...czyli na termometrze jest -9 o dziewiątej rano i sypie śnieg. A do tego
wieje wiaterek. Jeśli to jest globalne ocieplenie to jestem chińska cesarzowa.
Ponieważ dziś musiałam wybrać się na pocztę, kochany mąż zaoferował , że
odśnieży samochód i nawet ze mną pojedzie, bo z góry wiadomo, że gdy
wszędzie leży śnieg, mogę nie znalezć skrawka miejsca do zaparkowania.
Ale życie jest okrutne i....padł akumulator. Jest to o tyle dziwne, że ma on
zaledwie dwa lata, a gwarancja opiewa na 3 lata. Chciał- nie chciał
potuptałam na pocztę - ludzie, jak ja nienawidzę zimy!!! Po pierwsze
nie założyłam szalika, bo przecież miałam jechać samochodem, więc
miałam chłodzenie w szyję. Tuptanie w puchowej kurteczce sprawiło, że
na pocztę dotarłam spocona i zziajana, a stanie minut 5 przy okienku
sprawiło, że byłam mokra od potu. Powrotny trucht tylko pogłębił ów
niemiły stan.
Za 2 godziny przyjedzie z serwisu człowiek i zabierze nasz akumulator.
I to jest wyższość gospodarki rynkowej nad gospodarką socjalistyczną.
Nie wiem co się stało, ale wpadła mi "na wizję' niedokończona wersja
robocza posta.
No ale przy okazji mogę odpowiedzieć Stardust - wiem, że w Australii
aktualnie w niektórych miejscach jest drobne +46 lub + 48 stopni
w cieniu i wiem, że na biegunach zanikają lody.
Ale wiem również, że nie nie było człowieka z jego szkodliwą działalnością
na Ziemi, a były wielce drastyczne zmiany klimatu.
Te zmiany powtarzają się cyklicznie a wynikają głównie z dwóch powodów
- odchylania się osi obrotu Ziemi oraz i od przebiegunowywania się Ziemi.
Na obie rzeczy my nie mamy żadnego wpływu - nie jesteśmy w stanie temu
zapobiec, ani przyspieszyć, ani zwolnić.
Ale gdyby tak każdemu uświadomić, że ten proces jest nieodwracalny,
a na dodatek nikt nie ma zielonego pojęcia jak to zmienić, z całą pewnością
wśród ludzi zapanowałby chaos. Bo po co się starać cokolwiek robić, skoro
wiadomo, że i tak wszystko się któregoś dnia skończy?
Nota bene jeśli ten proces zmiany biegunów Ziemi będzie postępował tak
szybko jak teraz, to za ok. 1500 lat naszą piękną , błękitną planetę zabije
promieniowanie kosmiczne.
A tak na zakończenie- aktualnie mamy końcówkę epoki lodowcowej i
gdyby nie owa szkodliwa działalność człowieka 3/4 roku trzęślibyśmy się
z zimna i zamiast wieżowców budowalibyśmy igloo.
drewniana rzezba
poniedziałek, 21 stycznia 2013
sobota, 19 stycznia 2013
Skleroza ....
...mnie dopadła. Wprawdzie to dość mało bolesna dolegliwość, ale
denerwująca.
Od rana szukam dwóch rzeczy - małych nożyczek i pisemka, w którym
mam wzór serwetki kordonkowej, którą robię.
Nożyczki - małe, ostre, z wyprofilowanymi końcówkami, dotarły do
mnie z ostatnią przesyłką ze "sklepu koralikowego", a było to raptem
2 tygodnie temu. Koraliki są, ale nożyczki mi gdzieś wcięło.
Pamiętam tylko, że miały wielce zabawne ochraniacze na końcówki i
postanowiłam schować je tak, by się nie uszkodziły. No i gdzieś je
schowałam.
Przepatrzyłam wszystkie pudełka z koralikowymi "przydasiami" - nie
ma, wyparowały.
Cały czas wysilam pamięć i....nic. Chyba zacznę wyrzucać zawartość
pudełek na stół - może jestem ostatnio po prostu gapa?
Pisemko też mi gdzieś "wcięło"- nic dziwnego, przecież robiłam
porządki. Zawsze mi porządki szkodzą.
