....przeginam, ale nie za często, średnio przeciętnie raz na pół roku.
Włączam jedną płytę i kręci się w odtwarzaczu niemal cały dzień.
Nie wiem czemu, ale okropnie to denerwuje mego męża - ale ja
przecież nie każę mu tego słuchać - przezornie zamykam się
w swoim pokoju a płyta nie jest włączona na pełny regulator.
Wczoraj padło na album Budki Suflera "Nic nie boli, tak jak życie".
Właściwie lubię niemal wszystkie piosenki Budki Suflera, a zwłaszcza
te z tekstami Mogielnickiego i Zeliszewskiego.
Pewnie to już mało modne, ale nadal wzrusza mnie "Strefa Półcienia",
tak pięknie opowiadająca o zapominaniu osób niegdyś nam bliskich.
Dziś dałam mężowi do poczytania słowa niektórych piosenek -
reakcja - dobre teksty, tylko dlaczego on tak wyje!?
No proszę , okazuje się, że śpiew pana Cugowskiego mojemu "nie leży".
No to ma szczęście, że nigdy nie słyszał tych piosenek w moim
wykonaniu - dostałby zapewne zawału.
drewniana rzezba
wtorek, 19 listopada 2013
sobota, 16 listopada 2013
Mix weekendowy
Weekend - właściwie jest to jedyne obce słowo, które mi nie bruzdzi,
gdy jest stosowane w polszczyznie.
Już wszystkie inne mnie bardzo rażą, chociażby wszechobecny "shop."
Doszłam do smutnego wniosku, że nieco zdziczałam - była dziś u nas
cioteczna siostra mego ślubnego wraz ze swym mężem.
Naprawdę ich lubię, ale po 3 godzinach miałam dość - Joli nie
zamykała się buzia, co nawet może nie było złe, nie musiałam jej
zabawiać. A że gadatliwość to cecha rodzinna, więc mój ślubny
też nawijał jak nakręcony. Siedzieliśmy przy poobiedniej herbatce
okraszonej dobrymi wypiekani znajomej cukierni - Jola vis a vis mnie,
w podobnej konfiguracji płeć brzydka. Mąż Joli i ja prawie się nie
odzywaliśmy- on słuchał mego ślubnego, ja- jego żony.
Jeśli mam być szczera, to ja nawet nie bardzo słyszałam co Jola mówiła,
bo mój włączył pełne wzmocnienie swego nadawania.
A cała wizyta była pod hasłem, że muszą zobaczyć nasze wyremontowane
mieszkanie. Ocena wypadła pozytywnie.
Na "nowe mieszkanie" dostałam storczyk, w doniczce. Stanął obok innego,
równie dziwnego kwiatka, czyli anturium, również prezentu,
przyniesionego z tej samej okazji.
Z tego wszystkiego zjadłam dwie porcje śmietanowca i mały kawałek
sernika - a takiego jak ten jeszcze nie jadłam. Spód był cieniutki jak
opłatek, na tym warstwa sera, potem warstwa frużeliny wiśniowej,z całymi
pysznymi wiśniami, znów warstwa sera i wierzch pokryty cieniuteńką
warstewką galaretki, chyba brzoskwiniowej. Pycha absolutna.
A śmietanowiec był właściwie śmietaną usztywnioną delikatnie żelatyną,
bardzo mało słodki, ale z kawową nutką.
No tak, jestem dzika a na dodatek łakoma.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak będzie zima. Gdy się przed
południem wybrałam do sklepu, to prawie zamarzłam - wiał wstrętny,
baaardzo zimny wiatr.
Skończyłam rehabilitację.Czwartkowy seans ultradzwiękowy jakoś
mi zaszkodził. Wczoraj nie byłam w stanie wstać z łóżka - taka byłam
obolała. Więc nie pojechałam na ostatnie zabiegi. Poleżałam pół
dnia i przeszło.
Robię ten szalik "boa" i....już 3 razy prułam. A święta coraz bliżej
i druga bombka jeszcze czeka na wykończenie.
Coś okrutnie się rozregulowałam. Nie wiem tylko dlaczego?
Uwiąd starczy czy co???
gdy jest stosowane w polszczyznie.
