Wszyscy, którym zależy na tym by demokracja w Polsce
była jej właściwym ustrojem proponuję wejście na stronę:
www.akcjademokracja.pl/ulaskawienie
i podpisanie się oraz wyrażenie swej opinii.
W jedności siła - pamiętajmy o tym.
drewniana rzezba
sobota, 21 listopada 2015
czwartek, 19 listopada 2015
Mentalnie....
.......udaję się na emigrację. Po wczorajszych expose byłej pani burmistrz i nadpremieronadprezydenta mam dość. Niech nadal "ciemny lud" kupuje owe gruszki na wierzbie a gdy dostrzeże, że to tylko bazie a nie gruszki to może się choć część ocknie. Ciekawe tylko jak długo to potrwa.
Nie będę pisała o polityce, bo dostaję mdłości a na dodatek wysypki na wielu częściach ciała.
*****
Na uspokojenie nerwów sięgnęłam do książki p. dr. Wacława Korabiewicza,
który był niezwykłym człowiekiem a na dodatek bliskim znajomym mego
wujka. Pan Wacław urodził się w 1903 roku w Petersburgu.
Żył 91 lat, a było to życie naprawdę ciekawe - czynne, pracowite i pełne przygód.
Z wykształcenia był lekarzem i etnografem.
Studia ukończył na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. Był orędownikiem idei leczenia nie tylko drogą stosowania medycyny konwencjonalnej ale i włączania do leczenia metod naturalnych. Hołdował zasadzie leczenia holistycznego, bo był przekonany, że człowiek to nie
tylko ciało ale pewna całość złożona z ciała i tej niematerialnej, zagadkowej dla nas części.
Interesował się wieloma dziedzinami : irydologią, leczeniem balneologicznym
i klimatycznym, radiestezją, pisał reportaże z podróży i był też poetą.
W chwili wybuchu II wojny światowej był lekarzem Państwowej Szkoły Morskiej i wraz z załogą Daru Pomorza został internowany do Szwecji,
po czym trafił do Londynu, a stamtąd PCK skierował go do Rio de Janeiro.
Z Brazylii trafił do Afryki.
Wszędzie kontaktował się z miejscowymi uzdrawiaczami i szamanami, cały
czas podpatrując i analizując ich metody uzdrawiania ludzi.
W 1962 roku zakończył praktykę lekarską.
Dwadzieścia lat póżniej nakładem londyńskiego wydawnictwa "Veritas"
ukazała się książka pt. "Wiara leczy". Sześć lat póżniej, w 1988r książkę
tę, pod zmienionym tytułem "Cuda bez cudu - rzecz o dziwnych lekach"
wydała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.
Po zakończeniu praktyki lekarskiej doktor podróżował i pisał książki o swych
podróżach i badaniach etnograficznych.
W sumie od 1935 do 1985 roku spod jego pióra wyszło ponad 20 książek.
Mój wujek poznał dr.Korabiewicza w czasie swego kilkuletniego pobytu
służbowego w Ghanie.
Niestety nie miałam okazji poznać doktora osobiście, ale mam jego dwie
książki - spadek po wujku.
Następnym razem napiszę trochę o medycynie chińskiej, bo i jej tajniki
zgłębiał doktor Korabiewicz.
Nie będę pisała o polityce, bo dostaję mdłości a na dodatek wysypki na wielu częściach ciała.
*****
Na uspokojenie nerwów sięgnęłam do książki p. dr. Wacława Korabiewicza,
który był niezwykłym człowiekiem a na dodatek bliskim znajomym mego
wujka. Pan Wacław urodził się w 1903 roku w Petersburgu.
Żył 91 lat, a było to życie naprawdę ciekawe - czynne, pracowite i pełne przygód.
Z wykształcenia był lekarzem i etnografem.
Studia ukończył na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. Był orędownikiem idei leczenia nie tylko drogą stosowania medycyny konwencjonalnej ale i włączania do leczenia metod naturalnych. Hołdował zasadzie leczenia holistycznego, bo był przekonany, że człowiek to nie
tylko ciało ale pewna całość złożona z ciała i tej niematerialnej, zagadkowej dla nas części.
Interesował się wieloma dziedzinami : irydologią, leczeniem balneologicznym
i klimatycznym, radiestezją, pisał reportaże z podróży i był też poetą.
W chwili wybuchu II wojny światowej był lekarzem Państwowej Szkoły Morskiej i wraz z załogą Daru Pomorza został internowany do Szwecji,
po czym trafił do Londynu, a stamtąd PCK skierował go do Rio de Janeiro.
Z Brazylii trafił do Afryki.
Wszędzie kontaktował się z miejscowymi uzdrawiaczami i szamanami, cały
czas podpatrując i analizując ich metody uzdrawiania ludzi.
W 1962 roku zakończył praktykę lekarską.
Dwadzieścia lat póżniej nakładem londyńskiego wydawnictwa "Veritas"
ukazała się książka pt. "Wiara leczy". Sześć lat póżniej, w 1988r książkę
tę, pod zmienionym tytułem "Cuda bez cudu - rzecz o dziwnych lekach"
wydała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.
