Spokojnie, nie będzie o technice, ale o diecie. A MUFA to jest skrót
od "monounsaturated faalty acidi", czyli angielskiej nazwy tłuszczy
jednonienasyconych. Okazuje się, że trudno jest przecenić ich wpływ
na nasze życie. MUFA chroni nasz serce, bo obniża poziom złego
cholesterolu, obniża ciśnienie tętnicze, chroni przed cukrzycą typu 2,
rakiem piersi, stanami zapalnymi, wspomaga funkcjonowanie mózgu
oraz redukuje ilość tłuszczu trzewnego, który obrasta nasze narządy
wewnętrzne, a którego my nie widzimy. A tłuszcz trzewny upośledza
pracę tak ważnych narządów jak serce, wątroba, jelita. W przeciwieństwie
do widocznej warstwy tłuszczu podskórnego, która jest potrzebna
w niewielkiej ilości do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu,
tłuszcz trzewny jest zbyteczny i szkodliwy.
Najwięcej MUFA zawiera olej krokoszowy, następnie oliwa z oliwek
i kanadyjski olej rzepakowy.
A tak ogólnie to MUFA znajduje się w wielu bardzo pysznych
produktach, a są to:
orzechy - wszystkie, najwięcej MUFA zawierają orzechy makadamii;
oliwki -pasteryzowane i marynowane w oliwie, soli lub solance,
przyprawione ziołami wg upodobań;
migdały;
pestki dyni, nasiona słonecznika, siemię lniane;
owoce awokado;
czekolada gorzka, taka powyżej 70% kakao.
Dietetycy ułożyli czterotygodniowy program odżywiania, który
pozwala na pozbycie się nadmiaru owego paskudnego tłuszczu
trzewnego.
Podstawą jest dieta wynosząca 1600 kalorii dziennie, czyli nie ma
głodzenia się. Należy jeść 4 posiłki dziennie po 400 kalorii każdy,
odstępy pomiędzy nimi nie mogą być dłuższe niż 4 godziny.
W każdym posiłku musi znajdować się MUFA.
A dla urody, dodatkowo należy codziennie spacerować, a właściwie
maszerować. Z początku nieduże odcinki, by nabrać kondycji
stopniowo. Można również uprawiać aerobik i lekki trening
siłowy, czyli co kto lubi
*****
A teraz coś dla ducha:
turkus w koralikach na podkładzie
piryt oprawiony bez podkładu
Zainteresowanych dietą odsyłam do książki Liz Vaccariello i Cynthii Sass-
"Dieta płaskiego brzucha". Jest do kupienia księgarni na necie,
www.merlin.pl, cena 29,90
No to lecę zjeść kolację - sałatkę z selera naciowego i awokado plus
kromka ciemnego chlebka.
drewniana rzezba
niedziela, 10 czerwca 2012
sobota, 9 czerwca 2012
321.Spaprane życie
Pisałam Wam kiedyś, że podróże kształcą, nawet te nieduże, a siedzenie
w punktach medycznych pozwala na wysłuchanie rożnych życiorysów.
Czekając wczoraj na zabiegi wysłuchałam takiej oto opowieści:
rzecz się działa ponoć wiele lat temu. Z balu maturalnego pewną
pannę odprowadzał jej chłopak. Droga do domu była dość daleka a
chłopak poczuł przypływ miłości i chuci i panienkę zaciągnął w krzaki.
Podobno opierała się, protestowała itp., ale chłopak zapewniając ją
o swej głębokiej miłości - zgwałcił. Gdy okazało się, że jest w ciąży-
rodzice obojga doszli do wniosku, że powinni się pobrać, ale dziewczyna
zaprotestowała, bo po tym gwałcie nie chciała już tego chłopaka
oglądać, taki w niej budził wstręt. I wcale mnie to nie dziwi.
Ponieważ w naszej "kulturze" dziecko nieślubne to wstyd i hańba
nie tylko dla delikwentki, ale i dla całej rodziny, panienkę
wyekspediowano do dalekiej krewnej, by tam donosiła ciążę i odbyła
poród. Zastanawiano się co począć z dzieckiem i uradzono, że
rodzice panienki wystąpią o zastępcze rodzicielstwo. Jak uradzili tak
i zrobili. Rodzice panienki zajęli się noworodkiem płci męskiej,
panienka zdała na politechnikę i spokojnie studiowała.Malec do swych
dziadków mówił "mamo, tato", swą mamę nazywał po imieniu, uważając
ją za swą starszą siostrę.
