........jedna z najładniejszych i największych ciem, która żyje na afrykańskim
drzewie życia noszącym nazwę marula.
Obejrzałam dziś na Animal Planet kawałek filmu o afrykańskich drzewach
życia. Jednym z nich jest marula, z którego owoców korzysta wiele zwierząt-
od małych gryzoni do słoni włącznie. I na tym drzewie bytują samice
najpiękniejszych ciem - czyli Pawice Księżycowe.
Wiosną drzewo marula wpierw zaczyna kwitnąć - nie są to jakieś oszałamiające
kwiaty. Są nieduże, nie wabią jakimś ponętnym miodowym aromatem.
Gdy zaczynają na drzewie pojawiać się liście, ożywają przyczepione do pnia
drzewa kokony.
To całkiem zabawnie wygląda, bo nagle kokon dostaje drgawek i po pewnym
czasie zaczyna się z niego wysuwać "coś", co rośnie niemal na naszych oczach.
Po chwili już można się zorientować, że to właśnie jakaś gąsienica, która latem
usadowiła się na pniu moruli i otoczyła kokonem, właśnie się przepoczwarzyła
w bardzo pięknego, całkiem sporego motyla, którego rozpiętość skrzydełek wynosi
od 190 do 222 milimetrów.
Kolor tego zdjęcia nie oddaje urody owego owada, filmowa ćma była bardziej
seledynowa.
Wzór na jej skrzydełkach odstrasza potencjalnych napastników.
Wydłużone końcówki skrzydełek wraz tymi okrągłymi wzorami przypominają
głowę sowy.
Dość długo trwa nim całkiem "pulchna" ćma wyschnie i napompuje swe skrzydełka.
Z chwilą gdy już wyschnie, samiczka jest gotowa do spełnienia swej życiowej roli.
Zaczyna wydzielać feromony, które zwabiają do niej samców.
Dość osobliwie wygląda życie tych owadów - samiec po zapłodnieniu samicy
kończy swe krótkie życie. Samica żyje około 10 dni, podczas których składa
miliony jajeczek w wybranych przez siebie miejscach, na spodniej stronie liści.
Przez cały ten czas pani ćma nic nie je, odżywia się zapasami zgromadzonymi
w swym organizmie w okresie, gdy była gąsienicą. Gdy jajeczka są już złożone,
a zapasy pokarmowe się skończą- ginie.
Ale zadanie zachowania gatunku zostało wykonane.
I tak jakoś mi przyszło do głowy, że chyba o takiej biologii oraz roli kobiet marzą
posłowie polskiej prawicy.
Ciekawe tylko, czy marzy im się również życie samców tej ćmy.
drewniana rzezba
sobota, 10 września 2016
czwartek, 8 września 2016
Kilka słów o.......
....miedzi.
Nasi przodkowie, ci bardzo dawni i ci, którzy odeszli stosunkowo niedawno, żyli
w zgodzie naturą. Bacznie obserwowali otaczającą ich przyrodę i wyciągali różne
wnioski.
Czy widział ktoś z Was wyposażenie kuchni sprzed wielu, wielu lat?
W bogatszych domach w kuchni królowały miedziane patelnie i rondle, miedziane
dzbanki, duże miedziane chochle, a w tych najbogatszych domach blaty były
pokryte miedzią.
Według wierzeń ludowych miedz była "dobra na wszystko" - miedziane płytki
rozwieszone w oborze chroniły mleczność krów oraz jakość mleka.
Ale przyszedł czas, że "ludzie zmądrzeli" i wprowadzili do użytku różne nowe
"wynalazki"- np. garnki aluminiowe. Niewątpliwie wymagały mniejszego nakładu
pracy przy utrzymaniu czystości, były o niebo lżejsze no i tańsze.
Ale nie każda dobra zmiana jest naprawdę dobra.
Miedz pomału odchodziła w zapomnienie jako metal "użytkowy", stała się
natomiast materiałem do wyrobu ozdób - dla ubogich.