Za oknem zima całą gębą - od rana prószy śnieg, mróz trzyma i bardzo
się cieszę, że nie muszę nigdzie wychodzić z domu.
A na kracie loggii mam od świtu cały teatr - wiszą na niej siatki z
jedzeniem dla sikorek - największe powodzenie mają orzechy arachidowe.
Przylatują całe zgraje sikorek, najwięcej jest bogatek, ale są i sikory
modre i kilka razy widziałam sosnówkę.
Apetyt mają ptaszki wyborny - dwie siateczki, które wypchałam
orzechami do wielkości średniej pomarańczy wystarczają na 2 dni.
Firmowa kulka tłuszczu z ziarnami jest zupełnie ignorowana.
Słoninka też nie "idzie".
I kto by pomyślał, że tyle jest ptaszków zaledwie 6 km od samego
centrum stolicy?
No to idę na dalsze poszukiwania.
denerwująca.
Od rana szukam dwóch rzeczy - małych nożyczek i pisemka, w którym
mam wzór serwetki kordonkowej, którą robię.
Nożyczki - małe, ostre, z wyprofilowanymi końcówkami, dotarły do
mnie z ostatnią przesyłką ze "sklepu koralikowego", a było to raptem
2 tygodnie temu. Koraliki są, ale nożyczki mi gdzieś wcięło.
Pamiętam tylko, że miały wielce zabawne ochraniacze na końcówki i
postanowiłam schować je tak, by się nie uszkodziły. No i gdzieś je
schowałam.
Przepatrzyłam wszystkie pudełka z koralikowymi "przydasiami" - nie
ma, wyparowały.
Cały czas wysilam pamięć i....nic. Chyba zacznę wyrzucać zawartość
pudełek na stół - może jestem ostatnio po prostu gapa?
Pisemko też mi gdzieś "wcięło"- nic dziwnego, przecież robiłam
porządki. Zawsze mi porządki szkodzą.
Za oknem zima całą gębą - od rana prószy śnieg, mróz trzyma i bardzo
się cieszę, że nie muszę nigdzie wychodzić z domu.
A na kracie loggii mam od świtu cały teatr - wiszą na niej siatki z
jedzeniem dla sikorek - największe powodzenie mają orzechy arachidowe.
Przylatują całe zgraje sikorek, najwięcej jest bogatek, ale są i sikory
modre i kilka razy widziałam sosnówkę.
Apetyt mają ptaszki wyborny - dwie siateczki, które wypchałam
orzechami do wielkości średniej pomarańczy wystarczają na 2 dni.
Firmowa kulka tłuszczu z ziarnami jest zupełnie ignorowana.
Słoninka też nie "idzie".
I kto by pomyślał, że tyle jest ptaszków zaledwie 6 km od samego
centrum stolicy?
No to idę na dalsze poszukiwania.
piątek, 18 stycznia 2013
Już mogę pokazać....
Umówiłam się z pewną przemiłą i bardzo utalentowaną blogerką
na "wymiankę" - każda z nas zupełnie co innego innego robi, więc
nie jest to wymiana z gatunku "koraliki za koraliki".
Zgodnie z życzeniem miałam zrobić kolię techniką haftu koralikowego,
z kameą z muszli, nie za bardzo zabudowaną i w tonacji brązowej.
Tak naprawdę to miałam kłopot z tą brązową tonacją - na naszym rynku
koralikowym nie ma dużego wyboru brązowych koralików.
Jak zwykle lepiej wygląda w naturze, bo w sztucznym świetle
kolory jednak są nieco inne.
Dziś kolia już jest zapakowana, w poniedziałek rano wyruszy w daleką
drogę.
A to co dostanę w ramach wymiany pokażę Wam gdy już dotrze do
mnie ta śliczna rzecz. Będziecie zaskoczeni - to pewne.
Miłego weekendu, choć podobno ma być baaardzo zimny.
na "wymiankę" - każda z nas zupełnie co innego innego robi, więc
nie jest to wymiana z gatunku "koraliki za koraliki".
Zgodnie z życzeniem miałam zrobić kolię techniką haftu koralikowego,
z kameą z muszli, nie za bardzo zabudowaną i w tonacji brązowej.
Tak naprawdę to miałam kłopot z tą brązową tonacją - na naszym rynku
koralikowym nie ma dużego wyboru brązowych koralików.