Gdy chłopiec miał dziesięć lat, a dziewczę już szczęśliwie obroniło
magisterski egzamin, dziadkowie poinformowali małego o dwóch
rzeczach - siostra jest jego prawdziwą mamą, a mama i tata to są
babcia i dziadek. Trochę to było za dużo, jak na świadomość
dziesięciolatka, chłopak zaczął się zle uczyć, zle zachowywać i trzeba
było prosić o pomoc psychologa, jak dalej z nim postępować.
Doradzono, by dziecko dalej mieszkało u dziadków i pomału oswajało
się z nową sytuacją.
W międzyczasie dziewczę poznało starszego od siebie pana, z którym
zamieszkała. Pan był ponoć bardzo porządny, miły i zakochany i
poprosił ową pannę o rękę. I dopiero wtedy ona przyznała się, że ma
syna, więc niech się pan zastanowi, czy chce ją razem z dzieckiem.
Pan chciał, pobrali się i dziecko zamieszkało razem z nimi. Chłopczyk
natychmiast uznał, że ten pan to jego ojciec i bardzo się do niego
przywiązał.
Ale życie raz spaprane tak łatwo nie wraca do normy. Po kilku
latach okazało się, że małżonkowie nijak nie potrafią się dogadać
w różnych sprawach, łóżkowych między innymi też. Tamten gwałt
pozostawił jednak głębokie ślady w świadomości kobiety i nawet
uczucie nie mogło tego zabliznić. Rozeszli się, bo nie widzieli
sensu, by tkwić razem w tym związku.
Dzieciak wpadł w czarną rozpacz, bo cały czas uważał, że to właśnie
ten pan jest jego ojcem.Przestał się uczyć, usiłował popełnić
samobójstwo, w końcu rzucił szkołę. Kobieta z trudem utrzymywała
się sama z chłopcem, dziadkowie nie byli w stanie nic pomóc, bo sami
byli w trudnej sytuacji finansowej a i zdrowie zaczęło szwankować.
Nie wiem kto namówił chłopaka, by podjął naukę i pracę -
mam wrażenie że i sama opowiadająca tego nie wiedziała- i tym
sposobem zrobił maturę. W CKU (centrum kształcenia ustawicznego,
zwane złośliwie w Warszawie Sorboną) oprócz pobierania nauk,
poznał również dziewczynę, w której się zakochał. I.....chyba
jakieś fatum wisiało nad tą rodziną. Zrobił dziewczynie dziecko,
wprawdzie nie wbrew jej woli , więc postanowili się pobrać.
I chyba się domyślacie co było dalej -oczywiście pobrali się,
ale małżeństwo rozleciało się po kilku latach.
I nie wiem, co było dalej, bo poszłam na rehabilitację. Jeśli będzie
jakiś ciąg dalszy to Wam dopowiem.
w punktach medycznych pozwala na wysłuchanie rożnych życiorysów.
Czekając wczoraj na zabiegi wysłuchałam takiej oto opowieści:
rzecz się działa ponoć wiele lat temu. Z balu maturalnego pewną
pannę odprowadzał jej chłopak. Droga do domu była dość daleka a
chłopak poczuł przypływ miłości i chuci i panienkę zaciągnął w krzaki.
Podobno opierała się, protestowała itp., ale chłopak zapewniając ją
o swej głębokiej miłości - zgwałcił. Gdy okazało się, że jest w ciąży-
rodzice obojga doszli do wniosku, że powinni się pobrać, ale dziewczyna
zaprotestowała, bo po tym gwałcie nie chciała już tego chłopaka
oglądać, taki w niej budził wstręt. I wcale mnie to nie dziwi.
Ponieważ w naszej "kulturze" dziecko nieślubne to wstyd i hańba
nie tylko dla delikwentki, ale i dla całej rodziny, panienkę
wyekspediowano do dalekiej krewnej, by tam donosiła ciążę i odbyła
poród. Zastanawiano się co począć z dzieckiem i uradzono, że
rodzice panienki wystąpią o zastępcze rodzicielstwo. Jak uradzili tak
i zrobili. Rodzice panienki zajęli się noworodkiem płci męskiej,
panienka zdała na politechnikę i spokojnie studiowała.Malec do swych
dziadków mówił "mamo, tato", swą mamę nazywał po imieniu, uważając
ją za swą starszą siostrę.
