Nie pisałam o tym wczoraj celowo, byłoby zbyt histerycznie. Podobno
zdołano uratować wiele cennych zabytków.
I wcale nie uważam tego pożaru za jakiś znak, symbol itp. schyłku
Europy czy też chrześcijaństwa czy coś w tym rodzaju.
To wynik zwyczajnego niedbalstwa i braku wyobraźni tych, którzy
owym remontem Katedry kierowali jak i również niski poziom umysłu
samych robotników. To nie pierwszy taki przypadek przy remoncie-
w Gdańsku również podczas remontu katedry był pożar. Nie taki
ogromny, ale jednak był.
Trzeba sobie zdać sprawę, że każdy średniowieczny zabytek architektury
był wznoszony głównie z drewna, a ma ono tę cechę, że jest łatwopalne,
ponadto podatne na czynniki zewnętrzne jak wilgoć i insekty.
I każdy taki zabytek powinien być pod szczególną opieką, starannie oraz
systematycznie konserwowany, co wymaga (niestety) dużych nakładów
finansowych. Katedra Notre Dame od wielu lat wymagała ogromnych
prac konserwatorskich, które wciąż były odsuwane w przyszłość , bo -
zwyczajnie brakowało funduszy.
Poza tym wszystkie prace konserwatorskie to czas, gdy zabytkowy obiekt
nie może służyć turystom. A więc nie zarabia.
Dziś rano moi polecieli do Paryża - dzieci mają ferie i na ten tydzień
zaplanowali kilkudniowy pobyt w Paryżu.
Prezydent Francji zapowiada, że Katedra wspólnym wysiłkiem wszystkich
Francuzów zostanie odbudowana. Zapewne tak, ale w jakim stopniu kopia
dorówna oryginałowi - nie wiadomo.
Nie wiem, czy ktoś bedzie w stanie odtworzyć skład szkła, z ktorego były
wykonane witraże. Bo szkło, z którego były wykonane, miało specyficzną
przepuszczalność promieni słonecznych , co wpływało nie tylko na efekt
wizualny ale i również na stan umysłu przebywających w Katedrze.
Samo miejsce, w którym wybudowano Katedrę, jest tzw. "miejscem mocy".
Było to miejsce, w którym "w czasach pogańskich" chętnie zbierali się
okoliczni mieszkańcy, tu prosili swych bogów o opiekę, tu odbywały się
najważniejsze narady plemienne. Większość kosciołów w całej Europie
pobudowano właśnie w takich miejscach mocy.
Rozśmieszyły mnie komentarze dot. symboliki tego pożaru - nie wiem,
dlaczego nikomu nie wpadło do głowy, że to nie alegoria upadku Europy,
ale może wyraz gniewu bożego za niecne uczynki kleru!
Jeżeli już komuś potrzebna jest symbolika tego wydarzenia to proponuję
przyjęcie właśnie takiej symboliki- kary za niemoralność części kleru.
drewniana rzezba
wtorek, 16 kwietnia 2019
poniedziałek, 15 kwietnia 2019
Moje nowe odkrycie....
......czyli George Ezra, rocznik 1993, 185 cm wzrostu,
pierwszy mini album wydany w roku 2013, na portalu VEVO
Jest wokalistą i autorem tekstów.
Przy tym Paradise całkiem dobrze nam się wczoraj tańczyło
Młodzieniec ma również, oprócz dwojga imion, nazwisko - Barnett,
ale na scenie posługuje się tylko dwoma imionami.
pierwszy mini album wydany w roku 2013, na portalu VEVO
Jest wokalistą i autorem tekstów.
Młodzieniec ma również, oprócz dwojga imion, nazwisko - Barnett,
ale na scenie posługuje się tylko dwoma imionami.
sobota, 13 kwietnia 2019
Trzynastego......
I wiele, bardzo wiele lat temu zdarzyło się - zmarznięty bocian pomylił
drogę i wrzucił mnie do Warszawy.