Po zakończeniu praktyki lekarskiej doktor podróżował i pisał książki o swych
podróżach i badaniach etnograficznych.
W sumie od 1935 do 1985 roku spod jego pióra wyszło ponad 20 książek.
Mój wujek poznał dr.Korabiewicza w czasie swego kilkuletniego pobytu
służbowego w Ghanie.
Niestety nie miałam okazji poznać doktora osobiście, ale mam jego dwie
książki - spadek po wujku.
Następnym razem napiszę trochę o medycynie chińskiej, bo i jej tajniki
zgłębiał doktor Korabiewicz.
wtorek, 17 listopada 2015
Mix
Nieco zamilkłam, ale nie z zachwytu nad sobą, że już tu tyle lat tkwię,
ale po prostu ostatnie wydarzenia w Polsce i w Paryżu wytrąciły mnie
zupełnie z równowagi.
Miałam zamiar przemilczeć "wydarzenia" u nas -wszak przegrane przez
PO wybory i dojście do steru znanej już ekipy jeszcze nikogo u nas nie
zabiły, ale dzisiejsze posunięcie nowego prezydenta powinno być dla
wszystkich poważnym ostrzeżeniem - to sygnał, że nowa władza dąży
do pogwałcenia wszelkich dotychczasowych norm prawnych i
wprowadzenia nowych, wygodnych dla siebie.
Uniewinnienie kogoś, kto jeszcze nawet nie jest skazany prawomocnym
wyrokiem (bo brak jak dotąd uzasadnienia wyroku skazującego) jest
sprawą kuriozalną.
A podobno nowy prezydent ukończył prawo.
Pozostaje tylko pogratulować wiedzy prawniczej.I bezczelności.
*****
Tak sobie myślę, że świat, który się skurczył i stał się globalną wioską,
zaczął się staczać po równi pochyłej.
Ciągle gdzieś się toczą mniejsze i większe wojny, po morzach hulają
współcześni piraci, terroryzm kwitnie, bieda w Trzecim Świecie coraz
większa a islam zatacza coraz szersze kręgi i jest wykorzystywany
przez różnych bandytów do werbowania ludzi do roli mięsa
armatniego.
W Brazylii po fawelach krążą "islamscy misjonarze" i przekonują ludzi by
przeszli na islam, bo to jedyna religia, która im zapewni lepsze życie.
Bo dla Allaha każdy ubogi jest ważny i na wagę złota.
W krajach europejskich wielu imamów współpracuje z tworem o nazwie
Państwo Islamskie.
Chyba najwyższy czas by państwa europejskie przeanalizowały wspólnie
skąd PI bierze ropę, którą handluje i od kogo kupuje broń.
Na koniec pozostaje tylko złożyć gratulacje tym wszystkim, którzy
w swej naiwności tak bardzo cieszyli się z rewolucji wiosennej
w Egipcie, Tunezji i innych krajach arabskich.
Podobną naiwnością wykazują się ci wszyscy, którzy uważają, że
kraje o bardzo silnej strukturze klanowej i plemiennej będą kiedykolwiek
krajami demokratycznymi.
ale po prostu ostatnie wydarzenia w Polsce i w Paryżu wytrąciły mnie
zupełnie z równowagi.
Miałam zamiar przemilczeć "wydarzenia" u nas -wszak przegrane przez
PO wybory i dojście do steru znanej już ekipy jeszcze nikogo u nas nie
zabiły, ale dzisiejsze posunięcie nowego prezydenta powinno być dla
wszystkich poważnym ostrzeżeniem - to sygnał, że nowa władza dąży
do pogwałcenia wszelkich dotychczasowych norm prawnych i
wprowadzenia nowych, wygodnych dla siebie.
Uniewinnienie kogoś, kto jeszcze nawet nie jest skazany prawomocnym
wyrokiem (bo brak jak dotąd uzasadnienia wyroku skazującego) jest
sprawą kuriozalną.
A podobno nowy prezydent ukończył prawo.
Pozostaje tylko pogratulować wiedzy prawniczej.I bezczelności.
*****
Tak sobie myślę, że świat, który się skurczył i stał się globalną wioską,
zaczął się staczać po równi pochyłej.
Ciągle gdzieś się toczą mniejsze i większe wojny, po morzach hulają
współcześni piraci, terroryzm kwitnie, bieda w Trzecim Świecie coraz
większa a islam zatacza coraz szersze kręgi i jest wykorzystywany
przez różnych bandytów do werbowania ludzi do roli mięsa
armatniego.
W Brazylii po fawelach krążą "islamscy misjonarze" i przekonują ludzi by
przeszli na islam, bo to jedyna religia, która im zapewni lepsze życie.
Bo dla Allaha każdy ubogi jest ważny i na wagę złota.
W krajach europejskich wielu imamów współpracuje z tworem o nazwie
Państwo Islamskie.
Chyba najwyższy czas by państwa europejskie przeanalizowały wspólnie
skąd PI bierze ropę, którą handluje i od kogo kupuje broń.
Na koniec pozostaje tylko złożyć gratulacje tym wszystkim, którzy
w swej naiwności tak bardzo cieszyli się z rewolucji wiosennej
w Egipcie, Tunezji i innych krajach arabskich.
