....nadal jestem, czego dowodem jest ten wpis. Nie tylko jestem, nawet uplotłam
kilka rzeczy. Nie wszystko zdążyłam "sfocić" bo ich właścicielka stała mi nad
głową i zabrała jeszcze ciepłe.
Poza tym byłam na działce, tzw. leśnej. Nawet nie wyobrażacie sobie jak ja nie
lubię działek.
Pierwszym niemiłym dla mnie doznaniem jest...wilgoć i ten zapach pleśni, gdy
wchodzi się do takiego domku. I nie ma różnicy czy to dom ceglany czy też
drewniany. Nic dziwnego, wszak dom przez 10 miesiecy stoi nieużywany- nikt
tam nie mieszka od póznej jesieni do póznej wiosny.
A więc, -wchodzimy i pierwszą czynnością jest zrobienie przeciągu i wyniesienie
na zewnątrz wszelakiego dobra ruchomego - niech się wietrzy. Drugą czynnością
jest....rozpalenie w kominku, choć za oknem +28 w cieniu, ale przecież trzeba
suszyć wnętrze.
Potem jest wybebeszanie samochodu, który jest wypełniony "wszystkim co się da"
bo najbliższy sklep jest zaledwie o 20 km dalej i nie jest wypełnionym po brzegi
super marketem, w którym jest niemal wszystko.
No a potem to już można niemal cieszyć się posiadaną działką. Radość zaczyna
maleć w chwili, gdy zaczyna się odwrót w stronę miasta - zaczynamy od wnoszenia
tego co się wietrzyło, wygaszania ognia, zakręcania i zamykania, pakowania do
samochodu tego, czego nie można zostawić, wreszcie zamykamy za sobą drzwi
mając cichą nadzieję, że nikt nam nie zrobi "włamu" i nie zdewastuje domku, oraz
nie pozbawi go wyposażenia. Teraz jeszcze tylko kilka kilometrów bardzo złej
drogi, która testuje wytrzymałość naszego samochodu, a potem już szosą, prosto
do miasta, tak z 85 km. I stanie w korkach na skrzyżowaniach z innymi drogami.
I tak w każdy weekend. A potem spędza się tu urlop, co mniej więcej w trzecim
sezonie zaczyna być uciążliwe i...nudne. I wtedy szukamy nerwowo kogoś, kto
chciałby nabyć naszą działkę - pełną uroku, z domkiem, stan idealny.
I dlatego nikt mnie nigdy nie namówi na zakup jakiejkolwiek działki.
Poza tym leń jestem i nie widzę powodu bym musiała "obrabiać" dwa domy.
Z co śmieszno-dziwniejszych rzeczy to miałam sen - oby nie proroczy.
Otóż śniło mi się, że zapisałam się do lekarza, bo kończą mi się leki, które stale
biorę ( na jawie to zapisałam się do lekarza z 10 dni temu) . A gdy dotarłam we
śnie do przychodni, okazało się, że mojego stałego lekarza nie ma, bo w stosunku
do pacjentów kierował się wskazaniami medycznymi a nie sumieniem katolika
i został zwolniony z pracy. Przez komisję nowej etyki lekarskiej.
I w gabinecie siedziała jakaś nieznana mi osoba płci żeńskiej, która powiedziała,
że nie dostanę recepty na leki, bo w przeszłości stosowałam antykoncepcję i
urodziłam tylko jedno dziecko, a mogłam przecież więcej. Usiłowałam ją co
prawda przekonać, że z powodu moich kłopotów z tarczycą cudem urodziłam to
jedno, ale ona twierdziła, że w komputerze stoi jak byk, że brałam tabletki, więc
nie rodziłam z tego powodu a nie z powodu choroby tarczycy. I tak się w tym śnie
zezłościłam, że aż się obudziłam.
Mam tylko nadzieję, że gdy jutro udam się po recepty to je dostanę bez trudności.
Ślubny się ze mnie śmieje, bo większość moich dziwnych snów się spełnia.
Czasem w 100 procentach.
Miłego nowego tygodnia życzę;)
drewniana rzezba
niedziela, 25 maja 2014
wtorek, 13 maja 2014
Nie idzie mi
Nic mi nie idzie, a zwłaszcza blogowanie. Żeby się przemóc naklikałam coś na
drugim blogu. Niestety smutne i z gatunku "mężczyzni to inny gatunek biologiczny".
Nie idzie mi też koralikowanie - trzeci raz robię "nośnik" do zawieszenia na nim
oprawionego w koraliki jaspisu. Właściwie ten trzeci to już pruję, bo mi się
pomyliła kolejność koralików. Masakra!!!
Jedyne co mi wychodzi znakomicie to......spanie. Niestety najlepiej mi się śpi
w ciągu dnia, a potem, nocą, czytam. Po trzydziestu latach czytam powtórnie
"Paragraf 22" Hellera. I chyba bardziej mi się podoba niż wtedy. Pewnie dlatego,
że zgorzkniała baba się ze mnie zrobiła.