Do dziś nie wiem dlaczego nie na Sechele, od biedy mógł na Capri.
Od wnuczków dostałam taką oto kartę urodzinową
oraz coś o co będę musiała dbać:
a od ich rodziców 2 bilety wstępu na imprezę lipcową "Noc w Ogrodzie
Botanicznym".
Poza tym zabroniono mi cokolwiek szykować, bo to oni nas zaprosili
do siebie na urodzinowy tort (bezglutenowy), z wnukami tańczyłam
"makarenę" i kilka innych "zakręconych" kawałków, a potem graliśmy
w planszową grę "podróże po Europie".
Obie z córką ograłyśmy męską część graczy. Górą baby.
Miłej niedzieli Wszystkim;))
czwartek, 11 kwietnia 2019
Naszło mnie....
....zapewne z powodu strajku nauczycieli.
Zresztą nie tylko mnie "naszło", mego męża również. Zaczęliśmy
wspominać jak to bywało w naszych szkołach, bo oboje jesteśmy
produktem szkolnictwa PRL-u.
Nie każdy wie, ale nawet wtedy były różne szkoły podstawowe,
nawet szkoły prywatne.
Do takiej prywatnej szkoły zaczął chodzić mój mąż (jest ode mnie
2 lata starszy). Była to szkoła, w której językiem wykładowym
był język francuski. Nawet sobie nie wyobrażacie jak tam było
cicho na przerwach, bo na przerwach także należało używać tego
języka. A zapisano go do tej szkoły dlatego, że szkoły państwowe
nie przyjmowały do szkoły sześciolatków.
Ale po ukończeniu I klasy w tej "francuskiej szkole" bez problemu
został przyjęty do szkoły państwowej.Chodziliśmy do różnych szkół.
Ja też poszłam do szkoły mając lat sześć, ale mnie matka zapisała
do szkoły należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (TPD), która
była szkołą na wskroś świecką, czyli nie uczono w niej religii.
Ale nikomu to nie przeszkadzało i dzieci chodziły na religię do
swych parafii. Nikt nie zabraniał.
Budynek w którym mieściła się moja szkoła "przygarnął" aż trzy
szkoły: szkołę TPD i dwie szkoły państwowe.
Przed wojną mieściła się w tym budynku tylko jedna szkoła, więc
była jedna sala gimnastyczna i po jednej pracowni fizycznej,
chemicznej i biologicznej.
Sali gimnastycznej nie widziałam aż do piątej klasy włącznie.
Tych pracowni również nie. Dzieci uczyły się na trzy zmiany, WF
był na szkolnym korytarzu, obowiązywała na nim grobowa cisza,
bo w klasach w tym czasie toczyły się lekcje.
Boiska szkolnego nie było, czasami w ramach WF graliśmy na
podwórku w "dwa ognie", co z reguły kończyło się kilkoma
stłuczonymi kolanami i skręconymi na wystających kamieniach
stawami skokowymi.
Ale przez pierwsze 4 lata (tyle wtedy trwało nauczanie początkowe)
mieliśmy jedną wychowawczynię.
Nie wiem jak to było, ale wówczas nie było żadnych dyslektyków
czy też dysgrafików.
Codziennie każde dziecko w klasie pierwszej musiało czytać na głos.
Nawet chrypka nie była przeszkodą, nie było "zmiłuj".
I każdy w zeszycie "do polskiego" musiał, chciał czy nie, rysować
szlaczki . Szlaczki były oceniane oddzielnie. Więc zdarzały się piątki
za szlaczki i znacznie gorsze stopnie za resztę tego co na stronie.
Nie uczono nas kaligrafii. Ale staranność pisma też była oceniana.
A te szlaczki miały za zadanie usprawnić nasze ręce, wyrobić ich
precyzję.
Bardzo wcześnie nasza pani zaczęła nas uczyć ortografii.