Żadna szanująca się kobieta w mieście nie nosiła oczywiście biżuterii zrobionej
z miedzi lub tombaku, czyli stopu zawierającego 80% miedzi i 20% cynku.
Ozdoby miedziane były dla "pospólstwa", ludziom o wyższym statusie
społecznym i materialnym wypadało nosić ozdoby ze srebra, złota lub platyny.
Pierwszy raz o ochronnych właściwościach miedzi dowiedziałam się od pewnej
starej Cyganki, gdy w czasie wagarów włóczyłam się po Łazienkach Królewskich.
Nie da się ukryć, dość często nawiewałam ze szkoły, która miała "paskudną
lokalizację", bardzo blisko Łazienek. W budynku, w którym było moje liceum,
przed II wojną światową też była szkoła i do niej uczęszczał mój ojciec - i też
więcej czasu spędzał w Łazienkach niż w szkole. Ale genu wagarów jeszcze nie
odkryto;)
Cyganka koniecznie chciała mi powróżyć a ja chciałam się dowiedzieć jak można
żyć stale przemieszczając się z miejsca na miejsce, jak można żyć bez łazienki,
toalety, ciepłej wody i praktycznie bez domu, jak można w takich warunkach
wychowywać dzieci?
Chyba byłam pierwszą osobą, która wypytywała ją o takie sprawy.
I wtedy powiedziała mi, że wszystkie Cyganki noszą miedzianą biżuterię - to
naszyjniki z małych miedzianych krążków. I że te właśnie krążki chronią ich
zdrowie.
I oczywiście nie uwierzyłam, powszechnie było wiadome, że Cyganki "cyganią",
czyli mówią nieprawdę.
Ale wtedy kupiłam od niej jej miedzianą bransoletkę, wykonaną z prostego,
2 mm paska blaszki miedzianej, uniwersalną w rozmiarze, tzw. otwartą.
A ponieważ brudziła koszmarnie, wylądowała z czasem... w koszu.
W wiele lat pózniej, firma Neutrogena wypuściła na rynek krem z miedzią.
Wtedy przewertowałam kilka artykułów na temat "miedz a zdrowie człowieka".
Na podstawie różnych badań udowodniono, że miedz ma silne właściwości
bakteriobójcze. W ciągu piętnastu minut na powierzchni pokrytej miedzią ginęły
drobnoustroje chorobotwórcze, w tym również gronkowiec złocisty.
Kilka szpitali amerykańskich i angielskich podjęło wówczas badania nad
wykorzystaniem tego faktu do pozbycia się groznych zakażeń
wewnątrzszpitalnych, które są zmorą szpitali.
W jednej z przychodni przyszpitalnych pewne elementy krzeseł pokryto miedzią
i uzyskano 70% redukcję szkodliwych mikroorganizmów.
Prowadzone badania wykazały też, że miedz stymuluje pracę serca oraz
powoduje zmniejszenie dolegliwości bólowych w stanach zapalnych stawów,
w tym zmniejsza lub całkowicie eliminuje bóle kręgosłupa.
Ale nie spodziewajcie się, że którykolwiek lekarz doradzi Wam żebyście
zakupili w charakterze leku bransoletkę i pierścionek z miedzi oraz stosowali
go zamiast NLP (niesterydowego leku przeciwzapalnego) czyli olfenu,
ibuprofenu i innych, rujnujących wątrobę i nerki, ale przynoszących
farmaceutycznym koncernom kokosowe zyski.
A mój pierścionek miedziany tak oto się prezentuje
Nasi przodkowie, ci bardzo dawni i ci, którzy odeszli stosunkowo niedawno, żyli
w zgodzie naturą. Bacznie obserwowali otaczającą ich przyrodę i wyciągali różne
wnioski.
Czy widział ktoś z Was wyposażenie kuchni sprzed wielu, wielu lat?
W bogatszych domach w kuchni królowały miedziane patelnie i rondle, miedziane
dzbanki, duże miedziane chochle, a w tych najbogatszych domach blaty były
pokryte miedzią.