Może mi to przejdzie gdy już skończę ten cykl rehabilitacji- 3 tygodnie to strasznie
długo, jak dla mnie.
I zamarzyło mi się zrobienie "czegoś" na drutach - popatrzyłam po blogach
dziewiarek ręcznych i nabrałam ochoty na coś bawełnianego- np. wiosenny,
rozpinany sweterek. Już nawet włóczkę wynalazłam i......nabrałam wątpliwości.
Jeszcze jej nie zamówiłam, na szczęście. Jeszcze jakieś resztki rozsądku pod
sufitem tkwią.
Niestety nie noszę rozmiaru XS, więc nie wykluczone, że załamię się w trakcie
dziergania i znów czegoś nie dokończę. Nie pierwszy zresztą raz.
Czeka mnie mały remoncik - sąsiad nade mną ma zle położoną terakotę na swej
loggii i gdy pada deszcz zacieka to pod spód, czyli na sufit mojej.
Zacieka tak namiętnie, że odpadł spory kawał betonu i zbrojenie widać.
Jakimś cudem dostrzegł to pan "techniczny" z naszej ADM i zawiadomili mnie,
że będą to naprawiać, czyli - sąsiadowi skują tę terakotę, zrobią nową szlichtę
odpowiednio wyprofilowaną, założą jakiś-tam parapet i wtedy naprawią ubytek na
suficie mojej loggii.
To fajnie brzmi, tyle tylko, że mieszkanie sąsiada jest pod moją opieką, więc mój
entuzjazm dla sprawy oscyluje wokół zera, bo trzeba usunąć wszystko co facet ma
na swej loggii. A sporo rzeczy tam niestety ma.
Postanowiłam zakupić żyworódkę pierzastą - skoro już muszę mieć w domu coś
zielonego, niech to będzie coś zdrowego i pożytecznego. Jest lepsza od aloesu.
I równie mało absorbująca w hodowli.
Poza tym poszukuję geranium, a właściwie pelargonii pachnącej.
I to byłoby na tyle, jak mawiał klasyk.
drugim blogu. Niestety smutne i z gatunku "mężczyzni to inny gatunek biologiczny".
Nie idzie mi też koralikowanie - trzeci raz robię "nośnik" do zawieszenia na nim
oprawionego w koraliki jaspisu. Właściwie ten trzeci to już pruję, bo mi się
pomyliła kolejność koralików. Masakra!!!
Jedyne co mi wychodzi znakomicie to......spanie. Niestety najlepiej mi się śpi
w ciągu dnia, a potem, nocą, czytam. Po trzydziestu latach czytam powtórnie
"Paragraf 22" Hellera. I chyba bardziej mi się podoba niż wtedy. Pewnie dlatego,
że zgorzkniała baba się ze mnie zrobiła.
Może mi to przejdzie gdy już skończę ten cykl rehabilitacji- 3 tygodnie to strasznie
długo, jak dla mnie.
I zamarzyło mi się zrobienie "czegoś" na drutach - popatrzyłam po blogach
dziewiarek ręcznych i nabrałam ochoty na coś bawełnianego- np. wiosenny,
rozpinany sweterek. Już nawet włóczkę wynalazłam i......nabrałam wątpliwości.
Jeszcze jej nie zamówiłam, na szczęście. Jeszcze jakieś resztki rozsądku pod
sufitem tkwią.
Niestety nie noszę rozmiaru XS, więc nie wykluczone, że załamię się w trakcie
dziergania i znów czegoś nie dokończę. Nie pierwszy zresztą raz.
Czeka mnie mały remoncik - sąsiad nade mną ma zle położoną terakotę na swej
loggii i gdy pada deszcz zacieka to pod spód, czyli na sufit mojej.
Zacieka tak namiętnie, że odpadł spory kawał betonu i zbrojenie widać.
Jakimś cudem dostrzegł to pan "techniczny" z naszej ADM i zawiadomili mnie,
że będą to naprawiać, czyli - sąsiadowi skują tę terakotę, zrobią nową szlichtę
odpowiednio wyprofilowaną, założą jakiś-tam parapet i wtedy naprawią ubytek na
suficie mojej loggii.
To fajnie brzmi, tyle tylko, że mieszkanie sąsiada jest pod moją opieką, więc mój
entuzjazm dla sprawy oscyluje wokół zera, bo trzeba usunąć wszystko co facet ma
na swej loggii. A sporo rzeczy tam niestety ma.
Postanowiłam zakupić żyworódkę pierzastą - skoro już muszę mieć w domu coś
zielonego, niech to będzie coś zdrowego i pożytecznego. Jest lepsza od aloesu.
I równie mało absorbująca w hodowli.
Poza tym poszukuję geranium, a właściwie pelargonii pachnącej.
I to byłoby na tyle, jak mawiał klasyk.
piątek, 2 maja 2014
Dobre wieści
Otrzymałam dziś radosną wiadomość - chyba wreszcie skończą się kolejki do
lekarzy specjalistów!!!