Podobną naiwnością wykazują się ci wszyscy, którzy uważają, że
kraje o bardzo silnej strukturze klanowej i plemiennej będą kiedykolwiek
krajami demokratycznymi.
sobota, 14 listopada 2015
Siedem lat.......
...... temu napisałam pierwszy post na moim pierwszym blogu pod tytułem
"procontra-anabell" . Popełniłam tam 525 postów.
A potem w kwietniu 2010 roku założyłam ten blog i ze zdumieniem
dziś zauważyłam,że opublikowałam na nim już 742 posty.
Jestem tym nieco przerażona i jednocześnie pełna podziwu dla Was,
że nadal ze mną jesteście, chociaż chwilami bardzo przynudzam.
Jak policzyłam to w sumie popełniłam 1267 postów. Straszne i dziwne.
Jesteście wspaniali i wielce wyrozumiali, że to wszystko tak dzielnie
znosiliście i nadal znosicie.
Byliście ze mną w wielu trudnych dla mnie momentach życia i często
podtrzymywaliście mnie w pionie.
Za to też jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczna.
Każda rocznica zmusza mnie do pewnego podsumowania, oceny czy
to co robię i jak robię, ma jakiś sens.
Prowadzenie bloga też podlega takiej ocenie i średnio trzy razy w roku
przymierzam się do zamknięcia blogów, ale wtedy odżywa we mnie
mój skrajny egoizm - przecież bez bloga straciłabym kontakt z wieloma
miłymi i bardzo interesującymi osobami!
I zawsze egoizm zwycięża - no cóż, jestem słabą kobietą.
"procontra-anabell" . Popełniłam tam 525 postów.
A potem w kwietniu 2010 roku założyłam ten blog i ze zdumieniem
dziś zauważyłam,że opublikowałam na nim już 742 posty.
Jestem tym nieco przerażona i jednocześnie pełna podziwu dla Was,
że nadal ze mną jesteście, chociaż chwilami bardzo przynudzam.
Jak policzyłam to w sumie popełniłam 1267 postów. Straszne i dziwne.
Jesteście wspaniali i wielce wyrozumiali, że to wszystko tak dzielnie
znosiliście i nadal znosicie.
Byliście ze mną w wielu trudnych dla mnie momentach życia i często
podtrzymywaliście mnie w pionie.
Za to też jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczna.
Każda rocznica zmusza mnie do pewnego podsumowania, oceny czy
to co robię i jak robię, ma jakiś sens.
Prowadzenie bloga też podlega takiej ocenie i średnio trzy razy w roku
przymierzam się do zamknięcia blogów, ale wtedy odżywa we mnie
mój skrajny egoizm - przecież bez bloga straciłabym kontakt z wieloma
miłymi i bardzo interesującymi osobami!
I zawsze egoizm zwycięża - no cóż, jestem słabą kobietą.
piątek, 13 listopada 2015
Co wybrać???
Spotkałam się z jedną z moich koleżanek - była smutna, wyraznie w marnym nastroju.
A czym się tak martwisz? - zapytałam uprzejmie.
Spojrzała na mnie z dezaprobatą i wysapała - martwię się starością i tym,
że jak umrę to już nic nie zobaczę, a na mój grób nikt nie przyjdzie bo nie
mamy dzieci.
Przyznam się szczerze, że rozbawiła mnie tymi słowami niesamowicie, bo
starość już nas dopadła a jednak jakoś życie się toczy dalej, no a fakt,
że nie będziemy oglądać świata, to przecież nic nowego- nim się
urodziłyśmy też go nie oglądałyśmy i nie sądzę by ten poprzedni stan od tego,
który nastąpi, w jakiś znaczący dla nas sposób się różnił.
Pomału rozmowa przeszła na tematy cmentarne i zostałam przez nią
niemal potępiona za to, że zażyczyłam sobie nie tylko kremacji ale i całkiem
świeckiej uroczystości pogrzebowej.
No jak możesz, to okropne tak dać się spalić!
I co to za pogrzeb poza kościołem! Zero nastroju!
Aluś, moim zwłokom zasadniczo będzie obojętne czy będą spalone czy też
zżarte przez robale. Ale mnie, póki jeszcze jestem, przyjemniej jest myśleć o ogniu niż o robalach - argumentowałam.
A pogrzeby świeckie bywają naprawdę wielce wzruszającą uroczystością -
powiedziałabym, że nawet bardziej niż te tradycyjne, w kościele.
Są bardziej intymne, zwrócone na osobę która jest przez bliskich i przyjaciół
żegnana. I każdy może powiedzieć coś od siebie, można włączyć dowolną muzykę a nawet pokazać jakiś wspominkowy film.
Byłam już na takich i były to bardzo wzruszające uroczystości.
No to nie licz, że ja na taki pogrzeb przyjdę -podsumowała ze złością naszą
dyskusję.
No fajnie, zostawię bliskim wiadomość, żeby Cię w razie czego nie informowali
gdy zmienię wymiar - powiedziałam ze śmiechem.
