drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 11 marca 2017

Wiszę.....

.... a tego stanu nie lubię.
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji,  a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy  za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych  kilka
wariantów i możliwych  scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym  mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to  aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla  niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka  na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie  z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam.  Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na  stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać  tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję  swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Miłej niedzieli wszystkim życzę;>)




czwartek, 9 marca 2017

Dzieci in vitro?

Bardzo, bardzo dawno temu, mniej więcej około 550 roku przed nową erą
w Persji zaistniał kult Mitry.
Według wyznawców Mitra był bogiem w ludzkiej postaci. Był przedstawiany
jako młody mężczyzna i kojarzony z kultem Słońca- nosił miano Boga Słońca
oraz Słońca Niezwyciężonego.
Mitra narodził się ponoć z dziewiczej matki.
Gdy Mitra zabił mitycznego, świętego byka został wyniesiony do godności
rzecznika gatunku ludzkiego u bogów na wysokości.
Wyznawcy tego kultu odbywali swe nabożeństwa najczęściej w jaskiniach, lub
innych świętych miejscach  śpiewając hymny, mamrocząc różne zaklęcia, jedząc
 mięso świętych zwierząt i pijąc ich krew.
Uczestnictwo w tych wspólnych modłach miało zapewnić życie  wieczne
w postaci natychmiastowego przejścia po śmierci na łono Mitry, by czekać
w szczęściu i spokoju na dzień sądu.
Dzień sądu miał nastąpić w chwili końca świata, a wtedy wszyscy zmarli mieli
zostać  wezwani z grobów na sąd ostateczny.
Nikczemni mieli  wtedy zostać unicestwieni w ogniu, a ci prawi rządzić wspólnie
z Mitrą.
Początkowo była to religia tylko dla mężczyzn i miała siedem różnych klas,
do których wierni byli kolejno wprowadzani. Po jakimś czasie żony i córki
wyznawców Mitry były przyjmowane do świątyń Wielkiej Matki, które
przylegały do świątyń Mitry.
Kult kobiet był mieszanką obrządku Mitry i frygijskiego kultu Kybele, matki
Attisa.
Przy wejściu do świątyń czciciele Mitry maczali  zawsze palce w wodzie
święconej.
Kult Mitry przetrwał do końca imperium rzymskiego.

Mitra wcale a wcale nie był pierwszym dzieckiem poczętym bez udziału
mężczyzny.
W XIII wieku przed nową erą, w ten nietypowy sposób przyszedł na ziemski
świat bóg Attis. Urodził się  mniej więcej na terenie dzisiejszej Turcji.
I, co ciekawe- urodził się 25 grudnia. Attis był zarówno ojcem jak i synem
świętym.
Attis był również nazywany zbawicielem, a umarł ukrzyżowany na drzewie
by odkupić grzechy ludzi.
Został pogrzebany, a trzy dni póżniej jego kapłani znalezli pusty grób - bo
Attis zmartwychwstał  i to w dniu 25 marca.
Ceremonia inicjacyjna jego wyznawców polegała na symbolicznym chrzcie
we krwi, która  zmywała winy za popełnione grzechy i po nim byli
nazywani "nowo narodzonymi".
Praktykowali również zwyczaj dzielenia się świętym chlebem,który był
symbolem ciała zbawiciela.
Niewiele wiemy o  szczegółach tego kultu, ale wiadomo, że jego kapłani i
wszyscy mężczyzni służący w jego świątyniach musieli być- wykastrowani.
A Kybele, matka Attisa, zwana Matką Bogów, pomimo urodzenia jeszcze
kilku bogów nadal pozostała dziewicą.

Czytam o tych  przedchrześcijańskich  kultach czytam i nie jest dla mnie
odkryciem, że znam te historie z zupełnie innego kultu, ale  nagle  pojęłam
skąd niechęć i opór naszych władz do in vitro.
Bo jasno z tego wynika, że   poczęcie  in vitro =  bogowie.
I kto wie, może któreś z dzieci  poczętych  in vitro spełniłoby to równanie
i z czasem, przyjrzawszy się pewnemu ugrupowaniu wysłałoby całą tę
rujnującą kraj partię w niebyt?

wtorek, 7 marca 2017

Wena wzięła sobie urlop...