Już wszystkie inne mnie bardzo rażą, chociażby wszechobecny "shop."
Doszłam do smutnego wniosku, że nieco zdziczałam - była dziś u nas
cioteczna siostra mego ślubnego wraz ze swym mężem.
Naprawdę ich lubię, ale po 3 godzinach miałam dość - Joli nie
zamykała się buzia, co nawet może nie było złe, nie musiałam jej
zabawiać. A że gadatliwość to cecha rodzinna, więc mój ślubny
też nawijał jak nakręcony. Siedzieliśmy przy poobiedniej herbatce
okraszonej dobrymi wypiekani znajomej cukierni - Jola vis a vis mnie,
w podobnej konfiguracji płeć brzydka. Mąż Joli i ja prawie się nie
odzywaliśmy- on słuchał mego ślubnego, ja- jego żony.
Jeśli mam być szczera, to ja nawet nie bardzo słyszałam co Jola mówiła,
bo mój włączył pełne wzmocnienie swego nadawania.
A cała wizyta była pod hasłem, że muszą zobaczyć nasze wyremontowane
mieszkanie. Ocena wypadła pozytywnie.
Na "nowe mieszkanie" dostałam storczyk, w doniczce. Stanął obok innego,
równie dziwnego kwiatka, czyli anturium, również prezentu,
przyniesionego z tej samej okazji.
Z tego wszystkiego zjadłam dwie porcje śmietanowca i mały kawałek
sernika - a takiego jak ten jeszcze nie jadłam. Spód był cieniutki jak
opłatek, na tym warstwa sera, potem warstwa frużeliny wiśniowej,z całymi
pysznymi wiśniami, znów warstwa sera i wierzch pokryty cieniuteńką
warstewką galaretki, chyba brzoskwiniowej. Pycha absolutna.
A śmietanowiec był właściwie śmietaną usztywnioną delikatnie żelatyną,
bardzo mało słodki, ale z kawową nutką.
No tak, jestem dzika a na dodatek łakoma.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak będzie zima. Gdy się przed
południem wybrałam do sklepu, to prawie zamarzłam - wiał wstrętny,
baaardzo zimny wiatr.
Skończyłam rehabilitację.Czwartkowy seans ultradzwiękowy jakoś
mi zaszkodził. Wczoraj nie byłam w stanie wstać z łóżka - taka byłam
obolała. Więc nie pojechałam na ostatnie zabiegi. Poleżałam pół
dnia i przeszło.
Robię ten szalik "boa" i....już 3 razy prułam. A święta coraz bliżej
i druga bombka jeszcze czeka na wykończenie.
Coś okrutnie się rozregulowałam. Nie wiem tylko dlaczego?
Uwiąd starczy czy co???
czwartek, 14 listopada 2013
Rozmowy z Kacperkiem
Mam wśród sąsiadów z naszej uliczki małego, ślicznego Kacperka.
Kacperek jest nieco starszy od mego starszego wnuczka.
Ma śliczną buzkę, ciemne, gęste włosy, rzęsy niczym modelka
reklamująca tusz do rzęs, a do tego jest niesamowicie bystrym
dzieckiem.
Gdy jeszcze chadzałam ze swoim jamnikiem na spacery, spotykałam
Kacperka często, gdy wędrował do przedszkola.
Dziś Kacperek mnie dogonił na ulicy i zapytał: "a gdzie twój pies,
w domu został?".
Zastanowiłam się przez moment, jak powiedzieć dziecku, że pies już
dość dawno przeniósł się w zaświaty , więc powiedziałam tylko, że
mój piesek odszedł już 3 lata temu. Kacperek popatrzył na mnie
z pełnym zrozumieniem, wziął mnie za rękę i powiedział: "to tak jak
nasza suka, gdy ją potrącił samochód na wsi; ja ci bardzo współczuję,
ja za nią płakałem, ty też płakałaś?"
W międzyczasie doszła do nas babcia Kacperka i obrugała malca, że
mówi do mnie per ty.
