....lewą ręką pisany;)
Jest ciut lepiej, a najlepiej gdy nic nie robię.
W związku z "nicnierobieniem" czytam - od tego ręka nie boli.
Przeczytałam powieść napisaną przez Kiran Desai "Brzemię rzeczy
utraconych". Kiran Desai jest Hinduską (ur. w 1971r), mieszka stale
w USA. Popełniła jak dotąd dwie książki - pierwsza to "Zadyma
w dzikim sadzie", którą zwróciła na siebie uwagę krytyków, ale
dopiero ta druga powieść uczyniła ją sławną i w 2006 roku otrzymała
za nią prestiżową nagrodę Bookera.
Sam Salman Rushdie tak się o Niej wyraził: "Kiran Desai jest cudowną
pisarką. Ta książka spełnia nadzieje, jakie wzbudził jej debiut".
Przeczytałam obie książki i jeśli kogoś choć w najmniejszym stopniu
interesują Indie - polecam. Czyta się dobrze. Rzecz w pewnym sensie
na czasie, dotyka również losów imigrantów hinduskich.
Przeczytałam też niedawno wydaną książkę Harper Lee "Idź, postaw
wartownika". Podejrzewam, że wiele osób kojarzy Harper Lee - to ta
pani, która napisała powieść "Zabić drozda".
Powieść o rozterkach duchowych i różnych postawach moralnych
mieszkańców południowych stanów USA w czasach walki o nadanie
Murzynom pełni praw obywatelskich.
A teraz męczę się nad biografią Marii Antoniny. A meczę się bo tę
biografię popełnił Stefan Zweig. Biografia wielce szczegółowa, ale
jakoś ciężko mi się to czyta. Chyba za dużo tu przymiotników.
Poza tym podobno jest jesień i dziś wygląda ta jesień tak:
Jest +10, rano padało i niektórym drzewkom "odbiło".
A tu odbiło mnie - pisałam Wam kiedyś o "kostkach pamięci" ale
nie zrobiłam wtedy zdjęćia- dzis to nadrobiłam:
W dzielnicy, w której mieszkam można je spotkać przy wielu kamienicach.
Są poświęcone tym, którzy w czasie II wojny światowej zostali wywiezieni
do obozów koncentracyjnych i z nich nie powrócili.
Niby to tylko gest, ale jest jednak wielkim memento. Na te kostki bardzo często
zwracają uwagę dzieci i dorośli muszą im tłumaczyć dlaczego one tu są.
Nie wiem czy da się odczytać ich treść po powiększeniu, zdjęcie robiłam
smartfonem i było dość ponuro na dworze. No a jak się nad nimi pochyliłam to
dodatkowo rzecz "zaciemniłam".
No i "to byłoby na tyle" jak mawiał klasyk.
drewniana rzezba
piątek, 7 grudnia 2018
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Nie wiem.....
.....nie wiem kiedy wrócę.
Mam ponaciągane ścięgna w nadgarstku.Na szczęscie nic nie połamane. Ale nadal
boli.
Pisanie jedną ręką jest trudne i żmudne i nie wiem dlaczego przestawiam wtedy
litery.
Ubieranie się się też jest trudne, funkcjonowanie względnie normalnie też trudne.
Przeszłam z żelu p. bólowego na żel z arniki, chyba jest lepiej po nim.
Gdy nic nie robię jest nawet całkiem dobrze;)
Zła wiadomość to ta, że to się pewnie będzie odnawiać, a więc wciąż będę musiała
uważać co i jak robię. A to jest męczące psychicznie.
Dziś tu jest +10, rano padało, ale wolę gdy jest plus 10 niż minus 10 i gdy pada
deszcz a nie śnieg lub marznący deszcz.
Rozmawiałam na temat nadgarstka z koleżanką i mi powiedziała, że jak się jest
osobą w moim wieku należy bardzo dbać o to, żeby przypadkiem nie wyłączyć
ani na moment "Funkcji Myślenia", bo wtedy zawsze taki przypadek kończy się
jakąś kontuzja lub innym nieszczęściem. Wie co mówi, kiedyś zleciała z drabiny,
przeleżała 8 miesięcy w charakterze mumii.
No to idę dalej "chorować", mam L-4 od komputera.
I na osłodę mój ulubiony platan, już mocno jesienny.