Gdy chłopiec miał dziesięć lat, a dziewczę już szczęśliwie obroniło
magisterski egzamin, dziadkowie poinformowali małego o dwóch
rzeczach - siostra jest jego prawdziwą mamą, a mama i tata to są
babcia i dziadek. Trochę to było za dużo, jak na świadomość
dziesięciolatka, chłopak zaczął się zle uczyć, zle zachowywać i trzeba
było prosić o pomoc psychologa, jak dalej z nim postępować.
Doradzono, by dziecko dalej mieszkało u dziadków i pomału oswajało
się z nową sytuacją.
W międzyczasie dziewczę poznało starszego od siebie pana, z którym
zamieszkała. Pan był ponoć bardzo porządny, miły i zakochany i
poprosił ową pannę o rękę. I dopiero wtedy ona przyznała się, że ma
syna, więc niech się pan zastanowi, czy chce ją razem z dzieckiem.
Pan chciał, pobrali się i dziecko zamieszkało razem z nimi. Chłopczyk
natychmiast uznał, że ten pan to jego ojciec i bardzo się do niego
przywiązał.
Ale życie raz spaprane tak łatwo nie wraca do normy. Po kilku
latach okazało się, że małżonkowie nijak nie potrafią się dogadać
w różnych sprawach, łóżkowych między innymi też. Tamten gwałt
pozostawił jednak głębokie ślady w świadomości kobiety i nawet
uczucie nie mogło tego zabliznić. Rozeszli się, bo nie widzieli
sensu, by tkwić razem w tym związku.
Dzieciak wpadł w czarną rozpacz, bo cały czas uważał, że to właśnie
ten pan jest jego ojcem.Przestał się uczyć, usiłował popełnić
samobójstwo, w końcu rzucił szkołę. Kobieta z trudem utrzymywała
się sama z chłopcem, dziadkowie nie byli w stanie nic pomóc, bo sami
byli w trudnej sytuacji finansowej a i zdrowie zaczęło szwankować.
Nie wiem kto namówił chłopaka, by podjął naukę i pracę -
mam wrażenie że i sama opowiadająca tego nie wiedziała- i tym
sposobem zrobił maturę. W CKU (centrum kształcenia ustawicznego,
zwane złośliwie w Warszawie Sorboną) oprócz pobierania nauk,
poznał również dziewczynę, w której się zakochał. I.....chyba
jakieś fatum wisiało nad tą rodziną. Zrobił dziewczynie dziecko,
wprawdzie nie wbrew jej woli , więc postanowili się pobrać.
I chyba się domyślacie co było dalej -oczywiście pobrali się,
ale małżeństwo rozleciało się po kilku latach.
I nie wiem, co było dalej, bo poszłam na rehabilitację. Jeśli będzie
jakiś ciąg dalszy to Wam dopowiem.
wtorek, 5 czerwca 2012
320. Mix
Jeśli ktoś wątpi w to, że starych ludzi jest u nas coraz więcej to
zapraszam do Centrum Kompleksowej Rehabilitacji, gdzie znów
odnawiam swój nadwątlony kręgosłup. Średnia wieku pacjentów-
"na oko" 70 lat.
Najmłodsza ma dobrze powyżej 50 wiosen, a na widok niektórych
ciśnie się na usta pytanie- ciekawe ile im zostało do setki?.
Tym razem mam bardzo szybkościowy program - przez pół
godziny jestem indywidualnie "merdana", szarpana, podwieszana,
potem ultradzwięki, DD (jakieś 3 różne zakresy) i laser. Całość
zabiera mi zaledwie godzinę, ale razem z przemieszczaniem się
z domu i do domu to aż dwie godziny. Mam za to zakaz długiego
siedzenia, a przy kompie muszę siedzieć na piłce. Mam też dużo
leżeć.Tym samym odpada przez ten czas koralikowanie, ale porobię
trochę na szydełku, bo to potrafię robić w pozycji leżącej.
Stajemy się starym społeczeństwem - a nie jesteśmy do tego wcale
a wcale przygotowani. Brak jest lekarzy geriatrów, a starszy
organizm wymaga innych leków i metod postępowania niż młody.
****
Wreszcie moja przyjaciółka dostała się z wynikami do onkologa.