Jak zwykle lepiej wygląda w naturze, bo w sztucznym świetle
kolory jednak są nieco inne.
Dziś kolia już jest zapakowana, w poniedziałek rano wyruszy w daleką
drogę.
A to co dostanę w ramach wymiany pokażę Wam gdy już dotrze do
mnie ta śliczna rzecz. Będziecie zaskoczeni - to pewne.
Miłego weekendu, choć podobno ma być baaardzo zimny.
czwartek, 17 stycznia 2013
Druga baba u lekarza
W lipcu ub. roku zostałam zapisana na wizytę kontrolną do endokrynologa.
Jako osoba nastawiona sceptycznie do życia, zadzwoniłam wpierw i
sprawdziałam,czy sprawa jeszcze aktualna. W końcu przez pół roku może
się wiele rzeczy w przyrodzie pozmieniać, nawet cała przychodnia może
przestać istnieć. Kiedyś juz tak było. No ale okazało się, że wszystko gra,
więc przedsięwzięłam wyprawę.
Pierwsze zaskoczenie - mimo zimy autobusy kursowały zgodnie z rozkładem.
Drugie zaskoczenie - wizytę miałam wyznaczoną na godz. 15,00 i o tej
właśnie godzinie wkroczyłam do gabinetu. Następne zaskoczenie - pani
doktor uzupełniła mi leki, które zwykle zapisuje mi internista, żebym nie
musiała składać mu wizyty w trakcie epidemii, której ponoć jeszcze nie ma,
ale przychodnie pękają w szwach. Poza tym pani doktor zasugerowała mi
zmianę diety- czyli zrezygnowanie z produktów zawierających gluten.
Akurat dla mnie to nie problem, mogę jeść wszystko bez pieczywa i klusek,
no a za ciastami i ciastkami też nie przepadam, więc niewielka strata.
Ale namawiała mnie, bym jednak robiła w domu jakieś pieczywko
bezglutenowe i takowe ciasteczka. Poza tym zwiększyła mi dawkę hormonu
tarczycy i ponadto mam brać dziennie 200 mcg selenu.
I jeszcze jedno zaskoczenie - w ciągu 5 minut udało mi się zapisać na
następną wizytę kontrolną, tym razem na listopad, jak mi wyznaczyła
p.doktor.
Wróciłam do domu z bardzo opadniętą ze zdziwienia szczęką.
Muszę dziś pobuszować w necie i poszukać dobrych przepisów na
bezglutenowe żarciuszka.
Po drodze zakupiłam: mąkę kukurydzianą, skrobię kukurydzianą,
mąkę gryczaną, mąkę ziemniaczaną, kaszę jaglaną. Mina mego męża
na widok tego wszystkiego - bezcenna.
Od jutra zacznę eksperymentować.
Jako osoba nastawiona sceptycznie do życia, zadzwoniłam wpierw i
sprawdziałam,czy sprawa jeszcze aktualna. W końcu przez pół roku może
się wiele rzeczy w przyrodzie pozmieniać, nawet cała przychodnia może
przestać istnieć. Kiedyś juz tak było. No ale okazało się, że wszystko gra,
więc przedsięwzięłam wyprawę.
Pierwsze zaskoczenie - mimo zimy autobusy kursowały zgodnie z rozkładem.
Drugie zaskoczenie - wizytę miałam wyznaczoną na godz. 15,00 i o tej
właśnie godzinie wkroczyłam do gabinetu. Następne zaskoczenie - pani
doktor uzupełniła mi leki, które zwykle zapisuje mi internista, żebym nie
musiała składać mu wizyty w trakcie epidemii, której ponoć jeszcze nie ma,
ale przychodnie pękają w szwach. Poza tym pani doktor zasugerowała mi
zmianę diety- czyli zrezygnowanie z produktów zawierających gluten.
Akurat dla mnie to nie problem, mogę jeść wszystko bez pieczywa i klusek,
no a za ciastami i ciastkami też nie przepadam, więc niewielka strata.
Ale namawiała mnie, bym jednak robiła w domu jakieś pieczywko
bezglutenowe i takowe ciasteczka. Poza tym zwiększyła mi dawkę hormonu
tarczycy i ponadto mam brać dziennie 200 mcg selenu.