.... i nie zostawiła, niestety,  zastępstwa.
Przy okazji zabrała mi pomysły na gotowanie.
Podłamana przejrzałam stos  kartek i w godzinę powstał dziś obiad.
Oczywiście bezglutenowy, no ale nie ogłosiłam tego podając danie na stół.
Z rozpaczy zrobiłam dziś "kolorowy ryż".
Składniki:
ryż basmati, ( po 3 łyżki stołowe suchego ryżu na osobę)
4 grube plastry pieczonej karkówki,pokrojone w  cienkie paseczki
 łyżka stołowa oleju kokosowego, 
2 garście mrożonej włoszczyzny,
sok z kiszonych buraków.
sól, czosnek granulowany, 1 łyżka stołowa sosu sojowego ciemnego.
Wykonanie:
1. Mierzymy objętość  ryżu, by wiedzieć ile należy do niego dodać "płynu".
2. Podsmażamy ryż na łyżce oleju kokosowego cały czas mieszając.
3. Dodajemy wody- dwa razy tyle ile wynosiła objętość ryżu i gotujemy
    na tzw. wolnym ogniu.Gdy ryż już parkocze dodajemy jeszcze jedną
    ilość płynu, tym razem w postaci soku z buraków, mrożoną włoszczyznę,
    oraz mięso. i sos sojowy.
4. Teraz solimy do smaku, dodajemy czosnek granulowany.
Nie zapominamy o wymieszaniu wszystkiego widelcem.
Gdy już nie widać na powierzchni ryżu płynu, wyłączamy gaz, nakrywamy
garnek pokrywką i całość okrywamy czule ręcznikiem frotowym, zostawiając
na wyłączonym palniku, na którym się gotował.
Mniej więcej po  pół godzinie otulania ryż jest już gotowy do podania. Jeżeli
chcemy podać go pózniej to wrzucamy na patelnię  i podgrzewamy go na oleju
kokosowym.

Kupiłam mąkę z ciecierzycy i zrobiłam z niej racuszki- niestety smaczne a do
tego zdrowe, bezglutenowe, bez cukru.
Zniknęły z  talerzy zbyt szybko.
Z mąki ciecierzycowej, mleka kokosowego, 2 jajek,1/2 łyżeczki sody
czyszczonej, dwóch garści rodzynek ,2 łyżek mielonych orzechów włoskich 
i 5 kropli stewii w płynie oraz szczypty soli zrobiłam ciasto jak na  "normalne"
racuszki, które  smażyłam na oleju kokosowym na rumiano.
Mogą robić za niedzielne śniadanie albo lunch.
Proporcji nie podaję, bo takie rzeczy jak naleśniki lub racuszki robię "na oko".
Smaczne  są zarówno na ciepło jak i na zimno.

Następne jakie zrobię będą z mąki arachidowej i jaglanej i będą zamiast chleba,
którego jakoś nie chce mi się ostatnio piec.

Poszukiwania odpowiedniego mieszkania nadal trwają.




środa, 1 marca 2017

Będzie długie, ale wytrzymajcie, poczytajcie

Tekst powstał po przeczytaniu artykułu napisanego przez p. doktora Włodzimierza
Borzęckiego.
Wpierw nieco statystyki na temat stanu zdrowia Polaków.
Polska ma najwyższy w Europie wskaznik umieralności na choroby serca i krążenia.
Nadciśnienie ma 7 milionów ludzi, co prowadzi do udarów mózgu i zawałów.
W Polsce 40% mężczyzn nie dożywa 70 roku życia. W tej grupie 40% zgonów jest
spowodowanych chorobami układu krążenia, nowotworami złośliwymi 30%, a 10%
 nagłymi wypadkami.
Mamy najwyższy w Europie przyrost zawałów mięśnia sercowego i raka płuc.
Co dziewiąty Polak jest niepełnosprawny,czyli jest to około 4,5 miliona osób.
Na choroby zwyrodnieniowe stawów cierpi około 20% ludności (8 mln osób).
Na cukrzycę  choruje ok. 3 mln. osób, drugie tyle nie wie, że ją ma.
Nadwagę ma 50% Polek i 62 % Polaków.
Odsetek 11-latków z nadwagą okazuje się być najwyższy na świecie.
Na celiaklię choruje co setna osoba w Polsce, co trzeci Polak w mieście i co
dziewiąty na wsi jest dotknięty jakąś alergią.
Około 6 milionów Polaków ma problemy z tarczycą, a ponad 4 miliony chore nerki.
Nosicielami wirusowego zapalenia wątroby jest 2% Polaków, u około 1/5 polskich
uczniów stwierdzono dysleksję.
Polacy wypalają 100 miliardów papierosów rocznie co kosztuje 2 miliardy dolarów.
Pali połowa mężczyzn i 1/3 kobiet.
40% lekarzy pali nałogowo!!!
Na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc choruje 2 miliony osób. Jest to choroba
nieuleczalna.
I wreszcie - odnieśliśmy sukces:
9 litrów czystego spirytusu rocznie przypada na głowę statystycznego Polaka -
w tym uwzględnione  są również  dzieci od chwili przyjścia na świat.
Ponad 2 miliony Polaków jest uzależnionych od alkoholu.