Do dziś pamiętam, jak nam tłumaczyła dlaczego "rzeka" pisana jest
przez "rz" a nie " przez "ż " .
Poza tym uczyła nas uważnego słuchania tekstu, nie wyrywania
jednego wyrazu z całego tekstu, bo w polskim języku jest wiele
wyrazów tak samo brzmiących, a zupełnie inaczej pisanych,
zależnie od ich znaczenia.
Po prostu musieliśmy uważnie słuchać by wiedzieć jak dany wyraz
napisać poprawnie.
Od drugiej klasy dzień bez kartkówki typu dyktando był dniem
straconym. Czasem było to zaledwie kilka zdań, ale w wiele lat
później pojęłam, że dzięki tym kartkówkom do dziś nie mam
problemów z ortografią.
Już wtedy uwielbiałam pisać wypracowania, wszystko jedno
na jaki temat.
Czytać umiałam nim poszłam do szkoły i to wcale nie było
dobre, bo się straszliwie nudziłam w szkole, gdy moje koleżanki
a zwłaszcza koledzy sylabizowali z trudem wyrazy.
Ale pani i na to znalazła metodę - musiałam się wpatrywać w tekst,
bo w każdej chwili mogłam być wywołana, by czytać dalej.
Byliśmy bardzo przywiązani do naszej pani, a byliśmy wtedy jej
ostatnią klasą. Gdy nas doprowadziła do klasy piątej odeszła ze
szkoły.
Piąta klasa była dla nas szokiem- nowa wychowawczyni, nowe
przedmioty, nowi nauczyciele.
Nie zawsze mili i wyrozumiali ale nigdy nikt na nas ręki nie
podniósł ani nie krzyczał, choć my często byliśmy okropni.
Bo byliśmy naprawdę zgraną klasą, jeden za wszystkich, wszyscy
za jednego
Ale szóstą i siódmą klasę robiliśmy już w zupełnie nowym budynku-
był bardzo duży, miał dwie sale gimnastyczne, wszystkie pracownie
i jeden mały feler ( dla mnie)- nowy budynek stał nieomal na
przeciwko kamienicy w której mieszkałam. Skończyły się długie
powroty ze szkoły i pokonywanie odległości 1,5 km w ciągu dwóch
godzin. Rekord wyniósł 4 godziny. Ale była wtedy w domu awantura!
Gdy moja córka poszła do szkoły to co chwilę przecierałam oczy ze
zdumienia- primo był to rok wyżu demograficznego, klas pierwszych
było chyba siedem i to 30 osobowych. Oczywiście szkoła musiała
pracować na zmiany. WF - na korytarzu, raz na jakiś czas na sali
gimnastycznej. Przez osiem las nauki córka miał osiem polonistek.
Każda z pań miała jakąś inną wizję stylu nauczania. Postrachem
dzieci w szkole była "pani od muzyki", która potrafiła przyłożyć
dziecku dziennikiem w głowę i bez przerwy na dzieci wrzeszczała.
I skargi rodziców na jej zachowanie nie odnosiły żadnych skutków.
Bo prowadziła chór, który zajmował na konkurach międzyszkolnych
dobre miejsca.
A moje dziecko, gdy już jako osoba dorosła przechodziła koło swej
byłej podstawówki mijała ją szybko, bo wciąż się jej bała.
I tak sobie myślę, że z jednej strony strajk nauczycieli jest zasadny,
z drugiej, że nie powinien dotyczyć tylko i wyłącznie strony
finansowej, ale całości, począwszy od sposobu kształcenia kadry
przyszłych nauczycieli, bo chyba jednak popełniono jakieś błędy,
na tyle duże, że dziś prestiż tego zawodu nie istnieje.
Bo każdy nauczyciel, czy tego chce, czy nie, nie tylko uczy dzieci
jest w jakimś stopniu wychowawcą- jego podejście do wykonywanego
zawodu, jego podejście do dzieci, jego zachowanie ma na nie wpływ.
