  zainteresowania, pobiegać po 
galeriach, poczytać, a nawet coś wydziergać na drutach.
Z czasem  zaczęłam nawet pracować, ale nadal w domu, co miało tę wadę, że była to firma prywatna, więc godziny pracy były czasami mocno dziwne i często
dni świąteczne wcale dla mnie takimi nie były.
W pewnym momencie okazało się, że moje "słodkie  maleństwo" jest już bardzo, bardzo dorosłe i opuściło nie tylko dom rodzinny ale i również kraj.
Nie byłam jeszcze w wieku stricte emerytalnym, ale zmieniłam pełny etat na
pół etat, dzięki czemu pracowałam tylko w soboty i niedziele  i w pewien sposób
rozpoczęłam emeryturę.
I wtedy każdy dzień tygodnia od poniedziałku do piątku był dla mnie niedzielą.
Obowiązki domowe zminimalizowały się ogromnie i przyznam się, że przez
pierwszy miesiąc dręczyła  mnie myśl, że właściwie jestem już nikomu nie
potrzebna. 
I wtedy moja nieżyjąca już przyjaciółka wytłumaczyła mi, że powinnam wreszcie  zacząć żyć DLA SIEBIE - nie dla córki, męża i domu, ale właśnie dla  siebie. A to znaczy : poznać siebie, własne możliwości, robić to wszystko na co kiedyś nie miałam czasu w okresie dorosłym,  nauczyć się czegoś nowego, 
oraz robić to wszystko co miałam  ochotę robić w młodości a nie było na to  przyzwolenia w rodzinie. Jednym słowem-po prostu rozwijać się. Bo na
rozwój nigdy nie jest za  pózno.
Miała rację - w końcu nigdy przedtem nie interesowałam się astronomią lub fizyką, a  nagle okazało się, że mnie te tematy interesują.
Przejścia na regularną emeryturę jakoś już wcale nie zauważyłam- po prostu
teraz niedziela trwa siedem dni w każdym tygodniu.
Uważam, że tak naprawdę wcale nie jest trudno przestawić się z trybu "muszę"
na tryb "mogę/chcę".
Trzeba  tylko zrozumieć, że pewien etap życia się skończył i że świat, jako
taki wcale się z tego powodu nie zawalił. Funkcjonuje dobrze i bez nas.
I że nadszedł czas, że to my mamy sami siebie oceniać, a nie ktoś .
I wierzcie mi - teraz to juz zupełnie nie jest istotne jacy kiedyś byliśmy mądrzy,
wielcy,  jakie zajmowaliśmy stanowisko - ważne to zająć się swoim dalszym
rozwojem, by jak najdłużej zachować sprawność umysłową, nadążać za zmieniającym się wciąż światem.
I wspominać tylko same miłe, piękne  chwile , z nich tkać mozaikę wspomnień.
A to, że już w niczym nie przypominamy tej wiotkiej istoty z lat młodości
nie powinno nam psuć humoru.  

środa, 13 lipca 2016

Uprzejmie donoszę......

......że się wczoraj zagotowałam ze  wściekłości.
Wczoraj wstałam o świcie ,czyli o 6 rano i korzystając z faktu, że jeszcze był na loggii cień, skończyłam malowanie  kraty. W kilka godzin póżniej wraz z mężem zainstalowaliśmy transparentny, bezbarwny daszek i mieliśmy się zabrać za
rozwieszenie  siatki wolierowej.
I.... w tym momencie skamieniałam - do mieszkania, z którym mamy wspólną ścianę  zaczęto przystawiać RUSZTOWANIA. Wprawdzie  skamieniałam, ale głosu mi nie  zabrakło i z przekleństwem  na ust koralu zapytałam ludzi po jaką nagłą śmierć stawiają rusztowania????
"Bo trzeba jeszcze zrobić czółko na loggii piętro wyżej". 
Nie mam  bladego pojęcia co to jest to "czółko", ale jest dla mnie jasne jak słońce na niebie, że cokolwiek będą robić wyżej, to znów będą chlapać dookoła
jakąś zaprawą, cementem i licho wie czym  jeszcze, a więc mogą mi uświnić
świeżo wyszykowaną loggię. 
I chyba efektem tej mojej wczorajszej wściekłości była niesamowita ulewa nad
Warszawą. 
Lało na tyle wściekle, że aż się obudziłam- za oknem była ściana wody co bardziej przypominało przelewające się wody Niagary niż zwykły, silny deszcz.
Jakimś  cudem na  naszym osiedlu nie było powodzi, ale w wielu dzielnicach
miasta były podtopienia, ucierpiało metro, zalało podziemne parkingi  a nawet
piwnice Centrum Onkologii, gdzie  w podziemiach jest wiele różnego sprzętu
specjalistycznego. 
Gdy dziś około 10 rano  dojechałam na Ursynów, na głównych ulicach jedynym
śladem po nocnej powodzi był osiadły na jezdniach piasek i zalany garaż
w centrum  handlowym przy Alei K.E.N. 
Ale w Onkologii strażacy jeszcze  pracowali przy wypompowywaniu wody.
Podobno nadal ma dziś w nocy padać i to obficie. Nie wiem po co, samochód
naprawdę dobrze mi się umył tej nocy.
Dziś ślubny podjął decyzję o dokończeniu jutro prac  na naszej loggii. Jest więc
szansa na to, że wreszcie wróci na loggię to co ma na niej być, a mój pokój
zostanie "odbardaczony".
I zastanawiam się jaką zieleń "pojemnikową" mam sobie zainstalować. Coś muszę, bo mi nieco "łyso" bez winobluszczu na balustradzie.
I musi to być "coś", co spokojnie przezimuje  na loggii w otulonej na zimę
donicy.
I już wiem co dziś będę  robić - buszować w necie szukając odpowiedniej
zimozielonej roślinki.

czwartek, 7 lipca 2016

Wczoraj.....

....rozebrali wreszcie rusztowania. A dziś uprzejmie je wywiezli w siną dal.
W związku z tym zabieram się do: pomalowania całej kraty na śliczny
kolorek bardzo ciemno zielony.
Potem zamontujemy nowy daszek (dziś z trudem odinstalowaliśmy ten 
zniszczony przez prace remontowe na wyższych piętrach), potem kupimy
i zainstalujemy nową siatkę wolierową, żeby się nam nie zagniezdziły
gołębie na loggii gdy wyjedziemy na jakiś czas. 
Niby to nic, ale niestety większość czynności spadnie na mnie, a rola męża
sprowadzi się do "przynieś, podaj, potrzymaj" bo jednak większości prac
fizycznych z uwagi na POChP już nie może wykonać. 
No i wynika z tego, że zniknę na trochę z sieci- mam nadzieję, że uwinę się 
z tym "koksem" w kilka dni.
Dotychczas pomalowanie kraty (ozdobnej) o wymiarach 4,65m x 1,5 m
zajmowało mi 3-4 dni, do tego trzeba dodać 1 dzień na walkę z daszkiem, 
a potem to już będzie "z górki", zostanie  zagospodarowanie loggii na nowo.
Wynika  z tego, że odpoczniecie ode mnie z tydzień.
A jeśli mi odbije i gdzieś wyjadę to może i dłużej? 
A poniżej muzyka, żebyście nie tęsknili.