Noc sylwestrową spędziłam na koralikowaniu i czytaniu najnowszej Polityki-
trzeba czytać dopóki jeszcze jest;)
Szampana zastąpiłam pysznym , włoskim winem musującym, skonsumowałam
kawałeczek kupnego sernika (nawet niezły był), zerknęłam jednym okiem w TV,
obejrzałam kawałek odcinka chyba "kryminalne zagadki Miami",przeżyłam miłe
rozczarowanie faktem, że bardzo mało było huku petard i poszłam około
drugiej w objęcia Morfeusza.
A teraz czekam - czekam na uchwałę prześwietnego polskiego sejmu o tym,
że każde słowne polecenie prześwietnego prezesa nie wymaga żadnej
debaty sejmowej ani akceptacji senatu, ale musi być natychmiast, w ciągu
najwyżej kwadransa spisane i ogłoszone przez rząd i podpisane przez pana
prezydenta najdalej w ciągu 30 minut. No bo po co tracić cenny czas na
jakieś dyskusje sejmowe skoro ma się swoją większość? Po co stwarzać
pozory demokracji skoro ona nikomu nie jest potrzebna?
Czekam aż komuś znów palma w głowie zakwitnie i zgłosi światłą ustawę, że
dzieci w przedziale wieku od 6 do 10 lat mogą, jeżeli sobie tego życzą rodzice, nie uczęszczać do szkoły. Niech mają prawdziwe, długie dzieciństwo.
Mało tego - dlaczego nie pójść dalej i nie skasować całkiem obowiązek
szkolny? Po co mają umieć czytać i pisać? Jeszcze by któreś nagle pojęło,
że żyje w śmiesznym i głupim kraju.
Czekam, aż znowu wspaniały sejm, w którym większość posłów cierpi albo na amnezję albo na demencję, przegłosuje uchwałę prezesa jedynie słusznej partii
o połaczeniu stanowiska ministra sprawiedliwości i generalnego prokuratora.
W związku z tą uchwałą mam propozycję- powierzyć tej osobie również
stanowisko naczelnego kata, a żeby nie było to stanowisko jedynie
honorowe, należy wprowadzić system kar ze średniowiecza, od łamania
kołem począwszy. I oczywiście wykonywanie ich powinno być publiczne.
Wówczas naczelny kat, generalny prokurator i minister sprawiedliwości w jednej osobie mógłby swobodnie zaspokajać swe niezdrowe instynkty,
a wyborcy ulubionej partii mieliby darmową rozywkę - po co jakiś teatr czy
też seans filmowy - lepiej pójść na publiczną kazń jakiego nieszczęśnika.
Czekam aż wprowadzą również chińską metodę kontroli internetu - wpierw
cenzurę nieoficjalną, potem jawną. Czekam również na wprowadzenie
kontroli wszystkich wydawnictw. Poziom czytelnictwa u nas nikły, więc
te kilkanaście milionów rodaków, którzy nie przeczytali w ciagu minionego
roku ani jednej książki przestanie być dyskryminowanych. Będą przecież
całkowicie usprawiedliwieni - wszak książek nie będzie.
Czekam również na rewolucję teatralną, czyli usunięcie wszystkich reżyserów, którzy dziś mają odwagę zaproponować nowe spojrzenie na klasykę - należy
ich wszystkich zwolnić i ukarać.
Czekam również na te kręcone w Hollywood filmy o Polsce i patriotyzmie
polskim. Nie wiem tylko czy to będą kryminały czy też komedie.
A tym, którzy na złość głosowali na jedynie słuszną formację, życzę by
oprzytomnieli i to jak najprędzej nim padną ofiarą własnej decyzji.
drewniana rzezba
piątek, 1 stycznia 2016
środa, 30 grudnia 2015
Idzie kolejny rok
Gdy byłam w wieku, w którym wszystko jest : ciekawe, piękne, nowe oraz
niezwykle ekscytujące, z niecierpliwością czekałam na Sylwestra, bo był to jedyny raz w roku, gdy nikt mnie nie zaganiał o 21,00 do łóżka a zjedzenie
kawałka ciasta póznym wieczorem nie było obarczone wielkim grzechem
przeciwko własnemu zdrowiu a może nawet życiu.
Co prawda długo nie mogłam się nadziwić, że właśnie nastąpił Nowy Rok,
a wygląd wszystkich obecnych ani trochę się nie zmienił, choć babcia niezmiennie wtedy mówiła, że właśnie jesteśmy o rok starsi, więc nie ma
się z czego cieszyć. Jak widzicie babcia nie zasilała szeregów optymistów.
Ale nic dziwnego, w końcu przez jej życie przewaliły się dwie wojny światowe.
Jeszcze z jednego powodu lubiłam Sylwestra -zawsze tuż po północy dziadek włączał adapter i prosił mnie do walca i zawsze był to walc wiedeński.
A tańczyć zawsze lubiłam.
*****
Trudny był dla mnie ten rok - wpierw, zupełnie niespodziewanie odeszła
moja przyjaciółka, a w sierpniu odszedł nasz wspólny przyjaciel.
Mnie też się za dobrze nie układało, bardzo długo miałam szlaban na
robótki i udało mi się raptem zrobić przez cały rok kilkanaście sztuk.