*****
W drodze do domu zakupiłam ostatni numer Forum, a tam, jak na zamówienie
do wyboru/ do koloru, pełen wachlarz możliwości co można zrobić z naszą
powłoką cielesną gdy odejdziemy Tęczowym Mostem w inny wymiar.
Nie wszystko co prawda jest dostępne w Polsce, ale nigdy nie wiadomo
kiedy i gdzie zakończymy wędrówkę.
Kremacja - jest już dozwolona przez KRK, tyle tylko, że niekiedy księża
w Polsce upierają się przy dwóch mszach żałobnych- przed skremowaniem
i po niej.
Według mnie, najciekawsze rozwiązania problemu są proponowane przez
amerykańskie firmy.
Możliwe są ekologiczne kremacje na autentycznym stosie pogrzebowym,
jak w Indiach.
Dla miłośników wody istnieje możliwość wykupienia morskiego pogrzebu-
bohater tej uroczystości może spocząć na dnie morza, w odległości co
najmniej 3 mil morskich od brzegu, gdzie woda ma głębokość przynajmniej
182 metrów. Podobno jest to jeden z bardziej ekologicznych pochówków.
Można też zamienić prochy ukochanej osoby w oczko pierścienia lub też
wyprodukować z nich płytę winylową i nagrać na niej ulubioną melodię
nieżyjącego bliskiego.
Jest też możliwość zamienienia bliskiego zmarłego w drzewo. Jest to
projekt Hiszpana, Martina Azua.
Urna jest zrobiona z łupiny kokosa, wyłożona celulozą i prasowanym torfem.
Prochy zmarłego pokrywa się warstewką ziemi i umieszcza w tym nasiona
wybranego drzewa. Urnę zakopuje się w ziemi , po pewnym czasie nasiona zaczynają kiełkować a prochy są dla młodej rośliny znakomitą pożywką.
Nawet mi się to podoba, ale jeśli się było za życia pechowcem to może się
zdarzyć, że nas zetną i przerobią na jakiś drewniany przedmiot.
A poza tym można jeszcze wystrzelić drogie naszemu sercu prochy w Kosmos albo nieco bliżej, na orbitę okołoziemską.
Dla wielbicieli huku brytyjska firma Heavens Above Fireworks może nasze
prochy zamienić w fajerwerki i uroczystość pogrzebowa będzie wtedy
pokazem sztucznych ogni.
A dla wszystkich, którzy wierzą w kriogenikę pozostaje zamrożenie się
natychmiast po zgonie i czekanie w kapsule na czas, gdy kiedyś, kiedyś
ktoś nas odmrozi i przywróci do życia.
Jak widzicie możliwości jest mnóstwo, aż wybrać trudno;)))
A czym się tak martwisz? - zapytałam uprzejmie.
Spojrzała na mnie z dezaprobatą i wysapała - martwię się starością i tym,
że jak umrę to już nic nie zobaczę, a na mój grób nikt nie przyjdzie bo nie
mamy dzieci.
Przyznam się szczerze, że rozbawiła mnie tymi słowami niesamowicie, bo
starość już nas dopadła a jednak jakoś życie się toczy dalej, no a fakt,
że nie będziemy oglądać świata, to przecież nic nowego- nim się
urodziłyśmy też go nie oglądałyśmy i nie sądzę by ten poprzedni stan od tego,
który nastąpi, w jakiś znaczący dla nas sposób się różnił.
Pomału rozmowa przeszła na tematy cmentarne i zostałam przez nią
niemal potępiona za to, że zażyczyłam sobie nie tylko kremacji ale i całkiem
świeckiej uroczystości pogrzebowej.
No jak możesz, to okropne tak dać się spalić!
I co to za pogrzeb poza kościołem! Zero nastroju!
Aluś, moim zwłokom zasadniczo będzie obojętne czy będą spalone czy też
zżarte przez robale. Ale mnie, póki jeszcze jestem, przyjemniej jest myśleć o ogniu niż o robalach - argumentowałam.
A pogrzeby świeckie bywają naprawdę wielce wzruszającą uroczystością -
powiedziałabym, że nawet bardziej niż te tradycyjne, w kościele.
Są bardziej intymne, zwrócone na osobę która jest przez bliskich i przyjaciół
żegnana. I każdy może powiedzieć coś od siebie, można włączyć dowolną muzykę a nawet pokazać jakiś wspominkowy film.
Byłam już na takich i były to bardzo wzruszające uroczystości.
No to nie licz, że ja na taki pogrzeb przyjdę -podsumowała ze złością naszą
dyskusję.
No fajnie, zostawię bliskim wiadomość, żeby Cię w razie czego nie informowali
gdy zmienię wymiar - powiedziałam ze śmiechem.
*****
W drodze do domu zakupiłam ostatni numer Forum, a tam, jak na zamówienie
do wyboru/ do koloru, pełen wachlarz możliwości co można zrobić z naszą
powłoką cielesną gdy odejdziemy Tęczowym Mostem w inny wymiar.
Nie wszystko co prawda jest dostępne w Polsce, ale nigdy nie wiadomo
kiedy i gdzie zakończymy wędrówkę.
