drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 10 września 2026

Post o niczym ......

 .........bo  najzwyczajniej  w  świecie nic a nic  się u  mnie nie  dzieje. 

Nigdzie  nie  bywam poza  najbliższym marketem spożywczym, bo mam  do niego zaledwie 450 metrów - nie  mierzyłam, ale taką liczbę  metrów dostałam w odpowiedzi na  wrzucone do sieci pytanie jaka to odległość dzieli mnie od  najbliższego marketu spożywczego.

Co do bywania - bywam też na rehabilitacji po tym  niefortunnym moim kontakcie z podłogą  we własnym mieszkaniu.  Najważniejsze, że  już nie  budzę  się   w nocy z bólu gdy  muszę  zmienić pozycję. I jestem  "zakochana"  w swoim rollatorze - lekki, bez trudu  można  go złożyć i rozłożyć i w każdej  chwili (byle nie na środku  jezdni)  wygodnie   na  nim  usiąść i odpocząć. Już kilka  razy odpoczęłam na  nim  w drodze na rehabilitację, choć mam do niej przysłowiowy  rzut  beretem. Ale  nagle, nie wiadomo  skąd  wziął  się upał, więc odpoczęłam spokojnie  w cieniu dużego drzewa. I już  wypróbowałam rollator w  miejskiej  komunikacji - stał  się moim ulubionym sprzętem. "Garażuje" u  mnie  na klatce  schodowej na moim piętrze.


 Wprawdzie u  mnie   za oknem nadal  zielono,  ale  już czuje  się powiew  jesieni - słońce  zdecydowanie  mniej grzeje, rano na chodniku sporo opadłych  żołędzi chociaż jeszcze  zielone i coraz  więcej opadłych już żółtych liści-  bo nadal panuje  susza a nikt  tu  drzew miejskich  nie podlewa. Nie wiem- może  w bardziej reprezentacyjnych  miejscach  Berlina drzewa  są podlewane, no ale  nie  w mojej okolicy.



 

A gdy wyjdę na  balkon to ciągle  jeszcze   bardzo  zielono za nim  jest. I dobrze, bo od  pewnego czasu  "moja"  cicha przedtem ulica  stała  się szalenie  ruchliwą ulicą bo nadal  na  szosie  trwa budowa tak  zwanej  obwodnicy Berlina,  więc spora  część  ruchu przeniosła się na  "moją"  ulicę, która  jest na  dość  długim odcinku równoległa do  szosy, więc  "wtajemniczeni" z  niej namiętnie  korzystają. Oczywiście  nie cały dzień  jest taki  ruch- głównie rano  do 11,00, potem jest nieco spokoju  a potem zaczyna się około 17,00 znowu, ale i tak  jest  mniejszy niż  rano. Gdy  "zjechałam" do Berlina w 2017 roku to już słyszałam o obwodnicy, mało tego - w  niedługi czas potem przypadkiem  trafiłam  na jakiś  jej budowany fragment ( a tak  dokładnie na jakiś  zjazd  z niej) i pamiętam, że strasznie  długo sterczeliśmy w korku. A potem i  tak  musiałam  telefonować  do zięcia  jak  się mamy z tego  miejsca  wydostać i dojechać  do swego miejsca zamieszkania.

Właśnie  przeżyłam "Najwyższy  Stopień Ostrzegawczy"  - wpierw rozjarzył mi się na  czerwono druk w smartfonie i z lekka ustrojstwo  zawyło a teraz, gdy już jest po  tej  "atrakcji" (i to już  2  godziny po  niej) dostałam  na  smartfona  powiadomienie, że będzie taki ogólny  Najwyższy  Stopień  Ostrzegawczy, że się rozwrzeszczą komórki, telefony i syreny alarmowe. No i rozwrzeszczał mi się  smartfon, tekst  był w eleganckim  rzucającym  się w oczy czerwonym kolorku,  ale żadnych  syren alarmowych  nie  słyszałam- nie  wykluczam, że w  dzielnicy w której  mieszkam po prostu ich nie  ma. Trochę  się  w duchu pośmiałam z tego  wszystkiego, bo odkąd tu  mieszkam to coraz  bardziej staje  się wyblakły  mit o  tym jacy  to Niemcy  są  zdyscyplinowani,  świetnie  zorganizowani i w  ogóle  "najlepsi" niemal pod każdym względem. Nie  wiem- może  gdzieś  na prowincji, gdzie  nie  ma  wielu przybyszów z innych stron Europy i  świata są tacy  mieszkańcy - ale  Berlin  jest bardzo wielonarodowym miastem. I nadal lubię  to  miasto jak i dzielnicę  w której mieszkam.

Miłego  Wszystkim!!!! 

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Niby nic......

                .......a ja się cieszę.

Byłam dziś w tej przychodni neurochirurgicznej. Najbardziej  podobało mi się zdjęcie mojego kręgosłupa powiększone do rozmiaru  1,5 x 1,5m . Tym razem przyjęła nas  pani doktor, pokazała nam  który to z kręgów jest w tej  chwili "chory"  - na  moje  "niemedyczne oko" to jest on  jakby nieco większy od innych, jakby  spuchnięty, a na  dodatek czymś  białym wypełniony w środku. Z kolei w innym kręgu była dobrze  widoczna dość  nieduża biała "kulka" i jak nam powiedziała  pani doktor w tym kręgu zebrał  się płyn, ale jest go niedużo i on  się  sam wchłonie. Więc na  szczęście  nie  będzie żadnego wstrzykiwania do kręgów jakiegoś  ortopedycznego cementu,  ani też ściągania  płynów, to wszystko się  samo wygoi, wystarczy kolejna  rehabilitacja, na którą oczywiście pani  doktor  wypisała  skierowanie. Bo, jak ponoć  widać,   mam nadal mimo wieku zdrowe  kości, co nawet wyszło na  rezonansie magnetycznym. Tyle  tylko, że z powodu bólu mam kifozę, czyli problem z dobrym  wyprostowaniem  się  w pozycji stojącej.  Bo kręgosłup ma taki  zwyczaj, by przyjmować  takie ustawienia kręgów, które chronią przed  bólem. Ale to  wszystko jest jeszcze do naprawienia, tyle tylko, że  wymaga  pracy i nieco bólu.

Do przychodni podwiózł nas  mój zięć  samochodem,  ale potem już wracałyśmy autobusem. Rollator się pięknie złożył, więc  nie było problemu z wejściem  do autobusu, a w ogóle to bardzo  się to urządzenie  sprawdza w eksploatacji.

Dziś córka już przesłała  do przychodni fizjoterapii skierowanie, pewnie jutro lub najdalej pojutrze  przyjdzie zawiadomienie  kiedy będę  miała następną  turę rehabilitacji.

Miłego Wszystkim!!! 

sobota, 15 sierpnia 2026

Hmmm......

 .........odnoszę nieodparte  wrażenie, że czas coraz  szybciej przesuwa  się do przodu, a ja jakoś nie  za bardzo  prę  do przodu i trwam w miejscu.