A do tego wszystkiego sytuacja w Polsce przyprawia mnie o permamentny
ból głowy i prawdziwy niepokój. Odnoszę wrażenie, że w domu ciężko
chorych psychicznie czułabym się bardziej spokojnie i bezpieczniej.
*****
Nie wiem jak Wy, ale ja już od wielu lat nie snuję żadnych planów na
następny rok ani nie skladam sobie żadnych obietnic z gatunku: schudnę,
będę bardziej rygorystycznie przestrzegac diety, zacznę wodny aerobik
i tym podobne przyrzeczenia.
Dzięki temu w końcu roku nie wpadam we frustrację, że żadnego z tych
postanowień nie spełniłam. Zero stresu, pełen luz.
Po prostu co będzie - to będzie.Fatalizm- dobra rzecz.
No a skoro już jesteśmy tak blisko Nowego Roku to
życzę Wszystkim byśmy się wszyscy
odnalezli w tym samym składzie
w Sylwestra 2016 roku.
niezwykle ekscytujące, z niecierpliwością czekałam na Sylwestra, bo był to jedyny raz w roku, gdy nikt mnie nie zaganiał o 21,00 do łóżka a zjedzenie
kawałka ciasta póznym wieczorem nie było obarczone wielkim grzechem
przeciwko własnemu zdrowiu a może nawet życiu.
Co prawda długo nie mogłam się nadziwić, że właśnie nastąpił Nowy Rok,
a wygląd wszystkich obecnych ani trochę się nie zmienił, choć babcia niezmiennie wtedy mówiła, że właśnie jesteśmy o rok starsi, więc nie ma
się z czego cieszyć. Jak widzicie babcia nie zasilała szeregów optymistów.
Ale nic dziwnego, w końcu przez jej życie przewaliły się dwie wojny światowe.
Jeszcze z jednego powodu lubiłam Sylwestra -zawsze tuż po północy dziadek włączał adapter i prosił mnie do walca i zawsze był to walc wiedeński.
A tańczyć zawsze lubiłam.
*****
Trudny był dla mnie ten rok - wpierw, zupełnie niespodziewanie odeszła
moja przyjaciółka, a w sierpniu odszedł nasz wspólny przyjaciel.
Mnie też się za dobrze nie układało, bardzo długo miałam szlaban na
robótki i udało mi się raptem zrobić przez cały rok kilkanaście sztuk.
A do tego wszystkiego sytuacja w Polsce przyprawia mnie o permamentny
ból głowy i prawdziwy niepokój. Odnoszę wrażenie, że w domu ciężko
chorych psychicznie czułabym się bardziej spokojnie i bezpieczniej.
*****
Nie wiem jak Wy, ale ja już od wielu lat nie snuję żadnych planów na
następny rok ani nie skladam sobie żadnych obietnic z gatunku: schudnę,
będę bardziej rygorystycznie przestrzegac diety, zacznę wodny aerobik
i tym podobne przyrzeczenia.
Dzięki temu w końcu roku nie wpadam we frustrację, że żadnego z tych
postanowień nie spełniłam. Zero stresu, pełen luz.
Po prostu co będzie - to będzie.Fatalizm- dobra rzecz.
No a skoro już jesteśmy tak blisko Nowego Roku to
życzę Wszystkim byśmy się wszyscy
odnalezli w tym samym składzie
w Sylwestra 2016 roku.
wtorek, 29 grudnia 2015
Mój pierwszy bal
To było bardzo, bardzo dawno, ale ten pierwszy bal był dla mnie naprawdę
wielkim przeżyciem.
Pierwsze dni grudnia spędziłam na gonitwie po co lepszych sklepach z damską
konfekcją, szukając jakiejś porządnej sukienki, najlepiej długiej.
Bo na Sylwestra szłam do Rady Ministrów, więc musiałam wdziać się w coś
eleganckiego.
Szpilki (wysokie) nabyłam bez większego trudu, bo właśnie rzucili do sklepu
import z Węgier.
Niestety ówczesna moda peerelowska nie przewidywała długich sukienek dla
kobiet poniżej 164 cm wzrostu, a ja widocznie w złej kolejce stanęłam gdy rozdawali wzrost.
Wędrując, już nieco zrezygnowana, mijałam na Placu Konstytucji sklep
Cepelii i jak zwykle, nałogowo już, do niego weszłam.
I... na środku sklepu na stojakach wisiały sukienki z różnych kolorów tafty,
ręcznie malowane przez artystów plastyków.
W oko wpadła mi trzyczęściowa kreacja, składająca się z dopasowanej
bluzeczki na cienkich ramiączkach, rozkloszowanej spódnicy długości kilku
centymetrów za kolano oraz dość szerokiego szala.
Tafta była ciemno stalowej barwy, pokryta błękitnymi i złotymi "pieczątkami".
Ten złoty barwnik miał kolor starego złota, a błękit lekko migotał, zapewne
były w nim drobinki brokatu.