Mam ponaciągane ścięgna w nadgarstku.Na szczęscie nic nie połamane. Ale nadal
boli.
Pisanie jedną ręką jest trudne i żmudne i nie wiem dlaczego przestawiam wtedy
litery.
Ubieranie się się też jest trudne, funkcjonowanie względnie normalnie też trudne.
Przeszłam z żelu p. bólowego na żel z arniki, chyba jest lepiej po nim.
Gdy nic nie robię jest nawet całkiem dobrze;)
Zła wiadomość to ta, że to się pewnie będzie odnawiać, a więc wciąż będę musiała
uważać co i jak robię. A to jest męczące psychicznie.
Dziś tu jest +10, rano padało, ale wolę gdy jest plus 10 niż minus 10 i gdy pada
deszcz a nie śnieg lub marznący deszcz.
Rozmawiałam na temat nadgarstka z koleżanką i mi powiedziała, że jak się jest
osobą w moim wieku należy bardzo dbać o to, żeby przypadkiem nie wyłączyć
ani na moment "Funkcji Myślenia", bo wtedy zawsze taki przypadek kończy się
jakąś kontuzja lub innym nieszczęściem. Wie co mówi, kiedyś zleciała z drabiny,
przeleżała 8 miesięcy w charakterze mumii.
No to idę dalej "chorować", mam L-4 od komputera.
I na osłodę mój ulubiony platan, już mocno jesienny.
piątek, 23 listopada 2018
****;)
Jakby kto był ciekaw, to tak od wczoraj wygląda moja prawa ręka.
Jestem wściekła, bo mam rozgrzebaną robótkę na drutach.
Pisze się też ciężko, a w ogóle mam się oszczędzać.
No więc chyba pójdę spać.
Jak wrócę to będę;)))))
Jestem wściekła, bo mam rozgrzebaną robótkę na drutach.
Pisze się też ciężko, a w ogóle mam się oszczędzać.
No więc chyba pójdę spać.
Jak wrócę to będę;)))))
środa, 21 listopada 2018
Bezglutenowy obiad....
......czyli "gulasz półmięsny"
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie mieliśmy swego własnego mieszkania
jadaliśmy obiady w różnych restauracjach.
I pewnego dnia, w restauracji "Budapeszt"znalazłam w karcie dań takie cudo:
"Gulasz Półmięsny".
Gdy podeszła do nas kelnerka zapytałam, co to znaczy gulasz półmięsny, co
jest tą tajemniczą połową owego gulaszu?
Pani kelnerka wyraźnie zbaraniała, mówiąc, że nie rozumie o co mi idzie.
Więc cierpliwie wytłumaczyłam, że interesuje mnie co to jest owe "półmięso,"
skoro w karcie jak byk stoi , że gulasz jest półmięsny.
Pani się strasznie zdenerwowała, ale odpowiedzi na to pytanie nie dostałam.
I od tej pory ilekroć robię gulasz nazywam go gulaszem półmięsnym i oboje
z mężem wybuchamy śmiechem.
A ten gulasz "półmięsny" powstał z:
40 dag filetu z indyka pokrojonego na kawałki,
50 dag brukselki,
4 pokrojone drobno cebule-szalotki,
1 duży ząbek czosnku, pozbawiony kiełka i drobno posiekany
4 marchewki karotki- pokrojone w niezbyt cienkie talarki,
500ml bulionu drobiowego (bulionetka drobiowa)
pół łyżki klarowanego masła,
olej kokosowy, może być bezzapachowy
Przyprawy :
chińska przyprawa "5 smaków", pieprz ziołowy, suszony koperek,
1 duży liść laurowy.
W płaskim rondlu podsmażamy cebulkę i czosnek i wrzucamy kostki
mięsa. Gdy już wszystkie stracą swą różowość ze wszystkich stron,
wsypujemy przyprawy, dodajemy brukselkę i marchewkę i zalewamy
wszystko gorącym bulionem. Nakrywamy garnek pokrywką, zmniejszamy
grzanie tak by się to pomału pichciło i gotujemy w tym czasie ryż lub kluski.
Co kto lubi, mogą też być kartofelki.
Jeżeli gotujecie ryż, to przypominam, że pojemnośc naszego żołądka to
taka ilość suchego ryżu, która się zmieści w naszej garści. Czyli wkładamy
otwartą dłoń do pojemnika z ryżem, zaciskamy i tyle ile nam w niej zostanie
to nasza porcja obiadowa.
