Pisałam Wam kiedyś, że podróże kształcą, nawet te nieduże, a siedzenie
w punktach medycznych pozwala na wysłuchanie rożnych życiorysów.
Czekając wczoraj na zabiegi wysłuchałam takiej oto opowieści:
rzecz się działa ponoć wiele lat temu. Z balu maturalnego pewną
pannę odprowadzał jej chłopak. Droga do domu była dość daleka a
chłopak poczuł przypływ miłości i chuci i panienkę zaciągnął w krzaki.
Podobno opierała się, protestowała itp., ale chłopak zapewniając ją
o swej głębokiej miłości - zgwałcił. Gdy okazało się, że jest w ciąży-
rodzice obojga doszli do wniosku, że powinni się pobrać, ale dziewczyna
zaprotestowała, bo po tym gwałcie nie chciała już tego chłopaka
oglądać, taki w niej budził wstręt. I wcale mnie to nie dziwi.
Ponieważ w naszej "kulturze" dziecko nieślubne to wstyd i hańba
nie tylko dla delikwentki, ale i dla całej rodziny, panienkę
wyekspediowano do dalekiej krewnej, by tam donosiła ciążę i odbyła
poród. Zastanawiano się co począć z dzieckiem i uradzono, że
rodzice panienki wystąpią o zastępcze rodzicielstwo. Jak uradzili tak
i zrobili. Rodzice panienki zajęli się noworodkiem płci męskiej,
panienka zdała na politechnikę i spokojnie studiowała.Malec do swych
dziadków mówił "mamo, tato", swą mamę nazywał po imieniu, uważając
ją za swą starszą siostrę.
Gdy chłopiec miał dziesięć lat, a dziewczę już szczęśliwie obroniło
magisterski egzamin, dziadkowie poinformowali małego o dwóch
rzeczach - siostra jest jego prawdziwą mamą, a mama i tata to są
babcia i dziadek. Trochę to było za dużo, jak na świadomość
dziesięciolatka, chłopak zaczął się zle uczyć, zle zachowywać i trzeba
było prosić o pomoc psychologa, jak dalej z nim postępować.
Doradzono, by dziecko dalej mieszkało u dziadków i pomału oswajało
się z nową sytuacją.
W międzyczasie dziewczę poznało starszego od siebie pana, z którym
zamieszkała. Pan był ponoć bardzo porządny, miły i zakochany i
poprosił ową pannę o rękę. I dopiero wtedy ona przyznała się, że ma
syna, więc niech się pan zastanowi, czy chce ją razem z dzieckiem.
Pan chciał, pobrali się i dziecko zamieszkało razem z nimi. Chłopczyk
natychmiast uznał, że ten pan to jego ojciec i bardzo się do niego
przywiązał.
Ale życie raz spaprane tak łatwo nie wraca do normy. Po kilku
latach okazało się, że małżonkowie nijak nie potrafią się dogadać
w różnych sprawach, łóżkowych między innymi też. Tamten gwałt
pozostawił jednak głębokie ślady w świadomości kobiety i nawet
uczucie nie mogło tego zabliznić. Rozeszli się, bo nie widzieli
sensu, by tkwić razem w tym związku.
Dzieciak wpadł w czarną rozpacz, bo cały czas uważał, że to właśnie
ten pan jest jego ojcem.Przestał się uczyć, usiłował popełnić
samobójstwo, w końcu rzucił szkołę. Kobieta z trudem utrzymywała
się sama z chłopcem, dziadkowie nie byli w stanie nic pomóc, bo sami
byli w trudnej sytuacji finansowej a i zdrowie zaczęło szwankować.
Nie wiem kto namówił chłopaka, by podjął naukę i pracę -
mam wrażenie że i sama opowiadająca tego nie wiedziała- i tym
sposobem zrobił maturę. W CKU (centrum kształcenia ustawicznego,
zwane złośliwie w Warszawie Sorboną) oprócz pobierania nauk,
poznał również dziewczynę, w której się zakochał. I.....chyba
jakieś fatum wisiało nad tą rodziną. Zrobił dziewczynie dziecko,
wprawdzie nie wbrew jej woli , więc postanowili się pobrać.
I chyba się domyślacie co było dalej -oczywiście pobrali się,
ale małżeństwo rozleciało się po kilku latach.