Pierwszym zwiastunem NOWEGO była wizyta mojej znajomej w jednej z
z podwarszawskich przychodni.
Owa pani otrzymała skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu do lekarza
endokrynologa. Chcąc sprawę przyspieszyć, zrobiła na własny koszt badanie
poziomu TSH i otrzymawszy wynik, pełna lęku skierowała swe kroki do
przychodni.
Podała pracownicy recepcji owo skierowanie i drżącym z emocji głosem
spytała, na kiedy mogłaby się zapisać do endokrynologa.
"A chce pani może na dziś?"- spytała recepcjonistka. Znajomej z lekka opadła
ze zdziwienia szczęka- jak to na dziś?, zapytała niezbyt mądrze.
Nooo, na dziś, potwierdziła recepcjonistka.
Znajoma delikatnie się uszczypnęła w rękę, sprawdzając czy to aby nie sen.
Zabolało, więc jednak to nie był sen. Szybko wyraziła zgodę, recepcjonistka
wypełniła odpowiedni druczek i wręczyła jej numerek. Znajoma zerknęła na
ten numerek i znów zbaraniała z wrażenia - na plastikowej plakietce widniała
cyfra 68.
Czy to numer gabinetu?- zapytała .Nie, to numerek do lekarza, a gabinet nr 5.
Zupełnie ogłupiała podeszła do gabinetu, dopytała się, kto ma numerek 67 i
po niecałej godzinie weszła do gabinetu.
Siedzącemu za biurkiem mężczyznie podała skierowanie i wynik TSH.
Lekarz rzucił okiem na wynik badania, wpisał wynik do karty pacjentki i
oddając jej ten wynik powiedział:
"wynik w porządku, mieści się w normie, jest pani zdrowa. do widzenia"
Znajoma usiłowała mu powiedzieć, że zle się czuje , choć wynik jest niby
dobry, ale lekarz powtórzył- "jest pani zdrowa. do widzenia".
Znajoma zrezygnowana wyszła z gabinetu i powędrowała do recepcji.
Dowiedziała się, że ów pan jest lekarzem wojskowym, przysłanym przez NFZ
w ramach likwidacji kolejek do specjalistów.
Zapisała się do endokrynologa w ramach komercji. W końcu zdrowie wiecej
warte niż 120 zł.
Komentować tego wszystkiego nie będę , cenzuralnych słów mi zabrakło.
lekarzy specjalistów!!!
Pierwszym zwiastunem NOWEGO była wizyta mojej znajomej w jednej z
z podwarszawskich przychodni.
Owa pani otrzymała skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu do lekarza
endokrynologa. Chcąc sprawę przyspieszyć, zrobiła na własny koszt badanie
poziomu TSH i otrzymawszy wynik, pełna lęku skierowała swe kroki do
przychodni.
Podała pracownicy recepcji owo skierowanie i drżącym z emocji głosem
spytała, na kiedy mogłaby się zapisać do endokrynologa.
"A chce pani może na dziś?"- spytała recepcjonistka. Znajomej z lekka opadła
ze zdziwienia szczęka- jak to na dziś?, zapytała niezbyt mądrze.
Nooo, na dziś, potwierdziła recepcjonistka.
Znajoma delikatnie się uszczypnęła w rękę, sprawdzając czy to aby nie sen.
Zabolało, więc jednak to nie był sen. Szybko wyraziła zgodę, recepcjonistka
wypełniła odpowiedni druczek i wręczyła jej numerek. Znajoma zerknęła na
ten numerek i znów zbaraniała z wrażenia - na plastikowej plakietce widniała
cyfra 68.
Czy to numer gabinetu?- zapytała .Nie, to numerek do lekarza, a gabinet nr 5.
Zupełnie ogłupiała podeszła do gabinetu, dopytała się, kto ma numerek 67 i
po niecałej godzinie weszła do gabinetu.
Siedzącemu za biurkiem mężczyznie podała skierowanie i wynik TSH.
Lekarz rzucił okiem na wynik badania, wpisał wynik do karty pacjentki i
oddając jej ten wynik powiedział:
"wynik w porządku, mieści się w normie, jest pani zdrowa. do widzenia"
Znajoma usiłowała mu powiedzieć, że zle się czuje , choć wynik jest niby
dobry, ale lekarz powtórzył- "jest pani zdrowa. do widzenia".
Znajoma zrezygnowana wyszła z gabinetu i powędrowała do recepcji.
Dowiedziała się, że ów pan jest lekarzem wojskowym, przysłanym przez NFZ
w ramach likwidacji kolejek do specjalistów.
Zapisała się do endokrynologa w ramach komercji. W końcu zdrowie wiecej
warte niż 120 zł.
Komentować tego wszystkiego nie będę , cenzuralnych słów mi zabrakło.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Zanudzę Was
I robię to z pełną świadomością. Bo niemal każdy ma rodziców, którzy albo już
albo niedługo będą ...starzy.