Sprzedawczyni uświadomiła mi, że ten fason sukienki jest "uniwersalny",
bo: bluzeczkę można nosić na wierzchu spódnicy i wtedy jest sukienka
z przedłużoną talią albo schować pod spódnicę i wtedy jest sukienka z talią
w miejscu naturalnym, a szalem można się okryć lub upiąć go niczym
szarfę.
Ponieważ w sklepie nie było przymierzalni umówiłam się, że sukienkę
zadatkuję, zmierzę w domu i albo kupię, albo oddam.
Przyznam się bez bicia, że sprzedawczyni mnie już nieco znała, bo często
kupowałam w tej Cepelii kupony materiałów farbowane lub malowane
ręcznie i sama szyłam dla siebie sukienki, więc poszła mi na rękę.
Jakimś cudem sukienka była jak dla mnie szyta no i co najważniejsze podobała
się memu ówczesnemu kandydatowi na męża, więc ją kupiłam.
Wszystko było pięknie i cacy aż do wigilii, bo w wigilię rano zaniemówiłam a temperatura zaczęła mi rosnąć jak szalona.
Wieczorem już nawet nie bardzo wiedziałam jak mam na imię. Sprowadzony
lekarz stwierdził ostre wirusowe zapalenie krtani, tchawicy i oskrzeli.
Zaordynował ...... bańki i leżenie w ciepełku, płukanie gardła, picie dużych
ilości płynu i konsumpcję miodu metodą zlizywania go pomału z łyżeczki.
Obiecał, że jeżeli mi w ciągu dwóch dni spadnie temperatura a kontrola
dzień przed Sylwestrem nie wykaże stanu zapalnego oskrzeli, będę mogła
wstać z łóżka.
Oczywiście przezornie nie zapytałam, czy będę mogła iść na Sylwestra, bo
po co?
Pielęgniarka stawiająca mi bańki aż mruczała z zachwytu jak cudownie "naciągnęły i poczerniały" co wg niej znaczyło, że były bardzo potrzebne i
dzięki nim nie dostanę zapalenia płuc.
W drugi dzień świąt opuściłam łóżko, 30 grudnia przyszedł po raz drugi
lekarz i stwierdził, że oskrzela w porządku, tchawica też, ale odtąd często
będzie mi się ta dolegliwość powtarzać. I chyba wymówił to w złą godzinę,
bo faktycznie co jakiś czas historia się powtarza.
Na bal oczywiście poszłam - szal miałam przymocowany do ramiączek tak,
by dokładnie zakrywał moje zmasakrowane bańkami plecy. Byłam jedyną
kobietą tańczącą w szalu.
Ale pomimo tych wszystkich zawirowań to był piękny bal - trzy sale były
przeznaczone do tańca, w każdej grała inna orkiestra.
I sporo pań było w krótkich sukienkach.
Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem , bo dłużej już nie dałam rady. Głównie
przez te nowe szpilki. Przed wyjściem przebrałam się w łazience w zwykłe ciuchy i z wielką ulgą wskoczyłam w zimowe kozaczki.
Były potem i inne bale, mniej ekskluzywne- niektóre udane, inne takie sobie.
Ale tamten pierwszy najlepiej zapamiętałam, głównie przez tę chorobę i strach, że nie pójdę na bal.
wielkim przeżyciem.
Pierwsze dni grudnia spędziłam na gonitwie po co lepszych sklepach z damską
konfekcją, szukając jakiejś porządnej sukienki, najlepiej długiej.
Bo na Sylwestra szłam do Rady Ministrów, więc musiałam wdziać się w coś
eleganckiego.
Szpilki (wysokie) nabyłam bez większego trudu, bo właśnie rzucili do sklepu
import z Węgier.
Niestety ówczesna moda peerelowska nie przewidywała długich sukienek dla
kobiet poniżej 164 cm wzrostu, a ja widocznie w złej kolejce stanęłam gdy rozdawali wzrost.
Wędrując, już nieco zrezygnowana, mijałam na Placu Konstytucji sklep
Cepelii i jak zwykle, nałogowo już, do niego weszłam.
I... na środku sklepu na stojakach wisiały sukienki z różnych kolorów tafty,
ręcznie malowane przez artystów plastyków.
W oko wpadła mi trzyczęściowa kreacja, składająca się z dopasowanej
bluzeczki na cienkich ramiączkach, rozkloszowanej spódnicy długości kilku
centymetrów za kolano oraz dość szerokiego szala.
Tafta była ciemno stalowej barwy, pokryta błękitnymi i złotymi "pieczątkami".
Ten złoty barwnik miał kolor starego złota, a błękit lekko migotał, zapewne
były w nim drobinki brokatu.
Sprzedawczyni uświadomiła mi, że ten fason sukienki jest "uniwersalny",
bo: bluzeczkę można nosić na wierzchu spódnicy i wtedy jest sukienka
z przedłużoną talią albo schować pod spódnicę i wtedy jest sukienka z talią
w miejscu naturalnym, a szalem można się okryć lub upiąć go niczym
szarfę.
Ponieważ w sklepie nie było przymierzalni umówiłam się, że sukienkę
zadatkuję, zmierzę w domu i albo kupię, albo oddam.
Przyznam się bez bicia, że sprzedawczyni mnie już nieco znała, bo często
kupowałam w tej Cepelii kupony materiałów farbowane lub malowane
ręcznie i sama szyłam dla siebie sukienki, więc poszła mi na rękę.