Kacperek wybrnął z tej sytuacji koncertowo- powiedział "przepraszam"
i wytłumaczył nam obu, że gdy on kogoś zna i lubi to mówi do takiej
osoby po imieniu, ale on nie pamięta jak ja mam na imię. I jego babci
i mnie, strasznie się chciało śmiać, ale przecież byłoby to niepedagogiczne,
więc ja zaczęłam czym prędzej szukać czegoś w siatce, a sąsiadka
podpowiedziała mu, by opowiedział o tym, że po wakacjach idzie już do
szkoły. Kacperek kończy w lipcu 6 lat.
No i się dowiedziałam, że: Kacperek już ma kupiony plecak, pełne
wyposażenie piórnika i oczywiście piórnik, mama już kupiła mu worek
na kapcie, ale nie kupiła jeszcze stroju do gimnastyki, bo przecież może
on urośnie, więc teraz kupiony strój mógłby być po wakacjach za mały.
I że będzie chodził do szkoły, przy której jest basen i boisko z tartanem
i można tam grać również w koszykówkę. I szkoda, że szkoła nie
zaczyna się już od najbliższego poniedziałku, bo on nie lubi chodzić
do przedszkola, bo.....on nie lubi jeść w przedszkolu i leżakować.
I dlatego lubi.....mieć katar, bo wtedy zostaje w domu z babcią.
A w domu to babcia mu czyta książki i może po śniadaniu obejrzeć
DVD z bajkami.
A w chwilę potem zapytał: "czy nasze psy się spotkają, gdzieś za
Tęczowym Mostem? i czy one się poznają?
I wiecie, zupełnie nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, ale wybawiła
mnie z kłopotu kacperkowa babcia, mówiąc, że z pewnością się poznają
i pewnie już się bawią razem.
Wszystkie rozmowy z Kacperkiem zawsze były tak samo zabawne,
miłe i zaskakujące.
Nie wiem tylko na co chłopakowi takie piękne, długie rzęsy???
Kacperek jest nieco starszy od mego starszego wnuczka.
Ma śliczną buzkę, ciemne, gęste włosy, rzęsy niczym modelka
reklamująca tusz do rzęs, a do tego jest niesamowicie bystrym
dzieckiem.
Gdy jeszcze chadzałam ze swoim jamnikiem na spacery, spotykałam
Kacperka często, gdy wędrował do przedszkola.
Dziś Kacperek mnie dogonił na ulicy i zapytał: "a gdzie twój pies,
w domu został?".
Zastanowiłam się przez moment, jak powiedzieć dziecku, że pies już
dość dawno przeniósł się w zaświaty , więc powiedziałam tylko, że
mój piesek odszedł już 3 lata temu. Kacperek popatrzył na mnie
z pełnym zrozumieniem, wziął mnie za rękę i powiedział: "to tak jak
nasza suka, gdy ją potrącił samochód na wsi; ja ci bardzo współczuję,
ja za nią płakałem, ty też płakałaś?"
W międzyczasie doszła do nas babcia Kacperka i obrugała malca, że
mówi do mnie per ty.
Kacperek wybrnął z tej sytuacji koncertowo- powiedział "przepraszam"
i wytłumaczył nam obu, że gdy on kogoś zna i lubi to mówi do takiej
osoby po imieniu, ale on nie pamięta jak ja mam na imię. I jego babci
i mnie, strasznie się chciało śmiać, ale przecież byłoby to niepedagogiczne,
więc ja zaczęłam czym prędzej szukać czegoś w siatce, a sąsiadka
podpowiedziała mu, by opowiedział o tym, że po wakacjach idzie już do
szkoły. Kacperek kończy w lipcu 6 lat.
No i się dowiedziałam, że: Kacperek już ma kupiony plecak, pełne
wyposażenie piórnika i oczywiście piórnik, mama już kupiła mu worek
na kapcie, ale nie kupiła jeszcze stroju do gimnastyki, bo przecież może
on urośnie, więc teraz kupiony strój mógłby być po wakacjach za mały.
I że będzie chodził do szkoły, przy której jest basen i boisko z tartanem
i można tam grać również w koszykówkę. I szkoda, że szkoła nie
zaczyna się już od najbliższego poniedziałku, bo on nie lubi chodzić
do przedszkola, bo.....on nie lubi jeść w przedszkolu i leżakować.
I dlatego lubi.....mieć katar, bo wtedy zostaje w domu z babcią.
