Zasadniczo nie lubię wspominać, ale spotkaliśmy się ostatnio z dawno
nie widzianymi znajomymi i zaczęły się wspomnienia naszego wspólnie
spędzonego urlopu. A poniosło nas z naszymi córkami do Rosji,
w okolice Soczi. Byliśmy w miejscowości Dagomys, w olbrzymim
hotelu typu "rozrosły wieżowiec", też o nazwie "Dagomys". Nie mam
już zdjęć z tego pobytu, bo zabrała je ze sobą córka, ale znalazłam
ten cud architektury w sieci. Oto on:
Hotel budowali Jugosłowianie, był naprawdę całkiem gustowny wewnątrz.
Gro czasu spędzaliśmy na na tych basenach, które były połączone kanałem
z basenem wewnątrz hotelu. Chwała projektantowi za te baseny, bo plaża
była betonowa, wąski pas nad samym morzem kamienisty, dno pełne
kamieni, woda niezbyt ciepła, mimo upału.Nasze córki były szczęśliwe, bo
mieszkały razem w pokoju, więc mogły się nagadać do woli. Właściwie
miały luz, musiały nas tylko informować gdzie ich w razie czego szukać.
Już drugiego dnia latały z całą zgrają polskich nastolatków. Dziś się z tego
śmiejemy, ale wtedy i znajomi i my zastanawialiśmy się, czy aby nie mają
za dużo swobody.
Codziennie były na dyskotece, my zresztą też , do dyspozycji gości
były korty tenisowe, boiska do gier zespołowych, kilka kawiarni poza
hotelem, ze dwie spore kawiarnie w hotelu i sala z automatami do gry.
Wspominaliśmy ten pobyt całkiem niezle, choć całe dwa tygodnie byliśmy
ciągle głodni - niestety jedzenie było tragiczne. Sałatka jarzynowa miała
w środku.....słoninę krojoną w kostkę, ryby nie były przed smażeniem
dokładnie patroszone, a kurczaki miały wprawdzie mocno przypieczoną
skórę, ale w środku były niemal surowe. Ratowaliśmy się wyprawami do
Soczi. gdzie kupowaliśmy owoce i pieczywo.
Jeśli ktoś myśli, że w Soczi była lepsza plaża, to zapewniam, że jeszcze
gorsza, bo dużo brudniejsza.
W Soczi był piękny ogród botaniczny, ale upał był koszmarny, wilgotność
z 90% i wszyscy wprost zdychaliśmy.
Podobnie było w Gagrze, zdjęcie też z sieci.
Czuliśmy się wszyscy niczym w łazni parowej- nad Gagrą unosiła się gorąca
mgła, nie było czym oddychać, a my ledwie dreptaliśmy. Nie byliśmy w stanie
zachwycać się urodą miejscowości ani ukrytymi w niej pięknymi pałacykami.
Siedzieliśmy umordowani na ławce pod palmą, czekając na dalszy ciąg
wycieczki.
A potem pojechaliśmy nad górskie jezioro Rica. I tu było cudownie. Czyste,
chłodne powietrze, piękne puściutkie jezioro, takie bardzo pocztówkowe.
Zresztą zobaczcie sami:
Jezioro powstało w wyniku usunięcia się jednego ze szczytów Kaukazu.
Jest duże, bo ma ok. 1,5 km kw. powierzchni i znajduje się 950 m nad
poziomem morza. Jakimś cudem byliśmy jedyną wycieczką w tym miejscu
i było naprawdę świetnie, aż żal było stamtąd wyjeżdżać.
Byliśmy na jeszcze jednej ciekawej wycieczce - lecieliśmy helikopterem
nad Kaukazem. Wrażenie dziwne, bo pod nami żywego ducha nie było
widać - ani jednego zabudowania, żadnej szerszej drogi, wszędzie lasy
i to gęste, żadnej polany. Naliczyłam tylko kilka wąziutkich ścieżek
Powspominaliśmy cały pobyt i zrobiło nam się nieco smutno.
W następnym roku polała się krew na tej drodze, którą jechaliśmy do
Gagry. Z pięknych pałacyków w Gagrze zostały ruiny.