Tak z ręką  na  sercu - bo podobno tylko wtedy  mówi się prawdę - to mnie  się już coraz  mniej  chce przeć do przodu - to ani chybi wina  mojej metryki. Poza  tym po ostatnim padnięciu na oba kolana i uszkodzeniu  sobie  przy tej okazji 4 i 5 kręgu lędźwiowego ( nie  jakoś  tragicznie  a tylko trochę) to nawet dreptanie z rollatorem nie uwalnia mnie od  bólu krzyżowej części kręgosłupa. Przypominam- padanie na kolana, zwłaszcza  gwałtowne i nie  zaplanowane szkodzi naszemu kręgosłupowi bardziej  niż kolanom. Po tym  upadku miałam tylko niedużego siniaka  na jednym  z kolan, ale zrobił  się "odprysk" kawałka  kości w jednym  z kręgów części lędźwiowej mego kręgosłupa. 

Z przykrością  zanotowałam sobie fakt, że to już druga  moja poważna kontuzja odkąd  mieszkam w Berlinie. Poprzednia była w zimie 2019 roku i wtedy złamałam sobie główkę kości udowej sprawdzając twardość  parkietu, a tak długo się  wtedy zbierałam do lekarza, że kość  sama  zaczęła  się  zrastać, więc wtedy zadecydowano, że  tylko poleżę  w szpitalu i nie  będą  mnie operować. Czyli było zgodnie  z powiedzeniem, że pośpiech jest  wskazany tylko przy łapaniu  pcheł. 

Tym razem  jakoś szybko zostałam  doprowadzona  do lekarza i  niestety z uwagi na to nawet  niewielkie, ale jednak uszkodzenie  2 kręgów muszę znowu iść na spotkanie  z panem neurochirurgiem i pokazać mu wynik rezonansu magnetycznego. Ciekawa jestem co wymyśli - tak po cichu mam nadzieję, że może  nie  zechce  mi wpuszczać  do tych dwóch nadwyrężonych kręgów jakiegoś "cementu ortopedycznego". Ale nie  wykluczam takiej  możliwości, zwłaszcza ,że nadal każda zmiana pozycji  w trakcie  nocy "owocuje" bólem i budzi  mnie. No i  nadal boli mnie gdy mam do przejścia  więcej  niż 300 metrów.  Ale  muszę też przyznać, że chodzenie  z rollatorem  sprawia, że jednak  część mego ciężaru ciała w pewien sposób przenosi  się na rollator i dziś zaczął  mnie  boleć kręgosłup  gdy już wracałam ze  sklepu, a więc jednak ów  sprzęt pomaga  również  w czasie  chodzenia a nie  tylko daje  możliwość "klapnięcia" w dowolnej  chwili na  siedzisku..A w tej chwili mam za oknem sypialni, w cieniu, bo to północna  strona  budynku równiutkie 34  stopnie ciepła. Zgłupieć przyjdzie od tego gorąca. 

W tym sezonie całkowicie odpuściłam sobie troskę o balkon - bo nie  dość, że jest od  rana  do późnego popołudnia wystawiony  na  działanie  słońca, to na  dodatek ulica przy której  mieszkam nagle  zrobiła  się wciąż  zapchana  samochodami, bo od kilku lat trwa bezustannie budowa berlińskiej obwodnicy - to chyba  ktoś  jakiś zły  czar rzucił na tę inwestycję, bo ona  zaczęła  się się jeszcze przed moim zamieszkaniem w Berlinie, czyli przed  2017 rokiem i ciągle trwa i końca prac jakoś nie widać. Gdy tu zamieszkaliśmy to nawet  można  było spokojnie posiedzieć na  balkonie, a teraz nagle pod  balkonem ( a mieszkam na wysokości 5 piętra  współczesnego bloku rodem z wielkiej płyty, czyli na  3 piętrze  budynku z roku 1900 zbudowanego z prawdziwej  cegły) i mam od  rana do późnego wieczora  ruch, bo ci co normalnie ominęliby szosą Berlin bo jadą dalej, teraz  wjeżdżają  na  zjazd  z  szosy prowadzący do "mojej" ulicy i jadą nią omijając korki na  szosie spowodowane budową tej nieszczęsnej obwodnicy. Na szczęście kłębią się tu tylko samochody osobowe a  nie ciężarówki lub długodystansowe  autokary. Ale byłam kilka  dni temu u mojej  córki na balkonie i się pozachwycałam  jej kwiatkami ale jej balkon nie jest wystawiony niemal  cały  dzień na działanie słońca.

I tak naprawdę to na  moim balkonie to jedynie "wyrabiają" pelargonie , ale one  jakoś  mi się  znudziły, więc w  tym  sezonie nie mam żadnych skrzynek z kwiatkami. I.....choć to  zapewne  nie  świadczy o  mnie najlepiej -  wcale  a  wcale  mi to  nie przeszkadza. Gdy zachce mi się oglądać kwiatki to się wybiorę te 1250 m od  domu do.....parku i tam popatrzę na  kwiatki. 

Miłego  weekendu Wszystkim  życzę. 

 

sobota, 8 sierpnia 2026

Dziś.....

.........mijają  62 lata od dnia  mojego  ślubu, a pojutrze minie  już 7 lat odkąd  zostałam  wdową. 

Dzień  naszego  ślubu był   też okazją by  po 20 latach spotkali  się na  naszym  ślubie moi rodzice. Bo ich związek trwał aż całe  2 lata! Rozeszli się gdy miałam..... rok życia  za sobą.  Oboje  przybyli na nasz ślub bez  swych aktualnych  "drugich połówek",  z tego co widziałam to nie  wiem czy nawet  zamienili  ze  sobą dwa  zdania. 

Mnie  to  akurat  było  zupełnie obojętne  czy będą  ze sobą  rozmawiać czy też nie.   A po ceremonii  w Urzędzie  Stanu  Cywilnego oboje   zostali jednak u nas  na obiedzie -  wesela  nie  było, bo ja, mój ojciec i moja  babcia, która  mnie  wychowała,  byliśmy w żałobie, po śmierci mojego dziadka, który  wszak był tatą  mojego ojca. 

Większość  moich  znajomych  nie  mogła pojąć, że pobieramy  się w trakcie  żałoby, ale tak  się  złożyło, że  ani ja, ani mój  mąż  nie byliśmy entuzjastami przyjęć  weselnych i doszliśmy  do odkrywczego  wniosku, że ślub cywilny zrobimy o 10 rano, ślub kościelny o godzinie  18,00, wesela nie będzie bo wszak jest żałoba w  rodzinie  a zamiast  niego tylko rodzinny obiad, a o godzinie  21,00 wsiądziemy do pociągu  i pomkniemy nim do.... Zakopanego. 

