drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 4 lutego 2018

Prywata. Na dodatek....

.........nie sponsorowana.
 Niedługo będzie wiosna a pierwsze mocniejsze promienie słońca wywabią na
trawniki małe białe lub lekko różowawe kwiatki- stokrotki.
Tylko  nie zrywajcie ich, bo niektóre stokrotki piszą książki. Znam taką jedną,
dziwną Stokrotkę. Już trzy książki popełniła.

Ostatnia książka Stokrotki jest o Jej i moim mieście  rodzinnym-Warszawie.
Tyle tylko, że ja z racji metryki znam to miasto nieco dłużej i wędrując wraz
z Nią jego ulicami mimo woli widzę różne fragmenty własnego życia.
Obie w dzieciństwie mieszkałyśmy na Mokotowie- Ona na Dolnym, ja na
Górnym. Zdecydowanie miała bliżej ode mnie do Łazienek i zapewne we
wczesnym dzieciństwie częściej w nich bywała niż ja.
Dla mnie Łazienki były w czasach  liceum odskocznią, miejscem wagarów,
spotkań, pierwszych szkiców starych drzew, miejscem gdzie godzinami
mogłam szkicować Pałac na Wodzie, lub pomnik księcia Józefa
Poniatowskiego na koniu, albo fragmenty pomnika  króla Jana III Sobieskiego,
ewentualnie opalać się i leniuchować na kamiennych ławkach Teatru na Wyspie.
Ja po prostu szkołę miałam zbyt  blisko Łazienek i gdy zbyt szybko obok niej
przeszłam to lądowałam w Łazienkach.
A może to wina genów- przed wojną w tym samym budynku było Gimnazjum
Ziemi Mazowieckiej, do którego uczęszczał mój ojciec.
I też, podobnie jak ja, jakimś cudem mijał szkołę wcale jej nie zauważając i
zatrzymywał się dopiero w Łazienkach. Był bardziej konsekwentny ode mnie-
wagarował jednym cięgiem dwa miesiące.
Zaniepokojona tak długą nieobecnością ucznia wychowawczyni zatelefonowała
do domu. Oj działo się wtedy, działo.

W tych odległych czasach gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły, w Alejach
Ujazdowskich, na samym początku maja organizowano Dni Oświaty, Książki
i Prasy. Mnie Aleje Ujazdowskie pozostaną na zawsze w pamięci pełne ludzi
krążących pomiędzy stoiskami z książkami, stojących dość karnie w kolejce
a czasem wyrywających sobie wzajemnie z rąk książki.
I choć wiem, że rozstawione na trawnikach stoiska niszczyły trawę, to wciąż
żałuję, że nie ma już tych dawnych dni będących świętem  dla tych, którzy
kochają książki. Targi w PKiN lub w hali Torwaru to już nie to.

Ukochanym miejscem piszącej Stokrotki jest Stare Miasto . A ja, ilekroć
idę przez  Plac Zamkowy, choć dookoła tłum ludzi, czuję lęk i patrzę pod
nogi -tak jak wtedy, gdy  wąziutką nierówną ścieżką wydeptaną wśród
gruzów szłam z dziadkiem do Katedry. Miałam wtedy prawie 4 lata i ten
widok morza gruzów wraz z pochyloną nad ścieżką samotną starą latarnią
pozostał w mej pamięci jak wypalone znamię.
Dla  Stokrotki Starówka to miejsca- dla mnie wspomnienie naszej wędrówki
przez te gruzy. I ten dawny lęk.
Zapewne dlatego tak rzadko odwiedzam Starówkę.