W Soczi pobudowali masę wieżowców-hoteli, teraz Soczi rozciąga się
na długości 147 km wzdłuż wybrzeża morskiego, a Dagomys jest też
częścią Soczi. Z tego co widziałam na terażniejszych zdjęciach, to
Dagomys bardzo się rozbudował, ale nie nad samym morzem, raczej
zabudowa poszła w głąb lądu. Nic dziwnego - wzdłuż linii brzegu
ciągnie się linia kolejowa.
Śmieliśmy się, że jakoś tak dziwnie się złożyło- nawiedziliśmy Abchazję
i wnet wybuchły tam niepokoje.
Zaplanowaliśmy wspólny wyjazd do Jugosławii - nic z tego nie wyszło,
zaczęli się tłuc na całego.
I tak się zastanawiamy - my tacy pechowi dla innych, czy raczej mamy
szczęście i oglądamy coś w ostatniej chwili?
Zdjęcia brałam z sieci, z rosyjskich stron jakiegoś biuletynu
szachowego.
drewniana rzezba
wtorek, 13 marca 2012
sobota, 10 marca 2012
280. Remanent
Robię remanent w klamotach koralikowych, bo pomału przestaję
ogarniać co mam w rozmaitych pudełkach. Więc przeglądam i na
bieżąco zagospodarowuję, zwłaszcza,że czekam na brakujące koraliki.
Znalazłam jeszcze poduszeczki z korala i hematyty, więc powstał
taki naszyjnik:
Znalazłam też owalne korale z obsydianu śnieżnego i szybciutko zrobiłam
następny, taki:
Poza tym w ramach ćwiczenia ściegu zrobiłam naszyjnik siateczkowy.
Oooo, taki:
A teraz czas wziąć się za własne gary, w kuchni.
ogarniać co mam w rozmaitych pudełkach. Więc przeglądam i na
bieżąco zagospodarowuję, zwłaszcza,że czekam na brakujące koraliki.
Znalazłam jeszcze poduszeczki z korala i hematyty, więc powstał
taki naszyjnik:
Znalazłam też owalne korale z obsydianu śnieżnego i szybciutko zrobiłam
następny, taki:
Poza tym w ramach ćwiczenia ściegu zrobiłam naszyjnik siateczkowy.
Oooo, taki:
A teraz czas wziąć się za własne gary, w kuchni.
czwartek, 8 marca 2012
279. Obraz nędzy i rozpaczy....
widzę gdy spoglądam w lustro. Znów mam wylew w oku, na szczęście
tym razem niewielki, poprzedni był koszmarny. Ciekawe, czy to może od
nadmiernego leniuchowania? Niemal nic nie robię, a coś takiego się zdarzyło.
Ale dość biadolenia, obiecałam napisać o tym co jeszcze oglądałam na
Planete+. Były to dwa filmy, nakręcone w dwóch różnych krajach -
w Kenii i Albanii.Oba dotyczyły tego, jak sobie radzą ludzie w krajach
biednych, o niskim poziomie rozwoju gospodarczego .
Jak wiecie kraje afrykańskie mają bardzo wysoki poziom ubóstwa,
choć niektóre z nich notują duży przyrost PKB. Zaimponowali mi
młodzi Kenijczycy, którzy są niesamowicie pomysłowymi ludzmi.
Wyobrazcie sobie skraj pustyni, chaty typu lepianki, i coś, co jest
właściwie jednoosobową budką skleconą z resztek desek, tektury
i odpowiednio udrapowanych szmat. Ale to wcale nie jest zwykła
budka - to jest kawiarenka internetowa. Godzina korzystania z netu
kosztuje zaledwie kilkanaście centymów. Wszystko jest z odzysku-
bateria słoneczna, cała instalacja, metalowa przedpotopowa klawia-
tura i coś co jest rzekomo "myszą". I to wszystko działa.
Wokół stolicy Kenii, Nairobi, od wielu, wielu lat są olbrzymie slamsy.
Policja już nawet przestała wysiedlać tych ludzi, żyje tam już drugie
pokolenie tych, co się kiedyś osiedlili. I ci młodzi ludzie starają się
organizować samozatrudnienie. Przede wszystkim zajmują się
swoistym recyklingiem - rzeczom wyrzuconym dają nowe, inne życie.
Między innymi z kości zwierząt produkują fantastyczne ozdoby,
biżuterię popielniczki, świeczniki itp. Barwią je gotując w...nadman-
ganianie potasu. Przed barwieniem nanoszą wzór silikonem, potem
silikon usuwają i te miejsca pozostają niezabarwione.