Według wierzeń ludowych miedz była "dobra na wszystko" - miedziane płytki
rozwieszone w oborze chroniły mleczność krów oraz jakość mleka.
Ale przyszedł czas, że "ludzie zmądrzeli" i wprowadzili do użytku różne nowe
"wynalazki"- np. garnki aluminiowe. Niewątpliwie wymagały mniejszego nakładu
pracy przy utrzymaniu czystości, były o niebo lżejsze no i tańsze.
Ale nie każda dobra zmiana jest naprawdę dobra.
Miedz pomału odchodziła w zapomnienie jako metal "użytkowy", stała się
natomiast materiałem do wyrobu ozdób - dla ubogich.
Żadna szanująca się kobieta w mieście nie nosiła oczywiście biżuterii zrobionej
z miedzi lub tombaku, czyli stopu zawierającego 80% miedzi i 20% cynku.
Ozdoby miedziane były dla "pospólstwa", ludziom o wyższym statusie
społecznym i materialnym wypadało nosić ozdoby ze srebra, złota lub platyny.
Pierwszy raz o ochronnych właściwościach miedzi dowiedziałam się od pewnej
starej Cyganki, gdy w czasie wagarów włóczyłam się po Łazienkach Królewskich.
Nie da się ukryć, dość często nawiewałam ze szkoły, która miała "paskudną
lokalizację", bardzo blisko Łazienek. W budynku, w którym było moje liceum,
przed II wojną światową też była szkoła i do niej uczęszczał mój ojciec - i też
więcej czasu spędzał w Łazienkach niż w szkole. Ale genu wagarów jeszcze nie
odkryto;)
Cyganka koniecznie chciała mi powróżyć a ja chciałam się dowiedzieć jak można
żyć stale przemieszczając się z miejsca na miejsce, jak można żyć bez łazienki,
toalety, ciepłej wody i praktycznie bez domu, jak można w takich warunkach
wychowywać dzieci?
Chyba byłam pierwszą osobą, która wypytywała ją o takie sprawy.
I wtedy powiedziała mi, że wszystkie Cyganki noszą miedzianą biżuterię - to
naszyjniki z małych miedzianych krążków. I że te właśnie krążki chronią ich
zdrowie.
I oczywiście nie uwierzyłam, powszechnie było wiadome, że Cyganki "cyganią",
czyli mówią nieprawdę.
Ale wtedy kupiłam od niej jej miedzianą bransoletkę, wykonaną z prostego,
2 mm paska blaszki miedzianej, uniwersalną w rozmiarze, tzw. otwartą.
A ponieważ brudziła koszmarnie, wylądowała z czasem... w koszu.
W wiele lat pózniej, firma Neutrogena wypuściła na rynek krem z miedzią.
Wtedy przewertowałam kilka artykułów na temat "miedz a zdrowie człowieka".
Na podstawie różnych badań udowodniono, że miedz ma silne właściwości
bakteriobójcze. W ciągu piętnastu minut na powierzchni pokrytej miedzią ginęły
drobnoustroje chorobotwórcze, w tym również gronkowiec złocisty.
Kilka szpitali amerykańskich i angielskich podjęło wówczas badania nad
wykorzystaniem tego faktu do pozbycia się groznych zakażeń
wewnątrzszpitalnych, które są zmorą szpitali.
W jednej z przychodni przyszpitalnych pewne elementy krzeseł pokryto miedzią
i uzyskano 70% redukcję szkodliwych mikroorganizmów.
Prowadzone badania wykazały też, że miedz stymuluje pracę serca oraz
powoduje zmniejszenie dolegliwości bólowych w stanach zapalnych stawów,
w tym zmniejsza lub całkowicie eliminuje bóle kręgosłupa.
Ale nie spodziewajcie się, że którykolwiek lekarz doradzi Wam żebyście
zakupili w charakterze leku bransoletkę i pierścionek z miedzi oraz stosowali
go zamiast NLP (niesterydowego leku przeciwzapalnego) czyli olfenu,
ibuprofenu i innych, rujnujących wątrobę i nerki, ale przynoszących
farmaceutycznym koncernom kokosowe zyski.