Jeżeli waszym zdaniem sosu będzie zbyt mało, można dolać gorącej wody-
wszystkie duszące się mięsa podlewamy tylko gorącą wodą- od zimnej
po prostu mięso twardnieje.
Jeśli ktoś bystry to zauważył, że nie dałam soli- nigdy nie solę mięsa dopóki
się nie udusi.
Ponieważ była tu użyta bulionetka to uważajcie z tą solą, żeby nie przesolić.
Mój gulasz dusił się raptem 30 minut, ryż gotował się 15 minut, w tzw.
międzyczasie.
Najwięcej czasu zajęła mi.....brukselka, którą trzeba obrać z wierzchnich
listków.
W sumie od chwili obierania brukselki do wrzucenia talerzy do zmywarki
minęła godzina i 15 minut. No i mam jeszcze na jutro obiad.
I rewelacja - po raz pierwszy mój drogi mąż zjadł brukselkę i stwierdził,
że obiad mu smakował. Ależ mi się ten chłop tu zmienił!!!
Brukselka po niemiecku to Rosenkohl, czyli różana kapusta.
Kalafior to Blumenkohl, czyli kwiatowa kapusta.
Ależ romantycy z tych Niemców;)))
![]() | ||||
| gulasz z mięsa indyka |
Dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie mieliśmy swego własnego mieszkania
jadaliśmy obiady w różnych restauracjach.
I pewnego dnia, w restauracji "Budapeszt"znalazłam w karcie dań takie cudo:
"Gulasz Półmięsny".
Gdy podeszła do nas kelnerka zapytałam, co to znaczy gulasz półmięsny, co
jest tą tajemniczą połową owego gulaszu?
Pani kelnerka wyraźnie zbaraniała, mówiąc, że nie rozumie o co mi idzie.
Więc cierpliwie wytłumaczyłam, że interesuje mnie co to jest owe "półmięso,"
skoro w karcie jak byk stoi , że gulasz jest półmięsny.
Pani się strasznie zdenerwowała, ale odpowiedzi na to pytanie nie dostałam.
I od tej pory ilekroć robię gulasz nazywam go gulaszem półmięsnym i oboje
z mężem wybuchamy śmiechem.
A ten gulasz "półmięsny" powstał z:
40 dag filetu z indyka pokrojonego na kawałki,
50 dag brukselki,
4 pokrojone drobno cebule-szalotki,
1 duży ząbek czosnku, pozbawiony kiełka i drobno posiekany
4 marchewki karotki- pokrojone w niezbyt cienkie talarki,
500ml bulionu drobiowego (bulionetka drobiowa)
pół łyżki klarowanego masła,
olej kokosowy, może być bezzapachowy
Przyprawy :
chińska przyprawa "5 smaków", pieprz ziołowy, suszony koperek,
1 duży liść laurowy.
W płaskim rondlu podsmażamy cebulkę i czosnek i wrzucamy kostki
mięsa. Gdy już wszystkie stracą swą różowość ze wszystkich stron,
wsypujemy przyprawy, dodajemy brukselkę i marchewkę i zalewamy
wszystko gorącym bulionem. Nakrywamy garnek pokrywką, zmniejszamy
grzanie tak by się to pomału pichciło i gotujemy w tym czasie ryż lub kluski.
Co kto lubi, mogą też być kartofelki.
Jeżeli gotujecie ryż, to przypominam, że pojemnośc naszego żołądka to
taka ilość suchego ryżu, która się zmieści w naszej garści. Czyli wkładamy
otwartą dłoń do pojemnika z ryżem, zaciskamy i tyle ile nam w niej zostanie
to nasza porcja obiadowa.
Jeżeli waszym zdaniem sosu będzie zbyt mało, można dolać gorącej wody-
wszystkie duszące się mięsa podlewamy tylko gorącą wodą- od zimnej
po prostu mięso twardnieje.
Jeśli ktoś bystry to zauważył, że nie dałam soli- nigdy nie solę mięsa dopóki
się nie udusi.
Ponieważ była tu użyta bulionetka to uważajcie z tą solą, żeby nie przesolić.
Mój gulasz dusił się raptem 30 minut, ryż gotował się 15 minut, w tzw.
międzyczasie.