Czy wiecie, że w Polsce żyje obecnie ponad 5 milionów osób powyżej 65 roku
życia a niemal półtora miliona osób przekroczyło 80 lat? To całkiem spora armia
ludzi.
Starość nie jest chorobą, ale z biegiem lat organizm każdego starzeje się i kolejne
jego układy zaczynają zle funkcjonować. Z chwilą gdy układ krążenia przestaje
sprawnie działać zaczynają się i inne problemy - nadciśnienie tętnicze, miażdżyca
naczyń, zaburzenia systemu nerwowego, trawiennego, schorzenia narządów ruchu,
czasem zawały. Potem dochodzą zaburzenia słuchu, wzroku, pamięci, stany
depresyjne, otępienie.
Stary pacjent to "zmora" przychodni i oddziałów szpitalnych. Bo pacjent w wieku
65+ powinien być objęty opieką lekarza geriatry.
A w Polsce jest zaledwie 300 (słownie-TRZYSTU) lekarzy geriatrów ale tylko
80 z nich pracuje w wyuczonej specjalności.
Dla reszty nie ma miejsc pracy - bo nikt nie dostrzegł w porę owej pięciomilionowej
armii ludzi powyżej 65 roku życia, więc brak jest poradni geriatrycznych i
szpitalnych oddziałów geriatrycznych.
Geriatria to dział medycyny wywodzący się z interny połączony z elementami
psychiatrii, neurologii, rehabilitacji. Pacjent geriatryczny to pacjent z wieloma
współistniejącymi dolegliwościami i musi być leczony w sposób holistyczny, czyli
całościowy.
Każdy taki pacjent wymaga obszernego procesu diagnostycznego, który obejmuje
również badanie środowiska, w którym pacjent geriatryczny przebywa.
Badania takiego pacjenta są nieco inne niż zwykłego pacjenta internistycznego,
a leki muszą być starannie dobrane do gorzej już funkcjonującego organizmu.
Bo podanie zbyt silnych leków nie uleczy go, a znacznie może zaszkodzić.
Zadaniem geriatrii jest utrzymanie seniora jak najdłużej w stanie mobilnym.
Bo starość to nie choroba, to kolejny etap naszego życia.
I, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę, to etap życia, w którym bardzo wielu
seniorów czuje się bardzo samotnych. I wcale a wcale nie jest to związane
z oddaleniem od rodziny. Często mieszkają razem ze swoją rodziną, a jednak nie
mają z nią żadnego emocjonalnego kontaktu, czują się niepotrzebni, wyrzuceni
poza nawias.
Wiem z własnego doświadczenia jak trudno jest pogodzić opiekę nad seniorem
z własnym życiem codziennym wypełnionym pracą i domowymi obowiązkami.
Jeżeli macie w domu seniora, pomyślcie o tym, by zainteresować go udziałem
w zajęciach klubu seniora lub namówcie na uniwersytet trzeciego wieku lub
zapiszcie do ośrodka dziennej opieki geriatrycznej, gdzie są prowadzone dla
seniorów specjalne zajęcia. Wiem, tych placówek wciąż jest zbyt mało, ale myślę,
że rodziny seniorów powinny o nie zawalczyć na swoim terenie.
Będzie to korzystne nie tylko dla seniorów, ich bliskich również.
albo niedługo będą ...starzy.
Czy wiecie, że w Polsce żyje obecnie ponad 5 milionów osób powyżej 65 roku
życia a niemal półtora miliona osób przekroczyło 80 lat? To całkiem spora armia
ludzi.
Starość nie jest chorobą, ale z biegiem lat organizm każdego starzeje się i kolejne
jego układy zaczynają zle funkcjonować. Z chwilą gdy układ krążenia przestaje
sprawnie działać zaczynają się i inne problemy - nadciśnienie tętnicze, miażdżyca
naczyń, zaburzenia systemu nerwowego, trawiennego, schorzenia narządów ruchu,
czasem zawały. Potem dochodzą zaburzenia słuchu, wzroku, pamięci, stany
depresyjne, otępienie.
Stary pacjent to "zmora" przychodni i oddziałów szpitalnych. Bo pacjent w wieku
65+ powinien być objęty opieką lekarza geriatry.
A w Polsce jest zaledwie 300 (słownie-TRZYSTU) lekarzy geriatrów ale tylko
80 z nich pracuje w wyuczonej specjalności.
Dla reszty nie ma miejsc pracy - bo nikt nie dostrzegł w porę owej pięciomilionowej
armii ludzi powyżej 65 roku życia, więc brak jest poradni geriatrycznych i
szpitalnych oddziałów geriatrycznych.
Geriatria to dział medycyny wywodzący się z interny połączony z elementami
psychiatrii, neurologii, rehabilitacji. Pacjent geriatryczny to pacjent z wieloma
współistniejącymi dolegliwościami i musi być leczony w sposób holistyczny, czyli
całościowy.