I jeszcze jedno zaskoczenie - w ciągu 5 minut udało mi się zapisać na
następną wizytę kontrolną, tym razem na listopad, jak mi wyznaczyła
p.doktor.
Wróciłam do domu z bardzo opadniętą ze zdziwienia szczęką.
Muszę dziś pobuszować w necie i poszukać dobrych przepisów na
bezglutenowe żarciuszka.
Po drodze zakupiłam: mąkę kukurydzianą, skrobię kukurydzianą,
mąkę gryczaną, mąkę ziemniaczaną, kaszę jaglaną. Mina mego męża
na widok tego wszystkiego - bezcenna.
Od jutra zacznę eksperymentować.
wtorek, 15 stycznia 2013
Poszła baba......
...do lekarza, bo ją okrutnie bolało gardło, nie mogła mówić i przełykać.
W gabinecie siedział lekarz płci męskiej , w wieku 50+.
Baba wyszeptała cichutko "dzień dobry" i wskazując na swą szyję
wycharczała: "panie doktorze coś zle z moim gardłem".
Lekarz rzucił okiem na babę, która należała do bab ponętnych, młodych,
zgrabnych i odpowiednio wyposażonych przez naturę.
"No to muszę panią zbadać dokładnie, proszę się rozebrać i polożyć na
kozetce. Biustonosz też proszę zdjąć".
Babę co nieco zatkało, bo jeszcze żaden lekarz nie kazał się jej
rozbierać niemal do golasa, żeby zobaczyć co się w gardle dzieje.
Lekarz obmacał dokładnie jej piersi, co mu zajęło z 8 minut, potem
zajął sie macaniem tzw. powłok brzusznych, na koniec zsunął nieco
babie figi i zaczął macać pachwiny. W sumie macał ją z 15 minut.
"No, węzły chłonne w porządku, w piersiach guzów nie ma, może się
pani ubrać"- podsumował.
Na koniec zajrzał do tego nieszczęsnego, bolącego gardła,
zapisał leki i kazał przyjść za tydzień na kontrolę.
Baba wypadła z gabinetu jak oparzona i pognała do kierownika
przychodni, u którego złożyła skargę na lekarza.
Była to pierwsza tego typu skarga, bo inne już były, ale te inne to
składały pacjentki w wieku bardziej "geriatrycznym", skarżąc się,
między innymi, że lekarz nie raczył nawet osłuchać pacjentki, która
bardzo kaszlała i która w tydzień potem trafiła na innego lekarza, który
stwierdził ostre zapalenie oskrzeli.
Przychodnia ma teraz o jednego lekarza mniej "na stanie".
W gabinecie siedział lekarz płci męskiej , w wieku 50+.
Baba wyszeptała cichutko "dzień dobry" i wskazując na swą szyję
wycharczała: "panie doktorze coś zle z moim gardłem".
Lekarz rzucił okiem na babę, która należała do bab ponętnych, młodych,
zgrabnych i odpowiednio wyposażonych przez naturę.
"No to muszę panią zbadać dokładnie, proszę się rozebrać i polożyć na
kozetce. Biustonosz też proszę zdjąć".
Babę co nieco zatkało, bo jeszcze żaden lekarz nie kazał się jej
rozbierać niemal do golasa, żeby zobaczyć co się w gardle dzieje.
Lekarz obmacał dokładnie jej piersi, co mu zajęło z 8 minut, potem
zajął sie macaniem tzw. powłok brzusznych, na koniec zsunął nieco
babie figi i zaczął macać pachwiny. W sumie macał ją z 15 minut.
"No, węzły chłonne w porządku, w piersiach guzów nie ma, może się
pani ubrać"- podsumował.
Na koniec zajrzał do tego nieszczęsnego, bolącego gardła,
zapisał leki i kazał przyjść za tydzień na kontrolę.
Baba wypadła z gabinetu jak oparzona i pognała do kierownika
przychodni, u którego złożyła skargę na lekarza.
Była to pierwsza tego typu skarga, bo inne już były, ale te inne to
składały pacjentki w wieku bardziej "geriatrycznym", skarżąc się,
między innymi, że lekarz nie raczył nawet osłuchać pacjentki, która
bardzo kaszlała i która w tydzień potem trafiła na innego lekarza, który
stwierdził ostre zapalenie oskrzeli.
