........bo jest godzina 20, 30 a u mnie wygląda tak:
Aż dwa razy spojrzałam na zegarek, bo takie błękitne niebo jakoś mi się z tą godziną nie kojarzy. A cały dzień wcale nie było aż tak pogodnie jak teraz, było chwilami spore zachmurzenie. Na termometrze jest całe 16 stopni. A gdy powiększycie zdjęcie to zobaczycie taką mało wyraźną malutką kropkę - to jest malutki sierpik Księżyca. Na jutro niestety przewidują duże zachmurzenie a na sobotę ........ aż na 90% opady deszczu i to już od 10,00 rano. Mam cichutką nadzieję, że się im prognoza nie sprawdzi;)
........post o niczym. Chyba weszło mi w nałóg pisanie o niczym. Ale co tu ukrywać - dzień podobny do dnia, tydzień do tygodnia, nawet pogoda ( na szczęście) niezbyt się tu u mnie zmienia.
Zerknęłam na termometr i zupełnie nie wiem na jakiej podstawie stwierdziłam, że 18 stopni i słoneczko to na pewno jest ciepło, westchnęłam ciężko i poszłam zrobić zakupy. Niestety zmarzłam, bo jakoś nie uwzględniłam faktu, że jednak cały czas wieje wiatr i to od północy a nie od południa. Na dodatek zakupy wcale a wcale nie wprawiły mnie w dobry nastrój, bowiem nawet bez włączania kalkulatora dotarło do mnie, że kupując stale to samo wydaję na tydzień dwa razy tyle co przed pandemią. Ja naprawdę kupuję stale to samo, więc łatwo mi "uchwycić" różnice cenowe.
A kupuję stale to samo, bo po przebytej operacji tzw. "pęcherzyka żółciowego", zgodnie z poradą znajomego lekarza mam opracowany "zestaw żywieniowy", po którym ani nie tyję ani nie chudnę a na dodatek nie mam żadnych sensacji spowodowanych brakiem owego pęcherzyka żółciowego. Żeby było śmieszniej - ów znajomy lekarz jest ......weterynarzem i od dawna wie, że aby nie było dolegliwości po takim zabiegu należy po prostu jest stale jeść to samo, bo wtedy ustala się zestaw enzymów trawiennych i działają skutecznie. Gdy tylko mi to powiedział to się wpierw w zaciszu domowym nieco obśmiałam, ale tak na próbę wprowadziłam ów zwyczaj i........działa!
Wczoraj się katowałam oglądaniem sytuacji powodziowej w Niemczech i w Polsce i jakoś tak smutno mi się zrobiło. Na pociechę od dwóch dni są już zakończone prace remontowe budynku oficyny, a dziś to już nawet zostały wywiezione stosy żelastwa, z którego były montowane rusztowania. Mam tylko nadzieję, że w najbliższych dniach wróci na miejsce ogrodzenie i w miejsce wykopanych krzaków posadzą jakieś nowe krzaczory i uzupełnią ogrodzenie dzielące nasze podwórze i sąsiednie. Poza tym wykupiłam dziś leki na najbliższe trzy miesiące - ze zdumieniem odkryłam fakt, że niestety podrożały. No ale jeszcze nie zbankrutowałam - mam podejrzenie, że najdroższe to są te kropelki przeciwbólowe, które niestety nadal muszę brać.
No a poza tym ........ zrobiło mi się to:
To jest po prostu broszka. Pierwsza robótka koralikowa od 2019 roku. Nie jest idealna, ale wreszcie zaczęłam "coś dłubać". Mam jeszcze sporo koralików i nie mam sumienia by je tak zwyczajnie "ciepnąć" do śmietnika. Muszę nieco wysilić mózg co zrobić. Mam pomysł i koraliki na niedużą, czarną torebkę wieczorową, tak zwaną "kopertówkę" - taką by były w niej tylko klucze od mieszkania, karta płatnicza i chusteczka do nosa. I mam też niestety czeskie koraliki, z których chyba zrobię podstawki pod kieliszki . A napisałam "niestety", bo te czeskie koraliki są nieco niedbale zrobione i nie mają równych otworów, więc praca z nimi wpędza człowieka z reguły we wściekłość. No i przejrzę co jeszcze mam, bo może znajdę jeszcze jakieś kamyki do oprawy? Na pewno mam jeszcze jakieś resztki malachitu.