Dlaczego tak ponuro to wszystko wygląda?- odpowiedz jest prosta.
Wiedza i świadomość prozdrowotna obywateli naszego kraju oscyluje około zera.
                                                          ******
No dobrze, nie napiszę, że u nas jest najgorzej bo na przykład w USA zgony ludzi
spowodowane przez lekarzy w wyniku błędów diagnostycznych i terapeutycznych
to 120 tysięcy przypadków rocznie.
Około 125 tysięcy Amerykanów umiera w następstwie  ubocznych skutków
działania  leków. W Polsce nie prowadzi się wcale  takich statystyk.
A u każdego piętnastotysięcznego pacjenta chirurgii w USA następują powikłania
z powodu pozostawienia w ich ciele narzędzia chirurgicznego lub gazy czy też
chusty chirurgicznej.
I co roku 90 tysięcy osób w USA umiera z powodu zakażeń szpitalnych.
Ogólnie też wiadomo, że wiele chorób powstaje w wyniku stosowania leków
przeciwbólowych i przeciwzapalnych, które powodują  między innymi chorobę
refluksową (70% przypadków), krwawienia z  żołądka, chorobę Crohna oraz
uszkodzenie nerek i wątroby.
W USA przyznano, że lekarze są trzecią, najczęstszą przyczyną zgonów  po
nowotworach i chorobach serca .

Zle się czujemy, więc nim się nawet przez chwilę zastanowimy co może być
tego przyczyną, pędzimy do lekarza, który najczęściej nie jest w stanie wydać
 prawidłowej diagnozy, mimo wielu nowoczesnych urządzeń. Generalnie
skuteczność  leczenia sięga 40%.

Ale dzięki owym nowoczesnym urządzeniom i diagnozie lekarskiej zasilamy
permanentnie  kieszeń (chyba  bezdenną) koncernów farmaceutycznych.
Badania wykazały, że przemysł farmaceutyczny wydaje na marketing około
około jednej trzeciej swoich przychodów, a wielu lekarzy ma bliskie
powiązania z koncernami produkującymi leki.
Telewizyjne reklamy w większości dotyczą leków - na katar, grypę, zaparcia
i na biegunki, na uspokojenie i na pobudzenie, na włosy, ich  wzmocnienie,
pogrubienie itp oraz na uzyskanie promiennej cery i dobrego humoru.