Najwięcej czasu zajęła mi.....brukselka, którą trzeba obrać z wierzchnich
listków.
W sumie od chwili obierania brukselki do wrzucenia talerzy do zmywarki
minęła godzina i 15 minut. No i mam jeszcze na jutro obiad.
I rewelacja - po raz pierwszy mój drogi mąż zjadł brukselkę i stwierdził,
że obiad mu smakował. Ależ mi się ten chłop tu zmienił!!!
Brukselka po niemiecku to Rosenkohl, czyli różana kapusta.
Kalafior to Blumenkohl, czyli kwiatowa kapusta.
Ależ romantycy z tych Niemców;)))
poniedziałek, 19 listopada 2018
Oczy .....
.....zwierciadłem zdrowia.
Miałam kiedyś szczęście poznać pewnego niezwykłego lekarza. Był znajomym
brata mojej matki.
Tym niezwykłym lekarzem był pan Wacław Korabiewicz. Gdy go spotkałam
był człowiekiem już po siedemdziesiątce - wysoki, o miłej twarzy, bystrym
spojrzeniu. Był nie tylko lekarzem ale i podróżnikiem, poetą, pisarzem,
kolekcjonerem eksponatów etnograficznych.
W latach 1931 - 1939 był lekarzem okrętowym na Darze Pomorza.
Z moim wujkiem zaprzyjaźnił się w Ghanie, gdzie w latach 1959-1961 pan
Korabiewicz pracował w placówce epidemiologicznej, a mój wujek w polskiej
placówce dyplomatycznej. Obaj panowie okres II wojny światowej spędzili
w Anglii - tam ich rzuciły wojenne losy. Po wojnie wujek wrócił do Polski,
a pan Korabiewicz podróżował po Afryce, Indiach, Brazylii, Bliskim Wschodzie.
Od zawsze interesowały go różne naturalne metody leczenia i w czasie swych
podróży śledził uważnie działania miejscowych uzdrawiaczy, ich podejście
do pacjentów, stosowane leki, metody diagnozowania.
Słuchałam jego opowieści zafascynowana a pan doktor opowiadając bardzo
intensywnie wpatrywał się w moje oczy.
Miałam wtedy około 30 lat, podobno byłam całkiem niezłą "laseczką" i dość
niefrasobliwie pomyślałam, że "wpadłam dziadkowi w oko".
W pewnej chwili doktor przerwał swą opowieść i podszedł do mnie mówiąc-
"młoda damo, nie podoba mi się pani lewe oko, muszę je obejrzeć z bliska".
Podszedł do mnie, ujął mnie za podbródek i przez chwilę w milczeniu patrzył
w to moje lewe oko.
Po 3 minutach powiedział do mego wujka:
"twoja siostrzenica ma kłopoty z tarczycą, trzeba ją wysłać do endokrynologa".
Ależ ja jestem pod opieką endokrynologa- powiedziałam- a sześć lat wcześniej
miałam usunięty jeden płat tarczycy. Na dowód pokazałam bliznę, której
żaden chirurg plastyczny nie chciał mi usunąć.
Pan doktor przesunął mi palcami po bliźnie i powiedział - niech pani ją polubi,
nosi naszyjniki, a tej blizny nie powinno się usuwać, to bliznowiec i ruszony
może zrakowacieć.
Edwardzie -zwrócił się do mego wujka - zadbaj o naszyjnik dla siostrzenicy.
Mojemu wujkowi, który 10 lat przebywał w Ghanie i nic o mojej chorobie nie
wiedział, oczy zrobiły się niczym spodki od filiżanek.
No właśnie, -kontynuował doktor-ale ja widzę, że to wcale nie koniec pani
kłopotów, to dopiero początek- odpowiedział doktor. Ja to widzę w pani lewym
oku. To nie bujdy ani czary, to po prostu irydologia.
I opowiedział nam krótką historię irydologii - podobno wszystko zaczęło się
na Węgrzech, gdy pewna oswojona sowa złamała jedną nogę.
Opiekujący się nią chłopiec zauważył wówczas, że w jednym oku sowy, zaraz
po złamaniu nogi, pokazała się wyraźna ciemna smuga w kształcie miotełki.
Chłopaka bardzo to zastanowiło i zaczął to oko obserwować.