Nie wiem czy wiecie, ale z malachitu , który chemicznie rzecz ujmując jest rudą miedzi, otrzymuje się miedź, a piękniejsze okazy tejże rudy są szlifowane i służą do wyrobu ozdobnych przedmiotów. Najpiękniejsze bryły malachitu wydobywa się na Uralu, w Arizonie, Meksyku, Chile i Australii.
........ w Kosmosie. Doszłam do takiego "odkrywczego" wniosku obejrzawszy co nieco więcej niż zwykle różnych filmowych doniesień dotyczących tego co się dzieje w kwestii "meteo" nie tylko w Polsce czy w Europie, ale ogólnie na naszej Planecie. Z przerażeniem i smutkiem oglądałam to co się dzieje w Bawarii i na południu Polski. I wcale mnie nie pocieszyły filmowe doniesienia z niektórych części USA, że tam też powodzie a na dodatek przechadzają się tornada.
Według panów Klimatologów obecnie na Ziemi jeszcze wciąż trwa wielka epoka lodowcowa, czego dowodem są polarne czapy lodowcowe. Co prawda prowadzone pomiary na północnej części lodowca Hofsjokull wykazały, że w ciągu ostatnich 15 lat stracił on aż 5% swej objętości, czyli 10 km sześciennych.
A żeby było śmieszniej w Arktyce pokrywa lodowa się zmniejsza, ale po przeciwnej stronie globu zaczyna się....zwiększać. Na Biegunie Południowym zima z roku na rok staje się coraz dłuższa i coraz zimniejsza a pokrywa lodowa pomału rośnie. W minionym roku jeden z klimatologów PAN (Polska Akademia Nauk) wręcz zapowiadał, że grozi nam ....... zlodowacenie.
Tak sobie o tym przypomniałam gdy z powrotem upychałam w worek próżniowy cieplutką puchówkę, której od chwili przyjazdu do Niemiec ani razu nie miałam na sobie, bowiem gdybym ją założyła przy temp. -5 stopni pana C, to pewnie bym padła trupem z przegrzania. Botki wyściełane futerkiem też nie dostąpiły tu jeszcze ani razu zaszczytu kontaktu z moimi stopami. Nie wiem jakie są prognozy pogody dla Polski na najbliższe dni, ale u mnie ma być o 5 stopni chłodniej - a w tej chwili u mnie jest +20 stopni i pięknie świeci słońce.
I trochę "zielska", które widziałam po drodze w tzw. "okolicy".
Miłego nadchodzącego nowego tygodnia Wszystkim życzę!
........zupełnie nie wiem jakim cudem znów jest już piątek.
Mam wrażenie, że dopiero co był poniedziałek. No ale przy sklerozie to zapewne dość normalne - po prostu jakoś mi te dni przemknęły nim zdążyłam odszyfrować jaki to dzień tygodnia. A według meteo-pogodynki ma dziś być słońce i ma nie padać.
Dziś rano miałam "radochę", bo oglądałam z okna jak z mojej ulicy służby miejskie usuwają samochód, który jakiś "niemota" zaparkował w miejscu, przy którym postawiono ostrzeżenie aby tam w określonym dokładnie czasie nie parkować. W Berlinie cechą "naczelną" jest brak parkingów. Na co dzień większość pracujących korzysta z komunikacji miejskiej i w godzinach porannych przydaliby się w berlińskim metrze "upychacze", tacy jak w metrze tokijskim. Gdyby pobudować dla wszystkich zmotoryzowanych parkingi to musiałoby wyrosnąć drugie miasto.
Tu jest taki fajny zwyczaj, że jeżeli potrzebny jest dostęp do któregoś z budynków bo są prowadzone jakieś roboty remontowe lub ktoś się wyprowadza lub wprowadza i przed budynkiem musi być miejsce na ciężarówkę lub inny roboczy pojazd, to już kilka dni wcześniej jest wywieszana tabliczka z informacją, że "w dniach od - do" jest w danym miejscu zakaz parkowania wszelakich pojazdów. No a jeśli pomimo tej informacji jakiś "baran" zaparkuje, to jest tak jak dziś to widziałam - przyjeżdża platforma z dźwigiem i samochód jest wywożony w jakąś siną dal.
Gdy my się tu wprowadzaliśmy to też mieliśmy tak rezerwowane miejsce na ciężarówkę z naszymi meblami i dobrem wszelakim.