A może ja się mylę? Nie wiem.
Zresztą nie tylko mnie "naszło", mego męża również. Zaczęliśmy
wspominać jak to bywało w naszych szkołach, bo oboje jesteśmy
produktem szkolnictwa PRL-u.
Nie każdy wie, ale nawet wtedy były różne szkoły podstawowe,
nawet szkoły prywatne.
Do takiej prywatnej szkoły zaczął chodzić mój mąż (jest ode mnie
2 lata starszy). Była to szkoła, w której językiem wykładowym
był język francuski. Nawet sobie nie wyobrażacie jak tam było
cicho na przerwach, bo na przerwach także należało używać tego
języka. A zapisano go do tej szkoły dlatego, że szkoły państwowe
nie przyjmowały do szkoły sześciolatków.
Ale po ukończeniu I klasy w tej "francuskiej szkole" bez problemu
został przyjęty do szkoły państwowej.Chodziliśmy do różnych szkół.
Ja też poszłam do szkoły mając lat sześć, ale mnie matka zapisała
do szkoły należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (TPD), która
była szkołą na wskroś świecką, czyli nie uczono w niej religii.
Ale nikomu to nie przeszkadzało i dzieci chodziły na religię do
swych parafii. Nikt nie zabraniał.
Budynek w którym mieściła się moja szkoła "przygarnął" aż trzy
szkoły: szkołę TPD i dwie szkoły państwowe.
Przed wojną mieściła się w tym budynku tylko jedna szkoła, więc
była jedna sala gimnastyczna i po jednej pracowni fizycznej,
chemicznej i biologicznej.
Sali gimnastycznej nie widziałam aż do piątej klasy włącznie.
Tych pracowni również nie. Dzieci uczyły się na trzy zmiany, WF
był na szkolnym korytarzu, obowiązywała na nim grobowa cisza,
bo w klasach w tym czasie toczyły się lekcje.
Boiska szkolnego nie było, czasami w ramach WF graliśmy na
podwórku w "dwa ognie", co z reguły kończyło się kilkoma
stłuczonymi kolanami i skręconymi na wystających kamieniach
stawami skokowymi.
Ale przez pierwsze 4 lata (tyle wtedy trwało nauczanie początkowe)
mieliśmy jedną wychowawczynię.
Nie wiem jak to było, ale wówczas nie było żadnych dyslektyków
czy też dysgrafików.
Codziennie każde dziecko w klasie pierwszej musiało czytać na głos.
Nawet chrypka nie była przeszkodą, nie było "zmiłuj".
I każdy w zeszycie "do polskiego" musiał, chciał czy nie, rysować
szlaczki . Szlaczki były oceniane oddzielnie. Więc zdarzały się piątki
za szlaczki i znacznie gorsze stopnie za resztę tego co na stronie.
Nie uczono nas kaligrafii. Ale staranność pisma też była oceniana.
A te szlaczki miały za zadanie usprawnić nasze ręce, wyrobić ich
precyzję.
Bardzo wcześnie nasza pani zaczęła nas uczyć ortografii.
Do dziś pamiętam, jak nam tłumaczyła dlaczego "rzeka" pisana jest
przez "rz" a nie " przez "ż " .
Poza tym uczyła nas uważnego słuchania tekstu, nie wyrywania
jednego wyrazu z całego tekstu, bo w polskim języku jest wiele
wyrazów tak samo brzmiących, a zupełnie inaczej pisanych,
zależnie od ich znaczenia.
Po prostu musieliśmy uważnie słuchać by wiedzieć jak dany wyraz
napisać poprawnie.
Od drugiej klasy dzień bez kartkówki typu dyktando był dniem
straconym. Czasem było to zaledwie kilka zdań, ale w wiele lat
później pojęłam, że dzięki tym kartkówkom do dziś nie mam
problemów z ortografią.