I nie wiem, co było dalej, bo poszłam na rehabilitację. Jeśli będzie
jakiś ciąg dalszy to Wam dopowiem.
drewniana rzezba
sobota, 9 czerwca 2012
wtorek, 5 czerwca 2012
320. Mix
Jeśli ktoś wątpi w to, że starych ludzi jest u nas coraz więcej to
zapraszam do Centrum Kompleksowej Rehabilitacji, gdzie znów
odnawiam swój nadwątlony kręgosłup. Średnia wieku pacjentów-
"na oko" 70 lat.
Najmłodsza ma dobrze powyżej 50 wiosen, a na widok niektórych
ciśnie się na usta pytanie- ciekawe ile im zostało do setki?.
Tym razem mam bardzo szybkościowy program - przez pół
godziny jestem indywidualnie "merdana", szarpana, podwieszana,
potem ultradzwięki, DD (jakieś 3 różne zakresy) i laser. Całość
zabiera mi zaledwie godzinę, ale razem z przemieszczaniem się
z domu i do domu to aż dwie godziny. Mam za to zakaz długiego
siedzenia, a przy kompie muszę siedzieć na piłce. Mam też dużo
leżeć.Tym samym odpada przez ten czas koralikowanie, ale porobię
trochę na szydełku, bo to potrafię robić w pozycji leżącej.
Stajemy się starym społeczeństwem - a nie jesteśmy do tego wcale
a wcale przygotowani. Brak jest lekarzy geriatrów, a starszy
organizm wymaga innych leków i metod postępowania niż młody.
****
Wreszcie moja przyjaciółka dostała się z wynikami do onkologa.
Pani doktor pogratulowała Jej tej decyzji o mastektomii, bo
dzięki temu nie będzie musiała brać chemii dożylnej. Przez pięć
lat będzie natomiast brała tabletki cytostatyczne. Straciła pierś, ale
uchroniła się przed chemią, która niestety wyniszcza organizm.
Zwłaszcza w Jej sytuacji jest to istotne, bo ma anemię i cukrzycę.
Przez dwa lata nie wolno jej zmieniać klimatu na bodżcowy (czyli
nie wyjedzie w góry ani nad morze) , nie wolno korzystać z
dobrodziejstw takich urządzeń jak laser, ultradzwięki i pole
magnetyczne.
Obie się cieszymy z tej wiadomości.
****
Dziś zadzwonił do mnie starszy wnuczek - sam wybrał numer.
Ze słodkiej paplaniny w języku niemieckim wyłowiłam słowa:
"babcia, krokodyl, imię mojej córki i jego".
Zaraz potem młodsze zaczęło paplać w swoim własnym języku
roczniaka, na koniec odezwała się córka, że właśnie chłopcy mi
podziękowali za przysłane im koszulki.
Starszy dostał zieloną z krokodylami, mały granatową z panterą.
Młodszy ostatnio się tropnął, że starszy w rożku waflowym dostaje
lody, a jego rożek jest pusty. Więc przytuptał do rodziców i
zaczął im pokazywać pusty rożek i coś po swojemu paplać.
Zresztą obaj pilnie wypatrują czym się zajmuje drugi i jeden
drugiemu zabiera, bo chce tego samego. Zdaje mi się, że będę
miała fajne te wspólne wakacje.
Starszy powiedział swym rodzicom, że "babcia i dziadek to się
będą bardzo cieszyli gdy oni tu będą na wakacje".
No jasne, będzie głośno , to pewne.
****
Jutro lub pojutrze dopiszę ostatnią część na procontra-anabell.
zapraszam do Centrum Kompleksowej Rehabilitacji, gdzie znów
odnawiam swój nadwątlony kręgosłup. Średnia wieku pacjentów-
"na oko" 70 lat.
Najmłodsza ma dobrze powyżej 50 wiosen, a na widok niektórych
ciśnie się na usta pytanie- ciekawe ile im zostało do setki?.
Tym razem mam bardzo szybkościowy program - przez pół
godziny jestem indywidualnie "merdana", szarpana, podwieszana,
potem ultradzwięki, DD (jakieś 3 różne zakresy) i laser. Całość
zabiera mi zaledwie godzinę, ale razem z przemieszczaniem się
z domu i do domu to aż dwie godziny. Mam za to zakaz długiego
siedzenia, a przy kompie muszę siedzieć na piłce. Mam też dużo
leżeć.Tym samym odpada przez ten czas koralikowanie, ale porobię
trochę na szydełku, bo to potrafię robić w pozycji leżącej.