Mieszkam przy ulicy, którą można dojechać do autostrady, a że Berlin wciąż nie ma obwodnicy, to autostrada często pełni jej rolę i w godzinach porannych na "mojej" ulicy jest spory ruch a w ciągu dnia jest "cisza i spokój." Podobno ta obwodnica wciąż jeszcze "się buduje". Co dla mnie dziwniejsze to po godzinach, w których większość gdzieś pracuje, ruch na mojej ulicy nadal jest niewielki, za to na niedalekiej autostradzie, od której oddzielają mnie dwa rzędy wysokich solidnych budynków i ich duże podwórza jest nieprzyzwoity (jak dla mnie) tłok. A że mieszkam wysoko- tak na wysokości piątego piętra bloku wybudowanego z "wielkiej płyty", a poza tym ulica ma po obu stronach dwa rzędy wysokich, bardzo rozrośniętych drzew, to nawet ten poranny ruch do mnie nie dociera gdy mam zamknięte okno. A ponieważ przeciągów nie lubię, to zawsze mam otwarte okna od strony podwórza, które jest b.duże i "ozdobione" pięknymi brzozami.
Nie da się ukryć, że ostatnio mam nieco zaburzony porządek na podwórzu bo trwa dobudowywanie dodatkowego piętra mieszkalnego w oficynie , więc codziennie mogę "kontrolować" jak postępuje budowa . Pewnie jeszcze z miesiąc potrwa - przy okazji okazało się, że muszą ów budynek ocieplić, co już nawet zrobili. To dobudowane piętro jest na wysokości 5 piętra przedwojennego budynku, a wtedy w tych budynkach wysokość mieszkania to były 4 metry, a nie 2,65 jak w warszawskiej wielkiej płycie na Stegnach. A za czasów niejakiego pana Gomółki mieszkania z wielkiej płyty były jeszcze niższe, a dwa pokoje z kuchnia nie miały 42 m kwadratowe powierzchni ale sporo mniej.
Ja już się przyzwyczaiłam do faktu, że mieszkam w takim wysokim mieszkaniu i że umycie górnych szyb w oknie jest poza moimi fizycznymi możliwościami, zresztą musiałam przyrzec córce, że z uwagi na wiek i moją "kinetyczność" nie będę skakać po drabinie. Tak prawdę mówiąc to już sam widok tej drabiny skutecznie zraża mnie od pomysłu by na nią wejść, bo szerokość jej stopni nie przekracza 2 cm, a do tego jest jakoś dziwnie składana z trzech części. Ja to nawet przerażona jestem gdy na nią wchodzi mój zięć, któremu natura dała wzrost przyzwoity, czyli 190cm.
Ciekawa jestem jak będzie w Berlinie w czasie EURO 2024. Na razie podoba mi się "strefa kibica", czyli pseudo trawnik przed Bramą Branderburską. Ale to, że mi się ów trawnik podoba nie oznacza, że będę tam bywać, ponieważ "piłka kopana" tak naprawdę mało mnie interesuje. Ale i tak jestem niezła, bo wiem, że Polacy będą grali w Hamburgu z Holandią, w Berlinie na Stadionie Olimpijskim z Austrią, a w Dortmundzie zagrają z Francją. Na berlińskim Stadionie Olimpijskim oglądałam kilka lat wcześniej ME w lekkiej atletyce. Stadion piękny a strona organizacyjna była na piątkę z plusem, chociaż naprawdę były tłumy i nie było wolnych miejsc.
........jedzenie dużej ilości lodów odchudza, a nawet jeśli nie odchudza to na pewno nie tuczy. Muszę się czymś "podbudować", bowiem w pobliżu mojego miejsca zamieszkania otwarto małą lodziarnię z tymi prawdziwymi lodami. I niestety lody tam są nieprzyzwoicie smaczne a wybór dech w biuście zatyka- właśnie dziś grzeszyłyśmy z córką w onej lodziarni. Trochę czujemy się obie rozgrzeszone, bo tam czciłyśmy jej dzień imienin. Na dodatek wypiłyśmy po drinku - wermut z bąbelkami i malinami. A do tego miejsca to mam od domu góra 360 metrów. Stanowczo za blisko, nawet z bólem się dam radę dowlec.
Niemieccy panowie naukowcy uważają, że proces powstawania życia na Ziemi mógł się rozpocząć zanim jeszcze powstała nasz Planeta. Ich zdaniem życie mogło się zacząć kształtować na etapie dysku protoplanetarnego, w którym miała powstać Ziemia, czyli w obłokach materii międzygwiazdowej. Pomysł taki wziął się stąd, że panowie naukowcy odkryli, że w takich obłokach można znaleźć złożone cząsteczki organiczne: etanol, izopropanol, metanol, a połączenie się takich cząsteczek może prowadzić do powstania aminokwasów a potem peptydów, które przecież są podstawowym elementem budulcowym DNA.