Jakimś cudem sukienka była jak dla mnie szyta no i co najważniejsze podobała
się memu ówczesnemu kandydatowi na męża, więc ją kupiłam.
Wszystko było pięknie i cacy aż do wigilii, bo w wigilię rano zaniemówiłam a temperatura zaczęła mi rosnąć jak szalona.
Wieczorem już nawet nie bardzo wiedziałam jak mam na imię. Sprowadzony
lekarz stwierdził ostre wirusowe zapalenie krtani, tchawicy i oskrzeli.
Zaordynował ...... bańki i leżenie w ciepełku, płukanie gardła, picie dużych
ilości płynu i konsumpcję miodu metodą zlizywania go pomału z łyżeczki.
Obiecał, że jeżeli mi w ciągu dwóch dni spadnie temperatura a kontrola
dzień przed Sylwestrem nie wykaże stanu zapalnego oskrzeli, będę mogła
wstać z łóżka.
Oczywiście przezornie nie zapytałam, czy będę mogła iść na Sylwestra, bo
po co?
Pielęgniarka stawiająca mi bańki aż mruczała z zachwytu jak cudownie "naciągnęły i poczerniały" co wg niej znaczyło, że były bardzo potrzebne i
dzięki nim nie dostanę zapalenia płuc.
W drugi dzień świąt opuściłam łóżko, 30 grudnia przyszedł po raz drugi
lekarz i stwierdził, że oskrzela w porządku, tchawica też, ale odtąd często
będzie mi się ta dolegliwość powtarzać. I chyba wymówił to w złą godzinę,
bo faktycznie co jakiś czas historia się powtarza.
Na bal oczywiście poszłam - szal miałam przymocowany do ramiączek tak,
by dokładnie zakrywał moje zmasakrowane bańkami plecy. Byłam jedyną
kobietą tańczącą w szalu.
Ale pomimo tych wszystkich zawirowań to był piękny bal - trzy sale były
przeznaczone do tańca, w każdej grała inna orkiestra.
I sporo pań było w krótkich sukienkach.
Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem , bo dłużej już nie dałam rady. Głównie
przez te nowe szpilki. Przed wyjściem przebrałam się w łazience w zwykłe ciuchy i z wielką ulgą wskoczyłam w zimowe kozaczki.
Były potem i inne bale, mniej ekskluzywne- niektóre udane, inne takie sobie.
Ale tamten pierwszy najlepiej zapamiętałam, głównie przez tę chorobę i strach, że nie pójdę na bal.
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Nie chcę Was martwić.....
.....ale już wróciłam.
Nie wiem jak tu było, ale tam było wiosennie- najniższa temperatura to
+10 stopni, a w sobotę to było tylko +15. I byłoby to bardzo , bardzo
fajnie, gdybym miała do dyspozycji jakieś bardziej wiosenne ciuszki.
Przed wyjazdem z Warszawy zdążyłam jeszcze zrobić taki drobiazg:
Najważniejsze, że podoba się osobie, dla której zrobiłam.
Bo po pierwsze bardzo liczę się z Jej opinią, a po drugie- to
nie była realizacja jakiegoś zamówienia, ale pomysł takiego
naszyjnika wpadł mi do głowy, gdy sobie o tej osobie pomyślałam.
No a teraz ad rem, czyli o świętach. Generalnie były to święta
wielce "luzackie".
Choinka była naturalna, pachnąca lasem, a wszystkie dekoracje
Krasnale wykonali sami. Wszystkie "wisiory" są zrobione z plastikowych
koralikow 3D. Oni układali koraliki, ich mama ograniczyła się tylko do
zgrzania onych koralików żelazkiem (przez papier do pieczenia).
Łańcuchy też były robione w domu, z kolorowego papieru.
A choinka wyglądała tak:
Jak zwykle było mnóstwo prezentów, oczywiście najwięcej załapały
Krasnale.
Od nas były te mięciusie poduszki, które obu chłopcom bardzo się
spodobały i od razu "zamieszkały" w ich łóżkach, zastepując te, na
których dotąd Krasnale spały.
A ja załapałam się, miedzy innymi, na kolorowanki dla dorosłych i
duży komplet kredek Fabera.
Kolorowanki dla dorosłych to taki specyficzny "relaksowiec, uspakajacz".
Ja dostałam obrazki z cyklu "Zaginiony Ocean", córka - "Kwiaty".
I wiecie co? - te kolorowanki są super wciągające- nie da się ukryć, że
pokolorowanie jednej strony może zająć bez trudu kilka godzin, a na
niektóre to trzeba będzie poświęcić i ze dwa a nawet trzy dni - tyle
jest tam detali. A praca z kredkami Fabera to naprawdę sama frajda!!!
Co do samej wigilii - powiem tak- "nowoczesność w domu i w zagrodzie".
Po pierwsze: wszystko było zakupione w miejscu o nazwie "Liście
winorośli" i wszystko było "na zimno". Tytułowe liście winorośli kryły
w swym wnętrzu przeróżne nadzienia , ostre, łagodne i słodkie.