A mój pierścionek miedziany tak oto się prezentuje
poniedziałek, 5 września 2016
Zalało Warszawę!
I to całkiem mocno zalało - na niektórych ulicach w samym centrum miasta woda
sięgała do połowy kół samochodów, które musiały w tej sytuacji udawać amfibię.
Dość mocno ucierpiały bliskie Wisły dzielnice na praskiej stronie.
Oczywiście słyszałam, że leje nieprzyzwoicie, ale byłam mocno zajęta robieniem
tego naszyjnika:
Wygląda na to, że wpadłam w "monokulturę". Ten naszyjnik to moja forma
przeprosin. Otóż znajome dziewczę przyniosło do mnie koraliki z prośbą
bym zrobiła dla niej kilka drobiazgów. Niestety dziewczę zakupiło koraliki
produkcji chińskiej i żeby coś z nich zrobić musiałam wpierw odwalić pracę
kopciuszka, czyli wyselekcjonować koraliki równe, jednakowe.
Wyobrażacie sobie zapewne jaki świetny miałam przy tym humor! Nawet te
wybrane koraliki nie za bardzo nadawały się do pracy, bo przez ich otwór nie
zawsze można było przewlec dwukrotnie nitkę.
Udało mi się wybrać tyle, by wyszedł naszyjnik i kolczyki a resztę zwyczajnie
zutylizowałam. A że wredna jestem, powiedziałam dziewczęciu, by więcej
takiego barachła nie kupowała. A jej było z tego powodu przykro.I teraz zrobiłam
dla niej ten naszyjnik, bo dziewczę uwielbia ciemną zieleń a na widok tych rureczek
nieomal padła z zachwytu, choć w opakowaniu takie rureczki wcale nie wyglądają
zachwycająco.
Jutro dziewczę przyjdzie i je zabierze, a ja nawet dość przytomnie zdołałam
je obfocić.
A tak ogólnie to postanowiłam zrobić kilka drobiazgów na rozdawajkę, bo już
bardzo dawno nie robiłam rozdawajki. A wszystko przez to, że jednak coraz mniej
robię koralików - przyczyny różne.
A to miałam zakaz z uwagi na paluszki, a to się zle czułam, albo musiałam uzupełnić
zasoby biżutkowe córki.
Mam dla Was ciekawostkę - z miesiąc temu znów zaczęły mi dokuczać palce- stawy
znów bolały i zaczęły tworzyć się zgrubienia. A ja, w te pędy zakupiłam solidny,
miedziany pierścionek i zaczęłam go nosić non-stop. Efekt - stawy już nie bolą,
zgrubienia się gdzieś rozeszły. A ja nadal noszę ten pierścionek, choć brudzi mi palec.
Zapewne niektórzy z Was pamiętają,że dawno, dawno temu Romowie (czyli Cyganie)
żyli w taborach. Co bogatsi mieli wozy, mniej bogaci spali w szałasach.
Wszystkie Cyganki nosiły miedzianą biżuterię- najczęściej były to naszyjniki
z miedzianych blaszek. Twierdziły, że dzięki tym miedzianym blaszkom są zdrowe, nie
chorują na reumatyzm, choć ich tryb życia -mycie i pranie w lodowatej wodzie, spanie
w wilgoci i częste niedojadanie sprzyjały tym chorobom.
I tak sobie myśle, że postęp postępem, a tak naprawdę warto się przyjrzeć dawnym
metodom profilaktyki zdrowia.
sięgała do połowy kół samochodów, które musiały w tej sytuacji udawać amfibię.
Dość mocno ucierpiały bliskie Wisły dzielnice na praskiej stronie.