Każdy taki pacjent wymaga obszernego procesu diagnostycznego, który obejmuje
również badanie środowiska, w którym pacjent geriatryczny przebywa.
Badania takiego pacjenta są nieco inne niż zwykłego pacjenta internistycznego,
a leki muszą być starannie dobrane do gorzej już funkcjonującego organizmu.
Bo podanie zbyt silnych leków nie uleczy go, a znacznie może zaszkodzić.
Zadaniem geriatrii jest utrzymanie seniora jak najdłużej w stanie mobilnym.
Bo starość to nie choroba, to kolejny etap naszego życia.
I, z czego nie każdy zdaje sobie sprawę, to etap życia, w którym bardzo wielu
seniorów czuje się bardzo samotnych. I wcale a wcale nie jest to związane
z oddaleniem od rodziny. Często mieszkają razem ze swoją rodziną, a jednak nie
mają z nią żadnego emocjonalnego kontaktu, czują się niepotrzebni, wyrzuceni
poza nawias.
Wiem z własnego doświadczenia jak trudno jest pogodzić opiekę nad seniorem
z własnym życiem codziennym wypełnionym pracą i domowymi obowiązkami.
Jeżeli macie w domu seniora, pomyślcie o tym, by zainteresować go udziałem
w zajęciach klubu seniora lub namówcie na uniwersytet trzeciego wieku lub
zapiszcie do ośrodka dziennej opieki geriatrycznej, gdzie są prowadzone dla
seniorów specjalne zajęcia. Wiem, tych placówek wciąż jest zbyt mało, ale myślę,
że rodziny seniorów powinny o nie zawalczyć na swoim terenie.
Będzie to korzystne nie tylko dla seniorów, ich bliskich również.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Weekend deszczowo - okulistyczny
Ten weekend był zdominowany :
a) operacją zaćmy mego męża, b) ulewnym deszczem.
W sobotę deszcz lał od świtu do póznego wieczora a i w nocy nieco padało.
Sobotę spędziłam głównie w poczekalni kliniki okulistycznej.
Zaraz po przyjściu poproszono ślubnego do gabinetu, gdzie wpuszczono mu w oko
krople.
Potem przez godzinę nudziliśmy się w tej poczekalni, obserwując ukradkiem innych
pacjentów, których było naprawdę sporo.
Co jakiś czas zza drzwi opatrzonych tabliczką "BLOK OPERACYJNY" wychodził
pacjent w towarzystwie pielęgniarki, która przekazywała go w ręce "osoby
towarzyszącej".
Gdy minęła godzina od zakroplenia oka, mój mąż został zaproszony właśnie na BLOK
OPERACYJNY, gdzie wpierw został zbadany (serce, płucka, ciśnienie), otrzymał
służbowy jednorazowy kitel i czapkę, w rękę wkłuto mu wenflon a następnie spędził
tam kolejną godzinę, w trakcie której aplikowano mu kolejne krople do oczu.
Potem zaproszono go już na stół operacyjny. Sam zabieg trwał około 20 minut - ponoć
nie bolało, ale słychać było jak wyskrobywano soczewkę. Po zabiegu odsiedział w sali
pooperacyjnej chyba pół godziny, w końcu go wyprowadzono.
Jeszcze tylko pozostało nam zapisać go na dziś, na zdjęcie opatrunku i mogliśmy
opuścić gościnne progi kliniki.
Klinika jest prywatna, jest cicho, czysto, przestronnie, pacjent jest na pierwszym
planie. Aparaturę mają najnowszej generacji, zabieg wykonuje chirurg okulista, do
pomocy ma dwóch asystentów. Klinika jest zrzeszona w grupie europejskich Klinik
Okulistycznych, czyli standard jest w nich taki sam.
Klinika w której byliśmy ma najniższe ceny - ta sama operacja w innych klinikach
kosztuje nawet 8 tysięcy. Ta klinika , idąc na przeciw potrzebom, zdecydowała się na
obniżenie wynagrodzeń swym chirurgom o 30%, dzięki czemu mogli obniżyć ceny
i mają więcej klientów. Tylko jeden lekarz nie zgodził się na nowe warunki i odszedł.
Chirurg przeprowadzający zabieg otrzymuje teraz za niego od 300 do 350 zł.
Operacja zaćmy niepowikłanej, w wyniku której pacjentowi założą soczewkę sferyczną,
kosztuje 2 tysiące złotych.
Wszystkie zaćmy "powikłane" muszą mieć soczewkę asferyczną i wtedy zabieg kosztuje
3 tysiące.
Można oczywiście wybrać dla siebie jeszcze droższą soczewkę, asferyczną "żółtą",
która daje lepsze widzenie w ciemności.
NFZ nie funduje swoim pacjentom soczewek asferycznych - jeżeli pacjent domaga się
soczewki asferycznej to musi za nią zapłacić 1500 zł.