No i  wszystko odbyło  się  zgodnie  z planem, niestety był tego  dnia obrzydliwy upał, a my cieszyliśmy  się, że na szczęście udało  się  nam uniknąć  frajdy  zwanej  weselem.  Gdy się żegnaliśmy  z rodziną moja matka  szepnęła mi do ucha, że strasznie  się  mój ojciec roztył , ojciec z kolei zauważył że  moja  matka  wyraźnie zbrzydła, więc oboje  zapędziłam by razem zebrali wszystkie  kwiaty, którymi nas obdarowano i  zawieźli je razem na  cmentarz i złożyli na  grobie  dziadka. Oboje  spojrzeli się na mnie  tak, jakbym ich mało  wybrednie a mocno obraźliwie znieważyła, babcia wysłała mego ojca  po słoiki do piwnicy bo przecież  trzeba  było zapewnić  kwiatom wodę  na  cmentarzu i zapewniła oboje, że z nimi na cmentarz  pojedzie bo przecież bez  niej  by na  właściwy  grób nie trafili. Tym sposobem my mieliśmy święty  spokój i nim oni wrócili z cmentarza zdążyliśmy  wszystko po tym rodzinnym obiedzie posprzątać, pozmywać i minęliśmy się z moim ojcem i babcią już na ulicy, gdy wsiadaliśmy  do  samochodu brata  mego  męża, który nas odwoził  na  dworzec. Wielu moim koleżankom bardzo  spodobał  się pomysł obiadu rodzinnego zamiast wesela a ich rodzicom  zwłaszcza. 

A ja tak naprawdę  byłam tylko jeden  jedyny raz  na  weselu i to jeszcze  gdy byłam nastolatką. Byłam wtedy na  wakacjach w Szczyrku i załapałam się  na kawałek  wesela, ale po mniej niż dwóch godzinach zmyłam  się  stamtąd  bo..... jak dla mnie  to było tam  za dużo pijanych i stanowczo  za głośno.

U mnie   znowu zapowiada  się jutro upalny dzień , bo 32 stopnie ciepełka to już jednak upał. 

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

U mnie dziś prawie jak....

 ....... w powojennych  audycjach  Radia Wolna  Europa, czyli "wieści dobre i  złe - ale zawsze prawdziwe".

Podejrzewam, że niewiele osób tu  zaglądających wie  o  co chodzi. Wprawdzie  byłam wtedy jeszcze prawdziwym małolatem,  ale  dobrze pamiętam ten charakterystyczny dźwięk "bum bum bum " i męski głos  mówiący "Tu Radio   Londyn, wiadomości  dobre i  złe  ale  zawsze prawdziwe" i zaraz   potem mój osobisty  dziadek mi przypominał, żebym się czasem nie  wygadała  w szkole, że u moim  domu  słucha  się zakazanych  wiadomości emitowanych przez  "Radio Londyn"  i  "Radio Wolna  Europa".

Może  zacznę od  tych złych  wiadomości - miałam  dziś zrobiony rezonans magnetyczny. Pełny luz, dla  mnie  zero problemu bo nie mam klaustrofobii, a na  dodatek "ustrojstwo" wydawało mi polecenia w języku polskim. Jak dla  mnie  to tylko zbyt głośno pracowało, ale  reszta to "luzik". I w kwadrans  po  zakończeniu "seansu"  otrzymałam  wynik badania. No nie jest fajnie, bo jednak  ten ból to nie  moja  histeria, ale fakt, że ma  z czego boleć. Mam wynik w  dwóch językach, niemieckim i polskim. Wyszło na badaniu, że boli mnie i od  starej i od  nowej kontuzji. 

Teraz  trzeba  złapać termin do tego lekarza ortopedy który mnie na owe  badania  skierował. Jedno, co mnie  akurat bardzo pocieszyło- przyczyną bólu nie  są stawy krzyżowo biodrowe ale uszkodzenie kręgów lędźwiowych, jedno uszkodzenie jest stare, ale  drugie  jest świeżutkie i nawet  zaczyna  wstępować w fazę  "samogojenia  się". Pocieszająca  wiadomość to taka, że można  to poprawić "faszerując" te nieco uszkodzone kręgi specjalnym  "cementem", co wzmocni owe kręgi i jednocześnie uwolni mnie od  bólu. A co będzie  zrobione?  Nie  wiem- to zależy tylko i  wyłącznie od pana ortopedy. A tak  w ogóle - to wszystko jest wynikiem mojej metryki. 

Ale jak wyczytałyśmy  obie  z córką to takie łatanie kręgów jest dość powszechne, zapobiega  dalszej degradacji tych kręgów i uwalnia od  bólu. No i  wreszcie  dotarło do mojej osobistej  córki,  że ból który odczuwam to nie moja histeria  a moja przygarbiona postawa i niemożność  wyprostowania  się w odcinku "krzyża" nie wynika  z mego wrodzonego lub  lenistwa  lub  niechlujstwa ale  tylko i wyłącznie z powodu bólu.

Jutro mam kolejny  dzień  rehabilitacji i córka  postanowiła przesłać do nich mailem wynik tego rezonansu. Bo może  wtedy nieco  zmienią  działania w  zakresie  rehabilitacji.

A wczoraj  wieczorem miałam z okna  taki widok:


Jakby to ktoś  namalował to zaraz  by się  dowiedział, że to "kiczowaty obraz". A te kolory  wcale  nie  są przekłamane.

No to po tych medycznych  atrakcjach  zaraz  się wezmę  za niemiecki, chociaż- wierzcie  mi -  najchętniej bym  się katapultowała przez okno bo składnia  niemieckich  zdań przyprawia  mnie o mdłości.

Miłego WSZYSTKIM!!!!! 

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 lipca 2026

Stawy krzyżowo biodrowe

 Dziś  miałam kolejny dzień  tortur - primo - pogoda godna  lipca, czyli  30 stopni  ciepełka   w cieniu już o godzinie 10 rano. Dobrze, że w pełnym słońcu to miałam  niewielki odcinek drogi do pokonania ale i tak było mi za ciepło. 

Ale  gdy musiałam położyć   się lędźwiową częścią kręgosłupa  na piekielnie  gorącym"rozgrzewaczu" to aż mnie zatkało i aż  mi łzy napłynęły do oczu. Ale twardo wytrzymałam  wymagane  20 minut tego nagrzewania.

A poniżej pokażę  wam na obrazku gdzie  sobie  zrobiłam "kuku"padając z impetem na obydwa kolana. Kolanom to jakoś niewiele  zaszkodziło, ale stawy krzyżowo-biodrowe dostały łupnia.

 

 

 

Staw  krzyżowo-biodrowy jest połączeniem pomiędzy kością krzyżową i kością  biodrową. Obie te  kości bardzo ściśle  do siebie przylegają na całkiem  dużej powierzchni a  szpara stawowa jest bardzo  wąska. Przyczyną  bólu owego  stawu jest  zawsze uraz  mechaniczny - w moim przypadku upadek na obydwa kolana.  Jest to rejon, gdzie są upchane  "na  duś" ścięgna i mięśnie . Na obrazku  kolorkiem  czerwonym  jest zaznaczona szpara  stawowa.  

Znalazłam też  drugi obrazek poglądowy:


     Na  tym obrazeczku  dokładnie  widać calutką  kość krzyżową- jest pomalowana  na kolorek  zielony, a  kość  biodrowa  jest pomalowana  na żółto.   

A tak nawiasem - w drugiej połowie lat sześćdziesiątych  byłam uprzejma  złamać ową kość krzyżową w trakcie  pobierania  nauki jazdy na  nartach.  Ale wtedy miałam  przez kilka miesięcy  bardzo fachowo prowadzoną rehabilitację - niestety  nie  bezbolesną -  i  po roku od  złamania  na rtg nie  było nawet  śladu, że była  ta  kość  złamana. 