A jeden z tych młodych wymyślił i skonstruował małą lampkę
solarną, która jest przeznaczona dla dzieci chodzących do szkoły
wszędzie tam, gdzie nie ma elektryczności. Lampka umożliwia odrabianie
lekcji po zmroku i każde dziecko dostaje ją za darmo. Jej zmyślna
konstrukcja sprawia, że daje b. jasne światło, a świeci ok.6 godzin.
Wystarczy ją rano wystawić na działanie słońca. Oczywiście niemal
wszystkie elementy są z odzysku.
Podobał mi się ten film - przede wszystkim zmienia obraz
Afrykanina jako bezmózgowego dzikusa, pokazuje jaki w nich
drzemie potencjał. Druga sprawa - każdy kto coś wymyśli, dzieli się
swym pomysłem i jego wykorzystywaniem z innymi. Ten, który
prowadzi warsztat wytwórczy biżuterii zatrudnia kilka osób -
każdy pracownik i on także, dostaje taką samą ilość pieniędzy -
odliczają koszty, resztą dzielą się po równo. A zbyt mają wśród
wszystkich placówek turystyczno-hotelowych.
Albania wciąż nie może sobie poradzić z tym wszystkim co
pozostało po starym systemie. Jest to kraj, w którym na czterech
mieszkańców przypada jeden bunkier, zbudowany ze zbrojonego
betonu. Obecnie najprostszym sposobem wykorzystania tych
nikomu niepotrzebnych budowli jest ich rozbiórka i pozyskanie
grubych, metalowych prętów i płyt. Albańczycy też się cały
czas zajmują swoistym recyklingiem , wszystko się przyda, nie ma
tak starego silnika, który by tam już nie działał. Widok turbin w
prywatnej elektrowni wodnej przyprawiał o dreszcz- na wszelki
wypadek każdy zwiedzający musi trzymać ręce w kieszeniach, żeby
przypadkiem nie dotknąć któregoś z urządzeń - zero izolacji, zero BHP.
Ale ten odcinek filmu zrobił na mnie bardzo przygnębiające wrażenie.
Wiele spraw wygląda tam zbyt znajomo - z przeszłości.
****
A teraz coś dla pań urodzonych w roku Smoka. Lata , które są latami
Smoka znajdziecie w Google, horoskop też. "Smoczyce" powinny
nosić dodatki z kolorem czerwonym i złotym . Wśród Smoczyc chętnych
na coś czerwonego, rozlosuję ten oto "biżutek".
Zdjęcie nie jest najlepsze, te małe koraliki są naprawdę mocno czerwone,
a nie różowe.
tym razem niewielki, poprzedni był koszmarny. Ciekawe, czy to może od
nadmiernego leniuchowania? Niemal nic nie robię, a coś takiego się zdarzyło.
Ale dość biadolenia, obiecałam napisać o tym co jeszcze oglądałam na
Planete+. Były to dwa filmy, nakręcone w dwóch różnych krajach -
w Kenii i Albanii.Oba dotyczyły tego, jak sobie radzą ludzie w krajach
biednych, o niskim poziomie rozwoju gospodarczego .
Jak wiecie kraje afrykańskie mają bardzo wysoki poziom ubóstwa,
choć niektóre z nich notują duży przyrost PKB. Zaimponowali mi
młodzi Kenijczycy, którzy są niesamowicie pomysłowymi ludzmi.
Wyobrazcie sobie skraj pustyni, chaty typu lepianki, i coś, co jest
właściwie jednoosobową budką skleconą z resztek desek, tektury
i odpowiednio udrapowanych szmat. Ale to wcale nie jest zwykła
budka - to jest kawiarenka internetowa. Godzina korzystania z netu
kosztuje zaledwie kilkanaście centymów. Wszystko jest z odzysku-
bateria słoneczna, cała instalacja, metalowa przedpotopowa klawia-
tura i coś co jest rzekomo "myszą". I to wszystko działa.
Wokół stolicy Kenii, Nairobi, od wielu, wielu lat są olbrzymie slamsy.
Policja już nawet przestała wysiedlać tych ludzi, żyje tam już drugie
pokolenie tych, co się kiedyś osiedlili. I ci młodzi ludzie starają się
organizować samozatrudnienie. Przede wszystkim zajmują się
swoistym recyklingiem - rzeczom wyrzuconym dają nowe, inne życie.