Patrząc na pacjentów zauważyłam, że znacznie więcej jest pacjentów płci męskiej i
większość z nich jest znacznie młodsza od pacjentek płci żeńskiej.
Panie są na ogół w znacznie bardziej zaawansowanym wieku.
Dziś świtkiem, czyli o 8,30 byliśmy na zdjęciu opatrunku i pierwszej kontroli.
Chirurg, który robił zabieg był bardzo zadowolony ze stanu oka, cięcie jest długości
2mm, nie jest zszyte, wygoi się samo. Przez najbliższy miesiąc należy uważać by
do oka nie dostała się woda i jakiś środek myjący (szampon, mydło) i nie należy nic
ciężkiego nosić oraz wykonywać czynności z pochyloną w dół głową. Nie wolno
chodzić na basen. W słoneczną pogodę okulary p.słoneczne obowiązkowe.
Przez 7 dni należy spać z osłonką na oku, żeby sobie niechcący nie uszkodzić
operowanego oka, 4 razy dziennie mój musi brać kropelki, na szczęście tylko dwa
rodzaje. No i musi nauczyć się nie mrugać oczami gdy krople są w oku. Przerwa
między kroplami - 2 minuty. Następna kontrola po najdłuższym weekendzie Europy.
Odetchnęłam - nie było krwotoku.
a) operacją zaćmy mego męża, b) ulewnym deszczem.
W sobotę deszcz lał od świtu do póznego wieczora a i w nocy nieco padało.
Sobotę spędziłam głównie w poczekalni kliniki okulistycznej.
Zaraz po przyjściu poproszono ślubnego do gabinetu, gdzie wpuszczono mu w oko
krople.
Potem przez godzinę nudziliśmy się w tej poczekalni, obserwując ukradkiem innych
pacjentów, których było naprawdę sporo.
Co jakiś czas zza drzwi opatrzonych tabliczką "BLOK OPERACYJNY" wychodził
pacjent w towarzystwie pielęgniarki, która przekazywała go w ręce "osoby
towarzyszącej".
Gdy minęła godzina od zakroplenia oka, mój mąż został zaproszony właśnie na BLOK
OPERACYJNY, gdzie wpierw został zbadany (serce, płucka, ciśnienie), otrzymał
służbowy jednorazowy kitel i czapkę, w rękę wkłuto mu wenflon a następnie spędził
tam kolejną godzinę, w trakcie której aplikowano mu kolejne krople do oczu.
Potem zaproszono go już na stół operacyjny. Sam zabieg trwał około 20 minut - ponoć
nie bolało, ale słychać było jak wyskrobywano soczewkę. Po zabiegu odsiedział w sali
pooperacyjnej chyba pół godziny, w końcu go wyprowadzono.
Jeszcze tylko pozostało nam zapisać go na dziś, na zdjęcie opatrunku i mogliśmy
opuścić gościnne progi kliniki.
Klinika jest prywatna, jest cicho, czysto, przestronnie, pacjent jest na pierwszym
planie. Aparaturę mają najnowszej generacji, zabieg wykonuje chirurg okulista, do
pomocy ma dwóch asystentów. Klinika jest zrzeszona w grupie europejskich Klinik
Okulistycznych, czyli standard jest w nich taki sam.
Klinika w której byliśmy ma najniższe ceny - ta sama operacja w innych klinikach
kosztuje nawet 8 tysięcy. Ta klinika , idąc na przeciw potrzebom, zdecydowała się na
obniżenie wynagrodzeń swym chirurgom o 30%, dzięki czemu mogli obniżyć ceny
i mają więcej klientów. Tylko jeden lekarz nie zgodził się na nowe warunki i odszedł.
Chirurg przeprowadzający zabieg otrzymuje teraz za niego od 300 do 350 zł.
Operacja zaćmy niepowikłanej, w wyniku której pacjentowi założą soczewkę sferyczną,
kosztuje 2 tysiące złotych.
Wszystkie zaćmy "powikłane" muszą mieć soczewkę asferyczną i wtedy zabieg kosztuje
3 tysiące.
Można oczywiście wybrać dla siebie jeszcze droższą soczewkę, asferyczną "żółtą",
która daje lepsze widzenie w ciemności.
NFZ nie funduje swoim pacjentom soczewek asferycznych - jeżeli pacjent domaga się
soczewki asferycznej to musi za nią zapłacić 1500 zł.
Patrząc na pacjentów zauważyłam, że znacznie więcej jest pacjentów płci męskiej i
większość z nich jest znacznie młodsza od pacjentek płci żeńskiej.
Panie są na ogół w znacznie bardziej zaawansowanym wieku.
Dziś świtkiem, czyli o 8,30 byliśmy na zdjęciu opatrunku i pierwszej kontroli.