Kremacja - jest już dozwolona przez KRK, tyle tylko, że niekiedy księża
w Polsce upierają się przy dwóch mszach żałobnych- przed skremowaniem
i po niej.
Według mnie, najciekawsze rozwiązania problemu są proponowane przez
amerykańskie firmy.
Możliwe są ekologiczne kremacje na autentycznym stosie pogrzebowym,
jak w Indiach.
Dla miłośników wody istnieje możliwość wykupienia morskiego pogrzebu-
bohater tej uroczystości może spocząć na dnie morza, w odległości co
najmniej 3 mil morskich od brzegu, gdzie woda ma głębokość przynajmniej
182 metrów. Podobno jest to jeden z bardziej ekologicznych pochówków.
Można też zamienić prochy ukochanej osoby w oczko pierścienia lub też
wyprodukować z nich płytę winylową i nagrać na niej ulubioną melodię
nieżyjącego bliskiego.
Jest też możliwość zamienienia bliskiego zmarłego w drzewo. Jest to
projekt Hiszpana, Martina Azua.
Urna jest zrobiona z łupiny kokosa, wyłożona celulozą i prasowanym torfem.
Prochy zmarłego pokrywa się warstewką ziemi i umieszcza w tym nasiona
wybranego drzewa. Urnę zakopuje się w ziemi , po pewnym czasie nasiona zaczynają kiełkować a prochy są dla młodej rośliny znakomitą pożywką.
Nawet mi się to podoba, ale jeśli się było za życia pechowcem to może się
zdarzyć, że nas zetną i przerobią na jakiś drewniany przedmiot.
A poza tym można jeszcze wystrzelić drogie naszemu sercu prochy w Kosmos albo nieco bliżej, na orbitę okołoziemską.
Dla wielbicieli huku brytyjska firma Heavens Above Fireworks może nasze
prochy zamienić w fajerwerki i uroczystość pogrzebowa będzie wtedy
pokazem sztucznych ogni.
A dla wszystkich, którzy wierzą w kriogenikę pozostaje zamrożenie się
natychmiast po zgonie i czekanie w kapsule na czas, gdy kiedyś, kiedyś
ktoś nas odmrozi i przywróci do życia.
Jak widzicie możliwości jest mnóstwo, aż wybrać trudno;)))
sobota, 7 listopada 2015
Post Stokrotki.....
.....przypomniał mi kilka dość zabawnych sytuacji konsumpcyjno -
towarzyskich, własnych i nie tylko.
Powszechnie wiadomo, że w Polsce na ogół gościmy wszystkich "od serca",
czyli czym chata bogata tym rada .
Gościnność francuska jest nieco bardziej powściągliwa, co dość dotkliwie
odczuła moja ciotka będąc w Paryżu u swej znajomej Francuzki.
Wpierw ta pani wraz z małżonkiem tydzień mieszkała u mojej cioci, która
"wychodziła ze skóry", by gościom dogodzić. Gotowała, piekła, biegała na bazar po świeże warzywa i owoce- jednym słowem rozpieszczała gości.
Francuzi byli ponoć zachwyceni, w końcu papu i lokum mieli za darmo, obsługę turystyczną takoż, bo wujek ich woził.
Wyjeżdżając zaprosili moją ciocię do siebie w ramach rewanżu. Ciocia
piała z zachwytu, bo wreszcie obejrzy Paryż, do którego zawsze czuła nieprzeparty pociąg.
Wreszcie się panie domówiły i ciocia pojechała pociągiem bo było taniej
i bezpieczniej, jej zdaniem. W Polsce były to lata pózno gierkowskie.
Na dworcu oczekiwała na nią znajoma i komunikacją miejską udały się w podróż na obrzeże Paryża, bo tam pani miała domek letniskowy.
Domek fajny, z ogródkiem tylko jakoś tego Paryża było mało.
Francuzka uznała, że musi gościa nakarmić, więc wyciągnęła z lodówki
talerzyk, na którym leżały trzy , lekko podeschnięte plasterki szynki,
jedna bułeczka i kromka równie mało świeżego chleba.
Do tego kawa z mlekiem i deser? czyli kawałek ciasta z dżemem.
Cioteczka moja nieco zaskoczona dziobnęła jeden kawałek tego, co było
podobno szynką, rozejrzała się za masłem ale okazało się,że w tym domu
masła się nie jada.
Gdy cioteczka skonsumowała ten jeden plasterek szynki pani domu
spokojnie zawinęła całość w pergaminem, mówiąc,że "to będzie na jutro".
Nastepnie wręczyła mojej cioteczce plan Paryża, kartkę z wypisanymi
połączeniami z tego "zadupia" i poinformowała, że pokaże się tu za 2 dni.
W związku z tak troskliwym przyjęciem cioteczka w pierwszej kolejności
zmieniła termin wyjazdu, w drugiej zrobiła jakieś zakupy żywnościowe i
wróciła do kraju po 5 dniach. Paryż przestał być jej ukochanym miastem. Zupełnie nie wiem dlaczego:)))
*****
A ja wraz z mężem i naszym kolegą byliśmy przez kilka dni gośćmi
znajomych Bułgarów, w Sofii. Była to rodzina 5 osobowa, rodzice, dwóch
synków i babcia.