Ale nie same  smutne rzeczy mi się zdarzały w rodzinnym mieście. Niektóre
zdarzenia bawią mnie do dziś.
Byłam wtedy  w VII klasie podstawówki- był to czas pierwszych "prywatek",
organizowanych zwykle z okazji  urodzin. Rodzice jubilata wspaniałomyślnie
oddawali we władanie  małolatów na kilka godzin jeden pokój, sami koczując
w drugim i ewentualnie donosząc spragnionym bachorom oranżadę lub kompot
i podsuwając  jakieś tartinki.
Praktycznie przez cały ostatni rok podstawówki co tydzień była u kogoś
prywatka.
A jedna z nich była w......więzieniu na Rakowieckiej.
Po prostu ojciec jednej z koleżanek był strażnikiem w tym więzieniu i miał w tym
budynku służbowe mieszkanie.
Nie wiem na czym polegała praca taty naszej koleżanki, ale pamiętam, że nim nas
przepuszczono do jej mieszkania to sprawdzono nasze nazwiska czy się zgadzają
z listą podaną przez jubilatkę, potem w obecności jednego mundurowego faceta
poprowadzono nas wąziutkim korytarzem  do mieszkania naszej koleżanki.
 O tym, że prywatka była w więzieniu powiedziałam w domu dopiero po fakcie.

Warszawa, którą znam od dziecka pomału się zmienia. Czy zawsze na korzyść?
Pod wieloma względami tak, przestaje być prowincjonalnym grajdołkiem, ale
obawiam się, że pod rządami dobrej zmiany owa grajdołkowatość powróci.

Stokrotka mieszka na prawym brzegu Wisły, a ja, z bardzo osobistych
względów bardzo nie lubię prawobrzeżnej Warszawy, poza leżącą nad Wisłą
Saską Kępą. Saska Kępa  to dla mnie wspomnienie ukochanej cioci-babci, która
była osobą z gatunku tych i do tańca i do różańca.
Pozostała część Pragi była synonimem mego dzieciństwa u matki, okresu
tak traumatycznego, że utkwił w mej pamięci na całe życie, skąd, gdy miałam
cztery lata,  zabrała mnie na stałe babcia, matka mego ojca.

Miasto rozdziela na dwie części Wisła - miejsce mojej pierwszej fascynacji
żeglarstwem, włóczenia się po Wiśle bezpieczną Omegą, potem Słonką.
Czy ktoś z Was jeszcze pamięta, że kiedyś można się było kąpać w Wiśle i nie
groziło to "syfem i kalectwem"?
Ja pamiętam te baseny na Wiśle - były po obu brzegach rzeki.

Kiedyś wydawało mi się, że nie potrafię żyć  bez Warszawy- to bzdura, potrafię.
Przecież ten post piszę z zupełnie innego miasta, które naprawdę polubiłam już
jakiś czas temu.

Niezależnie czy mieszkacie w Warszawie, czy może tylko wpadniecie tam na
 chwilę, przeczytajcie ostatnią  książeczkę Stokrotki bo wiele w niej informacji
o mieście, w którym już nie mieszkam.
A ponieważ to nie recenzja to nie napiszę czy książeczka Jadwigi Śmigiery
"Moje warszawskie zwariowanie" podobała mi się czy też nie.



sobota, 3 lutego 2018

Nic, ale to nic.....