A w domu to babcia mu czyta książki i może po śniadaniu obejrzeć
DVD z bajkami.
A w chwilę potem zapytał: "czy nasze psy się spotkają, gdzieś za
Tęczowym Mostem? i czy one się poznają?
I wiecie, zupełnie nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, ale wybawiła
mnie z kłopotu kacperkowa babcia, mówiąc, że z pewnością się poznają
i pewnie już się bawią razem.
Wszystkie rozmowy z Kacperkiem zawsze były tak samo zabawne,
miłe i zaskakujące.
Nie wiem tylko na co chłopakowi takie piękne, długie rzęsy???
środa, 13 listopada 2013
Rozważania o blogowaniu
14 XI 2008 rok - to właśnie wtedy zadebiutowałam z blogiem.
Tym pierwszym blogiem był "procontra anabell".
Dziś jest nadal czynny, ale stał się miejscem moich ciągot
"literackich", to tam się znęcam nad bliznimi swymi opowiadaniami,
które w większości są reportażami z życia, czasami nawet i mojego.
Ten blog jest miejscem w którym się wyraznie i nieskromnie chwalę
swymi robótkami i wrzucam tu również okruchy codzienności.
W sumie przez te lata popełniłam łącznie 874 posty, okraszając ich
część zdjęciami.
Dzięki blogom poznałam wiele naprawdę bardzo miłych osób.
Niektóre wirtualne znajomości zamieniły się w kontakty całkiem
realne i każde spotkanie w realu było i jest nadal dla mnie niemal
świętem. Bo każda z tych osób jest właśnie taka, jak ją sobie
wyobrażałam.
A to znaczy, że mam szczęście, bo moi stali "czytacze" są osobami
szczerymi, piszącymi to co naprawdę myślą.
Marzy mi się, by kiedyś zebrać wszystkich w realu - ale na razie to
marzenie.
Byliście ze mną w najcięższych dla mnie chwilach i Wasze dobre
słowa i myśli pomogły mi przetrwać to wszystko i nie zwariować.
Wydaje mi się, że 5 lat blogowania to "szmat czasu" i zastanawiam się
czy nie jest to może dobry czas na jakieś zmiany a może wręcz na
zakończenie tej przygody?
Dziękuję Wam, że ze mną wytrzymujecie - zawsze mnie ten fakt cieszy
i dziwi zarazem.
Tym pierwszym blogiem był "procontra anabell".
Dziś jest nadal czynny, ale stał się miejscem moich ciągot
"literackich", to tam się znęcam nad bliznimi swymi opowiadaniami,
które w większości są reportażami z życia, czasami nawet i mojego.
Ten blog jest miejscem w którym się wyraznie i nieskromnie chwalę
swymi robótkami i wrzucam tu również okruchy codzienności.
W sumie przez te lata popełniłam łącznie 874 posty, okraszając ich
część zdjęciami.
Dzięki blogom poznałam wiele naprawdę bardzo miłych osób.
Niektóre wirtualne znajomości zamieniły się w kontakty całkiem
realne i każde spotkanie w realu było i jest nadal dla mnie niemal
świętem. Bo każda z tych osób jest właśnie taka, jak ją sobie
wyobrażałam.
A to znaczy, że mam szczęście, bo moi stali "czytacze" są osobami
szczerymi, piszącymi to co naprawdę myślą.
Marzy mi się, by kiedyś zebrać wszystkich w realu - ale na razie to
marzenie.
Byliście ze mną w najcięższych dla mnie chwilach i Wasze dobre
słowa i myśli pomogły mi przetrwać to wszystko i nie zwariować.
Wydaje mi się, że 5 lat blogowania to "szmat czasu" i zastanawiam się
czy nie jest to może dobry czas na jakieś zmiany a może wręcz na
zakończenie tej przygody?
Dziękuję Wam, że ze mną wytrzymujecie - zawsze mnie ten fakt cieszy
i dziwi zarazem.
piątek, 8 listopada 2013
Rozwiązanie zagadki
Zagadka jak widać była całkiem prosta.
Ale dopiero teraz ja mam zagadkę dla siebie a brzmi ona:
"jak mam zrobić drugi szalik by przedstawiał węża boa????"