Głowę domu znaliśmy ze współpracy zagranicznej, dość często bywał
w Polsce. Przemiły facet , a do tego b.przystojny.
Mieszkali na osiedlu jednorodzinnych domków , rodzinę uzupełniała
papużka falista i szczeniak rasy beagle terier. Psiak cudny.
Babcia miała chyba nieco tureckie korzenie, w każdym razie jedzenie
było mocno tureckie.
Pasienie nas zaczynało się od śniadania, na które były świeżutkie,
jeszcze ciepłe bułki drożdżowe posypane sezamem, multum różnych
serów i wędlin, różnych warzyw, w tym oczywiście papryka w.... oliwie, hektolitry kawy i herbaty. Śniadanie trwało ze 2 godziny, a babcia cały
czas pilnowała, by przypadkiem ktoś nie zjadł zbyt mało.
Wmusiła we mnie całą bułkę i niemal ze łzami w oczach ją błagałam by mi
nie kazała jeść drugiej, bo to były naprawdę wielkie bułki i po połówce już
byłam zapchana.
Na obiady musieliśmy wracać do babci i były to obiady dla strudzonych wędrowców- fakt, to wszystko było b. smaczne, ale było tego za dużo i wszystko ociekało oliwą lub olejem, czego moja wątroba po wirusie typu
B nie dawała rady trawić.
A po obiedzie wjeżdżała na stół patera z....ciastem drożdżowym.Wszystko
świeżo upieczone, jeszcze ciepłe, pachnące i pyszne, ale... tłuste.
Babcia Pawła była niesamowita.Wszystko sama robiła a w międzyczasie
haftowała dla nas serwetkę- na pamiątkę.
Kolację jadaliśmy (kto jadł, to jadł) w którejś z wytworniejszych restauracji
i na stole lądowały typowe dania bułgarskie, chyba wszystkie jakie były w karcie w danym dniu. Dołączali do nas przyjaciele Pawła i była nas niezła
gromadka. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, a koniak płynął strumieniami.
Na szczęście wystarczyło im do szczęścia, że stał przede mną pełny
kieliszek.
Niestety musiałam zjeść z każdego dania choć trochę,tyle co weszło na widelec, by poznać smak.
Wszyscy patrzyli z uwagą, czy aby naprawdę wszystkiego kosztuję.
Czwartego dnia wyjeżdżaliśmy rano nad morze, do Achtopola.
Gdybym została jeszcze dzień dłużej z pewnością bym wylądowała
w szpitalu na gastroenterologii.
Bałkańsko- turecka gościnność bywa naprawdę porażająca.
Ale Sofia bardzo mi się podobała a na dodatek załapałam się na wystawę
przepięknych ikon.
towarzyskich, własnych i nie tylko.
Powszechnie wiadomo, że w Polsce na ogół gościmy wszystkich "od serca",
czyli czym chata bogata tym rada .
Gościnność francuska jest nieco bardziej powściągliwa, co dość dotkliwie
odczuła moja ciotka będąc w Paryżu u swej znajomej Francuzki.
Wpierw ta pani wraz z małżonkiem tydzień mieszkała u mojej cioci, która
"wychodziła ze skóry", by gościom dogodzić. Gotowała, piekła, biegała na bazar po świeże warzywa i owoce- jednym słowem rozpieszczała gości.
Francuzi byli ponoć zachwyceni, w końcu papu i lokum mieli za darmo, obsługę turystyczną takoż, bo wujek ich woził.
Wyjeżdżając zaprosili moją ciocię do siebie w ramach rewanżu. Ciocia
piała z zachwytu, bo wreszcie obejrzy Paryż, do którego zawsze czuła nieprzeparty pociąg.
Wreszcie się panie domówiły i ciocia pojechała pociągiem bo było taniej
i bezpieczniej, jej zdaniem. W Polsce były to lata pózno gierkowskie.
Na dworcu oczekiwała na nią znajoma i komunikacją miejską udały się w podróż na obrzeże Paryża, bo tam pani miała domek letniskowy.
Domek fajny, z ogródkiem tylko jakoś tego Paryża było mało.
Francuzka uznała, że musi gościa nakarmić, więc wyciągnęła z lodówki
talerzyk, na którym leżały trzy , lekko podeschnięte plasterki szynki,
jedna bułeczka i kromka równie mało świeżego chleba.
Do tego kawa z mlekiem i deser? czyli kawałek ciasta z dżemem.
Cioteczka moja nieco zaskoczona dziobnęła jeden kawałek tego, co było
podobno szynką, rozejrzała się za masłem ale okazało się,że w tym domu
masła się nie jada.
Gdy cioteczka skonsumowała ten jeden plasterek szynki pani domu
spokojnie zawinęła całość w pergaminem, mówiąc,że "to będzie na jutro".
Nastepnie wręczyła mojej cioteczce plan Paryża, kartkę z wypisanymi
połączeniami z tego "zadupia" i poinformowała, że pokaże się tu za 2 dni.