.......się nie dzieje.
Tylko jakoś zalatana jestem tym "niczym".
A może po prostu starość mnie dopada. Ciągle jestem pod kreską czasową.
Na szczęście zaczęły się ferie i moi wyjechali w góry, na narty.
Tu jakieś dziwne te ferie - teraz tylko tydzień.
Mam zamiar wykorzystać ten czas na koralikowanie bo zaczęłam pewien
projekt i wciąż tkwię w  jednym miejscu. Do tego wpadłam na głupi pomysł
splatania tego z najmniejszych koralików - wielkość koralika to 1,5mm 
i splatam z nich rurkę o średnicy 0,5 cm.
Na razie rurka ma  22 cm długości, a całość ma mieć 45 cm, więc jeszcze nieco
roboty  przede mną. Zrobiłam już inny element tego naszyjnika, czyli listki.
A więc do zrobienia zostaje mi tylko 23 cm owej rurki, umocowanie wewnątrz
naszyjnika listków i zrobienie  zapięcia. Może uda mi się to skończyć w ciągu
miesiąca. I będzie do tego jeszcze  bransoletka- mam nadzieję, że będzie.
Pogoda nadal z gatunku "niewiadomojaka", najczęściej to jednak tu mży, ale
generalnie zimy w sensie  mrozu i śniegu nie ma, co mnie zupełnie nie
martwi.
W okolicznych przydomowych ogródkach widać nawet krzaczory mające
pąki. Między innymi całkiem spore pąki są na rododendronie.
A gdy tylko  wychodzi  słońce ptaszyska zaczynają się wydzierać na cały
regulator.
Wzdłuż "mojej" ulicy rosną dęby, ale jeszcze nie widzę w nich chęci do
wypuszczania listków. Już się cieszę na czas, gdy będę spoglądać na zielone
dębowe liście na poziomie swego okna.
W najbliższy piątek mamy pierwszą wizytę u lekarza rodzinnego- lekarza
polskojęzycznego. Ciekawa jestem jak będzie ta wizyta przebiegać.
Mamy do niego z 10 przystanków autobusowych i ok.800 m do przejścia od
autobusu. Drugi wariant to metro z przesiadką i też tyle samo do przejścia.
Wariant z pojechaniem samochodem raczej odpada, bo może nie być miejsca do
zaparkowania. Tu nawet o płatne miejsca parkingowe trudno.
Jutro mam imieniny i urodziny ślubnego, więc muszę wypróbować przepis na
sernik czekoladowy. Jeszcze nie piekłam tu żadnego ciasta, czas spróbować.
Mam nadzieję, że będzie jadalny;)
No i widzicie- naprawdę nic się tu nie dzieje. Lecę więc w gary;)









czwartek, 25 stycznia 2018

Byłam dziś w Poczdamie


Mój starszy Krasnal miał dziś dzień wolny od szkoły, bo nauczyciele dziś się
szkolili., więc trzeba było Krasnalowi jakoś zagospodarować dzień.

I Krasnal wymyślił, że on najchętniej pojechałby z nami do Poczdamu, gdzie
niemal  od piętnastu lat istnieje miejsce poświęcone strefie tropikalnej, Biosfera
Park.
Zgromadzono tu 20 tysięcy roślin zapewniając im klimat i temperaturę lasów
równikowych. A pośród tej roślinności są i nieduże zwierzęta, ptaki i ryby.
Frajdę miałam ogromną, bo jeszcze nigdy w jednym  miejscu nie widziałam tylu
rodzajów gekonów, jaszczurek, węży. Tęczowego boa znałam dotąd tylko z filmu
lub fotografii, dziś zobaczyłam go żywego, w  naturze. Zachwyciły mnie nawet
żaby, niektóre o jadowitej skórze, ale prześliczne.
I jeszcze nigdzie nie widziałam akwarium z tak pięknymi  koralowcami, ukwiałami,
a nawet i rak pustelnik się trafił wędrujący po dnie akwarium w cudzej muszelce.
Dodatkową atrakcją były nieprawdopodobnie kolorowe rybki.
No i jeszcze nigdy nie oglądałam tylu roślin tropikalnych w jednym miejscu i  z tylu
stron, ponieważ można je podziwiać nie  tylko z dołu ale i w połowie ich wysokości
 i z góry.
Do tego cały czas towarzyszyły nam odgłosy ptaków, z których część latała
swobodnie poza wolierami, w koronach drzew.
Jest tu również przesympatycznie urządzona kawiarnia z bardzo dobrymi ciastami,
a jeśli komuś dokuczy głód może skorzystać z restauracji.
Jest też świetnie zaopatrzony sklep z pamiątkami i maskotkami zwierząt żyjących
w tropikalnych lasach. Krasnalom kupiliśmy po pluszowej jaszczurce.
Jest tu również motylarium ale dziś, nie wiem z jakich przyczyn było nieczynne.
Dodatkową atrakcją jest imitacja  lotu nad lasem deszczowym- myślę, że każdemu
się taka zabawa spodoba.
Oczywiście cały obiekt ma zadanie edukacyjne, więc wszystko jest dokładnie
opisane, oznaczone, wyjaśnione.
Wstęp  za dwie osoby dorosłe i jedną nieletnią kosztował 31.80 Euro. Obiekt
dysponuje bardzo dużym parkingiem.
Z ciekawostek - polskie grupy mogą być oprowadzane z polsko języcznym
przewodnikiem.
To był bardzo miły dzień.
Dziś u mnie jest + 11stopni  chwilami  padał nieduzy deszcz.  