Między innymi z kości zwierząt produkują fantastyczne ozdoby,
biżuterię popielniczki, świeczniki itp. Barwią je gotując w...nadman-
ganianie potasu. Przed barwieniem nanoszą wzór silikonem, potem
silikon usuwają i te miejsca pozostają niezabarwione.
A jeden z tych młodych wymyślił i skonstruował małą lampkę
solarną, która jest przeznaczona dla dzieci chodzących do szkoły
wszędzie tam, gdzie nie ma elektryczności. Lampka umożliwia odrabianie
lekcji po zmroku i każde dziecko dostaje ją za darmo. Jej zmyślna
konstrukcja sprawia, że daje b. jasne światło, a świeci ok.6 godzin.
Wystarczy ją rano wystawić na działanie słońca. Oczywiście niemal
wszystkie elementy są z odzysku.
Podobał mi się ten film - przede wszystkim zmienia obraz
Afrykanina jako bezmózgowego dzikusa, pokazuje jaki w nich
drzemie potencjał. Druga sprawa - każdy kto coś wymyśli, dzieli się
swym pomysłem i jego wykorzystywaniem z innymi. Ten, który
prowadzi warsztat wytwórczy biżuterii zatrudnia kilka osób -
każdy pracownik i on także, dostaje taką samą ilość pieniędzy -
odliczają koszty, resztą dzielą się po równo. A zbyt mają wśród
wszystkich placówek turystyczno-hotelowych.
Albania wciąż nie może sobie poradzić z tym wszystkim co
pozostało po starym systemie. Jest to kraj, w którym na czterech
mieszkańców przypada jeden bunkier, zbudowany ze zbrojonego
betonu. Obecnie najprostszym sposobem wykorzystania tych
nikomu niepotrzebnych budowli jest ich rozbiórka i pozyskanie
grubych, metalowych prętów i płyt. Albańczycy też się cały
czas zajmują swoistym recyklingiem , wszystko się przyda, nie ma
tak starego silnika, który by tam już nie działał. Widok turbin w
prywatnej elektrowni wodnej przyprawiał o dreszcz- na wszelki
wypadek każdy zwiedzający musi trzymać ręce w kieszeniach, żeby
przypadkiem nie dotknąć któregoś z urządzeń - zero izolacji, zero BHP.
Ale ten odcinek filmu zrobił na mnie bardzo przygnębiające wrażenie.
Wiele spraw wygląda tam zbyt znajomo - z przeszłości.
****
A teraz coś dla pań urodzonych w roku Smoka. Lata , które są latami
Smoka znajdziecie w Google, horoskop też. "Smoczyce" powinny
nosić dodatki z kolorem czerwonym i złotym . Wśród Smoczyc chętnych
na coś czerwonego, rozlosuję ten oto "biżutek".
Zdjęcie nie jest najlepsze, te małe koraliki są naprawdę mocno czerwone,
a nie różowe.
poniedziałek, 5 marca 2012
278. Robię NIC
Co robisz? -zapytała mnie koleżanka przez telefon. NIC- odpowiedziałam
zgodnie z prawdą.
Bo naprawdę to robię NIC. Coś podłubałam w koralikach, ale jakoś nie
zauważyłam, że teraz są sprzedawane po 5 gramów i oczywiście mi ich
zabrakło.
Tak mnie to zezłościło, że straciłam ochotę do robienia czegokolwiek.
Ale obejrzałam kilka dobrych filmów dokumentalnych i trochę sportu.
****
Na początek obejrzałam mocno wzruszający film o in vitro. To była
historia młodego małżeństwa (Korea Płd.) - ona- śliczna, wykształcona
dziewczyna, chorująca na samoistną łamliwość kości. Piękna młoda
kobieta o wzroście 5 letniego dziecka, po 60 złamaniach kości, licznych
zabiegach operacyjnych , z kośćmi usztywnionymi prętami, poruszająca
się z trudem o kulach. I on- zakochany w niej niemiłosiernie, dbający,
pomagający na każdym kroku. Po pięciu latach małżeństwa, gdy wciąż
nie było dziecka, postanowili, że należy tę sprawę omówić z lekarzem.