Już wtedy uwielbiałam pisać wypracowania, wszystko jedno
na jaki temat.
Czytać umiałam nim poszłam do szkoły i to wcale nie było
dobre, bo się straszliwie nudziłam w szkole, gdy moje koleżanki
a zwłaszcza koledzy sylabizowali z trudem wyrazy.
Ale pani i na to znalazła metodę - musiałam się wpatrywać w tekst,
bo w każdej chwili mogłam być wywołana, by czytać dalej.
Byliśmy bardzo przywiązani do naszej pani, a byliśmy wtedy jej
ostatnią klasą. Gdy nas doprowadziła do klasy piątej odeszła ze
szkoły.
Piąta klasa była dla nas szokiem- nowa wychowawczyni, nowe
przedmioty, nowi nauczyciele.
Nie zawsze mili i wyrozumiali ale nigdy nikt na nas ręki nie
podniósł ani nie krzyczał, choć my często byliśmy okropni.
Bo byliśmy naprawdę zgraną klasą, jeden za wszystkich, wszyscy
za jednego
Ale szóstą i siódmą klasę robiliśmy już w zupełnie nowym budynku-
był bardzo duży, miał dwie sale gimnastyczne, wszystkie pracownie
i jeden mały feler ( dla mnie)- nowy budynek stał nieomal na
przeciwko kamienicy w której mieszkałam. Skończyły się długie
powroty ze szkoły i pokonywanie odległości 1,5 km w ciągu dwóch
godzin. Rekord wyniósł 4 godziny. Ale była wtedy w domu awantura!
Gdy moja córka poszła do szkoły to co chwilę przecierałam oczy ze
zdumienia- primo był to rok wyżu demograficznego, klas pierwszych
było chyba siedem i to 30 osobowych. Oczywiście szkoła musiała
pracować na zmiany. WF - na korytarzu, raz na jakiś czas na sali
gimnastycznej. Przez osiem las nauki córka miał osiem polonistek.
Każda z pań miała jakąś inną wizję stylu nauczania. Postrachem
dzieci w szkole była "pani od muzyki", która potrafiła przyłożyć
dziecku dziennikiem w głowę i bez przerwy na dzieci wrzeszczała.
I skargi rodziców na jej zachowanie nie odnosiły żadnych skutków.
Bo prowadziła chór, który zajmował na konkurach międzyszkolnych
dobre miejsca.
A moje dziecko, gdy już jako osoba dorosła przechodziła koło swej
byłej podstawówki mijała ją szybko, bo wciąż się jej bała.
I tak sobie myślę, że z jednej strony strajk nauczycieli jest zasadny,
z drugiej, że nie powinien dotyczyć tylko i wyłącznie strony
finansowej, ale całości, począwszy od sposobu kształcenia kadry
przyszłych nauczycieli, bo chyba jednak popełniono jakieś błędy,
na tyle duże, że dziś prestiż tego zawodu nie istnieje.
Bo każdy nauczyciel, czy tego chce, czy nie, nie tylko uczy dzieci
jest w jakimś stopniu wychowawcą- jego podejście do wykonywanego
zawodu, jego podejście do dzieci, jego zachowanie ma na nie wpływ.
A może ja się mylę? Nie wiem.
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Czasem....
..... warto spojrzeć w górę.
Czekałam dziś na starszego Krasnala i błądziłam wzrokiem po
okolicznych domach.
Krasnal chodzi do szkoły, która jest w bardzo ładnej, willowej
dzielnicy. Przeważają tu bardzo rozległe wille . No i musiałam,
musiałam pokazać Wam takie dwa zdjęcia:
Czyż te wieżyczki nie są piękne?
Dziś jest +20, słońce świeci obłędnie, a ptaki wyśpiewują hymn o wiośnie.