poniedziałek, 22 stycznia 2018

Post "na zamówienie"

W komentarzu pod moim poprzednim postem Joanna wyraziła zainteresowanie
niedawno przeczytaną przeze mnie książką autorstwa Petera Wohllebena ,
pt. "Duchowe życie zwierząt", więc spełniam Jej życzenie i piszę  kilka słów o tej
książce.
Wszyscy, którzy mieli kiedykolwiek bliski kontakt ze zwierzętami nieraz  się
zapewne zastanawiają czy zwierzęta myślą i odczuwają podobnie jak ludzie.
Ogólnie biorąc, człowiek w swym wielkim zadufaniu w swą mądrość i wyższość
nad wszystkim co  istnieje na  Ziemi, odmówił zwierzętom  wszelkich praw do
posiadania uczuć i odczuć takich, jakie sam  posiadania, a wszystko to co
zwierzęta odczuwają określił tylko i jedynie instynktem.
Na szczęście są ludzie, którzy są wrażliwsi, bardziej myślący, obserwujący
bacznie zwierzęta z którymi mają bliski kontakt i wykorzystujący swą wiedzę
by wreszcie docenić otaczająca nas  faunę.
Mam wrażenie, że ci wszyscy z Was, którzy mają obok siebie, na co dzień, koty
lub psy, już dawno są przekonani, że zwierzęta, podobnie  jak my mają uczucia
oraz bardzo różne charaktery - zupełnie  jak  ludzie.
Peter Wohlleben od ponad dwudziestu lat jest pracownikiem Zarządu Lasów
Państwowych. Nie pracuje "za biurkiem", ale będąc leśnikiem opiekuje się na
co dzień lasami w Reńskich Górach  Łupkowych. Codziennie przemierza leśne
ścieżki, przygląda się bacznie i roślinom i zwierzakom na powierzonym jego
opiece terenie i wciela w życie własną wizję ochrony przyrody.Interesuje się
też badaniami naukowców, którzy zajmują się badaniem psychiki zwierząt.
Badania tychże naukowców w wielu przypadkach potwierdzają to, co Peter
Wohlleben  sam zaobserwował.
Obserwując codziennie zwierzęta w ich naturalnym środowisku można bez trudu
zauważyć, że podobnie jak u ludzi wśród zwierząt występują takie same uczucia-
miłość, radość, gniew, altruizm, egoizm. A u ludzi tak samo jak i u zwierząt
działają instynkty.
W 2008 roku Instytut im. Maxa Plancka rozpoczął badania nad mózgiem przy
pomocy tomografów rezonansu magnetycznego. Badania niezbicie wykazały, że
w mózgu ludzkim proces podejmowania decyzji zaczyna się ok. siedem sekund
wcześniej nim człowiek świadomie podejmie decyzję. A więc  okazuje się, że
decyzję podejmujemy podświadomie, instynktownie, a nie świadomie. Badania
nadal trwają i wynika  z nich, że i nami kieruje instynkt.
Sceptycy uważają, "że psiarze i kociarze" mylą się, twierdząc, że  zwierzaki
kochają swych właścicieli- ich zdaniem te zwierzaki są tylko zainteresowane tym,
co im  wkładamy do miski i to łatwość zdobycia pokarmu jest istotnym powodem
ich obecności w naszym domu.
Ale to nieprawda, co wykazały badania prowadzone wśród dzikich zwierząt.
Np. delfiny zawsze garną się do człowieka choć nigdy nie są przywabiane jakimś
odpowiednim dla nich pokarmem. Na otwartym morzu same, bez żadnej zachęty
w postaci smacznej rybki, towarzyszą odważnym pływakom.
Mało kto wie, że do przetwarzania uczuć, jakich my ludzie doświadczamy,
niezbędna jest pewna struktura mózgu, zwana układem limbicznym. To dzięki
tej strukturze przeżywamy całą gamę uczuć- radość, smutek, lęk, rozkosz, a
wraz z innymi obszarami mózgu  możliwe są odpowiednie reakcje naszego ciała.
Układ limbiczny dzielimy jednak z wieloma ssakami- których lista jest  bardzo
długa. Ale ostatnie badania wykazały, że do tej listy należy dodać również ptaki
i....ryby.
I w trakcie tych badań odkryto, że ryby odczuwają ból gdy haczyk wędkarza
wbija  im  się w ciało i męczą się gdy są wyławiane w sieciach i powoli duszą się
z braku tlenu, który mogłyby przyswoić sobie zgodnie ze swą fizjologią w wodzie.
Kolejne badania wykazują, że mamy wiele wspólnych cech, które nas łączą ze
zwierzętami. A to, że być może one słabiej reagują na te same doznania, wcale
nie znaczy, że zwierzęta są pozbawione uczuć i wrażliwości.
Książka jest naprawdę ciekawa. Znajdziemy tu przykłady uczuć zwierząt, takich
samych jakie występują u ludzi.
Podoba mi się również jej forma- można czytać "na wyrywki" i nie  straci się nic
na treści.
Wszystkie naukowe tłumaczenia nie są dla treści obciążeniem, wszystko jest
napisane w sposób zrozumiały nawet dla zupełnego laika.  Narracja spokojna, bez
emfazy , rzeczowa, ale zawsze widać, że autor lubi to co robi i nie jest dyletantem.
Przeczytajcie tę książkę a dowiecie się wielu ciekawych rzeczy o zwierzętach.
Mam wrażenie, że każdy po jej przeczytaniu nigdy nie powie: "to tylko zwierzę".