Chirurg, który robił zabieg był bardzo zadowolony ze stanu oka, cięcie jest długości
2mm, nie jest zszyte, wygoi się samo. Przez najbliższy miesiąc należy uważać by
do oka nie dostała się woda i jakiś środek myjący (szampon, mydło) i nie należy nic
ciężkiego nosić oraz wykonywać czynności z pochyloną w dół głową. Nie wolno
chodzić na basen. W słoneczną pogodę okulary p.słoneczne obowiązkowe.
Przez 7 dni należy spać z osłonką na oku, żeby sobie niechcący nie uszkodzić
operowanego oka, 4 razy dziennie mój musi brać kropelki, na szczęście tylko dwa
rodzaje. No i musi nauczyć się nie mrugać oczami gdy krople są w oku. Przerwa
między kroplami - 2 minuty. Następna kontrola po najdłuższym weekendzie Europy.
Odetchnęłam - nie było krwotoku.
czwartek, 24 kwietnia 2014
Mix
Przedwczoraj rozpoczęłam kolejny cykl rehabilitacji - zabiegi mam rozpisane
do 9 maja włącznie. Zestaw wypróbowany, czyli laser, ultradzwięki
i prądy interferencyjne. Ćwiczenia do robienia w domu, co oznacza romans
z olbrzymią piłką. Popatrzyłam nieco na innych pacjentów - najmłodsi są
w wieku "40+", najstarszy- no nie wiem, ale zrobił na mnie wrażenie że
wrócił z zaświatów.
Teoretycznie nic się nie dzieje, ale w tę sobotę moja druga połówka będzie
miała usuwaną zaćmę. No a ja już jestem zestresowana. Boję się powikłań
w postaci krwotoku, bo to pacjent "podwyższonego ryzyka" z uwagi na
konieczność stosowania środków rozrzedzających krew.
Tak prawdę mówiąc jest to raczej stres dla lekarza prowadzącego zabieg.
Ale po smutnych doświadczeniach sprzed kilku lat, gdy implantowali mu
nową zastawkę i zafundowali bypassy, bardzo się boję powikłań.
Wtedy byłam porażona bezdusznością oraz indolencją lekarzy.
Wczoraj wreszcie zaczęłam remanent w koralikowych "przydasiach."
Przy okazji zrobiłam bransoletkę z wykorzystaniem drutu pamięciowego i,
zupełnie okazjonalnie, rozwaliłam sobie palec tym drutem - dziecinnie
prosta sprawa- drut zasprężynował i dość głęboko wbił mi się w palec. To
bardzo twarde drucisko - właściwie rzadko z niego korzystam. Dość
ciężko się z nim pracuje - ciężko go przeciąć, równie ciężko zrobić loopik.
Gdyby ten "wypadek" zdarzył się na samym początku robienia bransoletki
cisnęłabym to w kąt i robiła inną techniką, no ale to było już przy końcu,
więc tylko pomyślałam coś brzydkiego, zawinęłam palec i dokończyłam.
Remanent w "przydasiach" uświadomił mi, że muszę nieco wysilić mózg
by z sensem spożytkować to co mam, a nie (jak dotąd ) dokupować nowe
koraliki lub kamyki.
Po wczorajszej burzy i całkiem niezłej ulewie dziś jest prześlicznie zielono
a trawniki złocą się mleczami.
Niestety niedaleko moich okien sroki wybudowały sobie gniazdo.
Jeśli w nim zamieszkają to mam przechlapane - będą mnie budziły o świcie
swym paskudnym skrzeczeniem. Ale zauważyłam, że sroki często budują
gniazdo, a potem wcale w nim nie gniazdują. Nie mam pojęcia dlaczego.
Kiepski ze mnie ornitolog.
Zamarzył mi się wyjazd do ....Wenecji. Powiedziałam o tym ślubnemu -
przecież byłaś, zauważył przytomnie. No fakt, byłam. Ale dawno i krótko.
Ci Marsjanie niczego nie rozumieją, ot co.
do 9 maja włącznie. Zestaw wypróbowany, czyli laser, ultradzwięki
i prądy interferencyjne. Ćwiczenia do robienia w domu, co oznacza romans
z olbrzymią piłką. Popatrzyłam nieco na innych pacjentów - najmłodsi są
w wieku "40+", najstarszy- no nie wiem, ale zrobił na mnie wrażenie że
wrócił z zaświatów.
Teoretycznie nic się nie dzieje, ale w tę sobotę moja druga połówka będzie
miała usuwaną zaćmę. No a ja już jestem zestresowana. Boję się powikłań
w postaci krwotoku, bo to pacjent "podwyższonego ryzyka" z uwagi na
konieczność stosowania środków rozrzedzających krew.
Tak prawdę mówiąc jest to raczej stres dla lekarza prowadzącego zabieg.
Ale po smutnych doświadczeniach sprzed kilku lat, gdy implantowali mu
nową zastawkę i zafundowali bypassy, bardzo się boję powikłań.
Wtedy byłam porażona bezdusznością oraz indolencją lekarzy.
Wczoraj wreszcie zaczęłam remanent w koralikowych "przydasiach."