Jedno jest pewne - klękanie  szkodzi -  zwłaszcza  gdy się klęka nagle  i niespodziewanie.

Miłego Wszystkim!!!! 

wtorek, 28 lipca 2026

Wczoraj.....

 .......byłam na pierwszym  zabiegu rehabilitacji na te  bolące  stawy krzyżowo-biodrowe. Mam naprawdę  dużo  szczęścia, bo do  punktu zabiegów rehabilitacyjnych jest bardzo blisko ode mnie i jest to miejsce znane mi już, bywałam tam w 2019 roku po złamaniu główki kości udowej. Tym razem raczej niczego nie  złamałam tylko nieco  "obiłam". Od początku wiedziałam, że nic mi się nie  złamało, bo niestety ja już  znam ból jaki jest przy nawet tylko pęknięciu kości - to taki ból, przy którym żołądek lotem błyskawicy podskakuje do gardła. A poznałam go bardzo wiele  lat temu gdy na nartach padłam na glebą i złamałam kość krzyżową. Tak naprawdę to w moim odczuciu była ona  tylko pęknięta, ale panowie  chirurdzy stwierdzili, że to było złamanie. I wtedy  niemal rok miałam rehabilitację. I po tej rehabilitacji tak się  fajnie  wygoiło, że w 2 lata  później na zdjęciu Rtg  nie  było śladu po tym wypadku.

Doczłapałam się na rehabilitację  z rollatorem w 12 minut, pokonując po drodze  dwie  jezdnie ze światłami, więc nawet  nie  musiałam kombinować, wystarczyło popatrzeć jakie aktualnie jest światełko. W recepcji nikt nie narzekał, że rozmawiam  za pomocą  tłumacza  smartfonowego. Z przyjemnością odnotowałam fakt, że w  stosunku do roku 2019 nastąpiły  zmiany, lokal jest chyba  świeżuteńko po remoncie i teraz  każdy pacjent jest sam w pokoju. I oczywiście informują zaraz  na początku, że po zakończeniu cyklu zabiegów ( na razie mam ich  sześć) będę musiała dopłacić 10% ich całkowitego kosztu. Wpierw zostałam ułożona  na bardzo ciepłej i czymś  wysmarowanej  cieniutkiej dość  gorącej podkładce i naprawdę to niewiele  brakowało a byłabym spokojnie  zasnęła. Potem pani rehabilitantka zaczęła swoje operacje   manualne a wszystko było wykonywane powoli, delikatnie , bez pośpiechu. Na koniec wręczono mi olbrzymi  puchaty ręcznik kąpielowy na którym leżałam i poproszono, bym go przynosiła na  następne  zabiegi. Następny  zabieg mam za 3 dni. W sumie  mam  6 zabiegów  a 3 sierpnia  mam kolejną wizytę u pana chirurga -ortopedy. I mało mnie  to cieszy bo jakiś  mało sympatyczny mi się wydał ten pan doktor, a poza  tym to sporo czasu to wszystko zajęło.

Fajnie  mi  się  drepcze z tym rollatorem i zaczynam  podejrzewać, że  sama świadomość, tego, że mogę  w każdej jednej  chwili  usiąść i odpocząć -  dodaje  mi sił. Rozkładam go nim wejdę do windy, a w ogóle rozkładanie i składanie go jest bajecznie  proste a sam rollator  waży tylko 7 kg. Poza tym nie  czuję  się źle pod  względem psychicznym, że muszę korzystać z takiego wspomagania, bo jest to tutaj sprzęt bardzo powszechny od pewnego wieku i nikogo nie  stygmatyzuje  fakt, że musi korzystać z pomocy jakiegoś  sprzętu by zachować nadal mobilność. Pamiętam, jak moja ukochana babcia po złamaniu kości  szyjki udowej musiała  używać do chodzenia  dwóch kul i w związku z tym za nic w świecie  nie chciała wyjść ze mną z domu  nawet na krótki spacer  bo.... "co ludzie powiedzą". I z uporem maniaka  siedziała  w domu i nie wyszła  z niego aż  do śmierci.

I tyle  nowin na dziś. Miłego dnia WSZYSTKIM!!! 

niedziela, 26 lipca 2026

Chrzest bojowy- przeszłam

 Zacznę  dziś od słów, którymi nie  powinno się  zaczynać  żadnej opowieści, czyli:  ............"no więc" już pospacerowałam  sama  z rollatorem. I nawet zrobiłam  zakupy w  sklepie. Jedno co jest pewne, to fakt, że będę  musiała  robić zakupy 2 razy w  tygodniu a nie tak jak  dotychczas tylko w czwartki - po prostu  moja dotychczasowa torba  zakupowa z kółkami była  duża i bez problemu mieściło się w niej wszystko to co kupowałam na  cały tydzień. I ciągnięcie  jej nie  sprawiało mi problemu, bo kółka  były  dostatecznie  duże, by bez najmniejszego problemu pokonywać nawet  spore  krawężniki, a  w moim budynku pół piętra po schodach w  dół.  Bo w "moim" budynku winda  zatrzymuje  się na półpiętrach - to bardzo stary budynek, zbudowany w roku 1900 i wtedy nie  miał  windy. W ramach rewitalizacji jest winda, ale  zewnętrzna, więc wyjścia z niej zostały utworzone na  półpiętrach. I ja  zawsze gdy do niej chcę  się dostać lub  z niej wyjść to mam do swego mieszkania pół piętra w dół. I naprawdę  nie jest to problem. W ramach rewitalizacji budynek ma centralne  ogrzewanie, kiedyś  były tu piece. Niestety  ciepła  woda  w kranie to efekt term przepływowych i oczywiście  to obciąża  domowy  budżet. No ale coś za coś - mieszkania mają wysokość 3,5 metra a nie  2m z niedużym kawałkiem jak w  betonowych budynkach  z "wielkiej płyty". Kiedyś  te   mieszkania  miały  wysokość 4 m, ale  w ramach rewitalizacji budynku zostały obniżone i sufity  są podwieszane, czyli  pomiędzy moim  sufitem a podłogą tych co mieszkają  wyżej jest pół metra "luzu". I widziałam to na własne  oczy, gdy ze dwa lata wcześniej  u sąsiadów nade mną trzasnęła rura i mnie  zalali. I nie  była to wina sąsiadów, ta  rura była u nich w murze, więc nie  mieli nawet  bladego pojęcia, że u  mnie się leje  woda. No a potem ze trzy tygodnie miałam w łazience "ustrojstwo", którego rura  z ciepłym nawiewem była wetknięta  w ową wolną przestrzeń, a u  mnie  w łazience  stał miernik wskazujący jaki jest poziom "suchości" w owej wolnej przestrzeni.