wtorek, 16 stycznia 2018

Jak zwykle, czyli......

....prawie o niczym.
Ponieważ mam sklerozę, to nie pamiętam czy pochwaliłam się, że dostałam
"pod choinkę" nieco książek.
Wpierw przeczytałam "Duchowe życie zwierząt", a potem zabrałam się za
ten "czteroksiąg":


Czyta się świetnie i człowiek ma  żal do losu, że musi jednak czasami
zająć się i innymi sprawami a nie tyko czytaniem.
Książka porusza różne tematy - jest odzwierciedleniem społeczeństwa
włoskiego, ale i też europejskiego lat powojennych.
Czytając ją przypomniały mi się oglądane przed wielu, wielu laty filmy
włoskiej "nowej fali" z cyklu "po włosku". Byłam wtedy jeszcze bardzo młoda,
 mieszkałam za żelazną kurtyną i nie kojarzyłam, że te filmy reklamowane u nas
jako komedie wiernie pokazywały włoskie społeczeństwo i jego problemy.
Oglądając wtedy te filmy, nie podejrzewałam, że ich treść wcale nie jest żartem,
że  takie było wówczas społeczeństwo włoskie.
Ciekawe jest też w tej książce spojrzenie na przyjazń - czy i co komu daje, jak
na nas wpływa.
I czy kiedykolwiek możemy wyzwolić się ze środowiska z którego się
wywodzimy, czy na zawsze pozostaje jakieś swoiste piętno pochodzenia
społecznego?
Czuję, że będę się starała znależć gdzieś te stare włoskie filmy i znów je obejrzeć.

A poza tym rozpoczęłam koralikowanie i tak powstał mój pierwszy berliński
naszyjnik z czarnych koralików toho łączonych z kolorem "łuski smoka".
Kamyk to jadeit.
I wygląda on tak:
 W planie mam dorobienie do niego kolczyków.