Było kilka typów sałatek na bazie włoskiego grochu i soczewicy, było
kilka gatunków oliwek- w życiu jeszcze nie jadłam tak pysznych oliwek!
I było sushi - najbardziej mi smakowało sushi z grillowanymi krewetkami
i awokado, oraz z grillowanym łososiem. Córka z mężem i teściową
zajadali sushi z surowym tuńczykiem i łososiem.
W ramach "słodkości" była pasta serowa z włoskimi mielonymi orzechami-
pycha!!!
W piątek byliśmy na koncercie w Filharmonii, zorganizowanym z okazji
dwudziestolecia Berliner Mozart-Chor, którego częścią jest Berliner
Mozart-Kinderchor. Najmłodsza chórzystka ma całe 5 lat i ledwie ją było
widać na scenie bo jest to drobne dziecię. Nasz Krasnal stał na samym
środku w pierwszym rzędzie i ślicznie wyglądał w swej białej koszuli
i niebieskiej muszce. Chłopcy mieli niebieskie muszki, płeć piękna tegoż
koloru kokardy lub opaski na włosach.
Ogromnie mnie Krasnal rozbawił, bo przed koncertem nas poinformował,
że na scenie nie wolno trzech rzeczy- dłubać w nosie, trzymać rąk
w kieszeni oraz wymachiwać do rodziny i wołać "halo, tu jestem".
Ciężkie jest życie chórzysty.
W Berlinie jak zwykle jest wieloetnicznie. Jedynym zauważalnym dla mnie akcentem, że coś się zmieniło był widok policjantki, która we Frankfurcie
nad Odrą weszła do wagonu i powoli przeszła korytarzem zerkając do
przedziałów. Ale oczywiśce weszła do pociągu jadącego do Berlina- do powrotnego już nie.
I wiecie co? fajnie jest być znowu w domu!!!!
Nie wiem jak tu było, ale tam było wiosennie- najniższa temperatura to
+10 stopni, a w sobotę to było tylko +15. I byłoby to bardzo , bardzo
fajnie, gdybym miała do dyspozycji jakieś bardziej wiosenne ciuszki.
Przed wyjazdem z Warszawy zdążyłam jeszcze zrobić taki drobiazg:
Najważniejsze, że podoba się osobie, dla której zrobiłam.
Bo po pierwsze bardzo liczę się z Jej opinią, a po drugie- to
nie była realizacja jakiegoś zamówienia, ale pomysł takiego
naszyjnika wpadł mi do głowy, gdy sobie o tej osobie pomyślałam.
No a teraz ad rem, czyli o świętach. Generalnie były to święta
wielce "luzackie".
Choinka była naturalna, pachnąca lasem, a wszystkie dekoracje
Krasnale wykonali sami. Wszystkie "wisiory" są zrobione z plastikowych
koralikow 3D. Oni układali koraliki, ich mama ograniczyła się tylko do
zgrzania onych koralików żelazkiem (przez papier do pieczenia).
Łańcuchy też były robione w domu, z kolorowego papieru.
A choinka wyglądała tak:
Jak zwykle było mnóstwo prezentów, oczywiście najwięcej załapały
Krasnale.
Od nas były te mięciusie poduszki, które obu chłopcom bardzo się
spodobały i od razu "zamieszkały" w ich łóżkach, zastepując te, na
których dotąd Krasnale spały.
A ja załapałam się, miedzy innymi, na kolorowanki dla dorosłych i
duży komplet kredek Fabera.
Kolorowanki dla dorosłych to taki specyficzny "relaksowiec, uspakajacz".
Ja dostałam obrazki z cyklu "Zaginiony Ocean", córka - "Kwiaty".
I wiecie co? - te kolorowanki są super wciągające- nie da się ukryć, że
pokolorowanie jednej strony może zająć bez trudu kilka godzin, a na
niektóre to trzeba będzie poświęcić i ze dwa a nawet trzy dni - tyle
jest tam detali. A praca z kredkami Fabera to naprawdę sama frajda!!!
Co do samej wigilii - powiem tak- "nowoczesność w domu i w zagrodzie".
Po pierwsze: wszystko było zakupione w miejscu o nazwie "Liście
winorośli" i wszystko było "na zimno". Tytułowe liście winorośli kryły
w swym wnętrzu przeróżne nadzienia , ostre, łagodne i słodkie.
Było kilka typów sałatek na bazie włoskiego grochu i soczewicy, było
kilka gatunków oliwek- w życiu jeszcze nie jadłam tak pysznych oliwek!
I było sushi - najbardziej mi smakowało sushi z grillowanymi krewetkami
i awokado, oraz z grillowanym łososiem. Córka z mężem i teściową
zajadali sushi z surowym tuńczykiem i łososiem.
W ramach "słodkości" była pasta serowa z włoskimi mielonymi orzechami-
pycha!!!
W piątek byliśmy na koncercie w Filharmonii, zorganizowanym z okazji
dwudziestolecia Berliner Mozart-Chor, którego częścią jest Berliner
Mozart-Kinderchor. Najmłodsza chórzystka ma całe 5 lat i ledwie ją było
widać na scenie bo jest to drobne dziecię. Nasz Krasnal stał na samym
środku w pierwszym rzędzie i ślicznie wyglądał w swej białej koszuli
i niebieskiej muszce. Chłopcy mieli niebieskie muszki, płeć piękna tegoż
koloru kokardy lub opaski na włosach.