Okazuje się, że koncerny farmaceutyczne wymusiły na WHO obniżenie normy
na poziom cholesterolu w krwi- z 250 na 200, tylko po to, by lekarze ordynowali
pacjentom śmiertelnie niebezpieczne dla zdrowia statyny.
Warto poczytać książkę prof.dr hab.Waltera Hartenbacha  "Mity o cholesterolu".
Wyczytacie tam, że cholesterol nie ma nic wspólnego z rozwojem miażdżycy i
zawałem serca. Ta  prowadzona przez przemysł farmaceutyczny kampania
dezinformacyjna przenika na wskroś całe społeczeństwo oraz praktykę
lekarską. Jeszcze żaden chirurg czyszczący tętnice zapchane blaszkami
miażdżycowymi nie znalazł tam ani miligrama cholesterolu, ale znajdują tam
wapń, który trafia tam omyłkowo, zamiast do kości.
Tymczasem cholesterol jest niezbędny dla życia. Jednocześnie zataja się  dużą
liczbę zgonów z powodu zwyrodnień nowotworowych na skutek redukcji
lekami (statynami) stężenia cholesterolu w krwi.
Duże koncerny farmaceutyczne nie  wahają się  przekupywać profesorów
medycyny, zachęcając ich do prowadzenia  fałszywych badań oraz organizowania
konferencji z udziałem dziennikarzy, by całą rzecz uwiarygodnić.
A testowanie nowych leków odbywa się coraz częściej niskim kosztem
w Bangladeszu, Indiach, Pakistanie lub..... w więzieniach, o czym nikt nie wie.
Nie da się ukryć, że w sytuacji gdy lekarz medycyny konwencjonalnej traktuje
każdego pacjenta jak składankę z klocków Lego i może mu poświęcić 15 do 20
minut na przeprowadzenie wycinkowego wywiadu nt. jego dolegliwości a reszta
jest ustalana w oparciu o wyniki badań "mechaniczno-elektronicznych"  raczej
rzadko można znależć prawdziwą przyczynę dolegliwości, które nas trapią.
Organizm człowieka to  bardzo skomplikowana maszyneria i wielka fabryka
chemiczna w jednym obudowaniu i  warto poświęcić  mu nieco swej uwagi nawet
gdy się nie jest ani lekarzem medycyny konwencjonalnej ani alternatywnej.
I do tego wszystkich namawiam - wsłuchujcie  się w siebie, w to co mówi wasz
organizm i stosujcie profilaktykę.
 I częściej korzystajcie  z pomocy wykwalifikowanych naturoterapeutów.


wtorek, 28 lutego 2017

Trochę, ale tylko trochę.......

.......odetchnęłam.
Głębszy oddech związany jest z dzisiejszą wizytą mego ślubnego u chirurga.
Ta tak niepokojąca mnie opuchlizna to...krwiak. A krwiak miał prawo powstać,
bo operacja była przeprowadzona pod osłoną środka rozrzedzającego krew, czyli
heparyny.
Okazjonalnie dowiedziałam się, że krwiak w swej pierwotnej formie jest twardy,
krystaliczny i  dopiero w kilka tygodni pózniej zaczyna przechodzić w stan
płynny i wówczas zostaje "spunktowany", czyli usunięty przy pomocy punkcji.
W związku z tym za dwa tygodnie następna wizyta , czyli ściąganie krwiaka.
Przynajmniej z jedną sprawą mam spokój.
Druga, czyli zmiana miejsca zamieszkania nieco mnie przyprawia o szybsze
bicie serca, lub zamieranie tętna, w zależności od tego o czym myślę.
Podobno nie przesadza się starych drzew, a my mamy się przesadzić i to
wiele kilometrów stąd.
Jestem mentalnie na miejscu zięcia nielubiącego swych teściów, który obserwuje
jak spadają oni w przepaść jego nowiutkim, wypasionym mercedesem, czyli  -
mam mieszane uczucia.
Przerażenie miesza mi się z entuzjazmem i mózg mi się lasuje od nadmiaru
związanych z tym problemów.
A jest ich sporo, począwszy od  lokalizacji, bo jest ona tu punktem kluczowym.
Ma to być bardzo bliziutko  moich Krasnali, czyli w miejscu, w którym w ogóle
trudno o mieszkanie, zwłaszcza  w granicach 64 m kw., do tego usytuowane albo
na parterze  a jeśli na piętrze, to wtedy konieczna jest winda.
"Drobiazgi" typu zorganizowanie przeprowadzki, likwidacja majątku ruchomego,
wynajęcie warszawskiego mieszkania - wydają się być  przy tym pierwszym
problemie pestką.
Nie mniej wszystko razem przyprawia mnie o permanentny stres, prawie nie śpię
i chodzę skołowana.
Że nie znam języka? - pestka, będę chodziła z rozmówkami pod pachą. Nie znając
ani słowa po węgiersku dogadywałam się przecież w Budapeszcie z Klarą, u której
mieszkałam 3 tygodnie.
Słownik , rozmówki i szybkie przewracanie kartek były podstawą  mej egzystencji.
Tyle tylko, że miałam wtedy znacznie mniej lat.


wtorek, 21 lutego 2017

Życie nie jest niestety.......