Pani doktor pogratulowała Jej tej decyzji o mastektomii, bo
dzięki temu nie będzie musiała brać chemii dożylnej. Przez pięć
lat będzie natomiast brała tabletki cytostatyczne. Straciła pierś, ale
uchroniła się przed chemią, która niestety wyniszcza organizm.
Zwłaszcza w Jej sytuacji jest to istotne, bo ma anemię i cukrzycę.
Przez dwa lata nie wolno jej zmieniać klimatu na bodżcowy (czyli
nie wyjedzie w góry ani nad morze) , nie wolno korzystać z
dobrodziejstw takich urządzeń jak laser, ultradzwięki i pole
magnetyczne.
Obie się cieszymy z tej wiadomości.
****
Dziś zadzwonił do mnie starszy wnuczek - sam wybrał numer.
Ze słodkiej paplaniny w języku niemieckim wyłowiłam słowa:
"babcia, krokodyl, imię mojej córki i jego".
Zaraz potem młodsze zaczęło paplać w swoim własnym języku
roczniaka, na koniec odezwała się córka, że właśnie chłopcy mi
podziękowali za przysłane im koszulki.
Starszy dostał zieloną z krokodylami, mały granatową z panterą.
Młodszy ostatnio się tropnął, że starszy w rożku waflowym dostaje
lody, a jego rożek jest pusty. Więc przytuptał do rodziców i
zaczął im pokazywać pusty rożek i coś po swojemu paplać.
Zresztą obaj pilnie wypatrują czym się zajmuje drugi i jeden
drugiemu zabiera, bo chce tego samego. Zdaje mi się, że będę
miała fajne te wspólne wakacje.
Starszy powiedział swym rodzicom, że "babcia i dziadek to się
będą bardzo cieszyli gdy oni tu będą na wakacje".
No jasne, będzie głośno , to pewne.
****
Jutro lub pojutrze dopiszę ostatnią część na procontra-anabell.
zapraszam do Centrum Kompleksowej Rehabilitacji, gdzie znów
odnawiam swój nadwątlony kręgosłup. Średnia wieku pacjentów-
"na oko" 70 lat.
Najmłodsza ma dobrze powyżej 50 wiosen, a na widok niektórych
ciśnie się na usta pytanie- ciekawe ile im zostało do setki?.
Tym razem mam bardzo szybkościowy program - przez pół
godziny jestem indywidualnie "merdana", szarpana, podwieszana,
potem ultradzwięki, DD (jakieś 3 różne zakresy) i laser. Całość
zabiera mi zaledwie godzinę, ale razem z przemieszczaniem się
z domu i do domu to aż dwie godziny. Mam za to zakaz długiego
siedzenia, a przy kompie muszę siedzieć na piłce. Mam też dużo
leżeć.Tym samym odpada przez ten czas koralikowanie, ale porobię
trochę na szydełku, bo to potrafię robić w pozycji leżącej.
Stajemy się starym społeczeństwem - a nie jesteśmy do tego wcale
a wcale przygotowani. Brak jest lekarzy geriatrów, a starszy
organizm wymaga innych leków i metod postępowania niż młody.
****
Wreszcie moja przyjaciółka dostała się z wynikami do onkologa.
Pani doktor pogratulowała Jej tej decyzji o mastektomii, bo
dzięki temu nie będzie musiała brać chemii dożylnej. Przez pięć
lat będzie natomiast brała tabletki cytostatyczne. Straciła pierś, ale
uchroniła się przed chemią, która niestety wyniszcza organizm.
Zwłaszcza w Jej sytuacji jest to istotne, bo ma anemię i cukrzycę.
Przez dwa lata nie wolno jej zmieniać klimatu na bodżcowy (czyli
nie wyjedzie w góry ani nad morze) , nie wolno korzystać z
dobrodziejstw takich urządzeń jak laser, ultradzwięki i pole
magnetyczne.
Obie się cieszymy z tej wiadomości.
****
Dziś zadzwonił do mnie starszy wnuczek - sam wybrał numer.
Ze słodkiej paplaniny w języku niemieckim wyłowiłam słowa:
"babcia, krokodyl, imię mojej córki i jego".
Zaraz potem młodsze zaczęło paplać w swoim własnym języku
roczniaka, na koniec odezwała się córka, że właśnie chłopcy mi
podziękowali za przysłane im koszulki.
Starszy dostał zieloną z krokodylami, mały granatową z panterą.