Smuga po pewnym czasie zaczęła zmieniać swój kształt, miotełka przybrała
teraz kształt wrzeciona. Gdy noga sowy całkowicie się zrosła na tęczówce oka
sowy została tylko cienka, czarna kreska.
Od tej pory chłopak z wielką uwagą obserwował oczy innych zwierząt i doszedł
do wniosku, że wszystkie zmiany jakie zachodzą w organizmie odbijają się
zawsze specjalnym rysunkiem lub barwą na tęczówce oka. Po skończeniu
szkoły chłopak ukończył medycynę i w swojej medycznej praktyce rozpoczął
diagnozowanie chorób na podstawie wyglądu tęczówki.
Napisał nawet pierwszy podręcznik diagnozowania zmian w tęczówce oka.
Oczywiście jest to wielkie skrócenie tematu, a diagnozowanie na podstawie
wyglądu tęczówki wcale nie jest łatwe i wymaga naprawdę dużego
doświadczenia.
Życie pokazało, że pan doktor miał rację, tamta operacja to było "preludium",
od lat choruję na chorobę Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie
tarczycy. Choroba jest nieuleczalna, ale nie prowadzi do śmierci.
A ja, naiwna, myślałam, że wpadłam panu doktorowi w oko;))))
Naszyjnika od wujka nie dostałam. A teraz potrafię go zrobić sama.
Obaj panowie już nie żyją, wujek zmarł w 1991 roku, pan Korabiewicz
w 1994r.
Wujek w chwili śmierci miał zaledwie 68 lat, pan doktor - 91.
Urna z prochami pana Korabiewicza spoczęła na dnie Bałtyku.
Miałam kiedyś szczęście poznać pewnego niezwykłego lekarza. Był znajomym
brata mojej matki.
Tym niezwykłym lekarzem był pan Wacław Korabiewicz. Gdy go spotkałam
był człowiekiem już po siedemdziesiątce - wysoki, o miłej twarzy, bystrym
spojrzeniu. Był nie tylko lekarzem ale i podróżnikiem, poetą, pisarzem,
kolekcjonerem eksponatów etnograficznych.
W latach 1931 - 1939 był lekarzem okrętowym na Darze Pomorza.
Z moim wujkiem zaprzyjaźnił się w Ghanie, gdzie w latach 1959-1961 pan
Korabiewicz pracował w placówce epidemiologicznej, a mój wujek w polskiej
placówce dyplomatycznej. Obaj panowie okres II wojny światowej spędzili
w Anglii - tam ich rzuciły wojenne losy. Po wojnie wujek wrócił do Polski,
a pan Korabiewicz podróżował po Afryce, Indiach, Brazylii, Bliskim Wschodzie.
Od zawsze interesowały go różne naturalne metody leczenia i w czasie swych
podróży śledził uważnie działania miejscowych uzdrawiaczy, ich podejście
do pacjentów, stosowane leki, metody diagnozowania.
Słuchałam jego opowieści zafascynowana a pan doktor opowiadając bardzo
intensywnie wpatrywał się w moje oczy.
Miałam wtedy około 30 lat, podobno byłam całkiem niezłą "laseczką" i dość
niefrasobliwie pomyślałam, że "wpadłam dziadkowi w oko".
W pewnej chwili doktor przerwał swą opowieść i podszedł do mnie mówiąc-
"młoda damo, nie podoba mi się pani lewe oko, muszę je obejrzeć z bliska".
Podszedł do mnie, ujął mnie za podbródek i przez chwilę w milczeniu patrzył
w to moje lewe oko.
Po 3 minutach powiedział do mego wujka:
"twoja siostrzenica ma kłopoty z tarczycą, trzeba ją wysłać do endokrynologa".
Ależ ja jestem pod opieką endokrynologa- powiedziałam- a sześć lat wcześniej
miałam usunięty jeden płat tarczycy. Na dowód pokazałam bliznę, której
żaden chirurg plastyczny nie chciał mi usunąć.
Pan doktor przesunął mi palcami po bliźnie i powiedział - niech pani ją polubi,
nosi naszyjniki, a tej blizny nie powinno się usuwać, to bliznowiec i ruszony
może zrakowacieć.
Edwardzie -zwrócił się do mego wujka - zadbaj o naszyjnik dla siostrzenicy.
Mojemu wujkowi, który 10 lat przebywał w Ghanie i nic o mojej chorobie nie
wiedział, oczy zrobiły się niczym spodki od filiżanek.