W związku z tak troskliwym przyjęciem cioteczka w pierwszej kolejności
zmieniła termin wyjazdu, w drugiej zrobiła jakieś zakupy żywnościowe i
wróciła do kraju po 5 dniach. Paryż przestał być jej ukochanym miastem. Zupełnie nie wiem dlaczego:)))
*****
A ja wraz z mężem i naszym kolegą byliśmy przez kilka dni gośćmi
znajomych Bułgarów, w Sofii. Była to rodzina 5 osobowa, rodzice, dwóch
synków i babcia.
Głowę domu znaliśmy ze współpracy zagranicznej, dość często bywał
w Polsce. Przemiły facet , a do tego b.przystojny.
Mieszkali na osiedlu jednorodzinnych domków , rodzinę uzupełniała
papużka falista i szczeniak rasy beagle terier. Psiak cudny.
Babcia miała chyba nieco tureckie korzenie, w każdym razie jedzenie
było mocno tureckie.
Pasienie nas zaczynało się od śniadania, na które były świeżutkie,
jeszcze ciepłe bułki drożdżowe posypane sezamem, multum różnych
serów i wędlin, różnych warzyw, w tym oczywiście papryka w.... oliwie, hektolitry kawy i herbaty. Śniadanie trwało ze 2 godziny, a babcia cały
czas pilnowała, by przypadkiem ktoś nie zjadł zbyt mało.
Wmusiła we mnie całą bułkę i niemal ze łzami w oczach ją błagałam by mi
nie kazała jeść drugiej, bo to były naprawdę wielkie bułki i po połówce już
byłam zapchana.
Na obiady musieliśmy wracać do babci i były to obiady dla strudzonych wędrowców- fakt, to wszystko było b. smaczne, ale było tego za dużo i wszystko ociekało oliwą lub olejem, czego moja wątroba po wirusie typu
B nie dawała rady trawić.
A po obiedzie wjeżdżała na stół patera z....ciastem drożdżowym.Wszystko
świeżo upieczone, jeszcze ciepłe, pachnące i pyszne, ale... tłuste.
Babcia Pawła była niesamowita.Wszystko sama robiła a w międzyczasie
haftowała dla nas serwetkę- na pamiątkę.
Kolację jadaliśmy (kto jadł, to jadł) w którejś z wytworniejszych restauracji
i na stole lądowały typowe dania bułgarskie, chyba wszystkie jakie były w karcie w danym dniu. Dołączali do nas przyjaciele Pawła i była nas niezła
gromadka. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, a koniak płynął strumieniami.
Na szczęście wystarczyło im do szczęścia, że stał przede mną pełny
kieliszek.
Niestety musiałam zjeść z każdego dania choć trochę,tyle co weszło na widelec, by poznać smak.
Wszyscy patrzyli z uwagą, czy aby naprawdę wszystkiego kosztuję.
Czwartego dnia wyjeżdżaliśmy rano nad morze, do Achtopola.
Gdybym została jeszcze dzień dłużej z pewnością bym wylądowała
w szpitalu na gastroenterologii.
Bałkańsko- turecka gościnność bywa naprawdę porażająca.
Ale Sofia bardzo mi się podobała a na dodatek załapałam się na wystawę
przepięknych ikon.
czwartek, 5 listopada 2015
Mix
Jakaś nerwowa się zrobiłam - na tyle, że miałam dziś szczerą ochotę wysiąść z samochodu i faceta natłuc.
Facet był tak mocno zajęty gadaniem przez komórkę, że nie zauważył, że zajeżdża mi drogę.
Jakaś tajemnicza siła znosiła go z prawego pasa na środkowy.
Kilka lat temu można było załapać u nas niezły mandat gdy siedząc za
kierownicą gadało się przez komórkę. A teraz policjanta na ulicy nie
uświadczysz- nie wiem co się z nimi stało.
Uważam,że jak kogoś stać na samochód za kilkadziesiąt tysięcy złotych to
powinno być go również stać na urządzenie głośno mówiące, skoro nie może
powstrzymać się od gadania.
Zauważyłam też pewną prawidłowość - wejście do miejskiego autobusu
jakoś automatycznie wyzwala w ludziach chęć ględzenia przez telefon.
Widocznie to bardzo istotne, by przynajmniej połowa pasażerów wiedziała
co pasażerka przed chwilą kupiła, z kim się widziała i jak było na randce.
Od razu przypomina mi się pewien odruch wielu pasażerów pociągów
dalekobieżnych -kiedyś sporo jezdziłam pociągami i zauważyłam, że gdy
tylko pociąg wyjechał ze stacji "macierzystej" część pasażerów natychmiast wyciągała kanapki z serem i....jajka na twardo. I był to odruch niezależny
od godziny odjazdu.
Nie wiem co wywoływało ten odruch - stukot kół czy kołysanie wagonu.
*****
Zaczynam wpadać w popłoch, bo trzeba się rozejrzeć za prezentami na święta. Zupełnie nie mam pomysłu, co kupić dorosłym. Bo Krasnalom
chcę kupić podusie- jedna strona kolorowa bawełna, druga z mięciusiej uzależniającej tkaniny. Już je zamówiłam u naszej blogowej Agi
Aga szyje prześliczne przytulanki a moje Krasnale niestety już wyrosły
z przytulanek , na szczęście opracowała też fajne podusie.