A pogodę mam dziś dziwną - bo jest 24 stopnie  ciepła, niebo równomiernie  sine i jest  w 40% możliwe, że  zacznie  coś  z nieba kapać.  Tak naprawdę  to mnie  rozbrajają te komunikaty meteo, bo zawsze  podają w ilu procentach  jest możliwe, że będzie jednak padać  deszcz. No i  poza  tym  tu każda  dzielnica  ma własną  zapowiedź pogody, więc ja  czytam tylko to co dotyczy "mojej" dzielnicy. A mieszkam niestety w rozległej dzielnicy i to blisko granicy z  sąsiednią, więc mam  zawsze  szansę  że ta prognoza  może nie być w 100% dokładna. No i właśnie  "przelatuje" jakiś  drobny  deszcz.

No to mam  tylko jedną  prośbę do pogody- żeby jutro nie padało, bo jutro zaczynam  rehabilitację  a muszę na  nią dotrzeć per  pedes i oczywiście będę z "chodzikiem" więc trzymanie  parasolki raczej jest  nierealne.

Miłego Wszystkim!!! 

czwartek, 16 lipca 2026

To jest tylko......

 ........podwórko,




 taki widok mam z kuchennego okna. Wczoraj ze zdumieniem  odkryłam, że ten  nieduży krzaczek na pierwszym zdjęciu (bardzo  blisko  budynku) to krzaczek .... cukinii i już nawet jest na nim jedna mała jeszcze cukinia. Obok niego jest krzak...pomidorów. Nie mam nawet  bladego pojęcia jak nazywa  się ten duży krzaczor z tymi dużymi baldachowymi kwiatostanami, ale jest też jego wersja, jeszcze  duuużo mniejsza, bo zapewne  młodsza, w wersji całkowicie  białej.

Ale to nie koniec "rzeczy zadziwiających" w tym  mieście  stołecznym - gdy wracałyśmy do domu po pożarciu przepysznych lodów - ja  wzięłam spory kubek lodów z orzechów laskowych i gorzkiej  czekolady- nagle na kompletnie  zaniedbanym  trawniku bo teren "niczyj" -zobaczyłyśmy takie oto cudo:



  

No normalnie  aż  nas  wkopało w miejscu ze  zdumienia- po pierwsze  zdumiała  nas wielkość  tego grzybowego "kapelusza", bo tak "na oko" rzecz ujmując  miał średnicę  minimum 20 cm. I rosło to grzybowe  dziwactwo na zachwaszczonym  pasku trawnika, tuż przy chodniku z jednej z  strony a krawężnikiem jezdni z drugiej. Pierwszy raz  w życiu zobaczyłam grzyb o takim  rozmiarze a na  dodatek na zachwaszczonym  zaniedbanym miejskim trawniku. Właśnie wracałyśmy do mojego  domu po pożarciu owych pysznych lodów i narzekałyśmy, że w tym roku trawniki w naszej okolicy są tak bardzo zaniedbane, bo kasa  miejska świeci pustkami a  "czyny społeczne" już  zdążyły zgasnąć spokojną śmiercią, choć jeszcze 2 lata  wcześniej  te trawniki były naprawdę ładne, porośnięte porządnie  przystrzyżoną  trawą i skakały po  nich...kosy. Miasto wyraźnie cierpi na brak pieniędzy i na  brak rąk do pracy. A dzielnica,  w której  mieszkam nie  należy do dzielnic  podmiejskich, to dzielnica  naprawdę  drogich mieszkań, to dzielnica Charlottenburg - Wilmersdorf. A ceny najmu mieszkań wyznacza  miasto a nie poszczególni właściciele  budynków.

U mnie dziś  +27,  ma  być +29, i pewnie  będzie, a  na szczęście co jakiś  czas  słońce  przysłaniają  chmury, a ja wyjdę w towarzystwie  rollatora dopiero pod  wieczór.

Miłego dnia  Wszystkim!!! 

wtorek, 14 lipca 2026

Dziś .......

 .......poczułam  się niczym rodowita mieszkanka Niemiec. A wszystko za sprawą  tego  "pojazdu":


 To jest chodzik - roller  dla seniorów. Jest sprzętem składanym, posiada torbę na  zakupy, miejsce  do siedzenia i to nawet z oparciem, ma nawet hamulce, waży raptem 7 kilogramów i od  dziś będzie moim wiernym towarzyszem poza domem. Całe trzy dni biłam  się z myślami czy zgodzić  się na ów chodzik, ale ponieważ po ostatnim upadku we własnym  domu nie jestem w stanie  jednym ciągiem pokonać drogi do sklepu, stwierdziłam, że już nie  muszę  być tak ogromnie  dzielna i mogę  dołączyć do użytkowników tego bardzo tu popularnego wyposażenia.  Ilekroć robię zakupy przed  południem zawsze w pobliskim markecie jest minimum  jedna osoba z takim  sprzętem - i nie  tylko "słaba płeć" z niego korzysta  ale i przedstawiciele płci męskiej.

Poza tym mam już "załapany" termin na rehabilitację, na którą będę maszerowała z pomocą owego chodzika. Na trzech pierwszych zabiegach będzie  się nade znęcała  frau  W., na następnych trzech  herr V. I już jest  wszystko rozpisane godzinowo i wiem, że  wpierw  będę  miała  przed  zabiegiem jakiś okład rozgrzewający i dopiero potem będzie  się znęcał nade mną  rehabilitant. Mam nadzieję, że przeżyję, choć  ani  chybi pół dnia  będę  miała  z głowy. Oczywiście i do chodzika i do rehabilitacji będę  musiała  się nieco dołożyć  finansowo - poprzednim razem też  dopłacałam do rehabilitacji.

A jutro mamy zamiar z córką  wybrać  się pod wieczór na lody, bo mamy w pobliżu malutką  lodziarnię, w której  są naprawdę  pyszne  lody.

Miłego Wszystkim!!! 

 

wtorek, 7 lipca 2026

Lojalnie uprzedzam - poniżej nic ciekawego nie wyczytacie....

 ......bo nic a nic  ciekawego się u mnie  nie dzieje. 

Jak już wspominałam zaliczyłam w domu podłogę, a że nadal jestem obolała jak bym bez  spadochronu wylądowała  na  glebie, lekarka rodzinna wystawiła  mi skierowanie  na rtg. obolałej strefy, czyli kręgosłupa  od talii w  dół, choć wcale  nie  padłam na plecy , tylko mocno na  własne  kolana, a na lewe zwłaszcza.  Córka  zawiozła mnie do rentgena, trochę to trwało bo to dość  spora przychodnia o tej właśnie  specjalności. No ale zdjęcie  zostało wykonane, ale  miejscowi  spece nie potrafili opisać czy i co ewentualnie zostało uszkodzone i ja wraz ze zdjęciem  zostałam skierowana do chirurga -ortopedy. Tu natknęłam się na dość zabawną  ( ale nie dla mnie) sytuację, bo lekarka, która  miała  nas przyjąć nagle poczuła przemożny zew wyjścia z przychodni i......zostałam porzucona przez nią. Na szczęście panie w recepcji były na tyle  miłe, że przekierowały mnie  do innego lekarza, który na pewno  nie był z tego powodu szczęśliwy, sądząc  z jego miny. 