Badania wykazały, że oboje są sprawni pod względem rozrodczym,
ale istnieje 50% szans, że dziecko odziedziczy wadliwy gen matki i też
będzie cierpieć na wrodzoną, samoistną łamliwość kości. Ponieważ
młodzi ogromnie pragnęli dziecka, zaproponowano im zapłodnienie
in vitro, ich własnym materiałem genetycznym, jeżeli uda się wyodrębnić
i zlokalizować wadliwy gen. Dotychczas tylko raz udała się taka
operacja. Tu mam coś dla przeciwników metody in vitro- zapewniam
was, że całe to działanie ani przez minutę nie niesie za sobą choć
odrobiny przyjemności - to ból, złe samopoczucie i wielka niepewność,
bo powodzenie osiąga się w zaledwie 30% przypadków.
Badania nad wyodrębnieniem i zlokalizowaniem wadliwego genu powiodły
się i zapadła decyzja o zapłodnieniu in vitro, choć nie ulegało wątpliwości,
że ciąża i poród będą dla organizmu matki wielkim ryzykiem.
Udało się pobranie jajeczek od matki (po uprzedniej stymulacji
hormonalnej) , oraz ich zapłodnienie. Oczywiście nie wszystkie pobrane
komórki jajowe udało się zapłodnić. Gdy dokonał się podział zapłodnionych
komórek jajowych , usunięto komórki, w których zlokalizowano wadliwy
gen, pozostawiając tylko te zdrowe. Dwa zdrowe zarodki zaimplantowano
w macicy, resztę zamrożono i czekano z niecierpliwością, co dalej. Niestety,
zarodki nie zagniezdziły się, ciąży nie było. Rozpacz obojga była wielka, ale
w 5 miesięcy pózniej ponowiono całą procedurę. Tym razem udało się,
jeden z zarodków zaczął się w macicy rozwijać. I w ten sposób pojawił się
na świecie chłopczyk, którego uratowano zabiegiem in vitro przed
odziedziczeniem nieuleczalnej, ciężkiej choroby.
I między innymi dlatego jestem za in vitro.
O dwóch pozostałych filmach napiszę następnym razem.
zgodnie z prawdą.
Bo naprawdę to robię NIC. Coś podłubałam w koralikach, ale jakoś nie
zauważyłam, że teraz są sprzedawane po 5 gramów i oczywiście mi ich
zabrakło.
Tak mnie to zezłościło, że straciłam ochotę do robienia czegokolwiek.
Ale obejrzałam kilka dobrych filmów dokumentalnych i trochę sportu.
****
Na początek obejrzałam mocno wzruszający film o in vitro. To była
historia młodego małżeństwa (Korea Płd.) - ona- śliczna, wykształcona
dziewczyna, chorująca na samoistną łamliwość kości. Piękna młoda
kobieta o wzroście 5 letniego dziecka, po 60 złamaniach kości, licznych
zabiegach operacyjnych , z kośćmi usztywnionymi prętami, poruszająca
się z trudem o kulach. I on- zakochany w niej niemiłosiernie, dbający,
pomagający na każdym kroku. Po pięciu latach małżeństwa, gdy wciąż
nie było dziecka, postanowili, że należy tę sprawę omówić z lekarzem.
Badania wykazały, że oboje są sprawni pod względem rozrodczym,
ale istnieje 50% szans, że dziecko odziedziczy wadliwy gen matki i też
będzie cierpieć na wrodzoną, samoistną łamliwość kości. Ponieważ
młodzi ogromnie pragnęli dziecka, zaproponowano im zapłodnienie
in vitro, ich własnym materiałem genetycznym, jeżeli uda się wyodrębnić
i zlokalizować wadliwy gen. Dotychczas tylko raz udała się taka
operacja. Tu mam coś dla przeciwników metody in vitro- zapewniam
was, że całe to działanie ani przez minutę nie niesie za sobą choć
odrobiny przyjemności - to ból, złe samopoczucie i wielka niepewność,
bo powodzenie osiąga się w zaledwie 30% przypadków.
Badania nad wyodrębnieniem i zlokalizowaniem wadliwego genu powiodły
się i zapadła decyzja o zapłodnieniu in vitro, choć nie ulegało wątpliwości,
że ciąża i poród będą dla organizmu matki wielkim ryzykiem.