.......romansem.
A szkoda. Brzydko mówiąc zaczynam "się nie wyrabiać".  Muszę bardzo szybko
opanować bardzo obcy dla mnie język, czyli niemiecki.Nie dość, że szybko to i
tanio, bo moja emerycka kieszeń nadmiarem gotówki nie grzeszy. Może ktoś zna
jakiś patent?
Poza tym nagle nazbierało się wiele spraw tzw. administracyjnych  do rozwiązania
w trybie pilnym.
A na dodatek okazuje się, że im człowiek starszy tym trudniej o szybki i pełny
powrót do zdrowia.Ślubnemu wydawało się, że po tej re-operacji przepukliny
będzie  tak jak za pierwszym razem ale wiadomo- "nic dwa  razy się nie zdarza".
Od tamtej operacji minęło 8 lat a w międzyczasie była poważna operacja
kardiologiczna i związany z nią przymus stosowania stale warfaryny,co komplikuje
każdy jeden zabieg chirurgiczny.Wprawdzie w okresie przed opercyjnym, w trakcie
i po nim zamienia się warfarynę na heparynę to i tak krwawienia wewnętrzne
niestety są.Nie wykluczam, że za tydzień może się okazać konieczny powrót pod
skalpel.
Reasumując- będę rzadko bywała i bardzo rzadko pisała na bloggerze. Gdy mi się
nieco sytuacja rozjaśni, przejaśni i wyklaruje - przyrzekam, że wrócę i wszystko
jaśniej wyłożę.

środa, 15 lutego 2017

Reminescencje po Walentynkach.

Nie jestem wrogiem Walentynek jako takich, ale jak już zapewne wszyscy
tu bywający wiedzą, jestem wrogiem wszelakich "świąt na gwizdek".
A oto nieco inne spojrzenie na Walentynki, niemal statystyczne.

15% Amerykanek odpowiednio wcześnie zamawia bukiety z czerwonych róż
i wysyła je sobie do pracy, ku zazdrości koleżanek. Wszak  nic nie sprawia
człowiekowi takiej frajdy  jak zazdrość bliznich.

Statystycznie kobiety z okazji Walentynek wydają o 20% mniej gotówki niż
mężczyzni. Po prostu kobiety kupują prezenty przemyślane a nie w pośpiechu,
na ostatnią chwilę.

Firma Durex szacuje, że w dzień  św.Walentego sprzedaje się o25% więcej
prezerwatyw niż w inne dni.

Za to producenci testów ciążowych notują wyrażny wzrost sprzedaży testów
w marcu.

Adresatami "walentynek" bywają nie tylko ludzie - wiele osób kupuje  "walentynkę"
dla swego ukochanego zwierzaka.

Z obserwacji statystyków wychodzi, że najwięcej "walentynek" dostają:
nauczyciele,  dzieci i mamy, najmniej - ukochane, ukochani.

Najwięcej kartek "walentynkowych" wysyłają kobiety- aż 85%.
Meżczyzni częściej kupują kwiaty.

I coś z historii:
W starożytnym Rzymie w tym dniu obchodzono święto urodzaju oraz przyrzeczeń
małżeńskich.
Od roku 900 stare, pogańskie święto z 14 lutego zmieniono na święto obietnic
miłości, któremu patronuje święty Walenty.
Jeśli poszperacie w różnych książkach to się dowiecie, że większość świąt
kościelnych przypada na dawne święta pogańskie, a pierwsze kościoły powstały
w miejscach,  w których kiedyś gromadzili się poganie czcząc pogańskie bóstwa.

Najwięcej legend o świętym Walentym pochodzi z XIV wieku z Anglii i Francji.
Dzień św. Walentego łączono z romantyczną miłością, gdyż wierzono, że w tym
właśnie dniu ptactwo łączy się w pary.

I ciekawostka:
14 lutego w Japonii to mężczyzni są obdarowywani czekoladkami i innymi
łakociami.
I wcale nie jest to wyrazem miłości- czekoladkę można dać szefowi lub koledze.
Z tego też powodu owe słodkości dzielą się na "giri-choko"- to słodkości
dawane osobom, z którymi nie łączy nas uczucie.
Tym, których  kochamy należy dać "honmei-choko", czyli ciastko w kształcie serca
z czekoladowym nadzieniem.
I najważniejsze- powinno ono być wykonane własnoręcznie przez ofiarodawczynię,
co oznacza prawdziwe uczucie.
A japońskie kobiety mogą się spodziewać rewanżu 14 marca - jest to White Day.
Do dobrego tonu należy by walentynkowy prezent dla kobiety był dwa razy
droższy od tego, który mężczyzna otrzymał od kobiety.