No ale jeszcze muszę coś wykombinować dla dorosłych. I nawet jeśli
nie pojedziemy ( bo to nic pewnego, mojemu znów coś szwankuje serce),
to prezenty i tak muszę mieć- najwyżej zostaną przesłane.
*****
Zachciało mi się nabyć z okazji zimy płaszcz z materiału typu 50% wełny,
50% czegoś mniej ciepłego. Co zabawniejsze zamarzyło mi się, by jednak
miał jakieś ocieplenie oprócz cienkiej podszewki.
I zastanawiam się co ze mną jest "nie tak", bo z każdego sklepu wychodzę
mocno zniesmaczona- na wieszakach wiszą jakieś paskudne szmaty,
a jedyny wełniany płaszcz był w kolorze białym, nie miał ocieplenia, za to
dekolt tak mniej więcej do pasa i był zapinany na jeden guzik. Ale miał
imponującą cenę - 800zł.
Pani sprzedawczyni mnie pouczyła, że w dobie noszenia "kominów" takie
głębokie wycięcia są w sam raz. A na moje zastrzeżenia, że to przecież
płaszcz zimowy, więc powinien mieć jakieś ocieplenie, pani lekko wzruszyła
ramionkami i powiedziała, że przecież można założyć pod płaszcz ciepły
sweter. Znaczy co idiotka jestem. Pewnie futrzaną kamizelkę również
można pod spód założyć. Czyli znów będę zimować w swojej "puchówce".
*****
Jutro kończę dwutygodniowy cykl rehabilitacji i już jestem zapisana na
następną wizytę za pół roku.
Facet był tak mocno zajęty gadaniem przez komórkę, że nie zauważył, że zajeżdża mi drogę.
Jakaś tajemnicza siła znosiła go z prawego pasa na środkowy.
Kilka lat temu można było załapać u nas niezły mandat gdy siedząc za
kierownicą gadało się przez komórkę. A teraz policjanta na ulicy nie
uświadczysz- nie wiem co się z nimi stało.
Uważam,że jak kogoś stać na samochód za kilkadziesiąt tysięcy złotych to
powinno być go również stać na urządzenie głośno mówiące, skoro nie może
powstrzymać się od gadania.
Zauważyłam też pewną prawidłowość - wejście do miejskiego autobusu
jakoś automatycznie wyzwala w ludziach chęć ględzenia przez telefon.
Widocznie to bardzo istotne, by przynajmniej połowa pasażerów wiedziała
co pasażerka przed chwilą kupiła, z kim się widziała i jak było na randce.
Od razu przypomina mi się pewien odruch wielu pasażerów pociągów
dalekobieżnych -kiedyś sporo jezdziłam pociągami i zauważyłam, że gdy
tylko pociąg wyjechał ze stacji "macierzystej" część pasażerów natychmiast wyciągała kanapki z serem i....jajka na twardo. I był to odruch niezależny
od godziny odjazdu.
Nie wiem co wywoływało ten odruch - stukot kół czy kołysanie wagonu.
*****
Zaczynam wpadać w popłoch, bo trzeba się rozejrzeć za prezentami na święta. Zupełnie nie mam pomysłu, co kupić dorosłym. Bo Krasnalom
chcę kupić podusie- jedna strona kolorowa bawełna, druga z mięciusiej uzależniającej tkaniny. Już je zamówiłam u naszej blogowej Agi
Aga szyje prześliczne przytulanki a moje Krasnale niestety już wyrosły
z przytulanek , na szczęście opracowała też fajne podusie.
No ale jeszcze muszę coś wykombinować dla dorosłych. I nawet jeśli
nie pojedziemy ( bo to nic pewnego, mojemu znów coś szwankuje serce),
to prezenty i tak muszę mieć- najwyżej zostaną przesłane.
*****
Zachciało mi się nabyć z okazji zimy płaszcz z materiału typu 50% wełny,
50% czegoś mniej ciepłego. Co zabawniejsze zamarzyło mi się, by jednak
miał jakieś ocieplenie oprócz cienkiej podszewki.
I zastanawiam się co ze mną jest "nie tak", bo z każdego sklepu wychodzę
mocno zniesmaczona- na wieszakach wiszą jakieś paskudne szmaty,
a jedyny wełniany płaszcz był w kolorze białym, nie miał ocieplenia, za to
dekolt tak mniej więcej do pasa i był zapinany na jeden guzik. Ale miał
imponującą cenę - 800zł.
Pani sprzedawczyni mnie pouczyła, że w dobie noszenia "kominów" takie
głębokie wycięcia są w sam raz. A na moje zastrzeżenia, że to przecież
płaszcz zimowy, więc powinien mieć jakieś ocieplenie, pani lekko wzruszyła
ramionkami i powiedziała, że przecież można założyć pod płaszcz ciepły
sweter. Znaczy co idiotka jestem. Pewnie futrzaną kamizelkę również
można pod spód założyć. Czyli znów będę zimować w swojej "puchówce".
*****
Jutro kończę dwutygodniowy cykl rehabilitacji i już jestem zapisana na
następną wizytę za pół roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)