Udało się pobranie jajeczek od matki (po uprzedniej stymulacji
hormonalnej) , oraz ich zapłodnienie. Oczywiście nie wszystkie pobrane
komórki jajowe udało się zapłodnić. Gdy dokonał się podział zapłodnionych
komórek jajowych , usunięto komórki, w których zlokalizowano wadliwy
gen, pozostawiając tylko te zdrowe. Dwa zdrowe zarodki zaimplantowano
w macicy, resztę zamrożono i czekano z niecierpliwością, co dalej. Niestety,
zarodki nie zagniezdziły się, ciąży nie było. Rozpacz obojga była wielka, ale
w 5 miesięcy pózniej ponowiono całą procedurę. Tym razem udało się,
jeden z zarodków zaczął się w macicy rozwijać. I w ten sposób pojawił się
na świecie chłopczyk, którego uratowano zabiegiem in vitro przed
odziedziczeniem nieuleczalnej, ciężkiej choroby.
I między innymi dlatego jestem za in vitro.
O dwóch pozostałych filmach napiszę następnym razem.
środa, 29 lutego 2012
277. Przepis
Joter poprosiła mnie o przepis na ten orkiszowy chlebek, więc z chęcią
spełnię tę prośbę.
Składniki:
400 g maki orkiszowej typu 2000,
1 łyżeczka soli,
1 łyżka stołowa oliwy z oliwek,
300 ml ciepłej wody ( nie gorącej),
1/2 łyżeczki miodu,
3/4 saszetki drożdży instant (saszetka na 500 g mąki),
ziarna słonecznika lub sezamu do posypania ( ja nie dałam nic)
Wykonanie:
Wymieszać dokładnie wszystkie sypkie składniki, zrobić dołek,
wlać do niego wodę, oliwę, miód. Ciasto ugniatać ok 10 minut,
powinno odchodzić od ścianek naczynia, od ręki -niekoniecznie.
Przygotować mniejszą foremkę- keksówkę, wysmarować masłem,
włożyć do niej ciasto, nakryć ściereczką, postawić w ciepłym miejscu
na 1 i 1/2 godziny do wyrośnięcia.
Rozgrzać piekarnik do temp.200 stopni C, grzanie góra-dół.
Wyrośnięte ciasto wstawić na dolna półkę, piec w 200 stopniach
40 do 50 minut. Ja piekłam 45.
Po upieczeniu ostudzić na kratce.
Dziś zjedliśmy ostatek , do końca nie kruszył się i był "świeży".
Przepis wynaleziony w sieci, na jakimś ogólnym forum. W oryginale
podano by dać 1/2 saszetki drożdży, ja dałam 3/4, tak na logikę,
skoro cała saszetka jest na 500g mąki.
***
Chciałam dziś kupić jeszcze drugą mąkę orkiszową typu 700 by
z niej upiec dwie bułko-bagietki, ale niestety już "wyparowała", nie
ma żadnej.
Chyba poeksperymentuję jutro z mieszanką mąki orkiszowej i
zwykłej pszennej.
Zdam sprawozdanie z tego eksperymentu, przyrzekam.
spełnię tę prośbę.
Składniki:
400 g maki orkiszowej typu 2000,
1 łyżeczka soli,
1 łyżka stołowa oliwy z oliwek,
300 ml ciepłej wody ( nie gorącej),
1/2 łyżeczki miodu,
3/4 saszetki drożdży instant (saszetka na 500 g mąki),
ziarna słonecznika lub sezamu do posypania ( ja nie dałam nic)
Wykonanie:
Wymieszać dokładnie wszystkie sypkie składniki, zrobić dołek,
wlać do niego wodę, oliwę, miód. Ciasto ugniatać ok 10 minut,
powinno odchodzić od ścianek naczynia, od ręki -niekoniecznie.
Przygotować mniejszą foremkę- keksówkę, wysmarować masłem,
włożyć do niej ciasto, nakryć ściereczką, postawić w ciepłym miejscu
na 1 i 1/2 godziny do wyrośnięcia.
Rozgrzać piekarnik do temp.200 stopni C, grzanie góra-dół.
Wyrośnięte ciasto wstawić na dolna półkę, piec w 200 stopniach
40 do 50 minut. Ja piekłam 45.
Po upieczeniu ostudzić na kratce.
Dziś zjedliśmy ostatek , do końca nie kruszył się i był "świeży".