Stajemy się starym społeczeństwem - a nie jesteśmy do tego wcale
a wcale przygotowani. Brak jest lekarzy geriatrów, a starszy
organizm wymaga innych leków i metod postępowania niż młody.
****
Wreszcie moja przyjaciółka dostała się z wynikami do onkologa.
Pani doktor pogratulowała Jej tej decyzji o mastektomii, bo
dzięki temu nie będzie musiała brać chemii dożylnej. Przez pięć
lat będzie natomiast brała tabletki cytostatyczne. Straciła pierś, ale
uchroniła się przed chemią, która niestety wyniszcza organizm.
Zwłaszcza w Jej sytuacji jest to istotne, bo ma anemię i cukrzycę.
Przez dwa lata nie wolno jej zmieniać klimatu na bodżcowy (czyli
nie wyjedzie w góry ani nad morze) , nie wolno korzystać z
dobrodziejstw takich urządzeń jak laser, ultradzwięki i pole
magnetyczne.
Obie się cieszymy z tej wiadomości.
****
Dziś zadzwonił do mnie starszy wnuczek - sam wybrał numer.
Ze słodkiej paplaniny w języku niemieckim wyłowiłam słowa:
"babcia, krokodyl, imię mojej córki i jego".
Zaraz potem młodsze zaczęło paplać w swoim własnym języku
roczniaka, na koniec odezwała się córka, że właśnie chłopcy mi
podziękowali za przysłane im koszulki.
Starszy dostał zieloną z krokodylami, mały granatową z panterą.
Młodszy ostatnio się tropnął, że starszy w rożku waflowym dostaje
lody, a jego rożek jest pusty. Więc przytuptał do rodziców i
zaczął im pokazywać pusty rożek i coś po swojemu paplać.
Zresztą obaj pilnie wypatrują czym się zajmuje drugi i jeden
drugiemu zabiera, bo chce tego samego. Zdaje mi się, że będę
miała fajne te wspólne wakacje.
Starszy powiedział swym rodzicom, że "babcia i dziadek to się
będą bardzo cieszyli gdy oni tu będą na wakacje".
No jasne, będzie głośno , to pewne.
****
Jutro lub pojutrze dopiszę ostatnią część na procontra-anabell.
niedziela, 3 czerwca 2012
319. Nic a nic się nie dzieje
Niemal się nudzę. Od poniedziałku zaczynam rehabilitację, w głupich
godzinach. Cały dzień rozbity, bo zaczynam od 11 rano. I sporo
kinezyterapii, a ja leń jestem, więc mnie to nie zachwyca.
****
Oprawiłam jeden kaboszon turkusowy. Tym razem na podkładzie, czyli
metodą haftu koralikowego. Nie wiem czemu, ale miał brzydki spód,
więc trzeba było go ukryć. A wygląda tak:
****
Wczoraj wygrałam konkurs na największą debilkę świata kuchennego.
Całe wydarzenie miało miejsce wprawdzie ponad 20 lat temu, ale
i tak zajęłam wg. moich koleżanek pierwsze miejsce.
Był to czas gdy z pełnym poświęceniem robiłam przeróżne przetwory
na zimę. Był akurat sezon truskawkowy, więc każdy kąt kuchni
zapełniały truskawki w różnej postaci. Ponieważ robienie konfitur i
dżemu zabierało sporo czasu, postanowiłam truskawki wekować
z samym cukrem. Robota prosta - umyte, osuszone truskawki dawałam
do wyparzonych słoików typu "twist", na wierzch dawałam łyżkę stołową
cukru, zakręcałam, wstawiałam do gorącego piekarnika i po 15 minutach
produkt był gotowy. A truskawki zachowywały ładny wygląd, dobrą
konsystencję i były pyszne. Był wieczór, ja już umordowana, zagoniłam
dziecię wraz z mężem do łazienki, by dopilnował kąpieli, a sama zabrałam
się za weki.