No właśnie, -kontynuował doktor-ale ja widzę, że to wcale nie koniec pani
kłopotów, to dopiero początek- odpowiedział doktor. Ja to widzę w pani lewym
oku. To nie bujdy ani czary, to po prostu irydologia.
I opowiedział nam krótką historię irydologii - podobno wszystko zaczęło się
na Węgrzech, gdy pewna oswojona sowa złamała jedną nogę.
Opiekujący się nią chłopiec zauważył wówczas, że w jednym oku sowy, zaraz
po złamaniu nogi, pokazała się wyraźna ciemna smuga w kształcie miotełki.
Chłopaka bardzo to zastanowiło i zaczął to oko obserwować.
Smuga po pewnym czasie zaczęła zmieniać swój kształt, miotełka przybrała
teraz kształt wrzeciona. Gdy noga sowy całkowicie się zrosła na tęczówce oka
sowy została tylko cienka, czarna kreska.
Od tej pory chłopak z wielką uwagą obserwował oczy innych zwierząt i doszedł
do wniosku, że wszystkie zmiany jakie zachodzą w organizmie odbijają się
zawsze specjalnym rysunkiem lub barwą na tęczówce oka. Po skończeniu
szkoły chłopak ukończył medycynę i w swojej medycznej praktyce rozpoczął
diagnozowanie chorób na podstawie wyglądu tęczówki.
Napisał nawet pierwszy podręcznik diagnozowania zmian w tęczówce oka.
Oczywiście jest to wielkie skrócenie tematu, a diagnozowanie na podstawie
wyglądu tęczówki wcale nie jest łatwe i wymaga naprawdę dużego
doświadczenia.
Życie pokazało, że pan doktor miał rację, tamta operacja to było "preludium",
od lat choruję na chorobę Hashimoto, czyli autoimmunologiczne zapalenie
tarczycy. Choroba jest nieuleczalna, ale nie prowadzi do śmierci.
A ja, naiwna, myślałam, że wpadłam panu doktorowi w oko;))))
Naszyjnika od wujka nie dostałam. A teraz potrafię go zrobić sama.
Obaj panowie już nie żyją, wujek zmarł w 1991 roku, pan Korabiewicz
w 1994r.
Wujek w chwili śmierci miał zaledwie 68 lat, pan doktor - 91.
Urna z prochami pana Korabiewicza spoczęła na dnie Bałtyku.
niedziela, 18 listopada 2018
A jednak.....
.......skleroza!
Zapomniałam o 10 rocznicy mego wstąpienia w szeregi bloggerów.
Cztery dni temu stuknęła cichutko dziesiąta rocznica mojego blogowania.
Z przysłowiową "duszą na ramieniu" rozpoczęłam prowadzenie bloga,
który dziś jest nieco "w odstawce", ale co jakiś czas wrzucam tam pewne
opowiadania. To pierwszy blog .
W pewnym momencie ciut mi odbiło i założyłam ten - w założeniu miał
być blogiem "robótkowym", ale jak zwykle życie zweryfikowało moje
plany - nie potrafiłam prowadzić dwóch blogów jednocześnie, po prostu
nie starczało mi na to czasu.
Poza tym wydaje mi się, że w dobie ciągłego pośpiechu czytelnikom
łatwiej jest zaglądać na jeden blog.
Poznałam kilka osób z rzeczywistości wirtualnej osobiście i zawsze
byłam zdumiona i zachwycona, że moje wyobrazenie o danej osobie
całkowicie pokrywało się z wrażeniami o niej wyniesionymi ze sfery
wirtualnej.
Od roku mieszkam poza Polską i blog stał się właściwie jedyną nicią
łączącą mnie z rodzinnym krajem.
Nie tęsknię za miastem rodzinnym, brak mi tylko pewnej maleńkiej
kawiarenki z przylatującymi do stolików sikorkami, otoczonej
zielenią - to tam spotykałam się z dwiema ulubionym blogerkami,
które nadal są mi ogromnie bliskie, choć są tak daleko stąd.
Na szczęście zawsze można zatelefonować lub napisać maila.
Dziesięć lat blogowania to dużo - na tyle dużo, że już kilka razy
miałam zamknąć blog, bo nic a nic ciekawego się u mnie nie dzieje,
dzień podobny do dnia, tydzień do tygodnia a ja się po prostu starzeję.