Przepis wynaleziony w sieci, na jakimś ogólnym forum. W oryginale
podano by dać 1/2 saszetki drożdży, ja dałam 3/4, tak na logikę,
skoro cała saszetka jest na 500g mąki.
***
Chciałam dziś kupić jeszcze drugą mąkę orkiszową typu 700 by
z niej upiec dwie bułko-bagietki, ale niestety już "wyparowała", nie
ma żadnej.
Chyba poeksperymentuję jutro z mieszanką mąki orkiszowej i
zwykłej pszennej.
Zdam sprawozdanie z tego eksperymentu, przyrzekam.
niedziela, 26 lutego 2012
275. Dylematy
Nie wiem co się dzieje, ale ciągle mi brak czasu, no zwyczajnie "nie
wyrabiam się", zupełnie. Poza tym już mam zupełnie dość zimowej
aury. Gdy kładłam się spać, tak około 1 w nocy, padał deszcz, taki
zupełnie deszczowy, zwyczajny. Gdy rano wstałam - za oknem było
biało, aż oczy bolały. Teraz pomału, z godnością, śnieg się wycofuje.
****
Zauważyłam ze smutkiem, że robię się coraz mniej cierpliwa. Gorzej,
moja wyrozumiałość dla innych też jakoś zaczyna spadać w okolice
zera.
Przedwczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka, która wyraznie stała
w złej kolejce, gdy natura rozdawała ludziom zdrowie. Chorób ma
więcej niż kończyn i trudno znalezć u niej organ, który działa dobrze,
lub przynajmniej w sposób zadowalający. A zadzwoniła, by się
poradzić, w którym szpitalu ma złożyć swe wątłe ciało. Nie wiem
czemu, ale moja enigmatyczna odpowiedz z gatunku "tam gdzie
będzie miejsce" jakoś jej nie zadowoliła. Zaczęła naciskać, więc
zaproponowałam, że może w tym, w którym wycięto mi pół roku
temu pęcherzyk żółciowy. "O, nigdy, tam Ela umarła, z braku opieki".
Kiedy , nic o tym nie wiem? - odparłam dość przytomnie. Lunia
całkiem szczerze odpowiedziała: "Bo ty jej nie znałaś, a umarła 10 lat
temu. Była po zawale, leżała tam 2 tygodnie, już było dobrze, miała
iść następnego dnia do domu i w nocy , we śnie umarła, bo nikt do
niej w nocy nie zaglądał". Wiecie co, wszystko po takim tekście
opada, nie tylko ręce, biust też. Przecież nie leżała na OIOMie,
nie była podłączona do żadnej aparatury, była już praktycznie
jedną nogą w domu, więc niby dlaczego ktoś miał do niej zaglądać?
To niestety się zdarza, widać serduszko było bardzo chore i słabe. A
takie serduszka mają zwyczaj nagle, bez zapowiedzi, wysiadać na
zawsze.
W sumie się wściekłam i poprosiłam, by nie dzwoniła do mnie
więcej w takich sprawach, bo nie jestem w stanie nic pomóc.
****
Przeczytałam, zarywając noc, książkę Nicci French "Złap mnie,
nim upadnę". Jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny.
Nicci French to pseudonim pary małżeńskiej dziennikarzy, którzy
razem piszą thrillery (Nicci Gerard i Sean French).
Lektura zmusiła mnie do zastanowienia się czy ze mną wszystko jest
w porządku. Chyba jednak tak, moje zrywy nie trwają długo.
****
A tak poza tym to wojuję z ramką do pisanek, uczę się dwóch nowych
ściegów, zrobiłam "sznurek" do jednego z wisiorów i.........doszłam do
wniosku, że mam za mało koralików, brak mi nici, więc muszę znów
zanurkować w sieci sklepów. Mam nadzieję, że nie utonę:)))
wyrabiam się", zupełnie. Poza tym już mam zupełnie dość zimowej
aury. Gdy kładłam się spać, tak około 1 w nocy, padał deszcz, taki
zupełnie deszczowy, zwyczajny. Gdy rano wstałam - za oknem było
biało, aż oczy bolały. Teraz pomału, z godnością, śnieg się wycofuje.
****
Zauważyłam ze smutkiem, że robię się coraz mniej cierpliwa. Gorzej,
moja wyrozumiałość dla innych też jakoś zaczyna spadać w okolice
zera.