Przeszukałam internet i jestem załamana - oczywiście jest sporo
dobrych zdjęć tegoż węża, ale będę musiała wymodelować jego
głowę szydełkiem, a potem całe cielsko robić we wzór.
Nie byłoby to skomplikowane gdyby to był sweter, bo wtedy mogę lewą
stroną swobodnie prowadzić nitki, ale szalik musi mieć obie swe strony
takie same, bez widocznych nitek. Jestem lekuchno podłamana.
chyba popertraktuję z córką by zmienić model, może na misia?
Ale dopiero teraz ja mam zagadkę dla siebie a brzmi ona:
"jak mam zrobić drugi szalik by przedstawiał węża boa????"
Przeszukałam internet i jestem załamana - oczywiście jest sporo
dobrych zdjęć tegoż węża, ale będę musiała wymodelować jego
głowę szydełkiem, a potem całe cielsko robić we wzór.
Nie byłoby to skomplikowane gdyby to był sweter, bo wtedy mogę lewą
stroną swobodnie prowadzić nitki, ale szalik musi mieć obie swe strony
takie same, bez widocznych nitek. Jestem lekuchno podłamana.
chyba popertraktuję z córką by zmienić model, może na misia?
czwartek, 7 listopada 2013
Zagadka
Zaczęłam robić kolejne prezenty pod choinkę - to poniżej to jest
właśnie początek jednego z nich.
Domyślacie się co to będzie????
w ramach podpowiedzi - to coś dla jednego z Krasnoludków.
właśnie początek jednego z nich.
Domyślacie się co to będzie????
w ramach podpowiedzi - to coś dla jednego z Krasnoludków.
środa, 6 listopada 2013
Z "podsłuchu"
Minęło 6 miesięcy i znów jestem na rehabilitacji mego kręgosłupa
lędzwiowego.
Tym razem nie mam ćwiczeń, bo ćwiczę w domu, na piłce, więc jest
sama fizykoterapia.
W pół godziny "obskakuję" kilka urządzeń i znikam. I tak będzie
przez najbliższe dwa tygodnie.
Ponieważ nie muszę się przebierać w odpowiedni strój, to nie korzystam
z szatni - i dobrze, bo tam temperatura tropikalna a każdą z pań boli
widok osoby, która jeszcze potrafi stojąc na jednej nodze bez
podpierania się , drugą wstawić do nogawki spodni . Wg nich "taka",
czyli ja nie powinna chodzić na rehabilitację.
Centrum Rehabilitacji, do którego chodzę jest dośc duże, ma 4 sale
do ćwiczeń i dość dużą salę z aparaturą do fizykoterapii.
Jest ona podzielona na kabiny, każda kabina ma zasłonkę. Tych kabin
jest 18. Ruch jest spory, bo jednocześnie może być kilkanaście osób.
Nie da się ukryć,że większość pacjentów to kobiety i większość z nich
jest w wieku 65+.
Jest również kilku panów, ale nawet nie silę się na rozpoznanie ich
wieku, bo wyglądają i poruszają się jak stulatki.
Wczoraj leżąc w swojej kabince, podłączona do prądów interferencyjnych,
niechcący podsłuchałam jednego z panów, który oczywiście miał nie
wyłączoną komórkę i skwapliwie z niej korzystał.
Zapewniał swego rozmówcę,że "nie ma tu na kogo spojrzeć a te od
kinezyterapii to są złośliwe małpy, kazały mu nogi w kolanach prostować
i usiłowały mu rękę wyrwać z barku". Gapiszon zupełnie chyba nie zdawał
sobie sprawy z tego, że go słychać na całej sali. Za chwilę kabinę z mojej
drugiej strony opuściła już "odłączona" od aparatury pacjentka, weszła do
tego gaduły i obrugała go równo - i za to co mówi i za niewyłączenie
komórki. Personel nie zareagował na to wszystko, ale się dziewczynom
wyrażnie podobała ta interwencja pacjentki.