A starość jest nudna i trudna i zupełnie nieciekawa dla innych.
I tym "optymistycznym" akcentem zakończę ten post.
Zapomniałam o 10 rocznicy mego wstąpienia w szeregi bloggerów.
Cztery dni temu stuknęła cichutko dziesiąta rocznica mojego blogowania.
Z przysłowiową "duszą na ramieniu" rozpoczęłam prowadzenie bloga,
który dziś jest nieco "w odstawce", ale co jakiś czas wrzucam tam pewne
opowiadania. To pierwszy blog .
W pewnym momencie ciut mi odbiło i założyłam ten - w założeniu miał
być blogiem "robótkowym", ale jak zwykle życie zweryfikowało moje
plany - nie potrafiłam prowadzić dwóch blogów jednocześnie, po prostu
nie starczało mi na to czasu.
Poza tym wydaje mi się, że w dobie ciągłego pośpiechu czytelnikom
łatwiej jest zaglądać na jeden blog.
Poznałam kilka osób z rzeczywistości wirtualnej osobiście i zawsze
byłam zdumiona i zachwycona, że moje wyobrazenie o danej osobie
całkowicie pokrywało się z wrażeniami o niej wyniesionymi ze sfery
wirtualnej.
Od roku mieszkam poza Polską i blog stał się właściwie jedyną nicią
łączącą mnie z rodzinnym krajem.
Nie tęsknię za miastem rodzinnym, brak mi tylko pewnej maleńkiej
kawiarenki z przylatującymi do stolików sikorkami, otoczonej
zielenią - to tam spotykałam się z dwiema ulubionym blogerkami,
które nadal są mi ogromnie bliskie, choć są tak daleko stąd.
Na szczęście zawsze można zatelefonować lub napisać maila.
Dziesięć lat blogowania to dużo - na tyle dużo, że już kilka razy
miałam zamknąć blog, bo nic a nic ciekawego się u mnie nie dzieje,
dzień podobny do dnia, tydzień do tygodnia a ja się po prostu starzeję.
A starość jest nudna i trudna i zupełnie nieciekawa dla innych.
I tym "optymistycznym" akcentem zakończę ten post.
poniedziałek, 12 listopada 2018
Jesienią je się.....
....orzechowe ciasto.
Jestem łakomczuch, uwielbiam orzechy, laskowe zwłaszcza.
Gorzej, bo migdały też uwielbiam.
Ale dziś w pierwszą miskę wsypałam:
5 łyżek mąki ryżowej
3 łyżki mąki kartoflanej
10 łyżek mielonych orzechów laskowych
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
8 sztuk pokrojonych drobno suszonych moreli
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
dużą szczyptę mielonych goździków
Ci "normalni" zamiast tych dwóch rodzajów mąki mogą
użyć 8 łyżek mąki pszennej
Do drugiej miski wsypałam:
80g nierafinowanego cukru trzcinowego
100g miękkiego masła i....
.....po zmiksowaniu cukru z masłem na puszystą masę
dodałam kolejno dwa całe duże jajka, miksując tę masę po
każdym dodaniu jajka.
Do miski "z mokrym" dorzuciłam zawartość miski "z suchym"
i bardzo dokładnie całość wymieszałam i umieściłam w foremce
silikonowej o skromnych wymiarach 20 x 12 cm.
Pieczemy w 180 stopniach, grzanie góra-dół, ok.25-30 minut, do tzw.
"suchego patyczka" .
Zacznijcie degustację nim jeszcze całkiem wystygnie i wtedy zapewne
pomyślicie jak ja: czemu to tak szybko znika? chyba trzeba więcej tego
upiec! Nawet nie zdążyłam tego sfotografować!
Pojutrze przetestuję wersję z mielonymi migdałami.
Już śnię o tym migdałowcu!
Nie ma lekko - teraz trochę wiedzy:
orzechy laskowe i migdały, poza walorami smakowymi są bardzo korzystne
dla naszego zdrowia- zawierają wit.E, czyli witaminę młodości, mają sporo
błonnika, co sprzyja zachowaniu zdrowia jelit i tym samym całego organizmu.
I orzechy laskowe i migdały zawierają sporo witamin z grupy wit.B, ponadto
wapń i fosfór, obniżają poziom cholesterolu LDL i są włączane przez lekarzy
do diety zapobiegającej chorobom układu sercowo-naczyniowego.