Gdy otworzyłam piekarnik i zaczęłam wyciągać słoiki okazało się, że
jeden ze słoików był pewnie zle dokręcony i część zawartości nieco
wykipiała a słoik był upaprany. I nagle, jakaś "porządność" mnie
napadła - trzeba to usunąć ze słoika nim zaschnie. I .... niewiele myśląc
odkręciłam kran z gorącą wodą, poczekałam aż będzie już bardzo gorąca,
chwyciłam upaprany słoik przez rękawicę i wsadziłam pod kran. Efekt był
piorunujący. Huk taki, że aż mnie zatkało z wrażenia. Mąż wyskoczył
z łazienki przerażony i ujrzał mnie stojącą z głupią miną przy kuchennym
blacie, z prawą ręką pod kranem, rozsypanym szkłem po całej kuchni,
małym skaleczeniem na ręce, truskawkową pacią na ubraniu i sporą porcją
truskawek przylepioną do.....sufitu. Miałam więcej szczęścia niż rozumu,
bo nie stałam nad samym zlewem, tylko z boku, wyciągniętą daleko ręką
wsuwając słoik pod strumień wody. Poza tym dobrze, że chodzę na stałe
w okularach - mały odprysk szkła z truskawkowym syropem przykleił mi się
do szkła, oko nie ucierpiało.
Sprzątanie zajęło mi kilka godzin, odpryski szkła znajdowałam w dziwnych
miejscach. Mój zapał do robienia przetworów mocno ostygł.
****
W następnym roku nasz kolega robił powidła śliwkowe w szybkowarze.
Nie wiem co się stało, może ów sprzęt był nieco uszkodzony, ale
w chwili, gdy kolega wszedł do kuchni by już wyłączyć szybkowar, ten
wybuchł. Gorąca maziuga pokryła równomiernie sufit, ściany i naszego
kolegę. Dobrze, że wszystko poleciało w pierwszej chwili do góry. No
ale to był wypadek, a nie bezmyślność , tak jak u mnie.
****
Czy u Was też tak wciąż wieje jakby się ktoś powiesił? I co to za czerwiec
z takim zimnem?
Miłego tygodnia wszystkim życzę.
godzinach. Cały dzień rozbity, bo zaczynam od 11 rano. I sporo
kinezyterapii, a ja leń jestem, więc mnie to nie zachwyca.
****
Oprawiłam jeden kaboszon turkusowy. Tym razem na podkładzie, czyli
metodą haftu koralikowego. Nie wiem czemu, ale miał brzydki spód,
więc trzeba było go ukryć. A wygląda tak:
****
Wczoraj wygrałam konkurs na największą debilkę świata kuchennego.
Całe wydarzenie miało miejsce wprawdzie ponad 20 lat temu, ale
i tak zajęłam wg. moich koleżanek pierwsze miejsce.
Był to czas gdy z pełnym poświęceniem robiłam przeróżne przetwory
na zimę. Był akurat sezon truskawkowy, więc każdy kąt kuchni
zapełniały truskawki w różnej postaci. Ponieważ robienie konfitur i
dżemu zabierało sporo czasu, postanowiłam truskawki wekować
z samym cukrem. Robota prosta - umyte, osuszone truskawki dawałam
do wyparzonych słoików typu "twist", na wierzch dawałam łyżkę stołową
cukru, zakręcałam, wstawiałam do gorącego piekarnika i po 15 minutach
produkt był gotowy. A truskawki zachowywały ładny wygląd, dobrą
konsystencję i były pyszne. Był wieczór, ja już umordowana, zagoniłam
dziecię wraz z mężem do łazienki, by dopilnował kąpieli, a sama zabrałam
się za weki.
Gdy otworzyłam piekarnik i zaczęłam wyciągać słoiki okazało się, że
jeden ze słoików był pewnie zle dokręcony i część zawartości nieco
wykipiała a słoik był upaprany. I nagle, jakaś "porządność" mnie
napadła - trzeba to usunąć ze słoika nim zaschnie. I .... niewiele myśląc
odkręciłam kran z gorącą wodą, poczekałam aż będzie już bardzo gorąca,
chwyciłam upaprany słoik przez rękawicę i wsadziłam pod kran. Efekt był
piorunujący. Huk taki, że aż mnie zatkało z wrażenia. Mąż wyskoczył
z łazienki przerażony i ujrzał mnie stojącą z głupią miną przy kuchennym
blacie, z prawą ręką pod kranem, rozsypanym szkłem po całej kuchni,
małym skaleczeniem na ręce, truskawkową pacią na ubraniu i sporą porcją
truskawek przylepioną do.....sufitu. Miałam więcej szczęścia niż rozumu,
bo nie stałam nad samym zlewem, tylko z boku, wyciągniętą daleko ręką
wsuwając słoik pod strumień wody. Poza tym dobrze, że chodzę na stałe
w okularach - mały odprysk szkła z truskawkowym syropem przykleił mi się
do szkła, oko nie ucierpiało.