Oczywiście słyszałam, że leje nieprzyzwoicie, ale byłam mocno zajęta robieniem
tego naszyjnika:
Wygląda na to, że wpadłam w "monokulturę". Ten naszyjnik to moja forma
przeprosin. Otóż znajome dziewczę przyniosło do mnie koraliki z prośbą
bym zrobiła dla niej kilka drobiazgów. Niestety dziewczę zakupiło koraliki
produkcji chińskiej i żeby coś z nich zrobić musiałam wpierw odwalić pracę
kopciuszka, czyli wyselekcjonować koraliki równe, jednakowe.
Wyobrażacie sobie zapewne jaki świetny miałam przy tym humor! Nawet te
wybrane koraliki nie za bardzo nadawały się do pracy, bo przez ich otwór nie
zawsze można było przewlec dwukrotnie nitkę.
Udało mi się wybrać tyle, by wyszedł naszyjnik i kolczyki a resztę zwyczajnie
zutylizowałam. A że wredna jestem, powiedziałam dziewczęciu, by więcej
takiego barachła nie kupowała. A jej było z tego powodu przykro.I teraz zrobiłam
dla niej ten naszyjnik, bo dziewczę uwielbia ciemną zieleń a na widok tych rureczek
nieomal padła z zachwytu, choć w opakowaniu takie rureczki wcale nie wyglądają
zachwycająco.
Jutro dziewczę przyjdzie i je zabierze, a ja nawet dość przytomnie zdołałam
je obfocić.
A tak ogólnie to postanowiłam zrobić kilka drobiazgów na rozdawajkę, bo już
bardzo dawno nie robiłam rozdawajki. A wszystko przez to, że jednak coraz mniej
robię koralików - przyczyny różne.
A to miałam zakaz z uwagi na paluszki, a to się zle czułam, albo musiałam uzupełnić
zasoby biżutkowe córki.
Mam dla Was ciekawostkę - z miesiąc temu znów zaczęły mi dokuczać palce- stawy
znów bolały i zaczęły tworzyć się zgrubienia. A ja, w te pędy zakupiłam solidny,
miedziany pierścionek i zaczęłam go nosić non-stop. Efekt - stawy już nie bolą,
zgrubienia się gdzieś rozeszły. A ja nadal noszę ten pierścionek, choć brudzi mi palec.
Zapewne niektórzy z Was pamiętają,że dawno, dawno temu Romowie (czyli Cyganie)
żyli w taborach. Co bogatsi mieli wozy, mniej bogaci spali w szałasach.
Wszystkie Cyganki nosiły miedzianą biżuterię- najczęściej były to naszyjniki
z miedzianych blaszek. Twierdziły, że dzięki tym miedzianym blaszkom są zdrowe, nie
chorują na reumatyzm, choć ich tryb życia -mycie i pranie w lodowatej wodzie, spanie
w wilgoci i częste niedojadanie sprzyjały tym chorobom.
I tak sobie myśle, że postęp postępem, a tak naprawdę warto się przyjrzeć dawnym
metodom profilaktyki zdrowia.
sobota, 3 września 2016
Nie samymi kłopotami......
....człowiek żyje.
Żeby już zupełnie nie sfiksować i nie wpaść w depresję, zabrałam się za zrobienie
kompletu składającego się z naszyjnika, bransoletki i kolczyków.
Sprawa była o tyle prosta, że osoba, dla której to robiłam ułatwiła mi pracę, bo
spodobał się Jej jeden konkretny naszyjnik, ale miała zastrzeżenia co do koloru.
Po jednym dniu przeczesywania netu znalazłam właściwy kolor i by oderwać myśli
od: "co właściwie memu chłopu jest" i innych związanych z tym spraw zabrałam się
za koralikowanie.
Naszyjnik zrobiłam właściwie w jeden wieczór, jedynie zapięcie dorabiałam
następnego dnia.
Potem siedziałam wgapiając się godzinami w koraliki, zastanawiając się jakim
wzorem zrobić bransoletkę.
Kombinowałam niczym koń pod górę, raz zaczęłam, popatrzyłam, popatrzyłam
i sprułam. W pruciu to ja mam piekielną wprawę, zwłaszcza gdy w grę wchodzi
jakaś robótka na drutach lub szydełku. Ale w koralikach też mnie ta dolegliwość
dopada.