Ogromnie mnie Krasnal rozbawił, bo przed koncertem nas poinformował,
że na scenie nie wolno trzech rzeczy- dłubać w nosie, trzymać rąk
w kieszeni oraz wymachiwać do rodziny i wołać "halo, tu jestem".
Ciężkie jest życie chórzysty.
W Berlinie jak zwykle jest wieloetnicznie. Jedynym zauważalnym dla mnie akcentem, że coś się zmieniło był widok policjantki, która we Frankfurcie
nad Odrą weszła do wagonu i powoli przeszła korytarzem zerkając do
przedziałów. Ale oczywiśce weszła do pociągu jadącego do Berlina- do powrotnego już nie.
I wiecie co? fajnie jest być znowu w domu!!!!
niedziela, 13 grudnia 2015
Jestem.......
......obywatelką gorszego sortu i zapewne obciążona genem zdrady.
Ale to lepsze niż być obciążonym genem obłędu.
I dziś dziękuję tym wszystkim, którzy mają podobne jak ja wady, że pomimo naprawdę marnej pogody potrafili wznieść się ponad podziały polityczne i
światopoglądowe i razem, zgodnie, w kulturalny sposób zaprotestować
przeciw psuciu i rozwalaniu dorobku ostatnich dwudziestu sześciu lat
istnienia naszego Państwa.
Manifestacja w Warszawie była naprawdę piękna i gdy spoglądałam na ten karnie, a jednocześnie dość radośnie postępujący pochód, którego czoło było już pod Kolumną Króla Zygmunta a koniec na Placu Trzech Krzyży- serce
rosło i wracała wiara w to, że nie wszyscy u nas są nosicielami genu obłędu
i destrukcji.
Szli zgodnie i ci w moim wieku i ich dorosłe dzieci i ich wnuki. To był dopiero
pierwszy taki marsz, ale jestem pewna, że nie ostatni.
To był marsz wielopokoleniowy- byli również ci, którzy ostatnim razem szli tak
ulicami Warszawy w czasach Solidarności . Byli też i ci, którzy brali udział
w protestach w marcu 1968r.
Nikt nikogo nie obrażał, nie było żadnych obrazliwych inwektyw pod adresem
aktualnie rządzących.
To był piękny, kilku godzinny marsz. Żałujcie, że Was tam nie było.
*****
Święta coraz bliżej. Tym razem moja przerwa świąteczna będzie dość długa-
wyjeżdżam jutro, wracam z karawaną Trzech Króli.
Zimę mamy w tym roku nietypową i zamiast z choinką zostawiam
Was z tym pięknym reniferem wcinającym pelargonie.
Zapewne to milsze zajęcie niż ciągnięcie sań załadowanych po brzegi
prezentami.
Wszystkim gościom stałym i zaglądającym życzę
Wesołych Świąt
i
szczęścia, radości, spokoju,
spełnienia marzeń
w
NOWYM ROKU !
Ale to lepsze niż być obciążonym genem obłędu.
I dziś dziękuję tym wszystkim, którzy mają podobne jak ja wady, że pomimo naprawdę marnej pogody potrafili wznieść się ponad podziały polityczne i
światopoglądowe i razem, zgodnie, w kulturalny sposób zaprotestować
przeciw psuciu i rozwalaniu dorobku ostatnich dwudziestu sześciu lat
istnienia naszego Państwa.
Manifestacja w Warszawie była naprawdę piękna i gdy spoglądałam na ten karnie, a jednocześnie dość radośnie postępujący pochód, którego czoło było już pod Kolumną Króla Zygmunta a koniec na Placu Trzech Krzyży- serce
rosło i wracała wiara w to, że nie wszyscy u nas są nosicielami genu obłędu
i destrukcji.
Szli zgodnie i ci w moim wieku i ich dorosłe dzieci i ich wnuki. To był dopiero
pierwszy taki marsz, ale jestem pewna, że nie ostatni.
To był marsz wielopokoleniowy- byli również ci, którzy ostatnim razem szli tak
ulicami Warszawy w czasach Solidarności . Byli też i ci, którzy brali udział
w protestach w marcu 1968r.
Nikt nikogo nie obrażał, nie było żadnych obrazliwych inwektyw pod adresem
aktualnie rządzących.
To był piękny, kilku godzinny marsz. Żałujcie, że Was tam nie było.
*****
Święta coraz bliżej. Tym razem moja przerwa świąteczna będzie dość długa-
wyjeżdżam jutro, wracam z karawaną Trzech Króli.
Zimę mamy w tym roku nietypową i zamiast z choinką zostawiam
Was z tym pięknym reniferem wcinającym pelargonie.
Zapewne to milsze zajęcie niż ciągnięcie sań załadowanych po brzegi
prezentami.
Wszystkim gościom stałym i zaglądającym życzę
Wesołych Świąt
i
szczęścia, radości, spokoju,
spełnienia marzeń
w
NOWYM ROKU !
czwartek, 10 grudnia 2015
Takie sobie różne myśli
Od wygrania wyborów przez partię PRL-bis nie mogę jakoś do siebie
dojść- przeżyłam poważny wstrząs, bo naiwnie myślałam, że mamy
w kraju nieco bardziej odpowiedzialne społeczeństwo.