A zdaniem panów naukowców owa złożona cząsteczka DNA nie mogła powstać na samej Ziemi, ale nasza Ziemia otrzymała te gotowe składniki życia z innych źródeł. A poza tym niedawno panowie naukowcy odkryli, że białka pochodzące z poza Ziemi mogły odegrać kluczową rolę w powstawaniu życia na Ziemi. Bo może jednak życie jako takie powstało poza naszą planetą i być może że jest w Kosmosie, we Wszechświecie bardziej powszechne niż się nam wydaje i wykiełkowało i na innych planetach. I znów zamiast odpowiedzi mamy coraz więcej pytań.
A na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej naukowcy odkryli kolonie nieznanych na Ziemi mikroorganizmów. Znaleziono aż 13 nowych zmodyfikowanych szczepów bakterii. W 2018 roku było tylko 5 takich mutantów. Owe mutacje są spowodowane niską grawitacją, wysokim promieniowaniem i podwyższonym poziomem dwutlenku węgla . A na dodatek owe zmutowane mikroby są odporne na wiele stosowanych dotąd leków. Wniosek jasny i prosty nie za bardzo da się zastąpić marsjańskie łaziki astronautami.
A u mnie już zaczynają kwitnąć......lipy i znów będzie Berlin słodko pachniał, a właściciele samochodów stojących pod lipami narzekać, że samochody obklejone sokiem spadającym z drzew. A teraz to nawet jakiś deszcz popaduje u mnie.
........byłam z córką i zięciem w olbrzymim Centrum Ogrodniczym, które jest poza Berlinem "aż" o cztery kilometry. Ale w sumie to jechaliśmy i jechaliśmy przez zupełnie mi nieznane okolice miasta. Kilka razy to byłam pewna, że już dawno jesteśmy poza Berlinem, a okazywało się, że to nadal jest Berlin.
Centrum olbrzymie- towaru tyle, że dostawałam oczopląsu. Najśmieszniejsze to było to, że ja szukałam roślinek, czyli kwiatków na balkon piekielnie słoneczny, bo mój jest na południowej stronie budynku, a córka szukała kwiatków, które dobrze funkcjonują właśnie w cieniu, bo jej balkon jest na północnej stronie budynku. Złaziłam się po tym Centrum Ogrodniczym niemiłosiernie a kupiłam raptem cztery doniczki goździków, dwie gazanie i na północny parapet zaokienny Galium Odoratum, czyli marzankę wonną. Na razie jeszcze nie kwitnie, ale ma pachnieć gdy pokażą się malutkie kwiatuszki.
Gazania
Goździki
Marzanka wonna
Wracając zregenerowaliśmy się super lodami w ulubionej lodziarni w Steglitz, a porcja była taka wielka, że potraktowałam ją jako lunch.
Pod wieczór to u mnie nawet jakiś deszcz przeleciał, ale nad sąsiednią dzielnicą to migiem przeleciała burza, a ja miałam tylko wrażenia optyczne, bo niebo miało przedziwne kolory, co oczywiście uwieczniłam:
Tu często jest tak,że w jednej dzielnicy jest ulewa a w sąsiedniej nie spada ani jedna kropla deszczu.
W tym Centrum Ogrodniczym poza nieprzyzwoitą wprost ilością różnych doniczkowych roślin były też różne drzewka, niektóre do ogrodów ale widziałam też i takie, które można hodować na własnym balkonie. No i masa sprzętu do leniuchowania w ogrodzie siedząc lub leżąc. Poza tym podobały mi się ustrojstwa w których można rozpalać ognisko, piec coś na rożnie a przy tym nie dewastować trawy w ogrodzie. Ogrodu co prawda nie posiadam (i naprawdę o nim nie marzę) ale miło się takie wyposażenie ogląda.
Oczywiście nie zabrakło też różnych sztucznych roślinek i nad kupnem niektórych to się nawet zastanawiałam- trzeba przyznać, że nawet z odległości jednego metra wyglądały niesamowicie realnie i może w przyszłym roku "zaszaleję" i jakąś zakupię, bo ich pielęgnacja sprowadza się do wytarcia z kurzu i nie będzie wymagała chętnego do dbania o moje roślinki balkonowe gdy ja gdzieś wybędę, a jak wiadomo że jeśli "wybywam" to raczej nie sama a z rodziną.