W końcu, gdy ponownie posplatałam koraliki, uznałam, że będzie dobrze. Trochę
się pogłowiłam nad zapięciem i w końcu zrobiłam je też z koralików.
Miałam już gotowe dwie rzeczy- zostały mi kolczyki.
Przyznam się Wam bez bicia- każde zrobienie przeze mnie kolczyków graniczy
z cudem, bo ja nie noszę kolczyków.
Zawsze boję się, że zrobię je za ciężkie, ale to jeszcze nic- mam kłopot ze
zrobieniem dwóch jednakowych, choć skrupulatnie liczę koraliki (teoretycznie do
trzydziestu liczę względnie sprawnie), ale i tak na ogół mam spore kłopoty by były
te kolczyki jednakowe.
Znajoma śmieje się ze mnie, że powinnam robić kolczyki dla piratów, bo oni
przeważnie noszą tylko jeden kolczyk.
No i w ramach zajmowania myśli czymś innym niż choroba męża, powstało to:
A potem, idąc za ciosem zrobiłam jeszcze jeden naszyjnik, ściegiem
siatkowym , też z takich rureczek, ale w innym kolorze. Teoretycznie miały
kolor srebrny - tak długo, dopóki się nie naświetliły w świetle lampy.
Teraz mają kolor jasno turkusowy. Też ładne i to na tyle, że nim zdążyłam
je "obfocić" , jeszcze "ciepłe", zniknęły w kieszeni mojej koleżanki.
Żeby już zupełnie nie sfiksować i nie wpaść w depresję, zabrałam się za zrobienie
kompletu składającego się z naszyjnika, bransoletki i kolczyków.
Sprawa była o tyle prosta, że osoba, dla której to robiłam ułatwiła mi pracę, bo
spodobał się Jej jeden konkretny naszyjnik, ale miała zastrzeżenia co do koloru.
Po jednym dniu przeczesywania netu znalazłam właściwy kolor i by oderwać myśli
od: "co właściwie memu chłopu jest" i innych związanych z tym spraw zabrałam się
za koralikowanie.
Naszyjnik zrobiłam właściwie w jeden wieczór, jedynie zapięcie dorabiałam
następnego dnia.
Potem siedziałam wgapiając się godzinami w koraliki, zastanawiając się jakim
wzorem zrobić bransoletkę.
Kombinowałam niczym koń pod górę, raz zaczęłam, popatrzyłam, popatrzyłam
i sprułam. W pruciu to ja mam piekielną wprawę, zwłaszcza gdy w grę wchodzi
jakaś robótka na drutach lub szydełku. Ale w koralikach też mnie ta dolegliwość
dopada.
W końcu, gdy ponownie posplatałam koraliki, uznałam, że będzie dobrze. Trochę
się pogłowiłam nad zapięciem i w końcu zrobiłam je też z koralików.
Miałam już gotowe dwie rzeczy- zostały mi kolczyki.
Przyznam się Wam bez bicia- każde zrobienie przeze mnie kolczyków graniczy
z cudem, bo ja nie noszę kolczyków.
Zawsze boję się, że zrobię je za ciężkie, ale to jeszcze nic- mam kłopot ze
zrobieniem dwóch jednakowych, choć skrupulatnie liczę koraliki (teoretycznie do
trzydziestu liczę względnie sprawnie), ale i tak na ogół mam spore kłopoty by były
te kolczyki jednakowe.
Znajoma śmieje się ze mnie, że powinnam robić kolczyki dla piratów, bo oni
przeważnie noszą tylko jeden kolczyk.
No i w ramach zajmowania myśli czymś innym niż choroba męża, powstało to:
A potem, idąc za ciosem zrobiłam jeszcze jeden naszyjnik, ściegiem
siatkowym , też z takich rureczek, ale w innym kolorze. Teoretycznie miały
kolor srebrny - tak długo, dopóki się nie naświetliły w świetle lampy.