Przychodnia ma teraz o jednego lekarza mniej "na stanie".
niedziela, 13 stycznia 2013
Jakoś mi nie idzie.....
Niechciej mi rośnie, niedługo nie będzie mnie spoza niego widać.
Ale miewam "przebłyski". W ramach tychże sprułam to, w co
oprawiłam kaboszon z reprodukcją A.Muchy.
Było tak:
a teraz jest tak:
Jak tak każdy kaboszon będę już po "obrobieniu" zmieniać to nie będzie
to wcale zabawne.
Poza tym zrobiłam broszkę- liść matowy z marmurkowym kamykiem
w środku. Tylko "nerwy" są lekko błyszczące i koraliki okalające brzeg.
Poza tym kupiłam jeszcze komplet na wisior i kolczyki. Ale w trakcie
pracy doszłam do wniosku, że oprawione w koraliki kolczyki będą
zbyt ciężkie i powstały tym sposobem dwa naszyjniki.
Nie za piękne te zdjęcia, ale jestem gapa i to moja wina.
Zapomniałam, że na szybach są żaluzje, więc oświetlenie jest dość
marne.
*****
Staram się jak najmniej chodzić teraz do sklepów, żeby jakiejś grypy nie
załapać.Nie doceniłam faktu, że oprócz grypy i innej zarazy można stamtąd
wynieść przygnębiające "nowiny".
Należę do tych mniej zorientowanych mieszkanek naszej uliczki i
najczęściej o wszystkim dowiaduję się ostatnia.
Wcale mi to nie przeszkadza, nadmiar wiedzy czasem miły nie jest.
Od pewnego czasu przestałam spotykać na naszej uliczce jedną ze sąsiadek.
Ponieważ ostatni raz widziałam ją na wiosnę, pomyślałam, że może cicho
zgasła, ale nie zauważyłam w tym czasie żadnej klepsydry na bramie jej
klatki.
A wczoraj się dowiedziałam, że jej córcia w osobliwy sposób pozbyła
się mamy z domu.Otóż pani sąsiadka od wielu lat chorowała na schizofrenię.
Należała do bardzo świadomych i zdyscyplinowanych pacjentek, bardzo
regularnie brała leki, chodziła na kontrole lekarskie. Około 10 lat temu
owdowiała, a wtedy jej córka z mężem i dzieckiem wprowadziła się do jej
trzypokojowego mieszkania, zajmując dwa pokoje. Ponadto zaczęła
naciskać na matkę, by ta zrobiła jej darowiznę z tego mieszkania, a sama
wyprowadziła się do teściowej córki, która dysponowała dwupokojowym
mieszkaniem w satelitarnym mieście stolicy. Ale pani sąsiadka nie przepadała
za teściową swej córki i nie chciała się tam przeprowadzić. Tu mieszkała od
ponad 30 lat, miała znajomych i znanych sobie sąsiadów. Po jakimś czasie,
pani sąsiadka zmaltretowana ciągłymi nagabywaniami, zrobiła córce
darowiznę z tego mieszkania, ale nie chciała się przeprowadzić poza
Warszawę do teściowej swej córki.
W pewnej chwili teściowa wprowadziła się do tego mieszkania, pod hasłem:
tamto się remontuje, więc tu przeczeka "najgorszy czas".
Ale rzeczywistość była znacznie gorsza - teściowa sprzedała swoje
mieszkanie, bo młodzi potrzebowali drugiego samochodu i pieniędzy.
Teściowa córki pani sąsiadki zaczęła się w domu "szarogęsić", dokuczać
pani sąsiadce, krzyczeć na nią, gdy ta wyjmowała coś z lodówki, sprawdzała
co wyjmuje, dokuczała jej nazywając wariatką i krytykując wszystko
co pani sąsiadka robiła.
Pewnego dnia obie starsze panie pobiły się w kuchni, pani sąsiadka po prostu
nie wytrzymała tej ciągłej presji, puściły nerwy. Córka ochoczo wezwała
policję, przedstawiając sprawę, że to jej matka miała atak szału i rzuciła się
na jej teściową. Policja wezwała odpowiednie służby medyczne, pani
sąsiadka została zabrana do szpitala psychiatrycznego.