Młodszy ostatnio się tropnął, że starszy w rożku waflowym dostaje
lody, a jego rożek jest pusty. Więc przytuptał do rodziców i
zaczął im pokazywać pusty rożek i coś po swojemu paplać.
Zresztą obaj pilnie wypatrują czym się zajmuje drugi i jeden
drugiemu zabiera, bo chce tego samego. Zdaje mi się, że będę
miała fajne te wspólne wakacje.
Starszy powiedział swym rodzicom, że "babcia i dziadek to się
będą bardzo cieszyli gdy oni tu będą na wakacje".
No jasne, będzie głośno , to pewne.
****
Jutro lub pojutrze dopiszę ostatnią część na procontra-anabell.
niedziela, 3 czerwca 2012
319. Nic a nic się nie dzieje
Niemal się nudzę. Od poniedziałku zaczynam rehabilitację, w głupich
godzinach. Cały dzień rozbity, bo zaczynam od 11 rano. I sporo
kinezyterapii, a ja leń jestem, więc mnie to nie zachwyca.
****
Oprawiłam jeden kaboszon turkusowy. Tym razem na podkładzie, czyli
metodą haftu koralikowego. Nie wiem czemu, ale miał brzydki spód,
więc trzeba było go ukryć. A wygląda tak:
****
Wczoraj wygrałam konkurs na największą debilkę świata kuchennego.
Całe wydarzenie miało miejsce wprawdzie ponad 20 lat temu, ale
i tak zajęłam wg. moich koleżanek pierwsze miejsce.
Był to czas gdy z pełnym poświęceniem robiłam przeróżne przetwory
na zimę. Był akurat sezon truskawkowy, więc każdy kąt kuchni
zapełniały truskawki w różnej postaci. Ponieważ robienie konfitur i
dżemu zabierało sporo czasu, postanowiłam truskawki wekować
z samym cukrem. Robota prosta - umyte, osuszone truskawki dawałam
do wyparzonych słoików typu "twist", na wierzch dawałam łyżkę stołową
cukru, zakręcałam, wstawiałam do gorącego piekarnika i po 15 minutach
produkt był gotowy. A truskawki zachowywały ładny wygląd, dobrą
konsystencję i były pyszne. Był wieczór, ja już umordowana, zagoniłam
dziecię wraz z mężem do łazienki, by dopilnował kąpieli, a sama zabrałam
się za weki.
Gdy otworzyłam piekarnik i zaczęłam wyciągać słoiki okazało się, że
jeden ze słoików był pewnie zle dokręcony i część zawartości nieco
wykipiała a słoik był upaprany. I nagle, jakaś "porządność" mnie
napadła - trzeba to usunąć ze słoika nim zaschnie. I .... niewiele myśląc
odkręciłam kran z gorącą wodą, poczekałam aż będzie już bardzo gorąca,
chwyciłam upaprany słoik przez rękawicę i wsadziłam pod kran. Efekt był
piorunujący. Huk taki, że aż mnie zatkało z wrażenia. Mąż wyskoczył
z łazienki przerażony i ujrzał mnie stojącą z głupią miną przy kuchennym
blacie, z prawą ręką pod kranem, rozsypanym szkłem po całej kuchni,
małym skaleczeniem na ręce, truskawkową pacią na ubraniu i sporą porcją
truskawek przylepioną do.....sufitu. Miałam więcej szczęścia niż rozumu,
bo nie stałam nad samym zlewem, tylko z boku, wyciągniętą daleko ręką
wsuwając słoik pod strumień wody. Poza tym dobrze, że chodzę na stałe
w okularach - mały odprysk szkła z truskawkowym syropem przykleił mi się
do szkła, oko nie ucierpiało.
Sprzątanie zajęło mi kilka godzin, odpryski szkła znajdowałam w dziwnych
miejscach. Mój zapał do robienia przetworów mocno ostygł.
****
W następnym roku nasz kolega robił powidła śliwkowe w szybkowarze.
Nie wiem co się stało, może ów sprzęt był nieco uszkodzony, ale
w chwili, gdy kolega wszedł do kuchni by już wyłączyć szybkowar, ten
wybuchł. Gorąca maziuga pokryła równomiernie sufit, ściany i naszego
kolegę. Dobrze, że wszystko poleciało w pierwszej chwili do góry. No
ale to był wypadek, a nie bezmyślność , tak jak u mnie.