Teraz mają kolor jasno turkusowy. Też ładne i to na tyle, że nim zdążyłam
je "obfocić" , jeszcze "ciepłe", zniknęły w kieszeni mojej koleżanki.
czwartek, 1 września 2016
Wiem, że....
.....życie to pasmo dziwnych zdarzeń i przypadków.
A poza tym potwierdziło się porzekadło pewnego znajomego lekarza, że dzieci
i mężczyzni chorują z brudu i/albo z niegrzeczności, co wynika z braku rozsądku.
Bo kompletnym brakiem rozsądku jest udowodnianie sobie i żonie, że nadal
jest się pełnosprawnym i silnym facetem.
Wyjaśniły mi się dwie sprawy - to nie inwazja Obcego spowodowała dziwne
dolegliwości mego męża, ale nawrót zoperowanej 7 lat temu przepukliny.
A więc trzeba operować. I tu zaczynają się schody, bo po implantacji sztucznej
zastawki aortalnej, gdy omal nie wpędził mnie mój mąż w stan wdowieństwa,
każdy zabieg chirurgiczny u niego jest problemem. I nie jest to mój wymysł.
Gdyby wszczepili mu zastawkę biologiczną, nie byłoby tych problemów.
Ale to nie koniec problemów- problem drugi wynika z faktu, że tak naprawdę
brakuje chirurgów. Anestezjologów także. I myślę, że łatwiej jest wymienić
czego nie brakuje.
Sytuacja wygląda tak, że do chirurga musieliśmy iść na prywatną wizytę.
Otrzymaliśmy skierowanie do szpitala na operację. Szpital prywatny, ale jak
każda jedna placówka prywatna, ma podpisaną umowę z NFZ na wykonywanie
różnych świadczeń zdrowotnych.
Pomimo skierowania od chirurga, na którym jest rozpoznanie choroby, każdy
pacjent musi przejść tzw. badanie kwalifikacyjne przez lekarza, który będzie
operował. Najbliższy możliwy termin badania to 23 września. Najbliższy
możliwy termin operacji --- ZA ROK. Oczywiście dotyczy to zabiegu na koszt
NFZ. No chyba, że lekarz w trakcie badania uzna, że stan pacjenta wymaga by
operacja odbyła się wcześniej. A co do czasu operacji? "uważać na siebie i się
oszczędzać - nie chodzić po schodach, nie schylać się, niczego nie nosić, nie
zaziębiać się by nie kaszleć". To ostatnie zalecenie ogromnie mnie rozśmieszyło,
bo mój mąż stale kaszle, bo ma POChP.
Postanowiliśmy zaczekać spokojnie do tego badania i jeśli trzeba będzie długo
czekać na termin operacji na koszt NFZ, to trzeba będzie zrobić operację na
koszt własny.Oczywiście z góry nie wiadomo jaka to będzie kwota- na razie
wiadomo, że koszt waha się od 4600 do 7600 zł.
******
A teraz coś, co powinnam była napisać na początku - bardzo wszystkim
dziękuję za wsparcie i miłe słowa pod poprzednim postem.
Przydały się, bo rozsypałam się psychicznie niczym sterta siana od podmuchu
wiatru.
Jesteście naprawdę KOCHANI ! DZIĘKUJĘ !!!!!
A poza tym potwierdziło się porzekadło pewnego znajomego lekarza, że dzieci
i mężczyzni chorują z brudu i/albo z niegrzeczności, co wynika z braku rozsądku.
Bo kompletnym brakiem rozsądku jest udowodnianie sobie i żonie, że nadal
jest się pełnosprawnym i silnym facetem.
Wyjaśniły mi się dwie sprawy - to nie inwazja Obcego spowodowała dziwne
dolegliwości mego męża, ale nawrót zoperowanej 7 lat temu przepukliny.
A więc trzeba operować. I tu zaczynają się schody, bo po implantacji sztucznej
zastawki aortalnej, gdy omal nie wpędził mnie mój mąż w stan wdowieństwa,
każdy zabieg chirurgiczny u niego jest problemem. I nie jest to mój wymysł.