Sprzątanie zajęło mi kilka godzin, odpryski szkła znajdowałam w dziwnych
miejscach. Mój zapał do robienia przetworów mocno ostygł.
****
W następnym roku nasz kolega robił powidła śliwkowe w szybkowarze.
Nie wiem co się stało, może ów sprzęt był nieco uszkodzony, ale
w chwili, gdy kolega wszedł do kuchni by już wyłączyć szybkowar, ten
wybuchł. Gorąca maziuga pokryła równomiernie sufit, ściany i naszego
kolegę. Dobrze, że wszystko poleciało w pierwszej chwili do góry. No
ale to był wypadek, a nie bezmyślność , tak jak u mnie.
****
Czy u Was też tak wciąż wieje jakby się ktoś powiesił? I co to za czerwiec
z takim zimnem?
Miłego tygodnia wszystkim życzę.
piątek, 1 czerwca 2012
318. Ogłoszenia parafialne
Z okazji Dnia Dziecka, rozlosowałam letnie naszyjniki.
Jaskółka, iw-nowa, Marzena z P.T. oraz Aldona -
zostałyście ukarane moimi wytworami. Bądzcie tak miłe i
podajcie mi na maila swoje adresy, bym mogła Wam te
drobiazgi wysłać. Adres w profilu.
Jaskółka, iw-nowa, Marzena z P.T. oraz Aldona -
zostałyście ukarane moimi wytworami. Bądzcie tak miłe i
podajcie mi na maila swoje adresy, bym mogła Wam te
drobiazgi wysłać. Adres w profilu.
środa, 30 maja 2012
317.Mix
Na początek coś dla oka:
Prościutkie, niezobowiązujące, takie na co dzień.
I jeszcze coś wielce monotematyczne, czyli szkło weneckie
w wydaniu codziennym.
Pisałam Wam poprzednio, że ten naszyjnik z muszlą kojarzy mi się
z morzem, białym piachem i palmami i naklikałam , że to moje
Malediwy. Przez wiele lat planowałam , że tam, kiedyś, kiedyś
pojadę, no ale to mało prawdopodobne.
A wczoraj przeczytałam smutną wiadomość - za 20 lat Malediwy
przestaną istnieć, zostaną wchłonięte przez Ocean. Ten kraj 1192
wysepek zniknie pod wodą .
A tak ogólnie Malediwy to bardzo dziwny kraj - jest w 100%
nastawiony na turystów. To co widzą turyści to jedno, wielkie
przedstawienie.
Wyspy zostały zasiedlone ponad dwa i pół tysiąca lat temu.
Ale przez ten czas tubylcy nie wytworzyli nic własnego - ani
rękodzieła, ani muzyki, nie ma malediwskiej literatury tej pisanej
ani legend opowiadanych przez miejscowych bajarzy. Rdzenna
ludność licząca ponad 330 tysięcy, nie dąży do jakiegokolwiek
rozwoju. W szkołach podstawowych dzieci uczą się miejscowego
narzecza, języka arabskiego i globish , czyli uproszczonego języka
angielskiego, który ma służyć do porozumiewania się w hotelu.
Ponadto uczą się...łowienia ryb.
Ci, nieliczni, którzy naprawdę chcą zdobyć wykształcenie
wyjeżdżają do Singapuru lub Tajlandii i niemal wszyscy potem
wracają na Malediwy, choć nie ma dla nich pracy. Ale tu jest
ich dom.
Prawdziwym problemem Malediwów są - śmiecie. Jedna z
tych pięknych wysp jest śmietniskiem, ale głównie dla stolicy
wysp, Male. Od kilku lat funkcjonują tam spalarnie śmieci, które
coraz bardziej zatruwają środowisko.