Te wszystkie wydarzenia miały miejsca tuż przed Wielkanocą, a pani
sąsiadka podobno w dalszym ciągu nie może dojść do siebie.
A teściowa zaradnej córki siedzi codziennie w oknie i z miną udzielnej
księżnej spogląda na uliczkę, ćmiąc papierosa.
Wiecie, mam cichą nadzieję, że i ją zaradne małżeństwo z czasem wysiuda
gdy już skończą się jej zasoby finansowe.
Ale miewam "przebłyski". W ramach tychże sprułam to, w co
oprawiłam kaboszon z reprodukcją A.Muchy.
Było tak:
a teraz jest tak:
Jak tak każdy kaboszon będę już po "obrobieniu" zmieniać to nie będzie
to wcale zabawne.
Poza tym zrobiłam broszkę- liść matowy z marmurkowym kamykiem
w środku. Tylko "nerwy" są lekko błyszczące i koraliki okalające brzeg.
Poza tym kupiłam jeszcze komplet na wisior i kolczyki. Ale w trakcie
pracy doszłam do wniosku, że oprawione w koraliki kolczyki będą
zbyt ciężkie i powstały tym sposobem dwa naszyjniki.
Nie za piękne te zdjęcia, ale jestem gapa i to moja wina.
Zapomniałam, że na szybach są żaluzje, więc oświetlenie jest dość
marne.
*****
Staram się jak najmniej chodzić teraz do sklepów, żeby jakiejś grypy nie
załapać.Nie doceniłam faktu, że oprócz grypy i innej zarazy można stamtąd
wynieść przygnębiające "nowiny".
Należę do tych mniej zorientowanych mieszkanek naszej uliczki i
najczęściej o wszystkim dowiaduję się ostatnia.
Wcale mi to nie przeszkadza, nadmiar wiedzy czasem miły nie jest.
Od pewnego czasu przestałam spotykać na naszej uliczce jedną ze sąsiadek.
Ponieważ ostatni raz widziałam ją na wiosnę, pomyślałam, że może cicho
zgasła, ale nie zauważyłam w tym czasie żadnej klepsydry na bramie jej
klatki.
A wczoraj się dowiedziałam, że jej córcia w osobliwy sposób pozbyła
się mamy z domu.Otóż pani sąsiadka od wielu lat chorowała na schizofrenię.
Należała do bardzo świadomych i zdyscyplinowanych pacjentek, bardzo
regularnie brała leki, chodziła na kontrole lekarskie. Około 10 lat temu
owdowiała, a wtedy jej córka z mężem i dzieckiem wprowadziła się do jej
trzypokojowego mieszkania, zajmując dwa pokoje. Ponadto zaczęła
naciskać na matkę, by ta zrobiła jej darowiznę z tego mieszkania, a sama
wyprowadziła się do teściowej córki, która dysponowała dwupokojowym
mieszkaniem w satelitarnym mieście stolicy. Ale pani sąsiadka nie przepadała
za teściową swej córki i nie chciała się tam przeprowadzić. Tu mieszkała od
ponad 30 lat, miała znajomych i znanych sobie sąsiadów. Po jakimś czasie,
pani sąsiadka zmaltretowana ciągłymi nagabywaniami, zrobiła córce
darowiznę z tego mieszkania, ale nie chciała się przeprowadzić poza
Warszawę do teściowej swej córki.
W pewnej chwili teściowa wprowadziła się do tego mieszkania, pod hasłem:
tamto się remontuje, więc tu przeczeka "najgorszy czas".
Ale rzeczywistość była znacznie gorsza - teściowa sprzedała swoje
mieszkanie, bo młodzi potrzebowali drugiego samochodu i pieniędzy.
Teściowa córki pani sąsiadki zaczęła się w domu "szarogęsić", dokuczać
pani sąsiadce, krzyczeć na nią, gdy ta wyjmowała coś z lodówki, sprawdzała
co wyjmuje, dokuczała jej nazywając wariatką i krytykując wszystko
co pani sąsiadka robiła.