Ale myliłam się, ogromnie się pomyliłam, jak jeszcze nigdy w życiu.
Nie sądziłam, że aż tak ogromna jest tęsknota ludzi za peerelem.
Bo PiS, chociaż sam siebie przedstawia jako partię prawicową,głosi
hasła rodem z peerelu.
Jedyna różnica polega na tym, że wtedy rację miała jedyna właściwa
partia o nazwie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza a teraz jej
miejsce zajęła partia o zwodniczej nazwie Prawo i Sprawiedliwość,
partia o zdecydowanie nacjonalistycznym profilu, lekceważąca
i prawo i ową sprawiedliwość.
Jedyną, choć mocno wątpliwą dla mnie pociechą jest to, że po
niedługim czasie wyborcy owej partii obudzą się któregoś ranka
z przysłowiową ręką w nocniku.
Szkoda mi tylko, że kraj o tak dużych możliwościach padł ofiarą PiSu.
*****
Jak się tak spokojnie zastanowić to na całym świecie robi się "dziwno a straszno".
Europa przeżywa trudne chwile, ale wyglada na to, że nie za bardzo
wie, co ma z tym fantem, zwanym uchodzcy, począć.
Bo gdy się dokładnie całej sprawie przyjrzeć z bliska, to są dwa rodzaje
uchodzców - ci, którzy naprawdę uciekają przed okrucieństwami wojny
i ci, którzy najzwyczajniej w świecie chcą sobie poprawić byt. I tych
drugich jest znacznie więcej i już od dawna usiłują się osiedlić w Europie.
A Europa nie potrafi odróżnić jednych od drugich.
To prawda, że całe "zastępy" Polaków od dawna jezdziły "na saxy"-
do USA i do Europy Zachodniej. I ten fakt ma nam ułatwić myśl o tym,
że i u nas pojawią się jacyś uchodzcy. Tyle tylko, że nie jesteśmy dla
nich interesującym krajem, socjal niski mamy.
Tam większość Polaków pracowała "na czarno", tam zarabiała, tu wydawała.
Pamiętam "cudowne czasy PRL", gdy za 100 dolarów można było w Polsce
spokojnie przeżyć miesiąc.
Jedna z moich sąsiadek miała siostrę w Australii, dla której 100$ to nie
był wydatek, więc przesyłała siostrze co miesiąc 100$ i ta bez trudu
utrzymywała się wraz z dzieckiem z kwoty za sprzedane dolary.
Ale nieco zeszłam z tematu, a więc jak mówi Klarka, "do brzegu".
Problem uchodzców narasta i zaczyna przypominać guz rakowy, który
lada moment da przerzuty.
Bo owi uchodzcy, a zwłaszcza ci mniej autentyczni, mają wymagania -
chcą zachować swą odrębność kulturową wraz z wszystkimi atrybutami
obyczajowymi, a do tego mieć wszystkie przywileje autochtonów, a
zwłaszcza te finansowe.
I, choć naprawdę od dziecka wbijano mi do głowy, że ani kolor skóry ani
wyznanie nie dyskredytuje człowieka to zaczynam mieć wątpliwości,
czy wprowadzenie do Europy wszystkich chętnych ma jakiś sens.
Bo większość z nich niczego pożytecznego do swego nowego kraju nie
wniesie, bo ludzi o niskich kwalifikacjach każdy kraj ma własnych i spore
kłopoty z ich "zagospodarowaniem".
*****
Wyjeżdżam za kilka dni, wrócę z karawaną Trzech Króli.
Prezenty już prawie wszystkie mam. I jak to dobrze, że wymieniłam
wcześniej złotówki na euro! Euro i dolary szybują w górę wobec złotego,
za co należy gorąco podziękować wyborcom PiSu. Nasze notowania, nie
tylko w Europie spadają w dól, razem z wartością złotego.
No cóż, zawsze mówiłam, że bocian zrzucił mnie w złym miejscu:)
dojść- przeżyłam poważny wstrząs, bo naiwnie myślałam, że mamy
w kraju nieco bardziej odpowiedzialne społeczeństwo.
Ale myliłam się, ogromnie się pomyliłam, jak jeszcze nigdy w życiu.
Nie sądziłam, że aż tak ogromna jest tęsknota ludzi za peerelem.
Bo PiS, chociaż sam siebie przedstawia jako partię prawicową,głosi
hasła rodem z peerelu.
Jedyna różnica polega na tym, że wtedy rację miała jedyna właściwa
partia o nazwie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza a teraz jej
miejsce zajęła partia o zwodniczej nazwie Prawo i Sprawiedliwość,
partia o zdecydowanie nacjonalistycznym profilu, lekceważąca
i prawo i ową sprawiedliwość.
Jedyną, choć mocno wątpliwą dla mnie pociechą jest to, że po
niedługim czasie wyborcy owej partii obudzą się któregoś ranka
z przysłowiową ręką w nocniku.