Zapomniałam Wam napisać, że dostałam z Kasy Chorych (AOK) rachunek
za swój pobyt w szpitalu, po 10 Euro za każdą dobę. A dób spędziłam
tam osiemnaście. Do tego muszę doliczyć zniżkowy koszt trzech patentów
ułatwiających życie kalece i razem mój wypadek kosztował mnie 230€.
Tak dla wyjaśnienia- doba liczy się od północy do północy.
W Polsce należy mieć zdrowie, żeby chorować, tu trzeba mieć forsę żeby
chorować.
Okulary ( w sensie soczewek) są gratis tylko dla dzieci i dla osób które
mają mniej niż 30% widzenia.
Oprawki oczywiście są zawsze płatne.
Oczywiście Kas Chorych jest tu do licha i trochę i obowiązuje zasada, że każdy
kto dobrze zarabia należy do Kasy, w której składki są wyższe.
Czekałam dziś na starszego Krasnala i błądziłam wzrokiem po
okolicznych domach.
Krasnal chodzi do szkoły, która jest w bardzo ładnej, willowej
dzielnicy. Przeważają tu bardzo rozległe wille . No i musiałam,
musiałam pokazać Wam takie dwa zdjęcia:
Czyż te wieżyczki nie są piękne?
Dziś jest +20, słońce świeci obłędnie, a ptaki wyśpiewują hymn o wiośnie.
Zapomniałam Wam napisać, że dostałam z Kasy Chorych (AOK) rachunek
za swój pobyt w szpitalu, po 10 Euro za każdą dobę. A dób spędziłam
tam osiemnaście. Do tego muszę doliczyć zniżkowy koszt trzech patentów
ułatwiających życie kalece i razem mój wypadek kosztował mnie 230€.
Tak dla wyjaśnienia- doba liczy się od północy do północy.
W Polsce należy mieć zdrowie, żeby chorować, tu trzeba mieć forsę żeby
chorować.
Okulary ( w sensie soczewek) są gratis tylko dla dzieci i dla osób które
mają mniej niż 30% widzenia.
Oprawki oczywiście są zawsze płatne.
Oczywiście Kas Chorych jest tu do licha i trochę i obowiązuje zasada, że każdy
kto dobrze zarabia należy do Kasy, w której składki są wyższe.
niedziela, 7 kwietnia 2019
Leniwa niedziela
Pogoda nieprzyzwoicie ładna, +18 na termometrze, słońce od rana
ma dyżur, choć we wczorajszych zapowiedziach meteo wyczytałam,
że dziś będzie duże zachmurzenie i tylko czasami słońce.
Jak na razie to chmur nie ma. I niech tak trwa!!!!
Dziś w Berlinie biegają, jest "półmaraton". Nawet się zastanawiałam,
czy aby nie pojechać do centrum i kibicować, ale gdy pomyślałam o
pokonywaniu schodów do metra to mi chęć przeszła.
Zamiast kibicować poszłam na spacer popatrzeć na okoliczne domy,
bo fotek tych co niedaleko są ode mnie jakoś nie robiłam.
Zajrzałam też do ulubionej młodziutkiej magnolii, która wygląda dziś
tak:
A poniżej tzw. "czynszówka", czyli dom budowany z myślą
o wynajmowaniu mieszkań:
A tu zachwyciła mnie ta nadbudówka:
Nie wiem co prawda jak się tam mieszka, ale z zewnątrz wygląda
ciekawie.
A tu zdjęcie tej samej magnolii ale z 2 kwietnia tego roku.
Pięć dni a jaka różnica!
No to ja się zabiorę do maratonu koralikowego.
Miłego niedzielnego popołudnia Wszystkim;)
ma dyżur, choć we wczorajszych zapowiedziach meteo wyczytałam,
że dziś będzie duże zachmurzenie i tylko czasami słońce.
Jak na razie to chmur nie ma. I niech tak trwa!!!!