Gdyby wszczepili mu zastawkę biologiczną, nie byłoby tych problemów.
Ale to nie koniec problemów- problem drugi wynika z faktu, że tak naprawdę
brakuje chirurgów. Anestezjologów także. I myślę, że łatwiej jest wymienić
czego nie brakuje.
Sytuacja wygląda tak, że do chirurga musieliśmy iść na prywatną wizytę.
Otrzymaliśmy skierowanie do szpitala na operację. Szpital prywatny, ale jak
każda jedna placówka prywatna, ma podpisaną umowę z NFZ na wykonywanie
różnych świadczeń zdrowotnych.
Pomimo skierowania od chirurga, na którym jest rozpoznanie choroby, każdy
pacjent musi przejść tzw. badanie kwalifikacyjne przez lekarza, który będzie
operował. Najbliższy możliwy termin badania to 23 września. Najbliższy
możliwy termin operacji --- ZA ROK. Oczywiście dotyczy to zabiegu na koszt
NFZ. No chyba, że lekarz w trakcie badania uzna, że stan pacjenta wymaga by
operacja odbyła się wcześniej. A co do czasu operacji? "uważać na siebie i się
oszczędzać - nie chodzić po schodach, nie schylać się, niczego nie nosić, nie
zaziębiać się by nie kaszleć". To ostatnie zalecenie ogromnie mnie rozśmieszyło,
bo mój mąż stale kaszle, bo ma POChP.
Postanowiliśmy zaczekać spokojnie do tego badania i jeśli trzeba będzie długo
czekać na termin operacji na koszt NFZ, to trzeba będzie zrobić operację na
koszt własny.Oczywiście z góry nie wiadomo jaka to będzie kwota- na razie
wiadomo, że koszt waha się od 4600 do 7600 zł.
******
A teraz coś, co powinnam była napisać na początku - bardzo wszystkim
dziękuję za wsparcie i miłe słowa pod poprzednim postem.
Przydały się, bo rozsypałam się psychicznie niczym sterta siana od podmuchu
wiatru.
Jesteście naprawdę KOCHANI ! DZIĘKUJĘ !!!!!
piątek, 19 sierpnia 2016
Przepraszam......
......ale trochę mnie tu nie będzie.
Mój ślubny musi iść do naprawy, ale nim to nastąpi należy się z nim obchodzić niczym
z przysłowiowym zgniłym jajkiem - zero wysiłku fizycznego i musi być we wszystkim
wyręczany.
Jak się sprawy wyjaśnią i będzie wiadomo co dalej - pewnie wrócę.
No to do poczytania;(((
Mój ślubny musi iść do naprawy, ale nim to nastąpi należy się z nim obchodzić niczym
z przysłowiowym zgniłym jajkiem - zero wysiłku fizycznego i musi być we wszystkim
wyręczany.
Jak się sprawy wyjaśnią i będzie wiadomo co dalej - pewnie wrócę.
No to do poczytania;(((
niedziela, 14 sierpnia 2016
Mój
Jutro minie sześć lat odkąd odszedł za Tęczowy Most.
Dziś para starych wariatów pognała na Psi Cmentarz, uporządkowała psią mogiłkę,
zapaliła LEDowy zniczyk,, wetknęła nowy wiatraczek.
Psi Cmentarz to miejsce, w którym nieznane sobie osoby uśmiechają się do siebie,
mówią "dzień dobry, gdy wstępują na alejkę, w której już ktoś jest,
odchodząc mówią do widzenia lub do zobaczenia.
Niektórzy przychodzą z nowymi pieskami, którym tłumaczą, że tu leży ich poprzedni ukochany przyjaciel.
Psi Cmentarz to miejsce wielce kolorowe a gdy poprzez gałęzie starych drzew wpada
słońce, a do tego wieje wiatr , trudno się nie uśmiechnąć, bo wszechobecne kolorowe
wiatraczki furkoczą i rzucają kolorowe błyski.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