sobota, 13 stycznia 2018

Dobra sobota

Siedzimy dziś w domku, na dworze zimny hula wiatr i w pewnej chwili dzwoni
dzwonek u drzwi.
Ponieważ akurat coś pisałam, to mój mąż poszedł otworzyć drzwi. Myślałam,że
może córce zmieniło się coś w popołudniowych planach, ale słyszę, że mój coś
komuś tłumaczy w obcym języku, czyli po  angielsku.
Okazało się, że przydreptała przesympatyczna sąsiadka która mieszka pod nami.
Przyszła,  z dzieckiem na ręku, żeby nas przeprosić, bo dziecko w nocy bardzo
głośno płakało bo jest chore , ma zatkany nosek a do tego kaszel i długo  nie
dawało zapewne nam spać  swym płaczem. Więc ona  przyszła nas przeprosić
i w ramach przeprosin mały Oskarek przyniósł nam pudełko pralinek.
No normalnie wcięło nas- no fakt, mały płakał, ale nas tym płaczem nie obudził,
bo płakał jeszcze  przed północą a my jeszcze nie spaliśmy.
Tłumaczyliśmy tej młodej osobie, że nic nam jego płacz nie przeszkadzał,
życzyliśmy maluszkowi zdrowia i naprawdę byliśmy wręcz zażenowani taką
reakcją tej młodej mamy. Chłopczyk nie ma jeszcze dwóch lat, jest ślicznym
blondynkiem i bardzo ładnie  się uśmiechał i pokiwał nam rączką na pożegnanie.
No i jak nie lubić Niemców.?
A popołudniową porą wylądowałam dziś na wyprzedaży, w bardzo dużym
i znanym domu towarowym "Karstadt" na  Ku'damm.
Ku'damm to skrót od  nazwy historycznej ulicy Kurfurstendamm. która  powstała
na grobli  w roku 1542 jako  konna droga łącząca zamek w Berlinie z  zamkiem
w Grunewaldzie.
W okresie powojennym była  największą ulicą handlową Berlina Zachodniego.
Pięter w owym sklepie jest pięć, po brzegi wypchanych towarem. Ludzi było sporo,
bo nadal  jeszcze trwają wyprzedaże.
Gorąco było niemożebnie, przetuptałyśmy z córką zaledwie dwa piętra  i gdy już
byłam gotowa poddać się i odpuścić sobie te zakupy, córa wypatrzyła dla mnie
płaszczyk wiosenno-jesienny. Wełna, kolor  stalowy , wykończenia beżowe, fason
prosty,  z kapturem. No i mój nowy rozmiar. Przeceniony został ze 129 euro na
89,99, ale córka miała bony Karstadt'u, więc cena końcowa wyniosła 71,20 euro.
Wracałam  z city sama i nawet wykupiłam bilet do metra on line.
Gdy dotarłam  w 20 minut pózniej do domu, już miałam mail od firmy poprzez którą
wykupiłam bilet- dziękowali,  że raczyłam go kupić i informowali, że w ciągu
dwóch dni zabiorą z mego konta bankowego należną za niego kwotę w wys, 2,80 euro.
Zimno się u nas zrobiło, no ale w końcu to zima a nie lato.
Miłej niedzieli Wszystkim!

piątek, 12 stycznia 2018

Chyba dostanę......