****
Czy u Was też tak wciąż wieje jakby się ktoś powiesił? I co to za czerwiec
z takim zimnem?
Miłego tygodnia wszystkim życzę.
godzinach. Cały dzień rozbity, bo zaczynam od 11 rano. I sporo
kinezyterapii, a ja leń jestem, więc mnie to nie zachwyca.
****
Oprawiłam jeden kaboszon turkusowy. Tym razem na podkładzie, czyli
metodą haftu koralikowego. Nie wiem czemu, ale miał brzydki spód,
więc trzeba było go ukryć. A wygląda tak:
****
Wczoraj wygrałam konkurs na największą debilkę świata kuchennego.
Całe wydarzenie miało miejsce wprawdzie ponad 20 lat temu, ale
i tak zajęłam wg. moich koleżanek pierwsze miejsce.
Był to czas gdy z pełnym poświęceniem robiłam przeróżne przetwory
na zimę. Był akurat sezon truskawkowy, więc każdy kąt kuchni
zapełniały truskawki w różnej postaci. Ponieważ robienie konfitur i
dżemu zabierało sporo czasu, postanowiłam truskawki wekować
z samym cukrem. Robota prosta - umyte, osuszone truskawki dawałam
do wyparzonych słoików typu "twist", na wierzch dawałam łyżkę stołową
cukru, zakręcałam, wstawiałam do gorącego piekarnika i po 15 minutach
produkt był gotowy. A truskawki zachowywały ładny wygląd, dobrą
konsystencję i były pyszne. Był wieczór, ja już umordowana, zagoniłam
dziecię wraz z mężem do łazienki, by dopilnował kąpieli, a sama zabrałam
się za weki.
Gdy otworzyłam piekarnik i zaczęłam wyciągać słoiki okazało się, że
jeden ze słoików był pewnie zle dokręcony i część zawartości nieco
wykipiała a słoik był upaprany. I nagle, jakaś "porządność" mnie
napadła - trzeba to usunąć ze słoika nim zaschnie. I .... niewiele myśląc
odkręciłam kran z gorącą wodą, poczekałam aż będzie już bardzo gorąca,
chwyciłam upaprany słoik przez rękawicę i wsadziłam pod kran. Efekt był
piorunujący. Huk taki, że aż mnie zatkało z wrażenia. Mąż wyskoczył
z łazienki przerażony i ujrzał mnie stojącą z głupią miną przy kuchennym
blacie, z prawą ręką pod kranem, rozsypanym szkłem po całej kuchni,
małym skaleczeniem na ręce, truskawkową pacią na ubraniu i sporą porcją
truskawek przylepioną do.....sufitu. Miałam więcej szczęścia niż rozumu,
bo nie stałam nad samym zlewem, tylko z boku, wyciągniętą daleko ręką
wsuwając słoik pod strumień wody. Poza tym dobrze, że chodzę na stałe
w okularach - mały odprysk szkła z truskawkowym syropem przykleił mi się
do szkła, oko nie ucierpiało.
Sprzątanie zajęło mi kilka godzin, odpryski szkła znajdowałam w dziwnych
miejscach. Mój zapał do robienia przetworów mocno ostygł.
****
W następnym roku nasz kolega robił powidła śliwkowe w szybkowarze.
Nie wiem co się stało, może ów sprzęt był nieco uszkodzony, ale
w chwili, gdy kolega wszedł do kuchni by już wyłączyć szybkowar, ten
wybuchł. Gorąca maziuga pokryła równomiernie sufit, ściany i naszego
kolegę. Dobrze, że wszystko poleciało w pierwszej chwili do góry. No
ale to był wypadek, a nie bezmyślność , tak jak u mnie.
****
Czy u Was też tak wciąż wieje jakby się ktoś powiesił? I co to za czerwiec
z takim zimnem?
Miłego tygodnia wszystkim życzę.
piątek, 1 czerwca 2012
318. Ogłoszenia parafialne
Z okazji Dnia Dziecka, rozlosowałam letnie naszyjniki.
Jaskółka, iw-nowa, Marzena z P.T. oraz Aldona -
zostałyście ukarane moimi wytworami. Bądzcie tak miłe i
podajcie mi na maila swoje adresy, bym mogła Wam te
drobiazgi wysłać. Adres w profilu.