Pewnego dnia obie starsze panie pobiły się w kuchni, pani sąsiadka po prostu
nie wytrzymała tej ciągłej presji, puściły nerwy. Córka ochoczo wezwała
policję, przedstawiając sprawę, że to jej matka miała atak szału i rzuciła się
na jej teściową. Policja wezwała odpowiednie służby medyczne, pani
sąsiadka została zabrana do szpitala psychiatrycznego.
Te wszystkie wydarzenia miały miejsca tuż przed Wielkanocą, a pani
sąsiadka podobno w dalszym ciągu nie może dojść do siebie.
A teściowa zaradnej córki siedzi codziennie w oknie i z miną udzielnej
księżnej spogląda na uliczkę, ćmiąc papierosa.
Wiecie, mam cichą nadzieję, że i ją zaradne małżeństwo z czasem wysiuda
gdy już skończą się jej zasoby finansowe.
wtorek, 8 stycznia 2013
Z życia krasnoludków
Czasami krasnoludki chorują i wtedy mamy zostawiają je na kilka dni
w domu. I krasnoludki są wtedy pod opieką swej babci, a babcia
dzwoni po swą koleżankę, żeby się nie "zababciować" na śmierć.
Młoda ma 3,5 roku, młody rok i miesiąc więcej.
Pijemy kawkę i nadsłuchujemy co się dzieje w pokoju - jest cicho,
a więc podejrzanie, wiec się podkradamy do pokoju.
Młody leży na wersalce z gazetą w łapie i okularach p.słonecznych na
nosie, młoda serwetką ligninową wyciera plastikowe garnuszki lalek.
Główna babcia pyta: "w co się bawicie?"
"w tatę i mamę" -odpowiada młody. "Babciu, a możesz mi pożyczyć
swoje okulary? Bo w tych to nie mogę literek rozpoznać".
Wycofujemy się do kuchni i zaczynamy cichutko rechotać. Główna babcia
mówi - "dobrze, że tylko to u rodziców podejrzeli" i znów mamy napad
głupawki.
Młody często nas przyprawia o napady głupawki. Kiedyś wydał
autorytarną opinię; "baby są głupie". Główna babcia oburzona takim
sformułowaniem mówi - Jacusiu, a które to są te baby?
Jacuś spogląda babci w oczy i mówi - " no te jak Aga" i wskazuje na
siostrę. Ależ Jacusiu - przecież mama i ja to też baby. Jacuś wlepia
w babcię swe piwne oczka i mówi -"ale wy jesteście stare, mądre
baby." I teraz, gdy babcia Jacusia do mnie dzwoni mówi:
"cześć, tu stara, mądra baba".
*****
A jednak przysiadłam i nadziubałam takie coś:
Czasem dobrze mi robi wyżalenie się:))))
w domu. I krasnoludki są wtedy pod opieką swej babci, a babcia
dzwoni po swą koleżankę, żeby się nie "zababciować" na śmierć.
Młoda ma 3,5 roku, młody rok i miesiąc więcej.
Pijemy kawkę i nadsłuchujemy co się dzieje w pokoju - jest cicho,
a więc podejrzanie, wiec się podkradamy do pokoju.
Młody leży na wersalce z gazetą w łapie i okularach p.słonecznych na
nosie, młoda serwetką ligninową wyciera plastikowe garnuszki lalek.
Główna babcia pyta: "w co się bawicie?"
"w tatę i mamę" -odpowiada młody. "Babciu, a możesz mi pożyczyć
swoje okulary? Bo w tych to nie mogę literek rozpoznać".
Wycofujemy się do kuchni i zaczynamy cichutko rechotać. Główna babcia
mówi - "dobrze, że tylko to u rodziców podejrzeli" i znów mamy napad
głupawki.
Młody często nas przyprawia o napady głupawki. Kiedyś wydał
autorytarną opinię; "baby są głupie". Główna babcia oburzona takim
sformułowaniem mówi - Jacusiu, a które to są te baby?
Jacuś spogląda babci w oczy i mówi - " no te jak Aga" i wskazuje na
siostrę. Ależ Jacusiu - przecież mama i ja to też baby. Jacuś wlepia
w babcię swe piwne oczka i mówi -"ale wy jesteście stare, mądre
baby." I teraz, gdy babcia Jacusia do mnie dzwoni mówi:
"cześć, tu stara, mądra baba".
*****
Czasem dobrze mi robi wyżalenie się:))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)