Ponadto systematyczne jedzenie kilku migdałów dziennie zapobiega napadom
głodu i ułatwia utrzymanie diety odchudzającej.
W związku z tym czuję się całkowicie rozgrzeszona gdy zajadam się orzechami
laskowymi w bardzo gorzkiej czekoladzie- toż to samo zdrowie!!!!
Bo czekolada, ta o wysokiej zawartości kakao czyli powyżej 80%, chroni nasze
zdrowie. Zwłaszcza osób po 50 roku życia.
Zjadanie 1-2 tabliczek tej czekolady tygodniowo zapobiega rozwojowi demencji,
zmniejsza ryzyko choroby Alzheimera , chroni przed udarem mózgu, obniża
poziom złego cholesterolu i powoduje, że zmniejsza się nam o 15% poziom
spożywanych kalorii.
Ale pamiętajcie- dotyczy to tylko tej czekolady o wysokiej zawartości kakao.
No i najważniejsze- czekolada działa niczym Prozac - wprawia nas w dobry
nastrój.
Jestem łakomczuch, uwielbiam orzechy, laskowe zwłaszcza.
Gorzej, bo migdały też uwielbiam.
Ale dziś w pierwszą miskę wsypałam:
5 łyżek mąki ryżowej
3 łyżki mąki kartoflanej
10 łyżek mielonych orzechów laskowych
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
8 sztuk pokrojonych drobno suszonych moreli
1/2 łyżeczki mielonego kardamonu
dużą szczyptę mielonych goździków
Ci "normalni" zamiast tych dwóch rodzajów mąki mogą
użyć 8 łyżek mąki pszennej
Do drugiej miski wsypałam:
80g nierafinowanego cukru trzcinowego
100g miękkiego masła i....
.....po zmiksowaniu cukru z masłem na puszystą masę
dodałam kolejno dwa całe duże jajka, miksując tę masę po
każdym dodaniu jajka.
Do miski "z mokrym" dorzuciłam zawartość miski "z suchym"
i bardzo dokładnie całość wymieszałam i umieściłam w foremce
silikonowej o skromnych wymiarach 20 x 12 cm.
Pieczemy w 180 stopniach, grzanie góra-dół, ok.25-30 minut, do tzw.
"suchego patyczka" .
Zacznijcie degustację nim jeszcze całkiem wystygnie i wtedy zapewne
pomyślicie jak ja: czemu to tak szybko znika? chyba trzeba więcej tego
upiec! Nawet nie zdążyłam tego sfotografować!
Pojutrze przetestuję wersję z mielonymi migdałami.
Już śnię o tym migdałowcu!
Nie ma lekko - teraz trochę wiedzy:
orzechy laskowe i migdały, poza walorami smakowymi są bardzo korzystne
dla naszego zdrowia- zawierają wit.E, czyli witaminę młodości, mają sporo
błonnika, co sprzyja zachowaniu zdrowia jelit i tym samym całego organizmu.
I orzechy laskowe i migdały zawierają sporo witamin z grupy wit.B, ponadto
wapń i fosfór, obniżają poziom cholesterolu LDL i są włączane przez lekarzy
do diety zapobiegającej chorobom układu sercowo-naczyniowego.
Ponadto systematyczne jedzenie kilku migdałów dziennie zapobiega napadom
głodu i ułatwia utrzymanie diety odchudzającej.
W związku z tym czuję się całkowicie rozgrzeszona gdy zajadam się orzechami
laskowymi w bardzo gorzkiej czekoladzie- toż to samo zdrowie!!!!
Bo czekolada, ta o wysokiej zawartości kakao czyli powyżej 80%, chroni nasze
zdrowie. Zwłaszcza osób po 50 roku życia.
Zjadanie 1-2 tabliczek tej czekolady tygodniowo zapobiega rozwojowi demencji,
zmniejsza ryzyko choroby Alzheimera , chroni przed udarem mózgu, obniża
poziom złego cholesterolu i powoduje, że zmniejsza się nam o 15% poziom
spożywanych kalorii.
Ale pamiętajcie- dotyczy to tylko tej czekolady o wysokiej zawartości kakao.
No i najważniejsze- czekolada działa niczym Prozac - wprawia nas w dobry
nastrój.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