.....zmarszczek mimicznych.
I to mnie martwi, bo będę wyglądała jak  wymięta ircha, której nic już nie jest
w stanie wyprostować. Mam taką w samochodzie.
Wydawało mi się, że już tyle w życiu widziałam, słyszałam i przeżyłam, że już
niewiele mnie zdziwi .
Chwilami przypomina mi się pewne zdanie:
"Fantazjo,  a wisz? życia nie przejaskrawisz!"
Pierwszym moim zadziwieniem, związanym z miejscem zamieszkania była
szybkość, z jaką NFZ ścignął mnie adresowo w Niemczech, gdy ja jeszcze
przebywałam w Polsce. Oczywiście zaraz potem ścignęli mnie telefonicznie
w Polsce.
Działali tak skutecznie, że tutejsza Kasa Chorych zarejestrowała nas już 1.XII,
czyli w dniu, w którym zostaliśmy tu zameldowani.
I od tego dnia niemal codziennie dociera do nas jakaś korespondencja.
Prawdę mówiąc to mieszkając w Polsce bardzo rzadko dostawałam jakieś
"urzędowe" pisma. Tu niemal codziennie skrzynka pełna korespondencji.
I tak niezle, bo większość dołącza do swych pism kopertę z opłaconym porto.
Odnoszę  wrażenie, że dzień, w którym nie znajdę w swej skrzynce pocztowej
jakiegoś  urzędowego listu będzie dniem straconym.
Wygląda na to, że trzeba będzie pozakładać jakieś teczki na te papierzyska.
Mają tu jakieś wyolbrzymione procedury i ostatnio dostałam z Kasy Chorych
dwa pisma w pomylonej kolejności. Wpierw dostałam druk z numerem
ewidencyjnym i druczkiem, na którym miałam nakleić swe zdjęcie a dzień
pózniej zawiadomienie, że mi już od 1 grudnia przyznano nr ewidencyjny
i że dostanę druczek na którym mam nakleić zdjęcie.
Jak już sobie odszyfrowałam  to pierwsze, które miałam dostać pózniej, co
zabrało mi zaledwie 2 godziny bo było stosunkowo mało tekstu i wysłałam
druczek ze zdjęciem ( na którym nikt mnie nie pozna, to pewne) to wracając
do domu zajrzałam do skrzynki i było już następne pismo, to które powinnam
dostać wcześniej, więc znów na stół słownik i kartka , ołówek w  garść i znów
żmudne tłumaczenie.
Ale już tak się wytresowałam, że za każdym razem gdy wracam do domu
zaglądam do skrzynki. Dziś z kolei zaszczycił mnie listem dostawca internetu,
TV i obsługi telefonu stacjonarnego, oraz bank.
Bank - to cała zabawa. Od kilku lat byłam klientką dwóch różnych banków
z obsługą internetową i wydawało mi się, że wszędzie będzie to równie
proste, łatwe i przyjemne. Ale akurat w tym  banku ani jeden z podanych
w poprzednim zdaniu przymiotników nie jest adekwatny do sytuacji.
Jakoś nic tu nie jest logiczne ani proste. Czuję się chwilami jakbym miała
demencję a nie tylko trudności  językowe.
Rzecz w tym, że  jak się  jest posiadaczem demencji to się o tym nie wie.
Konto bankowe to podstawa egzystencji, bo operatorzy komórkowi
i internetowi sami  sobie pobierają z konta klienta pieniądze. Nie masz konta-
nie masz smartfona i telewizorni.
A dziś zadziwiła mnie  uprzejmość- piątek, więc  w pobliskiej sieciówce
sporo klientów, czynna tylko jedna kasa. Stanęłam grzecznie z koszykiem ,
w którym miałam słownie trzy produkty, za  mocno starszą panią, która miała
wypchany po  brzegi wózek zakupowy. W pewnej chwili otwarto drugą kasę-
 pani za mną szybko tam podeszła, ta pani z wyładowanym  wózkiem zaczęła się
 cofać, więc się  usuwam i chcę ją przepuścić, a ta nie, popycha mnie do kasy
 pokazując palcem na mój niemal pusty koszyk i na swój załadowany po brzegi
wózek.
Jeszcze mnie nikt nigdy w kraju nadwiślańskim nie przepuścił w  kolejce do
kasy, nawet gdy miałam do zapłacenia tylko jedną rzecz. A ta pani była dużo
ode mnie starsza  i na siłaczkę nie wyglądała.
Co jeszcze mnie zadziwia i powoduje lekki wytrzeszcz oczu? Parkowanie!
Parkowanie na odstępy 10 cm zderzak od zderzaka i parkowanie na łukach.
Zadziwiają mnie również wąziuteńkie uliczki, dwukierunkowe, po obu stronach
jezdni zastawione samochodami. Środkiem może przejechać tylko jeden samochód
a i to bardzo ostrożnie, jeżeli to np. jakiś suv. Nie mogę pojąć, dlaczego takie
uliczki nie są jednokierunkowe. Już raz wpakowaliśmy się w taką uliczkę i
sterczeliśmy na niej 45 minut- ani w przód, ani w tył. Na szczęście tych jadących
z przeciwka było mniej, jakoś się "skrzyknęli" i wycofali,  a nasz "sznureczek"
pomału pojechał do przodu. I co mnie w tym wszystkim zadziwiło- nie było
żadnej awantury, szaleństwa klaksonów, nikt nikomu nie pokazywał , że coś
z pomyślunkiem ma  nietęgo.
Pewnie co kraj to obyczaj