Przy okazji zrobiłam bransoletkę z wykorzystaniem drutu pamięciowego i,
zupełnie okazjonalnie, rozwaliłam sobie palec tym drutem - dziecinnie
prosta sprawa- drut zasprężynował i dość głęboko wbił mi się w palec. To
bardzo twarde drucisko - właściwie rzadko z niego korzystam. Dość
ciężko się z nim pracuje - ciężko go przeciąć, równie ciężko zrobić loopik.
Gdyby ten "wypadek" zdarzył się na samym początku robienia bransoletki
cisnęłabym to w kąt i robiła inną techniką, no ale to było już przy końcu,
więc tylko pomyślałam coś brzydkiego, zawinęłam palec i dokończyłam.
Remanent w "przydasiach" uświadomił mi, że muszę nieco wysilić mózg
by z sensem spożytkować to co mam, a nie (jak dotąd ) dokupować nowe
koraliki lub kamyki.
Po wczorajszej burzy i całkiem niezłej ulewie dziś jest prześlicznie zielono
a trawniki złocą się mleczami.
Niestety niedaleko moich okien sroki wybudowały sobie gniazdo.
Jeśli w nim zamieszkają to mam przechlapane - będą mnie budziły o świcie
swym paskudnym skrzeczeniem. Ale zauważyłam, że sroki często budują
gniazdo, a potem wcale w nim nie gniazdują. Nie mam pojęcia dlaczego.
Kiepski ze mnie ornitolog.
Zamarzył mi się wyjazd do ....Wenecji. Powiedziałam o tym ślubnemu -
przecież byłaś, zauważył przytomnie. No fakt, byłam. Ale dawno i krótko.
Ci Marsjanie niczego nie rozumieją, ot co.
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
Świeta , Święta i......
po świętach.
Pogodzie coś się pomyliło - w niedzielę padało, a dziś- ponieważ to jest
Lany Poniedziałek- świeci słońce.
No ale przynajmniej w sobotę było ładnie, więc odwiedziliśmy Łazienki
Królewskie.
Małym wszystko się tam podobało - nawet skorki wędrujące wzdłuż
krawężnika i olbrzymie karpie w stawie. Oczywiście furorę robiły
wiewiórki, zwłaszcza, że jadły dzieciakom orzechy z rączek.
Niektóre fragmenty parku są rewitalizowane, a super droga restauracja
Belvedere - remontowana.
Ludzi było pełno, wszelkie miejsca w kawiarenkach pozajmowane.
W teatrze na wyspie występował tylko jeden aktor.
Jego towarzysz spacerował tymczasem brzegiem stawu
Znalazłam jednego łabędzia, jest pewnie roczniakiem, bo ma
jeszcze szare piórka
Nie wiem zupełnie co to za ptaszę siedziało na gałęzi
A magnolie już w pełnym rozkwicie
Krasnale i Chopin
A tak się spaceruje z dziadkiem po parku
A tak się karmi wiewiórkę
Wiewiórce groziło przekarmienie bo młodzi karmili ją na zmianę
Niestety niedzielny spacer był w deszczu
A dziś Krasnale są już w drodze do domu, bo jutro od rana muszą
iść do przedszkola, a rodzice do pracy.
A ja zaraz przyjmę pozycję horyzontalną i chyba trochę pośpię bo
Krasnale raczej bardzo wcześnie wstawały.
Pogodzie coś się pomyliło - w niedzielę padało, a dziś- ponieważ to jest
Lany Poniedziałek- świeci słońce.
No ale przynajmniej w sobotę było ładnie, więc odwiedziliśmy Łazienki
Królewskie.
Małym wszystko się tam podobało - nawet skorki wędrujące wzdłuż
krawężnika i olbrzymie karpie w stawie. Oczywiście furorę robiły
wiewiórki, zwłaszcza, że jadły dzieciakom orzechy z rączek.
Niektóre fragmenty parku są rewitalizowane, a super droga restauracja
Belvedere - remontowana.
Ludzi było pełno, wszelkie miejsca w kawiarenkach pozajmowane.
W teatrze na wyspie występował tylko jeden aktor.
Jego towarzysz spacerował tymczasem brzegiem stawu
Znalazłam jednego łabędzia, jest pewnie roczniakiem, bo ma
jeszcze szare piórka
Nie wiem zupełnie co to za ptaszę siedziało na gałęzi
A magnolie już w pełnym rozkwicie
Krasnale i Chopin
A tak się spaceruje z dziadkiem po parku
A tak się karmi wiewiórkę
Wiewiórce groziło przekarmienie bo młodzi karmili ją na zmianę
Niestety niedzielny spacer był w deszczu
A dziś Krasnale są już w drodze do domu, bo jutro od rana muszą
iść do przedszkola, a rodzice do pracy.
A ja zaraz przyjmę pozycję horyzontalną i chyba trochę pośpię bo
Krasnale raczej bardzo wcześnie wstawały.
Subskrybuj:
Posty (Atom)