Jaskółka, iw-nowa, Marzena z P.T. oraz Aldona -
zostałyście ukarane moimi wytworami. Bądzcie tak miłe i
podajcie mi na maila swoje adresy, bym mogła Wam te
drobiazgi wysłać. Adres w profilu.
środa, 30 maja 2012
317.Mix
Na początek coś dla oka:
Prościutkie, niezobowiązujące, takie na co dzień.
I jeszcze coś wielce monotematyczne, czyli szkło weneckie
w wydaniu codziennym.
Pisałam Wam poprzednio, że ten naszyjnik z muszlą kojarzy mi się
z morzem, białym piachem i palmami i naklikałam , że to moje
Malediwy. Przez wiele lat planowałam , że tam, kiedyś, kiedyś
pojadę, no ale to mało prawdopodobne.
A wczoraj przeczytałam smutną wiadomość - za 20 lat Malediwy
przestaną istnieć, zostaną wchłonięte przez Ocean. Ten kraj 1192
wysepek zniknie pod wodą .
A tak ogólnie Malediwy to bardzo dziwny kraj - jest w 100%
nastawiony na turystów. To co widzą turyści to jedno, wielkie
przedstawienie.
Wyspy zostały zasiedlone ponad dwa i pół tysiąca lat temu.
Ale przez ten czas tubylcy nie wytworzyli nic własnego - ani
rękodzieła, ani muzyki, nie ma malediwskiej literatury tej pisanej
ani legend opowiadanych przez miejscowych bajarzy. Rdzenna
ludność licząca ponad 330 tysięcy, nie dąży do jakiegokolwiek
rozwoju. W szkołach podstawowych dzieci uczą się miejscowego
narzecza, języka arabskiego i globish , czyli uproszczonego języka
angielskiego, który ma służyć do porozumiewania się w hotelu.
Ponadto uczą się...łowienia ryb.
Ci, nieliczni, którzy naprawdę chcą zdobyć wykształcenie
wyjeżdżają do Singapuru lub Tajlandii i niemal wszyscy potem
wracają na Malediwy, choć nie ma dla nich pracy. Ale tu jest
ich dom.
Prawdziwym problemem Malediwów są - śmiecie. Jedna z
tych pięknych wysp jest śmietniskiem, ale głównie dla stolicy
wysp, Male. Od kilku lat funkcjonują tam spalarnie śmieci, które
coraz bardziej zatruwają środowisko.
A miejscowi , na pozostałych wyspach, spokojniutko wyrzucają
wszelkie śmiecie do Oceanu Indyjskiego.
Okazuje się, że 1 gość hotelowy opłaca pracę 5 osób, więc na
wyspach, na których są wybudowane hotele pracy nie brak.
W styczniu tego roku społeczność wyspiarska zażądała, by
sprawujący od 3 lat władzę prezydent Mohamed Nasheed,
ustąpił z zajmowanego stanowiska. I tu pełne zaskoczenie -
oni nie żądali reform- wprost przeciwnie. Chcieli by wszystko
było tak jak dawniej, po staremu.
Prezydent Nasheed, który usiłował choć trochę uwspółcześnić
swych rodaków i dążył do tego, by przestali być narodem "lokajów",
musiał zrezygnować ze swego stanowiska.
Perspektywa zniknięcia Malediwów nie przeraża mieszkańców-
przeniosą się być może do Sri Lanki lub Australii.
Od dziś będę inaczej już patrzyła na ten turystyczny raj i nie jestem
wcale pewna, czy chcę tam jechać. Bo będąc na miejscu cały
czas miałabym świadomość, że to wszystko co oglądam jest
robione pod turystów, a rzeczywistość jest całkiem inna.
Wiadomości nt. Archipelagu Malediwów czerpałam z Forum 22/23.
Prościutkie, niezobowiązujące, takie na co dzień.
I jeszcze coś wielce monotematyczne, czyli szkło weneckie
w wydaniu codziennym.
Pisałam Wam poprzednio, że ten naszyjnik z muszlą kojarzy mi się
z morzem, białym piachem i palmami i naklikałam , że to moje
Malediwy. Przez wiele lat planowałam , że tam, kiedyś, kiedyś
pojadę, no ale to mało prawdopodobne.
A wczoraj przeczytałam smutną wiadomość - za 20 lat Malediwy
przestaną istnieć, zostaną wchłonięte przez Ocean. Ten kraj 1192
wysepek zniknie pod wodą .