A miejscowi , na pozostałych wyspach, spokojniutko wyrzucają
wszelkie śmiecie do Oceanu Indyjskiego.
Okazuje się, że 1 gość hotelowy opłaca pracę 5 osób, więc na
wyspach, na których są wybudowane hotele pracy nie brak.
W styczniu tego roku społeczność wyspiarska zażądała, by
sprawujący od 3 lat władzę prezydent Mohamed Nasheed,
ustąpił z zajmowanego stanowiska. I tu pełne zaskoczenie -
oni nie żądali reform- wprost przeciwnie. Chcieli by wszystko
było tak jak dawniej, po staremu.
Prezydent Nasheed, który usiłował choć trochę uwspółcześnić
swych rodaków i dążył do tego, by przestali być narodem "lokajów",
musiał zrezygnować ze swego stanowiska.
Perspektywa zniknięcia Malediwów nie przeraża mieszkańców-
przeniosą się być może do Sri Lanki lub Australii.
Od dziś będę inaczej już patrzyła na ten turystyczny raj i nie jestem
wcale pewna, czy chcę tam jechać. Bo będąc na miejscu cały
czas miałabym świadomość, że to wszystko co oglądam jest
robione pod turystów, a rzeczywistość jest całkiem inna.
Wiadomości nt. Archipelagu Malediwów czerpałam z Forum 22/23.
Prościutkie, niezobowiązujące, takie na co dzień.
I jeszcze coś wielce monotematyczne, czyli szkło weneckie
w wydaniu codziennym.
Pisałam Wam poprzednio, że ten naszyjnik z muszlą kojarzy mi się
z morzem, białym piachem i palmami i naklikałam , że to moje
Malediwy. Przez wiele lat planowałam , że tam, kiedyś, kiedyś
pojadę, no ale to mało prawdopodobne.
A wczoraj przeczytałam smutną wiadomość - za 20 lat Malediwy
przestaną istnieć, zostaną wchłonięte przez Ocean. Ten kraj 1192
wysepek zniknie pod wodą .
A tak ogólnie Malediwy to bardzo dziwny kraj - jest w 100%
nastawiony na turystów. To co widzą turyści to jedno, wielkie
przedstawienie.
Wyspy zostały zasiedlone ponad dwa i pół tysiąca lat temu.
Ale przez ten czas tubylcy nie wytworzyli nic własnego - ani
rękodzieła, ani muzyki, nie ma malediwskiej literatury tej pisanej
ani legend opowiadanych przez miejscowych bajarzy. Rdzenna
ludność licząca ponad 330 tysięcy, nie dąży do jakiegokolwiek
rozwoju. W szkołach podstawowych dzieci uczą się miejscowego
narzecza, języka arabskiego i globish , czyli uproszczonego języka
angielskiego, który ma służyć do porozumiewania się w hotelu.
Ponadto uczą się...łowienia ryb.
Ci, nieliczni, którzy naprawdę chcą zdobyć wykształcenie
wyjeżdżają do Singapuru lub Tajlandii i niemal wszyscy potem
wracają na Malediwy, choć nie ma dla nich pracy. Ale tu jest
ich dom.
Prawdziwym problemem Malediwów są - śmiecie. Jedna z
tych pięknych wysp jest śmietniskiem, ale głównie dla stolicy
wysp, Male. Od kilku lat funkcjonują tam spalarnie śmieci, które
coraz bardziej zatruwają środowisko.
A miejscowi , na pozostałych wyspach, spokojniutko wyrzucają
wszelkie śmiecie do Oceanu Indyjskiego.
Okazuje się, że 1 gość hotelowy opłaca pracę 5 osób, więc na
wyspach, na których są wybudowane hotele pracy nie brak.
W styczniu tego roku społeczność wyspiarska zażądała, by
sprawujący od 3 lat władzę prezydent Mohamed Nasheed,
ustąpił z zajmowanego stanowiska. I tu pełne zaskoczenie -
oni nie żądali reform- wprost przeciwnie. Chcieli by wszystko
było tak jak dawniej, po staremu.
Prezydent Nasheed, który usiłował choć trochę uwspółcześnić
swych rodaków i dążył do tego, by przestali być narodem "lokajów",
musiał zrezygnować ze swego stanowiska.