Teraz czekam by słońce przeszło nieco bardziej na zachód , bym się nie ugotowała na balkonie i dopiero wtedy posadzę w skrzynkach roślinki.
Miłego, czającego się w pobliżu, nowego tygodnia Wszystkim życzę!
............. aby choć trochę umilić jej przeprowadzkę na nowe terytorium. Bo co prawda będzie daleko od miejsca, które tak bardzo polubiła, ale to i tak bliżej niż "wylot" z Ziemi na nową planetę, gdzieś w paśmie egzoplanet.
A rzecz dotyczy Planety X (Nibiru), a pytanie dręczące naukowców już od dość dawna nurtuje panów naukowców. W 2016 roku astronomowie Mike Brown i Konstantin Batygin po raz pierwszy opublikowali dowody na jej istnienie. I od tego czasu wielu astronomów poszukuje dowodów na poparcie tej tezy. W tym celu są prowadzone obserwacje orbit obiektów transneptunowych. Wyniki tych obserwacji sugerują, że jakiś masywny obiekt, czyli owa Planeta X kontroluje ruch tych planet na ich orbitach. Tylko jest tak daleko, że nie możemy jej dojrzeć.
Nie da się ukryć, że w astronomii wiele badań opiera się na symulacji komputerowej bo nie ma możli-wości przyjrzenia się wszystkiemu z bliska i właśnie te badania wskazują, że Planeta X istnieje. Dalsze badania będą prowadzone przez Obserwatorium Astronomiczne Vera Rubin w Chile, które jest wyposażone w potężny 8,4 metrowy teleskop, co pozwoli na poszukiwanie bezpośrednich dowodów na istnienie Planety X - Nibiru.
A w ogóle namiętnie poszukujemy nowej planety, bo tylko patrzeć jak się okaże, że biedna Ziemia już nie jest w stanie znieść dalszej eksploatacji. Tyle tylko, że miejsca podobne do Ziemi są od niej ogromnie daleko w paśmie egzoplanet. Bo nawet "tylko" 3 lub 4 lata świetlne od Ziemi to szalenie daleko.
Równolegle do tych poszukiwań na czoło wybija się hipoteza- czy aby na pewno wyewoluowaliśmy od małp i rozwinęliśmy się na Ziemi i nasze pytanie brzmi: czy ludzie naprawdę są z Ziemi? Pomijam już tu kwestię brakującego ogniwa w teorii Darwina. W książce "People Are Not From Earth: A Scientific Assessment Of The Evidence" jej autor- dr Ellis Silver podaje aż 17 argumentów na pozaziemskie po-chodzenie ludzkości. Według Silvera nasze organizmy są słabo przystosowane do ziemskich warunków - wszak szkodzi nam promieniowanie słoneczne, mamy wysoki wskaźnik chorób przewlekłych, kłopoty z kręgosłupem. Poza tym ludzkie DNA zawiera aż 223 dodatkowe geny, których nie ma u innych ziemskich gatunków lądowych. No ale skoro są, to się skądś musiały wziąć.
Poza tym według prowadzonych badań nasze wewnętrzne zegary biologiczne, ewoluowały aby działać w 25-godzinnym cyklu, a fakt, że na Ziemi doba trwa tylko 24 godziny powoduje, że jesteśmy podatni na zaburzenia snu i przewlekłe choroby. I jest jak najbardziej prawdopodobne, że gdy pierwsi "osadnicy" przybyli na Ziemię istniał tu już jakiś rodzimy gatunek i z krzyżówki obu gatunków powstał człowiek współczesny. Hipoteza ta zyskuje wśród naukowców coraz więcej zwolenników - wszak nadal wcale a wcale nie wiemy skąd wzięły się na Ziemi rasy czarna, czerwona , żółta i biała. Pamiętam, że kilkanaście lat wcześniej usiłowano ludziom wmówić, że kolor skóry "wziął się od miejsca w którym mieszkali przodkowie człowieka", na szczęście ktoś bardziej rozgarnięty zauważył, że żaden czarnoskóry od wieków żyjący np. w Europie nie zbielał z tego powodu, ani żaden ze skośnookich też nie stracił takiego układu oczu tylko dlatego, że ileś wieków mieszka w Europie.
A co do zegara biologicznego - żyję ostatnio na całkowitym luzie- zupełnie nie według zegarka- i jak zauważyłam bardzo mi z tym dobrze.
Miłych Zielonych Światek - dla tych co mają z tej okazji aż dwa dni wolnego- tak jest tutaj.