Dziś w Berlinie biegają, jest "półmaraton". Nawet się zastanawiałam,
czy aby nie pojechać do centrum i kibicować, ale gdy pomyślałam o
pokonywaniu schodów do metra to mi chęć przeszła.
Zamiast kibicować poszłam na spacer popatrzeć na okoliczne domy,
bo fotek tych co niedaleko są ode mnie jakoś nie robiłam.
Zajrzałam też do ulubionej młodziutkiej magnolii, która wygląda dziś
tak:
A poniżej tzw. "czynszówka", czyli dom budowany z myślą
o wynajmowaniu mieszkań:
A tu zachwyciła mnie ta nadbudówka:
Nie wiem co prawda jak się tam mieszka, ale z zewnątrz wygląda
ciekawie.
A tu zdjęcie tej samej magnolii ale z 2 kwietnia tego roku.
Pięć dni a jaka różnica!
No to ja się zabiorę do maratonu koralikowego.
Miłego niedzielnego popołudnia Wszystkim;)
czwartek, 4 kwietnia 2019
Pierwsza w tym roku wizyta......
.......zaliczona.
Co należy zrobić gdy za oknem świeci obłędne słońce i jest +16 stopni ciepła?
Należy czym prędzej udać się do Ogrodu Botanicznego by posłuchać śpiewu
ptaków i popatrzeć co już kwitnie.
Magnolie ciągle jeszcze w pąkach ale już wyglądają pięknie. Trochę się
zdziwiłam, że jeszcze nie rozkwitły, bo niedaleko mojego domu młode
drzewka magnolii już rozkwitły. Podejrzewam, że po prostu tu, między
domami jest znacznie cieplej.
A tak przy okazji wyczytałam w ogłoszeniach, że 11 i 12 maja będzie
wystawa BONSAI. Jeżeli tylko nie zapomnę - pojadę, bo to ciekawa
wystawa.
Ptaszydła śpiewały cały czas jak nakręcone, ale widziałam tylko jednego
kosa i jakies szare maleństwo, chyba mniejsze od wróbla, które całkiem
głośno się produkowało.
Trochę dziwnie wygląda ogród gdy większość bardzo starych drzew jest
pozbawiona liści i stanowi tło dla różnych odmian "iglaków". Przy okazji
zobaczyłam, że na wielu drzewach są zainstalowane budki lęgowe które
latem, gdy drzewa mają liście, są niewidoczne.
Co należy zrobić gdy za oknem świeci obłędne słońce i jest +16 stopni ciepła?
Należy czym prędzej udać się do Ogrodu Botanicznego by posłuchać śpiewu
ptaków i popatrzeć co już kwitnie.
![]() |
| nie wiem co to kwitnie, może jakaś odmiana magnolii |
![]() |
| a to kaktusy, które przezimowały pod śniegiem |
![]() |
| kępa anemonów |
![]() | ||||||||
| nie wiem co |
![]() |
| i świeżo założony klomb stokrotek |
zdziwiłam, że jeszcze nie rozkwitły, bo niedaleko mojego domu młode
drzewka magnolii już rozkwitły. Podejrzewam, że po prostu tu, między
domami jest znacznie cieplej.
A tak przy okazji wyczytałam w ogłoszeniach, że 11 i 12 maja będzie
wystawa BONSAI. Jeżeli tylko nie zapomnę - pojadę, bo to ciekawa
wystawa.
Ptaszydła śpiewały cały czas jak nakręcone, ale widziałam tylko jednego
kosa i jakies szare maleństwo, chyba mniejsze od wróbla, które całkiem
głośno się produkowało.
Trochę dziwnie wygląda ogród gdy większość bardzo starych drzew jest
pozbawiona liści i stanowi tło dla różnych odmian "iglaków". Przy okazji
zobaczyłam, że na wielu drzewach są zainstalowane budki lęgowe które
latem, gdy drzewa mają liście, są niewidoczne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