W tej sytuacji nie mogłam  wyjść ze stanu zadziwienia, że nie ma opisu zdjęcia rtg, co jest normalne  w kraju nad  Wisłą. Gdy  nadwiślańska przychodnia rentgenowska wydawała   pacjentowi zdjęcie  rtg to było ono dokładnie opisane przez lekarza -specjalistę od narządu, który  był prześwietlany. Pan doktor wyświetlił  sobie ów  wynik na dużym monitorze, popatrzył na nie  z wielką dezaprobatą  i stwierdził, że on nie jest w stanie w stanie  niczego wydedukować z owego zdjęcia , więc - wydał mi skierowanie  na....rezonans magnetyczny. I wcale   mnie  to nie  zdziwiło bo nawet  za sporą nagrodą  nie odgadłabym, że to jest zdjęcie kręgosłupa - wyglądało to jak kłąb czegoś spowitego białymi puszystymi chmurami i jedyne  co ja tam zobaczyłam to był kawałek mojej kości ogonowej. No ale ona  mnie nie  bolała.

No więc pan doktor wystawił mi skierowanie na rezonans magnetyczny, powiedział mi, że może mi tylko doraźnie  dać  zastrzyk w okolice tegoż odcinka  kręgosłupa, więc dostałam dwa zastrzyki   w okolicę stawów krzyżowo biodrowych a miejsce  wstrzyknięcia  było wyraźnie wybrane " na oko", skoro ów pan niczego nie mógł się dopatrzeć na zdjęciu. Na  zakończenie kazał nam się pokazać za trzy tygodnie i w międzyczasie  zrobić ów rezonans magnetyczny. 

Zastrzyki były niestety b. bolesne. I niestety pomogły mi mniej więcej tak, jak umarłemu pomaga kadzidło. Do tego wieczorem dostałam zupełnie  nie  wiem dlaczego piekielnego bólu prawej nogi ilekroć musiałam ją unieść nieco w górę, np. gdy  się rozbierałam ze spodni. Zapisał mi też  jakieś tabletki anty bólowe, których oczywiście  w pobliskiej aptece  nie było i dopiero zostaną  sprowadzone. To już trzeci lek anty bólowy, z którym mam kontakt po tym twardym lądowaniu.

Ponieważ siedzę w tym kraju od października 2017 roku, zdążyłam  zauważyć,  że w Polsce lekarze  są  zdecydowanie lepsi, choć organizacja całej  służby zdrowia nieco szwankuje pod  względem organizacyjnym.  Wiem o  czym piszę, bo już zdążyłam się przez ten czas nie jeden raz zetknąć  się z tutejszą  służbą  zdrowia,  już  nawet zdołałam raz  zaliczyć pobyt w  szpitalu.  Zdaję  sobie też  sprawę  z tego, że co Land to mogą  być nieco inne warunki a ja na dodatek  mieszkam w  stolicy. A z reguły  to chyba  zawsze stolica ma zapewne  wyższe nieco nakłady na wiele resortów.

No i muszę  się rozejrzeć za jakąś  rehabilitacją, z tym że będę musiała  mieć na  nią skierowanie od lekarza, czyli rzecz będzie aktualna po kolejnej wizycie u ortopedy.

Miłego dla  Wszystkich!!!! 

 

 

 

niedziela, 28 czerwca 2026

UPAŁ

 Jakimś  cudem przetrwałam  wczorajszy dzień. Po raz  pierwszy przeżyłam "na  własnej  skórze" dzień,  w którym temperatura sięgnęła 39 stopni i to nie  w tropiku i po raz pierwszy   w życiu wypiłam  w  ciągu  dnia dwa i pół litra wody "uszlachetnionej"  sokiem  -  albo sokiem ze świeżej  cytryny albo sokiem  jabłkowym. Na  dziś  zapowiadają już tylko 38 a nie  39 stopni ciepła. Ta temperatura jest koszmarna bo jakby na  to nie  spojrzeć  człowiek nie jest  "beztlenowcem" i potrzebuje  do przeżycia  właśnie tlenu, ale  każde otwarcie  okna nawet po bezsłonecznej   stronie budynku powoduje napływ  do mieszkania  gorącego powietrza.

I po raz  pierwszy  w  swym już  dość  długim życiu wypiłam ponad  2 litry wody "uszlachetnionej" albo sokiem wyciśniętym "na  bieżąco" z cytryny albo sokiem z jabłek. Wiem, że Was  to rozśmieszy, ale ja całe życie nie przekraczałam wypicia 1 litra płynów na  dobę - to efekt takiego a nie innego wychowania. Moja babcia, która mnie  wychowywała od 4 roku  życia uważała,że woda to jest dobra  tylko do mycia, prania   i gotowania ale  nie do picia i zawsze gdy zgłaszałam , że chce mi się pić....dostawałam jakiś  soczysty owoc. Efekt  taki, że jestem  szalenie  "owoco- i warzywo żerna".

Wczoraj bardzo późnym popołudniem miałam   nadzieję, że może  spadnie  deszcz albo  może  będzie  wręcz burza, ale spokojna  głowa - poprzelatywały po niebie  jakieś efekty wizualne  wyładowań tylko pomiędzy chmurami ale po 10 minutach wszystko minęło.

Moja  córka, żeby mi umilić  życie, zainstalowała mi w  smartfonie aplikację "WATERFULL " która jej  zdaniem jest mądrzejsza  ode mnie i lepiej  wie ile powinnam wypić płynów w ciągu doby. Na  szczęście to bezgłośna  aplikacja, więc  jakoś z nią wczorajszy  dzień przeżyłam. Zawsze  mogę powiedzieć, że nie mogę  się połapać jak ją obsługiwać  - no co, jestem  stara i mam sklerozę i mogę czegoś nie załapać,  choć ta  aplikacja  jest w polskim języku. 

W tej chwili jest u mnie po 9 rano, na termometrze   w cieniu 32 stopnie ciepła, ale odczuwalna temperatura  to 36 stopni. W Berlinie  niemal zawsze jest różnica  pomiędzy tym co widać  a tym co  się  czuje. I nie  zawsze  dotyczy  to tylko temperatury.

A ja piszę i co chwilę popijam z bidonu małymi łykami  wodę z sokiem z cytryny.Fajny ten bidon bo ma pojemność  650 ml a do tego jest wyrysowana na jego powierzchni podziałka, więc  w każdej  chwili  wiem ile mililitrów już wypiłam.

 


Tak  się prezentuje  mój wspomagacz  przetrwania  upałów.

Miłej niedzieli Wszystkim  życzę!!! 

 

 

czwartek, 25 czerwca 2026

Upał

 Zostałam  dziś doprowadzona do lekarki, bo wczoraj najzwyczajniej  w świecie  padłam tak dokładnie, że  wpierw doglądał mnie mój kochany  zięć, a potem córka. Nie mam nawet  bladego pojęcia  czemu nagle  dostałam tak koszmarnych  zawrotów  głowy,  że nie  byłam  w stanie  przejść  dwóch kroków, które  dzieliły  mnie od kanapy. Siedziałam na krześle z zamkniętymi oczami i trzymałam  się  stolika komputerowego, oczy  miałam  zamknięte, bo każde ich otwarcie powodowało szalony dyskomfort i mdłości.No ale  może  nic  dziwnego bo jest najzwyczajniej  w świecie  upał i podobno wiele osób w moim  wieku padło martwym trupem na  ulicy.  W tej  chwili jest 28 stopni a godzina  już 21,30. 