Dziś ten sam facet znów miał wpadkę - akurat siedziałam na ultradzwiękach
gdy wparował. Stanął nade mną, więc go terapeutka skierowała do kabiny,
w której miał się położyć, a ten dalej stoi i się gapi, więc terapeutka drugi
raz go przegania a ten mówi: "bo ja chcę się popatrzeć". Nie wyrobiłam
i ze śmiechem wypomniałam mu, że przecież wczoraj zapewniał kogoś,
że tu nie ma na kogo spojrzeć. Facet łypnął okiem, potem wysapał żem
złośliwa i się wywlókł we właściwym kierunku.
A terapeutka stwierdziła, że panowie są wyjątkowo paskudnymi pacjentami,
bez względu na wiek.
Ci młodsi odgrywają rolę macho i starają się udawać, że nic im nie jest albo
że są odporni na ból , co czasem kończy się poparzeniem skóry.
Tym starym to z kolei wszystko przeszkadza - krzesło za twarde, leżanka twarda
i wąska i za wysoka, żel za zimny, prąd za silny nawet gdy jeszcze nie jest
podłączony.
lędzwiowego.
Tym razem nie mam ćwiczeń, bo ćwiczę w domu, na piłce, więc jest
sama fizykoterapia.
W pół godziny "obskakuję" kilka urządzeń i znikam. I tak będzie
przez najbliższe dwa tygodnie.
Ponieważ nie muszę się przebierać w odpowiedni strój, to nie korzystam
z szatni - i dobrze, bo tam temperatura tropikalna a każdą z pań boli
widok osoby, która jeszcze potrafi stojąc na jednej nodze bez
podpierania się , drugą wstawić do nogawki spodni . Wg nich "taka",
czyli ja nie powinna chodzić na rehabilitację.
Centrum Rehabilitacji, do którego chodzę jest dośc duże, ma 4 sale
do ćwiczeń i dość dużą salę z aparaturą do fizykoterapii.
Jest ona podzielona na kabiny, każda kabina ma zasłonkę. Tych kabin
jest 18. Ruch jest spory, bo jednocześnie może być kilkanaście osób.
Nie da się ukryć,że większość pacjentów to kobiety i większość z nich
jest w wieku 65+.
Jest również kilku panów, ale nawet nie silę się na rozpoznanie ich
wieku, bo wyglądają i poruszają się jak stulatki.
Wczoraj leżąc w swojej kabince, podłączona do prądów interferencyjnych,
niechcący podsłuchałam jednego z panów, który oczywiście miał nie
wyłączoną komórkę i skwapliwie z niej korzystał.
Zapewniał swego rozmówcę,że "nie ma tu na kogo spojrzeć a te od
kinezyterapii to są złośliwe małpy, kazały mu nogi w kolanach prostować
i usiłowały mu rękę wyrwać z barku". Gapiszon zupełnie chyba nie zdawał
sobie sprawy z tego, że go słychać na całej sali. Za chwilę kabinę z mojej
drugiej strony opuściła już "odłączona" od aparatury pacjentka, weszła do
tego gaduły i obrugała go równo - i za to co mówi i za niewyłączenie
komórki. Personel nie zareagował na to wszystko, ale się dziewczynom
wyrażnie podobała ta interwencja pacjentki.
Dziś ten sam facet znów miał wpadkę - akurat siedziałam na ultradzwiękach
gdy wparował. Stanął nade mną, więc go terapeutka skierowała do kabiny,
w której miał się położyć, a ten dalej stoi i się gapi, więc terapeutka drugi
raz go przegania a ten mówi: "bo ja chcę się popatrzeć". Nie wyrobiłam
i ze śmiechem wypomniałam mu, że przecież wczoraj zapewniał kogoś,
że tu nie ma na kogo spojrzeć. Facet łypnął okiem, potem wysapał żem
złośliwa i się wywlókł we właściwym kierunku.
A terapeutka stwierdziła, że panowie są wyjątkowo paskudnymi pacjentami,
bez względu na wiek.
Ci młodsi odgrywają rolę macho i starają się udawać, że nic im nie jest albo
że są odporni na ból , co czasem kończy się poparzeniem skóry.
Tym starym to z kolei wszystko przeszkadza - krzesło za twarde, leżanka twarda
i wąska i za wysoka, żel za zimny, prąd za silny nawet gdy jeszcze nie jest
podłączony.
Subskrybuj:
Posty (Atom)