Przedwczoraj zadzwoniła do mnie koleżanka, która wyraznie stała
w złej kolejce, gdy natura rozdawała ludziom zdrowie. Chorób ma
więcej niż kończyn i trudno znalezć u niej organ, który działa dobrze,
lub przynajmniej w sposób zadowalający. A zadzwoniła, by się
poradzić, w którym szpitalu ma złożyć swe wątłe ciało. Nie wiem
czemu, ale moja enigmatyczna odpowiedz z gatunku "tam gdzie
będzie miejsce" jakoś jej nie zadowoliła. Zaczęła naciskać, więc
zaproponowałam, że może w tym, w którym wycięto mi pół roku
temu pęcherzyk żółciowy. "O, nigdy, tam Ela umarła, z braku opieki".
Kiedy , nic o tym nie wiem? - odparłam dość przytomnie. Lunia
całkiem szczerze odpowiedziała: "Bo ty jej nie znałaś, a umarła 10 lat
temu. Była po zawale, leżała tam 2 tygodnie, już było dobrze, miała
iść następnego dnia do domu i w nocy , we śnie umarła, bo nikt do
niej w nocy nie zaglądał". Wiecie co, wszystko po takim tekście
opada, nie tylko ręce, biust też. Przecież nie leżała na OIOMie,
nie była podłączona do żadnej aparatury, była już praktycznie
jedną nogą w domu, więc niby dlaczego ktoś miał do niej zaglądać?
To niestety się zdarza, widać serduszko było bardzo chore i słabe. A
takie serduszka mają zwyczaj nagle, bez zapowiedzi, wysiadać na
zawsze.
W sumie się wściekłam i poprosiłam, by nie dzwoniła do mnie
więcej w takich sprawach, bo nie jestem w stanie nic pomóc.
****
Przeczytałam, zarywając noc, książkę Nicci French "Złap mnie,
nim upadnę". Jest zakwalifikowana jako thriller psychologiczny.
Nicci French to pseudonim pary małżeńskiej dziennikarzy, którzy
razem piszą thrillery (Nicci Gerard i Sean French).
Lektura zmusiła mnie do zastanowienia się czy ze mną wszystko jest
w porządku. Chyba jednak tak, moje zrywy nie trwają długo.
****
A tak poza tym to wojuję z ramką do pisanek, uczę się dwóch nowych
ściegów, zrobiłam "sznurek" do jednego z wisiorów i.........doszłam do
wniosku, że mam za mało koralików, brak mi nici, więc muszę znów
zanurkować w sieci sklepów. Mam nadzieję, że nie utonę:)))
czwartek, 23 lutego 2012
274. Ekspresowy naszyjnik
Wczoraj zakupiłam szkło weneckie, dziś zrobiłam, jutro wysyłam do
córki. A oto i on:
Fotografowałam też w trybie ekspresowym, bo słońce świeciło
raptem po minucie, zaraz zakrywały je czarne chmury. Korale
ze szkła weneckiego są ciężkie, więc musiałam mocno zredukować ich
ilość, żeby mą "smoczycę" kark nie bolał. Są zawieszone na lince
jubilerskiej, na którą nawlokłam srebrzyste koraliki toho, dodałam też
ażurowe, kwadratowe przekładki.
Przy okazji skończyłam kolejne pisanki i przymierzyłam do posiadanej
ramki. Okazało się, że zmieszczą się tylko 3 pisanki. Oczywiście ramka
wymaga jeszcze zdekupażowania. A wygląda to tak:
córki. A oto i on:
Fotografowałam też w trybie ekspresowym, bo słońce świeciło
raptem po minucie, zaraz zakrywały je czarne chmury. Korale
ze szkła weneckiego są ciężkie, więc musiałam mocno zredukować ich
ilość, żeby mą "smoczycę" kark nie bolał. Są zawieszone na lince
jubilerskiej, na którą nawlokłam srebrzyste koraliki toho, dodałam też
ażurowe, kwadratowe przekładki.
Przy okazji skończyłam kolejne pisanki i przymierzyłam do posiadanej
ramki. Okazało się, że zmieszczą się tylko 3 pisanki. Oczywiście ramka
wymaga jeszcze zdekupażowania. A wygląda to tak:
| To tylko projekt, ramkę muszę zdekupażować |
Subskrybuj:
Posty (Atom)