A tak ogólnie Malediwy to bardzo dziwny kraj - jest w 100%
nastawiony na turystów. To co widzą turyści to jedno, wielkie
przedstawienie.
Wyspy zostały zasiedlone ponad dwa i pół tysiąca lat temu.
Ale przez ten czas tubylcy nie wytworzyli nic własnego - ani
rękodzieła, ani muzyki, nie ma malediwskiej literatury tej pisanej
ani legend opowiadanych przez miejscowych bajarzy. Rdzenna
ludność licząca ponad 330 tysięcy, nie dąży do jakiegokolwiek
rozwoju. W szkołach podstawowych dzieci uczą się miejscowego
narzecza, języka arabskiego i globish , czyli uproszczonego języka
angielskiego, który ma służyć do porozumiewania się w hotelu.
Ponadto uczą się...łowienia ryb.
Ci, nieliczni, którzy naprawdę chcą zdobyć wykształcenie
wyjeżdżają do Singapuru lub Tajlandii i niemal wszyscy potem
wracają na Malediwy, choć nie ma dla nich pracy. Ale tu jest
ich dom.
Prawdziwym problemem Malediwów są - śmiecie. Jedna z
tych pięknych wysp jest śmietniskiem, ale głównie dla stolicy
wysp, Male. Od kilku lat funkcjonują tam spalarnie śmieci, które
coraz bardziej zatruwają środowisko.
A miejscowi , na pozostałych wyspach, spokojniutko wyrzucają
wszelkie śmiecie do Oceanu Indyjskiego.
Okazuje się, że 1 gość hotelowy opłaca pracę 5 osób, więc na
wyspach, na których są wybudowane hotele pracy nie brak.
W styczniu tego roku społeczność wyspiarska zażądała, by
sprawujący od 3 lat władzę prezydent Mohamed Nasheed,
ustąpił z zajmowanego stanowiska. I tu pełne zaskoczenie -
oni nie żądali reform- wprost przeciwnie. Chcieli by wszystko
było tak jak dawniej, po staremu.
Prezydent Nasheed, który usiłował choć trochę uwspółcześnić
swych rodaków i dążył do tego, by przestali być narodem "lokajów",
musiał zrezygnować ze swego stanowiska.
Perspektywa zniknięcia Malediwów nie przeraża mieszkańców-
przeniosą się być może do Sri Lanki lub Australii.
Od dziś będę inaczej już patrzyła na ten turystyczny raj i nie jestem
wcale pewna, czy chcę tam jechać. Bo będąc na miejscu cały
czas miałabym świadomość, że to wszystko co oglądam jest
robione pod turystów, a rzeczywistość jest całkiem inna.
Wiadomości nt. Archipelagu Malediwów czerpałam z Forum 22/23.
poniedziałek, 28 maja 2012
316. Świruję....
Miałam pracowitą niedzielę, a poniżej efekty:
Naszyjnik z muszli paua. Od dawna polowałam na taką dużą, całą
muszlę i wreszcie upolowałam. A upolowałam wczoraj, bo
wczoraj miałam szczęśliwy dzień i to bardzo.
Poza tym nabyłam taki nieco zabawny medalion:
Jak widzicie jest otwierany, w najbliższym czasie będą w nim zdjęcia.
Na wierzchu umieściłam hafcik ( cudzy, nie mój),obrębiłam
koralikami i zabezpieczyłam werniksem matowym.
Sznur jest z farfali - czyli poszłam na łatwiznę.
A wszystko przez sroki - obudziły mnie o świcie i tak długo
wrzeszczały, że nie mogłam zasnąć. Więc zabrałam się za
cichą pracę, czyli koraliki.
Naszyjnik z muszli paua. Od dawna polowałam na taką dużą, całą
muszlę i wreszcie upolowałam. A upolowałam wczoraj, bo
wczoraj miałam szczęśliwy dzień i to bardzo.
Poza tym nabyłam taki nieco zabawny medalion:
Jak widzicie jest otwierany, w najbliższym czasie będą w nim zdjęcia.
Na wierzchu umieściłam hafcik ( cudzy, nie mój),obrębiłam
koralikami i zabezpieczyłam werniksem matowym.
Sznur jest z farfali - czyli poszłam na łatwiznę.
A wszystko przez sroki - obudziły mnie o świcie i tak długo
wrzeszczały, że nie mogłam zasnąć. Więc zabrałam się za
cichą pracę, czyli koraliki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)