Szkoda mi tylko, że kraj o tak dużych możliwościach padł ofiarą PiSu.
*****
Jak się tak spokojnie zastanowić to na całym świecie robi się "dziwno a straszno".
Europa przeżywa trudne chwile, ale wyglada na to, że nie za bardzo
wie, co ma z tym fantem, zwanym uchodzcy, począć.
Bo gdy się dokładnie całej sprawie przyjrzeć z bliska, to są dwa rodzaje
uchodzców - ci, którzy naprawdę uciekają przed okrucieństwami wojny
i ci, którzy najzwyczajniej w świecie chcą sobie poprawić byt. I tych
drugich jest znacznie więcej i już od dawna usiłują się osiedlić w Europie.
A Europa nie potrafi odróżnić jednych od drugich.
To prawda, że całe "zastępy" Polaków od dawna jezdziły "na saxy"-
do USA i do Europy Zachodniej. I ten fakt ma nam ułatwić myśl o tym,
że i u nas pojawią się jacyś uchodzcy. Tyle tylko, że nie jesteśmy dla
nich interesującym krajem, socjal niski mamy.
Tam większość Polaków pracowała "na czarno", tam zarabiała, tu wydawała.
Pamiętam "cudowne czasy PRL", gdy za 100 dolarów można było w Polsce
spokojnie przeżyć miesiąc.
Jedna z moich sąsiadek miała siostrę w Australii, dla której 100$ to nie
był wydatek, więc przesyłała siostrze co miesiąc 100$ i ta bez trudu
utrzymywała się wraz z dzieckiem z kwoty za sprzedane dolary.
Ale nieco zeszłam z tematu, a więc jak mówi Klarka, "do brzegu".
Problem uchodzców narasta i zaczyna przypominać guz rakowy, który
lada moment da przerzuty.
Bo owi uchodzcy, a zwłaszcza ci mniej autentyczni, mają wymagania -
chcą zachować swą odrębność kulturową wraz z wszystkimi atrybutami
obyczajowymi, a do tego mieć wszystkie przywileje autochtonów, a
zwłaszcza te finansowe.
I, choć naprawdę od dziecka wbijano mi do głowy, że ani kolor skóry ani
wyznanie nie dyskredytuje człowieka to zaczynam mieć wątpliwości,
czy wprowadzenie do Europy wszystkich chętnych ma jakiś sens.
Bo większość z nich niczego pożytecznego do swego nowego kraju nie
wniesie, bo ludzi o niskich kwalifikacjach każdy kraj ma własnych i spore
kłopoty z ich "zagospodarowaniem".
*****
Wyjeżdżam za kilka dni, wrócę z karawaną Trzech Króli.
Prezenty już prawie wszystkie mam. I jak to dobrze, że wymieniłam
wcześniej złotówki na euro! Euro i dolary szybują w górę wobec złotego,
za co należy gorąco podziękować wyborcom PiSu. Nasze notowania, nie
tylko w Europie spadają w dól, razem z wartością złotego.
No cóż, zawsze mówiłam, że bocian zrzucił mnie w złym miejscu:)
niedziela, 6 grudnia 2015
Czasami jednak coś robię
< To jest "pod choinkę" dla córci
To też dla córci >
Pierwszy naszyjnik jest dla Osoby, którą szczerze zawsze podziwiam i przeogromnie lubię. Projekt mój własny. Cały z koralików toho.
Te dwa dla córki to dla mnie eksperyment- nigdy nie łączyłam metalu
z kryształkami .
Kryształki to czeskie koraliki Fire Polish, niestety wybór kolorów był
niewielki i nieco odbiegają od oryginału.
Ten ostatni wisiorek to koraliki, haft i metalowy łańcuszek.
Nawet nie wiem, czy mnie się te dwa naszyjniki podobają.
Obydwa są inspirowane pewnymi "gotowcami", które córka wypatrzyła na
necie.
A ja mam ten feler, że mam kłopot ze ścisłym odwzorowaniem.
No i jakoś bardziej lubię robić to, co sama wymyślę.
Czeka mnie jeszcze zrobienie bransoletki techniką makramową- koraliki
pomiędzy dwoma okrągłymi rzemieniami.
Na szczęście nie pilne.
To też dla córci >
Pierwszy naszyjnik jest dla Osoby, którą szczerze zawsze podziwiam i przeogromnie lubię. Projekt mój własny. Cały z koralików toho.
Te dwa dla córki to dla mnie eksperyment- nigdy nie łączyłam metalu
z kryształkami .
Kryształki to czeskie koraliki Fire Polish, niestety wybór kolorów był
niewielki i nieco odbiegają od oryginału.
Ten ostatni wisiorek to koraliki, haft i metalowy łańcuszek.
Nawet nie wiem, czy mnie się te dwa naszyjniki podobają.
Obydwa są inspirowane pewnymi "gotowcami", które córka wypatrzyła na
necie.
A ja mam ten feler, że mam kłopot ze ścisłym odwzorowaniem.
No i jakoś bardziej lubię robić to, co sama wymyślę.
Czeka mnie jeszcze zrobienie bransoletki techniką makramową- koraliki
pomiędzy dwoma okrągłymi rzemieniami.
Na szczęście nie pilne.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