Dostałam recepty na leki, które biorę notorycznie, pobrano mi krew i zrobiono  EKG - oczywiście  wynik  będzie za kilka  dni, opisany  przez  kardiologa. Poza  tym dostałam skierowanie na Rtg tego odcinka kręgosłupa, który mnie  ewidentnie boli. No i mam "zakaz  opuszczania  koszar" gdy temperatura  przekracza 25 stopni. I dostałam nakaz wypijania 1,5 litra wody i to nie bardzo  zimnej  ale takiej o temperaturze pokojowej  albo wręcz  ciepłej, ale z dodatkiem  szczypty prawdziwej  soli morskiej. Bo taka  ciepła  woda  znacznie   lepiej i  szybciej nawadnia  cały organizm .  Bo, jak prześledzili  dietetycy, to woda dopiero wtedy jest przesyłana  z żołądka  dalej gdy osiągnie temperaturę  wnętrza ciała. No i ma  to być sól morska a nie  sól jodowana. Wypróbowałam -  tej szczypty  soli morskiej w  szklance  wody wcale  się nie  czuje. Gdy byłam kiedyś we Włoszech  nie  mogłam  się nadziwić, że  w upał podano na stół gorącą herbatę i wszyscy ją pili gdy była jeszcze ciepła. Ja poczekałam aż będzie letnia i dopiero później  ktoś mi wytłumaczył, dlaczego należy  pić  herbatę o temperaturze ponad 36 stopni C.

Muszę to napisać - jeśli ktoś z Was  narzeka  na ZUS to muszę Wam powiedzieć, że wyczyny  ZUSu to mały  Pikuś  przy tym co tu wyczynia AOK. Otóż owa  wspaniała Kasa Chorych rozsyłała do swoich podopiecznych  druczki do wypełnienia, by sprawdzić  czy dana  osoba  jeszcze  przebywa w tym niemieckim raju. Ja takiego  druczka nie  dostałam, więc nie  wypełniłam i wyleciałam z systemu opieki medycznej AOK. Dość  szybko się o tym dowiedziałam, że wyleciałam z  systemu, bo zamarzyło mi  się wybrać  do okulisty i... odbiłam  się od ściany. Zameldowałam się po raz  drugi w biurze meldunkowym a polski NFZ przesłał do niemieckiego AOK elektronicznie  druczek informujący,że ja  nadal mieszkam w Berlinie i było to 23 maja. I.....AOK to olała. Napisałam z pomocą  córki pismo do AOK, że ja nadal mieszkam  w Berlinie i dodałyśmy info,że zgłosimy  sprawę do sądu, że przez ich indolencję  zostałam pozbawiona opieki medycznej.  No i AOK  przejrzała na  oczy, wystawiła mi dokument, że nadal  jestem pod ich opieką medyczną i że nową  legitymację medyczną otrzymam pocztą. I dziś zamiast wkładać u lekarki kartę w czytnik, dałam im list -zaświadczenie,że nadal mam opiekę medyczną. I tak coraz  więcej  mitów o tym jaki to raj ten niemiecki kraj - zwyczajnie upada. Terminy wizyt do przeróżnych  specjalistów coraz odleglejsze, załapać  się na rehabilitację równie  trudno jak w Warszawie. I wszędzie słychać, że brak jest  rąk do pracy.

 

 

piątek, 19 czerwca 2026

Starość - nie radość....

 ....... a młodość nie  wesele.

Przez wiele  lat słyszałam   to powiedzenie  niemal  codziennie od mojej  babci, mamy  mego ojca. Bo żeby  było zabawniej moi "wspaniali" rodzice  rozstali  się na  zawsze gdy miałam rok i każde  pomaszerowało  w innym  kierunku- a ja byłam tym nikomu niepotrzebnym balastem. Do czasu  zakończenia  wojny byłam wpierw rodzajem przesyłki z pomylonym  adresem przerzucanej pomiędzy rodziną matki i ojca, a gdy skończyłam 4 lata  wylądowałam już na stałe u rodziców  mojego ojca. On sam przezornie opuścił zrujnowaną  Warszawę, znalazł  w innej części Polski inną kobietę, wdowę  8 lat starszą od  siebie i nigdy do Warszawy  nie  wrócił.

Ostatnio kolejny  raz  przekonałam  się, że faktycznie  starość to nie  radość, natomiast co do drugiej części tego "przysłowia" to się  z nią  nie  zgadzam. Mimo  wszystko moja  młodość nie  była zła, choć dzieciństwo i młodość  to były czasy tuż powojenne.

No a wracając  do tematu- znowu miałam bliski ale niezaplanowany kontakt z podłogą. Ale  tym razem nic  nie pękło , "tylko" zablokował  mi  się jeden  nerw i przekonałam się na  własnej  skórze jak  szalenie  wszystko w naszym organizmie jest połączone i powiązane ze  sobą. Nie podejrzewałam, że ból może nagle  przeszyć człowieka na wylot tak jakby ktoś  wbił w  ciało ostry i bardzo długi nóż od stawu biodrowego aż do łopatki. Teraz  już jest lepiej, bo to już  drugi tydzień, ale na początku było koszmarnie a ja przeżyłam ten  czas na prochach anty bólowych.  Dziś jeszcze  nie  wzięłam  wzięłam "antybólowca" i jakoś udaje  mi się wstawać i siadać a nawet kłaść prawie  bez  bólu. No ale niestety jeszcze muszę tkwić w domu. Tyle  tylko,że  noce  spędzam tylko w jednej pozycji, na którymś z boków, bo nadal zmiana  pozycji jest  bolesnym procesem.

Za oknem mam dziś drobne +30 stopni w cieniu, ma  być jeszcze o stopień  więcej, więc nawet gdybym nie  była kontuzjowana to też bym nie wyszła z mieszkania - upał,  słońce i moje  nadciśnienie  nie  są pożądaną kombinacją. 

Poza  tym, żeby było weselej, mam swoisty kontredans z tutejszą AOK, czyli niemiecką   Kasą  Chorych, która  nie bardzo wiadomo dlaczego doszła nagle  do wniosku, że ja nie mieszkam już w Niemczech i dała taki komunikat do Polski i Polska przestała przesyłać  moje  składki zdrowotne do Niemiec i....wyleciałam z ich systemu opieki zdrowotnej. Teraz  trwa odkręcanie tego wszystkiego. Już zawiadomiłam o wszystkim polski Narodowy Fundusz  Zdrowia oraz niemiecki  AOK i czekam na  efekt.

No i jest to potwierdzenie przysłowia,że starość to nie  radość.

Miłego dnia  życzę  Wszystkim, którzy tu  zaglądają. 


 A moje  "zabalkonowe" młode  dęby już coraz  wyższe.

sobota, 9 maja 2026

******

 Przepraszam,  musiałam jednak to "obfocić"


 

 Przyznam  się bez  bicia, że odkąd  mieszkam  w Berlinie każdej  wiosny  czekam na ten widok rozkwitłej wisterii. A budynek jest pięciopiętrowy i ta wisteria  już dosięgła  dachu.