Perspektywa zniknięcia Malediwów nie przeraża mieszkańców-
przeniosą się być może do Sri Lanki lub Australii.
Od dziś będę inaczej już patrzyła na ten turystyczny raj i nie jestem
wcale pewna, czy chcę tam jechać. Bo będąc na miejscu cały
czas miałabym świadomość, że to wszystko co oglądam jest
robione pod turystów, a rzeczywistość jest całkiem inna.
Wiadomości nt. Archipelagu Malediwów czerpałam z Forum 22/23.
poniedziałek, 28 maja 2012
316. Świruję....
Miałam pracowitą niedzielę, a poniżej efekty:
Naszyjnik z muszli paua. Od dawna polowałam na taką dużą, całą
muszlę i wreszcie upolowałam. A upolowałam wczoraj, bo
wczoraj miałam szczęśliwy dzień i to bardzo.
Poza tym nabyłam taki nieco zabawny medalion:
Jak widzicie jest otwierany, w najbliższym czasie będą w nim zdjęcia.
Na wierzchu umieściłam hafcik ( cudzy, nie mój),obrębiłam
koralikami i zabezpieczyłam werniksem matowym.
Sznur jest z farfali - czyli poszłam na łatwiznę.
A wszystko przez sroki - obudziły mnie o świcie i tak długo
wrzeszczały, że nie mogłam zasnąć. Więc zabrałam się za
cichą pracę, czyli koraliki.
Naszyjnik z muszli paua. Od dawna polowałam na taką dużą, całą
muszlę i wreszcie upolowałam. A upolowałam wczoraj, bo
wczoraj miałam szczęśliwy dzień i to bardzo.
Poza tym nabyłam taki nieco zabawny medalion:
Jak widzicie jest otwierany, w najbliższym czasie będą w nim zdjęcia.
Na wierzchu umieściłam hafcik ( cudzy, nie mój),obrębiłam
koralikami i zabezpieczyłam werniksem matowym.
Sznur jest z farfali - czyli poszłam na łatwiznę.
A wszystko przez sroki - obudziły mnie o świcie i tak długo
wrzeszczały, że nie mogłam zasnąć. Więc zabrałam się za
cichą pracę, czyli koraliki.
piątek, 25 maja 2012
315. taaakie tam, różne
Dla mojej przyjaciółki, by ją jakoś rozweselić i umilić życie, zrobiłam dwa
drobiazgi - naszyjnik z jaspisów i
kryształkowy komplet- wisiorek i bransoletka.
Komplet ma różowe kwiatki - wiecie dlaczego, to symbol.
Niewiele mogę Jej pomóc, więc choć może tak poprawię Jej nastrój.
A dla siebie zrobiłam coś wesołego i naiwnego-naszyjnik z koralików cloisone.
Wczoraj byłam w hurtowni półfabrykatów do produkcji biżuterii.
Dostałam kompletnego zawrotu głowy, bo tylu koralików w jednym miejscu
to jeszcze nie widziałam. Dla zamieszkałych w moim mieście podaję adres:
Okęcie, ul.Czardasza 22, Hurtownia Onyks. Można w niej również zamawiać
na necie, www.onyks.eu i umówić się na odbiór osobisty. Bardzo mi ten
sposób odpowiada, bo zawsze na miejscu jeszcze można dopasować kolory.
Miłego weekendu Wam życzę!
drobiazgi - naszyjnik z jaspisów i
kryształkowy komplet- wisiorek i bransoletka.
Komplet ma różowe kwiatki - wiecie dlaczego, to symbol.
Niewiele mogę Jej pomóc, więc choć może tak poprawię Jej nastrój.
A dla siebie zrobiłam coś wesołego i naiwnego-naszyjnik z koralików cloisone.
Wczoraj byłam w hurtowni półfabrykatów do produkcji biżuterii.
Dostałam kompletnego zawrotu głowy, bo tylu koralików w jednym miejscu
to jeszcze nie widziałam. Dla zamieszkałych w moim mieście podaję adres:
Okęcie, ul.Czardasza 22, Hurtownia Onyks. Można w niej również zamawiać
na necie, www.onyks.eu i umówić się na odbiór osobisty. Bardzo mi ten
sposób odpowiada, bo zawsze na miejscu jeszcze można dopasować kolory.
Miłego weekendu Wam życzę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)