 

czwartek, 7 maja 2026

Podwórkowa dżungla


 "Moje"  trzy podwórkowe  brzozy tworzą taką piękną  zieloną  ścianę. Prawdę pisząc to one  nie  rosną wcale na  podwórku budynku, w którym  mieszkam, ale na  sąsiednim. Ale ich widok przez  cały  rok mi towarzyszy, bo widzę  je  z  sypialni, kuchni i łazienki. Są bardzo  wysokie i bardzo  już  stare,  przerosły  swą  wysokością pięciopiętrowe  budynki, które były wybudowane  jeszcze na początku dwudziestego wieku. A  wtedy wysokość  mieszkań wynosiła  drobne 4 metry od podłogi do sufitu, a nie 2,20m jak w blokach wielkopłytowych.

Ale  moje podwórko też  ma  sporo  zieleni:




 Nie mam pojęcia  jak się ten  "iglak" nazywa, ale ogromnie mi się podoba  gdy patrzę na niego z  góry. Gdy  stoję obok niego to już nie jest tak interesujący jak widziany z  góry.

Poza tym na  naszym podwórku jest też piaskownica  dla  maluchów, tyle  tylko, że tych maluchów to tu nie ma. Tu po prostu  są  drogie  mieszkania, wynajęcie mieszkania  dwupokojowego o powierzchni 60 metrów kwadratowych to koszt 1000 E miesięcznie plus media. A ceny  najmu to nie jest "dogadanie  się"  pomiędzy  właścicielem a najemcą - te  ceny  są regulowane przez  państwo.  Jeśli  mieszkanie wynajmuje  ktoś od  bliskiej  rodziny i udowodni stopień pokrewieństwa odpowiednimi dokumentami to sam "goły  czynsz"  wyniesie  wtedy "tylko" 650E, plus oczywiście  media, które dziwnym trafem nie  są tanie.

 

 


Polityka sprowadzania "rąk  do pracy" praktycznie nie  sprawdziła  się - nadal wszędzie  są braki kadrowe, za to wzrosły wydatki "pomocowe", które zresztą są coraz  bardziej obniżane.

A na  tym ostatnim  zdjęciu to podwórkowy iglak, który już kiedyś pokazywałam i który został wtedy szalenie nieprofesjonalnie przycięty bo  był czyimś  zdaniem już za wysoki. Na  szczęście "pozbierał się" i przetrwał tę niefachową  przycinkę.

U mnie dziś pochmurnie, wczoraj co i rusz  przelatywały  majowe  deszcze, dziś też  nieco już padało a temperatura u  mnie to +11 stopni .

I .....wreszcie - znów gdy wyjdę na balkon mam przed sobą  zieleń - tak  się prezentuje  zieleń ulicy przy której  mieszkam: 



 

Pierwsze ze  zdjęć- widok w lewo, drugie - widok w prawo.

Miłego Wszystkim!!!!! 

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

A wczoraj wieczorem:

         .........było u mnie  za oknem tak:


   Ta  "biała" mała kropka  na niebie  to.......Księżyc.

No cóż, mam wyraźnie  słabość  do takich widoków. Dobrego nowego tygodnia WSZYSTKIM!!!!!

sobota, 25 kwietnia 2026

Aż mnie dziś zatkało....

 ......ze zwykłego  zdumienia.

Jeszcze  nie  maj a tu już  całkiem przyzwoicie  kwitnie  bez, a magnolie  to  właściwie  już przekwitły, więc  zrezygnowałam z ich pokazania.


 To jeszcze dość  młode drzewko, ale ładnie  kwitnie.

niedziela, 19 kwietnia 2026

*****

 To jest  tylko "dodatek" do poprzedniego  posta- czyli  "zieleń od  frontu  budynku":



Na pierwszym  zdjęciu to jeszcze  młode drzewa, ale i one  już są  coraz  bliżej  mojego balkonu. Jak już  zauważyłam, to miejscowe  służby porządkowe każdej późnej jesieni i w końcu zimy starannie oglądają wszystkie drzewa i usuwają uschnięte gałęzie. 

W dzielnicy,  w której  mieszkam jest jest  wiele  pięknych  starych drzew, w tym dużo platanów, a platany niestety potrzebuje duuużo wody, więc  latem nieco  cierpią, bo jest nakaz oszczędzania  wody i drzewa nie są podlewane przez służby  miejskie. Stare drzewa lepiej sobie radzą bo mają już  bardzo długie  korzenie i jakoś sięgają nimi do bardziej  wilgotnej warstwy ziemi, ale młodsze  wyraźnie cierpią na jej  niedobór. 

A niedawno wyczytałam, że na  miejskie  drzewa świetne  są......lipy i w mojej okolicy jest ich nawet  sporo,  dzięki czemu gdy już jest okres ich kwitnienia  powietrze jest przesycone  słodkim  zapachem kwitnących lip. 

Mnie to bardzo pasuje,że tak wiele jest lip wzdłuż ulic, ale posiadaczy samochodów parkujących pod  chmurką  "krew  zalewa" gdy rano muszą karoserię uwolnić od lepkiego lipowego soku, co wcale nie jest takie  proste. Na szczęście już nie mam samochodu, oddałam go córce. Teraz ona walczy z sokiem lip.

Na razie u mnie  słońce za chmurami, jest 13 stopni ciepła i zapowiadają, że od  godziny piętnastej w mojej dzielnicy jest 50% szans na.....deszcz. I ja im wierzę, bo jakimś  cudem te ich prognozy się sprawdzają.

Miłej niedzieli  wszystkim!!!!


 

sobota, 18 kwietnia 2026

Wreszcie.....

 ......doczekałam  się z mojego kuchennego okna  widoku, za którym już tęskniłam:


 Wreszcie  są świeżutkie, jeszcze  bardzo  małe, ale już piękne,  brzozowe listeczki.  Wiem, brzoza  to  bardzo "śmiecące", zwłaszcza  jesienią drzewo, ale nie  da się ukryć, że to "jej prawo". 

Gdy jeszcze była bezlistna  wypatrzyłam na  niej ptasie  gniazdo, kilka  dni temu jeszcze z lokatorami , ale już jest puste. Nawet nie  zdążyłam podglądnąć jakie to ptaki się tam zameldowały bo ta brzoza  wcale nie  stoi na "moim" podwórku tylko na nieco odleglejszym. Ze  dwa lata  wcześniej na tej  samej brzozie miały gniazdo ....wrony i dochowały  się 4 piskląt. Potem, gdy już  gniazdo było opuszczone przylatywały do niego różne  ptaki i w ciągu 2  tygodni rozebrały całkiem gniazdo - było niezłą bazą materiałową dla innych ptaków, bo było naprawdę  spore.

Pogoda  u mnie iście wiosenna za oknem 20 stopni w cieniu i pięknie pracuje  słońce, ale już jutro ma  być tylko 12 stopni i deszcz, Czyli  wszystko zgodnie  z przysłowiem- "Kwiecień-plecień bo przeplata, trochę  zimy,   trochę lata".

Miłego weekendu - WSZYSTKIM!!!!!!